Felietony
Dobrzy wujkowie
Wiele rzeczy nas irytowało przez te 19 lat niebytu w ekstraklasie. Były rzeczy spektakularne i powtarzalne. Choć teraz jesteśmy z kompletnie innej rzeczywistości, a drużyna i klub zostały odbudowane ze sportowych zgliszczy, to czasem nachodzą takie mgnienia minionych czasów. Patrząc na dwie ostatnie porażki można się naprawdę solidnie zdenerwować. Bo właśnie przypominają się te liczne momenty, w których pogrążeni w kryzysie rywale GieKSy przełamywały się na naszej drużynie.
Matematyka bowiem nie kłamie. GieKSa w ciągu pięciu dni przegrała dwa mecze. I dla obu przeciwników wygrane z GKS są jedynymi triumfami w ostatnich siedmiu meczach. Pal licho, czy te przełamania, rzeczywiście przełamaniami będą, bo to już nie nasza sprawa. Faktem jest, że podajemy rywalom tlen i dajemy szansę na odbicie się od kryzysu. Zresztą podobnie przecież można spojrzeć na inne spotkania: mecz z Legią, choć zremisowany, też przecież był w fatalnym momencie Wojskowych i nic (oprócz sędziego) nie stało na przeszkodzie, by to spotkanie wygrać. Arka w przekroju tego konkretnego meczu z GKS była w fatalnym stanie – grali bardzo źle, a z trybun słyszeli niepochlebne okrzyki. I co? GieKSa przestała grać i podarowała rywalom gole. Dodajmy, że Cracovia na zwycięstwo domowe czekała od października.
Nie mam na myśli tego, że to jakaś reguła, bo liga jest tak wyrównana, a tabela spłaszczona, że to może być czysty przypadek. Jednak przypadek na tyle irytujący, że ciężko to przyjąć i zmierzyć się z taką porażką. No bo weźmy teraz pod uwagę dwie drużyny – Piast Gliwice i Wisłę Płock. Obie pojechały ostatnio do Krakowa i Białegostoku i obie swoje mecze tam wygrały, zdobywając komplet punktów. Ekipy Daniela Myśliwca i Mariusza Misiury zagrały swoje i po prostu zrobiły co trzeba z będącym w słabszej (Jaga) lub beznadziejnej (Cracovia) formie. GieKSa jak dobry wujek czy tam inny Robin Hood oddała trzy punkty potrzebującym.
Najgorsze jest to, że ta Cracovia była w tym meczu dalej tak beznadziejna, jak w wielu poprzednich meczach. A GieKSa wcale nie była taka zła. Nawet jak puścili w Lidze Plus skrót – to można by wysnuć wniosek, że GKS ewidentnie powinien był ten mecz wygrać. Ale nawet abstrahując od samego skrótu – no ludzie – nawet sam Luka Elsner przyznawał, że jego drużyna miała ciężko, że ten mecz był w ich wykonaniu brzydki i strzelili przypadkowego gola. Jak można takiego meczu nie wygrać?
Zarysowuje się wyraźna różnica pomiędzy GieKSą u siebie i tą na wyjeździe. Przy Nowej Bukowej nasi zawodnicy zapierniczają aż miło, ale tu nie chodzi tylko o mityczne cechy wolicjonalne – wraz z nimi bowiem po prostu idzie efektywność w samej grze. Śmieć twierdzić, że gdyby ten sam mecz, o tej samej specyfice rozgrywał się w Katowicach – GieKSa by go wygrała, a już na pewno nie przegrałaby. Czegoś na tych wyjazdach ciągle brakuje, nie ma tej kropki nad i. Zdarza nam się wygrać, ale przecież i w Radomiu nie musiało tak być. W delegacjach mamy jakieś ciężary.
Nie chcę się tu czepiać poszczególnych zawodników, bo jedni wypadli lepiej, inni gorzej. Zespołowo zabrakło wrzucenia o jeden wyższego biegu, konkretów pod bramką rywali. Katowiczanie oddali 17 strzałów i tylko 4 z nich były celne. No ale Cracovia miała tych strzałów celnych 2 – w tym ten z karnego. W destrukcji znów było bardzo w porządku, z wyjątkiem tej nieszczęsnej ręki Lukasa.
Ogólnie ten mecz mi przypomniał zeszłoroczny w Lubinie. Tam GKS też był z gry lepszy i dominował, ale to rywale w samej końcówce strzelili gola. Tyle, że wtedy raczkowaliśmy w ekstraklasie, dzisiaj już te półtora sezonu doświadczenia powinno zadziałać tak, żeby tego meczu nie przegrać.
