Dołącz do nas

Felietony Kibice

Kupuję karnet, bo jestem najwierniejszy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Bardzo podoba mi się hasło „Najwierniejsi”, które zostało wymyślone przez klub GKS Katowice podczas przerwy zimowej. Jest to hasło przewodnie kampanii karnetowej. Oprócz tego w konkursach można było wygrać kolację z gwiazdami GieKSy, grę w kręgle, wyjście do pokoju zagadek, a kilka dni temu dołożono wisienkę na torcie – darmowe spotkanie z Rozwojem Katowice. W tym chwytliwym, i nad wyraz pasującym do trójkolorowej rzeczywistości, haśle widzę tylko jedno niebezpieczeństwo. W przypadku braku awansu, za rok będziemy musieli użyć czegoś mocniejszego. Wierni, najwierniejsi i… co dalej? Pozytywnie pierdolnięci? Miejmy jednak nadzieję, że dział marketingu nie będzie musiał się nad tym głowić.

Nudzą mnie mecze na Bukowej – są do siebie bardzo podobne. Kilka lat temu, gdy nie przyjmowaliśmy kibiców gości, to zlewały się wręcz w jedną całość. Czasem trzeba było się dłużej zastanowić, by przypomnieć sobie z kim graliśmy. Obecnie fani gości mogą pojawiać się na Bukowej, ale liga jest bardzo słaba kibicowsko i nie za często mamy okazję oglądać dobre ekipy w Katowicach. Niestety rzadko zdarzają się też dobre spotkania na boisku, choć trzeba oddać drużynie, że od przyjścia trenera Brzęczka widać większą aktywność w ataku, składne akcje i niekonwencjonalne zagrania. Nie znaczy to, że GieKSa gra cały czas pięknie i skutecznie, ale widać znaczącą poprawę. Z wyjazdami mam tak samo – są coraz bardziej podobne do siebie. Gramy już tyle lat w pierwszej lidze, że większość naszych rywali poznaliśmy na wylot. Czasem oni spadną ligę niżej, by po jakimś czasie awansować. Czasem znowu awansują, by znowu spaść. My cały czas się tutaj kisimy i rok w rok odwiedzamy praktycznie te same miasta i stadiony. Coraz więcej jest także zakazów, które blokują nam wizyty u nielicznych atrakcyjnych rywali.

Często nudzą mnie mecze, ale nie wyobrażam sobie, by w nich nie uczestniczyć. To jest już taki nawyk, wręcz obowiązek. Człowiek chodzi od wielu lat na te spotkania, marznie na wyjazdach, denerwuje się na słabą grę. Wszystko po to, by przeżyć w życiu takie chwile jak wygrana w Szczecinie w samej końcówce (przegrywaliśmy 1:3), gdy dopingowaliśmy bez koszulek w ulewnym deszczu. Chodzi się na te nudne mecze przy Bukowej, by eksplodować po bramce Krzysztofa Wołkowicza w meczu z Cracovią prowadzoną przez znienawidzonego Stawowego. Nudzi się człowiek przez większość tego czasu, ale wszystko wynagradza mu bramka dająca remis strzelona przez Adriana Napierałę w ostatniej minucie meczu ze Stalówką. To jest właśnie kibicowanie – miliony nudnych z pozoru rzeczy, by raz na jakiś czas zobaczyć coś na żywo, co inni będą oglądali potem na Youtube. Jest to trudne, bo w dzisiejszych czasach każdy żyje chwilą i chce natychmiastowych efektów. Kibicowanie uczy cierpliwości.