Szkoda. Mieliśmy szansę w środku tygodnia zdobyć bonusowe punkty, a teraz już te regularne. Mając 38-39 oczek, bylibyśmy dalej w czołówce tabeli. A tak nie dość, że bilansu nie powiększyliśmy, to przeskoczyło nas kilka drużyn i znów wylądowaliśmy w środku – na 9. miejscu – i musimy patrzeć na to, co jutro zrobią Legia, Widzew, Arka czy Korona. Mogliśmy mieć mega komfort przed przerwą reprezentacyjną, a zrobiło się mocno średnio, choć nadal na ten moment dość spokojnie, jeśli chodzi o utrzymanie.
To co mnie cieszy, to fakt, że trener na moje pytanie o „mecz, który należy zremisować, jeśli nie można go wygrać” odpowiedział, że o remisie nie ma co gadać. Bo po prostu trzeba było strzelić bramkę i wygrać. Ostatnie, co można o GieKSie powiedzieć, to że jest minimalistyczna i gra na remis. Tyle że po prostu te gry o zwycięstwo raz lepiej wychodzą, raz gorzej. W Białymstoku goniliśmy wynik i łatwo nie było odrobić. Po wtorkowym meczu zupełnie nie czułem niesmaku. Ot tak – zagraliśmy słabą pierwszą połowę, a Jaga była rozpędzona to zrobiła to, czego my nie zrobiliśmy my wczoraj. Ale no właśnie – w Krakowie trzeba było po prostu udokumentować swoją przewagę.
Niech symboliczny będzie ten obrazek, w którym Cracovia panicznie wręcz wybijała piłkę w ostatnich minutach – byle do przodu, do nikogo, żeby zyskać kilka sekund. Dawno czegoś takiego w ekstraklasie nie widziałem. To wyglądało, jak finał Grecji na Euro 2004, tyle że Grecja wcześniej coś tam w swojej grze pokazywała i strzelała regularnie bramki. Tutaj jeden cufal dał Pasom gola.
Nie pozostaje nam nic innego jak przełknąć tę gorzką pigułkę. Teraz mamy dwa tygodnie przerwy i oddechu od ligowych zmagań. Niech zawodnicy trochę odpoczną i przygotują się w tygodniu poprzedzającym starcie z Wisłą Płock jak najlepiej. Tak jak napisałem wcześniej – paradoks polega na tym, że to nie był beznadziejny mecz GieKSy. Problem był taki, że nie było kropki nad i. Więc niech ta naprawdę dobra drużyna przeanalizuje, co poszło nie tak, określi błędy i zadziała w taki sposób, by ich dalej nie popełniać. I mieć większy instynkt dotyczący wykończenia.
Mecz z Wisłą Płock będzie bardzo ważny z kilku względów. Znów będzie to mecz o sześć punktów, do tego trzeba ciągle pilnować przewagi nad strefą spadkową. A dodatkowo potem czekają nas dwa bardzo trudne i z różnych przyczyn ciężkie gatunkowo mecze. O randze spotkania z Rakowem nie ma nawet co mówić – bo wszyscy wiemy, jaka ona jest. Ale potem będziemy grać w Poznaniu z Lechem, gdzie też będzie piekielnie ciężko.
Ostatecznie musimy przyjąć, że… takie mecze się zdarzają. Zobaczcie sobie na Wolverhampton, które już od dawna jest praktycznie zdegradowane. I oni na przykład potrafili zepsuć dzień Arsenalowi, strzelając w końcówce bramkę na remis. A z Liverpoolem wygrali. Tam tam samo zapewne według kibiców tych drużyn, ich zespoły nie miały prawa tego przegrać. Taka jest piłka. Co nie znaczy, że nie można się zdenerwować.
Powkurzajmy się więc jeszcze chwilę na ten mecz i drużynę, a potem znów budujmy swoje nadzieje na lepsze jutro i kolejne dobre spotkanie. Wiem, że z pojedynku w Krakowie wyciągniemy coś dobrego.
Felietony Piłka nożna
Betonowy Urban
Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.
Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.
Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?
Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?
Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.
Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.
Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.
I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.
W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.
Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.
Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.
Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.
Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.
Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.
Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.
Grosika powołał kuźwa jego mać…
Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.
A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.
A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:
„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”
…
Felietony Piłka nożna
Plusy i minusy po Lechii
GieKSa pokonała Lechię Gdańsk 2:0 i dopisała kolejne zwycięstwo w lidze. Zapraszam na plusy i minusy.
Plusy:
+ Bartosz Nowak
Dobre wyjście z piłką już w pierwszej minucie, wywalczony rzut wolny, z którego zaczęła się akcja bramkowa, świetne wyprowadzenie przy golu Wdowiaka i podanie do Szkurina przy drugim trafieniu. Do tego dośrodkowania po stałych fragmentach i ciągła aktywność przez cały mecz.
+ Rafał Strączek
Kluczowa interwencja w 20. minucie po strzale z wolnego Zhelizko, który był zupełnie niepilnowany. Gdyby ta piłka wpadła, mecz mógłby potoczyć się inaczej. Do tego pewne wyjście w 69. minucie i spokojne łapanie w końcówce pierwszej połowy.
+ Skuteczność przy niskim posiadaniu
38% posiadania piłki i prowadzenie 1:0 po pierwszej połowie mówi samo za siebie. Lechia więcej kreowała, ale to my byliśmy konkretniejsi. Warto zauważyć też to, że znowu strzeliliśmy bramkę prawie, że do szatni.
Minusy:
– Zmarnowane okazje
Nowak nie wykorzystał błędu bramkarza Lechii, który zagrał mu piłkę dosłownie w nogi. Do tego zmarnowana szybka kontra w 32. minucie. Przy lepszym wykończeniu wynik mógł być wyższy dużo wcześniej.
Podsumowanie:
2:0 z Lechią i trzy punkty w lidze. Pierwsza połowa wyrównana, Lechia miała więcej z gry, ale to my byliśmy konkretniejsi. Druga połowa to sprawniejsze zarządzanie wynikiem, choć nie bez nerwowych momentów.
GieKSiarz
Piłka nożna
Górak: To nasz bardzo szczęśliwy dzień
Na pomeczowej konferencji pojawili się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i John Carver. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
John Carver (trener Lechii Gdańsk):
Ten mecz miał dwie połowy. Mam na myśli różnicę, między połowami, bo w pierwszej połowie byliśmy w dobrej formie i stworzyliśmy 1-2 klarowne sytuacje, ale druga połowa była skrajnie przeciwna. Mecz wygrała drużyna lepsza i jest to trudne do zaakceptowania. Musieliśmy dokonać kilku zmian w naszym zespole, szczególnie w przerwie dokonaliśmy zmiany Rodina, jedynego doświadczonego zawodnika w naszej obronie, który dostał w żebra i miał problemy z oddychaniem. Jak się traci takiego zawodnika, to ma to duży wpływ na nasz zespół. W mojej opinii graliśmy za bardzo bezpiecznie w ataku, bez ryzyka, bez prób zagrania w pole karne. Gratulujemy trenerowi GKS-u, lepsza drużyna wygrała. Musimy się podnieść, bo mamy dziewięć meczów do końca.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Zdawaliśmy sobie sprawę z siły przeciwnika, bo startowali z dyskomfortem minus pięciu punktów. Wyobrażam sobie tę trudność, jednocześnie kapitalnie Lechia z tego wyszła. Strzelili do dzisiaj 49 bramek, więc wiedzieliśmy, że musimy się mieć na baczności. Oczywiście można dywagować na temat składu, ale przecież jedna i druga strona była w jakiś sposób nie tyle osłabiona, ale jednak absencje po jednej i po drugiej stronie były.
Widzieliśmy więc mecz, w której rywal próbował w pierwszej połowie nas zepchnąć – trochę przy wrzutach z autu za nisko się ustawialiśmy. W związku z tym, było parę niebezpiecznych prób rywali zza pola karnego, staraliśmy to skorygować w przerwie, żeby stanąć wyżej i kiedy przeciwnik nie rzuca z autu długiej piłki, nie możemy być tak nisko w polu karnym – zneutralizowaliśmy to i dzięki temu się to trochę oddaliło.
Zawodnicy wykonali kupę mrówczej pracy. Nie dość, że orali, to wykonywali zadania taktyczne, że jestem zadowolony. A mieliśmy przecież trochę przebudowanych rzeczy – cała linia obrony była wywrócona do góry nogami. Każdy zdał egzamin na piątkę. I to mnie bardzo cieszy, że jesteśmy gotowi na to, że w perspektywie natłoku meczów, kapela, którą mamy jest szeroka i mocna. To jest klucz, by budować trening i atmosferę, a zawodnicy się też sami dobrze nakręcają. Każdy z nich czuje ważność tego momentu. Zdobyliśmy strasznie ważne punkty, u siebie, na zero z tyłu z Lechią. To są rzeczy, które budują. I to tyle o meczu, bo już w głowie mam to, co będzie się działo we wtorek.
W wielosekcyjnej GieKSie dużo się dzieje, mocno czekamy na półfinały i Jackowi Płachcie będziemy bardzo mocno trzymać kciuki w rywalizacji z Unią Oświęcim. Mam nadzieję, że kolejne finały przed nami. Dziewczyny również grają w Pucharze Polski – wygrały w Warszawie, a dzisiaj w Krakowie – gratuluję trenerce, gratuluję dziewczynom. Mam ogromną frajdę, że pracuję w tym wielosekcyjnym klubie i naprawdę trzymam za wszystkich kciuki. To jest dzisiaj nasz bardzo szczęśliwy dzień.


Najnowsze komentarze