Bardzo podobało mi się podejście Polskiego Związku Piłki Nożnej, który w eliminacjach do Euro 2016 ustalił stałe ceny biletów na każdy mecz reprezentacji o punkty. Zaczynały się one od 100 złotych niezależnie od tego czy graliśmy z Gibraltarem, czy z aktualnymi Mistrzami Świata Niemcami. Na meczu z tą pierwszą drużyną nie było kompletu, na drugi było dużo większe zainteresowanie niż mógł pomieścić Stadion Narodowy. Można było rozwiązać to bardziej standardowo – na Gibraltar wpuszczać np. od 30 złotych, a na Niemcy od 250 złotych – wtedy mielibyśmy pewnie dwa komplety i mniejszą ilość chętnych (ze względów na koszta) na mecz z Mistrzami Świata. W założeniu PZPN podobało mi się jednak podejście, że ludzie mają przychodzić na Reprezentację Polski, a nie na naszych rywali. Nie na Niemców, Hiszpanów czy inne piłkarskie potęgi, ale na Lewandowskiego, Grosika i spółkę. Podoba mi się takie myślenie, bo tak robią wielkie kluby i reprezentacje. Innym przykładem może być np. Borussia Dortmund, która gromadziła dziesiątki tysięcy kibiców, gdy znajdowała się w dolnych rejonach tabeli. Ludzie chodzili nie ze względu na wynik, miejsce w tabeli, ale dlatego, bo grał ich klub.

Mam nadzieję, że kiedyś doczekam się takiego podejścia wśród wszystkich kibiców GieKSy – nie tylko tysiąca czy dwóch, ale kilkunastu tysięcy. Ja już wyrobiłem w sobie taki nawyk – dla mnie nie jest ważne czy jadę do Suwałk na mecz Pucharu Polski, czy do Warszawy na Legię. Jadę przede wszystkim na spotkanie GieKSy. Nie układam wyjazdów czy spotkań u siebie w kolejności od najatrakcyjniejszego do najnudniejszego. Nie miałoby to przecież sensu, bo i tak przyjdę lub pojadę na każdy z tych meczów. Na Legię chciałbym pojechać nie dlatego, że to jest Legia, ale dlatego, bo obecnie gra w Ekstraklasie. A właśnie tam widzę GieKSę. Jak w tej Ekstraklasie będą grały same Nieciecze – wtedy będę tak samo szczęśliwy jakbym miał jechać do Poznania, Warszawy czy Krakowa. Moim największym koszmarem są sny, w których zasypiam na wyjazd albo stoję w korku i nie mogę dotrzeć na Bukową. Okropieństwo! Bardziej przerażające jest jednak to, że znam więcej osób, którym się takie rzeczy śnią…

Punktem wyjścia dla kibica powinna być obecność na wszystkich domowych meczach, a dla fanatyka na wszystkich wyjazdach. Dopiero od tych progów można zaczynać rozmowę o tym kto jakim jest kibicem czy fanatykiem. Bez spełnienia tych wymagań nie można według mnie mówić o kibicu i fanatyku. Nie ma bardziej obiektywnego czynnika niż ten mierzący obecność na spotkaniach. Nie da się porównać ze sobą organizowania opraw, malowania dziecięcych buziek czy tworzenia kibicowskich grafów. Każda z tych aktywności jest ważna, ale nie da jednoznacznie osądzić, która jest najważniejsza. Obecność na meczu da się zmierzyć każdemu – fanatykowi, ale także piknikowi. Zaangażowany kibic poświęci na spotkanie i GieKSę dużo więcej czasu, niż ten spokojniejszy z trybuny głównej, ale dla klubu najważniejsze jest to, że obaj są obecni na spotkaniu.

W tym momencie pewnie większość z Was się zagotowała, że śmiem odbierać im prawo nazywania się kibicami, bo zdarza im się opuścić mecz domowy. Przede wszystkim to tylko moja definicja kibicowania – każdy może mieć swoją własną. Po drugie – chodzi mi o obecność na wszystkich spotkaniach przy Bukowej, na których każdy mógł się pojawić. Życie jest różne – są pogrzeby, wesela, narodziny dzieci, ważne egzaminy, praca, rocznice, choroby, urodziny. Każdy z nas ma własną tolerancję na różne wydarzenia – znam takich co potrafią nie pójść na wesele kolegi, by pojechać na mecz. Znam też takich, dla których świętowanie… 10 miesięcy związku z dziewczyną jest powodem do tego, by odpuścić wizytę na Bukowej. Każdy ma własne sumienie – ważne, by zaliczać wszystkie mecze, w których nie przeszkadzają nam siły wyższe. Lepiej przez dziesięć lat zaliczyć połowę spotkań przy Bukowej (np. z powodu weekendowej pracy), niż przez dwa lata chodzić na każdy mecz, a potem całkowicie odpuścić.

Karnet to wygoda – kupuje się go raz i potem nie trzeba pamiętać o zaopatrywaniu się w wejściówki na poszczególne spotkania. Poza tym jest to oszczędność cenowa, choć przy niskich kwotach za bilet na GieKSę nie robi to aż takiego wrażenia. Karnet to jednak przede wszystkim sygnał dla klubu – „ufam Wam, jestem z Wami i wierzę w… Nas”. Od 2013 roku jestem koordynatorem ds. kibicowania w klubie (tzw. SLO). Jest to licencyjny wymóg i klub musiał z kimś podpisać umowę. Pełnię tę funkcję społecznie, na zasadzie wolontariatu i nie pobieram za to żadnego wynagrodzenia (w przeciwieństwie do większości takich osób w Polsce w innych klubach). Jako pracownik klubu mógłbym wchodzić na mecze za darmo, ale nie wyobrażam sobie, by nie mieć karnetu. Jestem kibicem i fanatykiem – według powyższych definicji, więc kupuję karnet, bo i tak będę na każdym spotkaniu. Jakbym mieszkał za granicą też bym kupił karnet, by dać sygnał – „jestem z Wami”. Naprawdę nie da się lepiej pokazać, że GieKSa, to nie jacyś Oni, ale właśnie My.

Podpisuję się pod hasłem „Wszyscy na Arkę”, ale tak samo podpisałbym się pod hasłem „Wszyscy na Pogoń Siedlce”. Społeczeństwo potrzebuje jednak fajerwerków i kibice nie są wyjątkiem. Nakręcamy spotkanie z Arką, bo jest to pierwszy mecz w rundzie wiosennej i dodatkowo atrakcyjny piłkarsko oraz kibicowsko rywal. Od zawsze marzy mi się, aby na każdy mecz mobilizować się tak samo mocno (czytaj: maksymalnie), ale wiem, że jest to niemożliwe. Bylibyśmy wtedy jak maszyny, a tak samo wysoka mobilizacja wprowadziłaby po prostu marazm. Reasumując: przyłączam się do hasła „Wszyscy na Arkę”, ale jeszcze bardziej do „Najwierniejsi mają karnet’. Ja jestem najwierniejszy, a Ty?

Tekst ukazał się na stronie Zyciekibica.pl

4 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

4 komentarze

  1. Avatar photo

    zwierzak

    24 lutego 2016 at 13:19

    Świetny tekst. 100% racji!

  2. Avatar photo

    sajmonczan

    24 lutego 2016 at 14:06

    Genialny tekst. Dawno nie przeczytałem tak dobrze napisanego tekstu.

  3. Avatar photo

    n.k.w.d.

    24 lutego 2016 at 20:21

    GrATY KOSA !

  4. Avatar photo

    siwy.jr

    27 lutego 2016 at 09:14

    Bardzo dobry tekst. KUPUJĘ KARNET

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Trudność w podejściu do średniawki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Aaaa qrwa jego mać…

To moja reakcja na gola Rakowa w doliczonym czasie gry w Gdańsku. Bo zaczynam pisać zaraz po. I tak, jak kolejka zaczęła się dobrze, bo Termalica wygrała w Lubinie, to potem pewnie lepszy byłby dla nas remis z Białymstoku, ale OCZYWIŚCIE Górnik musiał strzelić w doliczonym, lepszy byłby remis lub porażka Rakowa, ale OCZYWIŚCIE Raków musiał strzelić w doliczonym. I luj Bobcki strzelił, bo dwie drużyny się od nas oddaliły w tabeli.

Ktoś powie – trzeba było wygrać w Kielcach. No pewnie, że trzeba było, ale nie wygraliśmy. A nasze zdobywane punkty – zwłaszcza w tej fazie sezonu – mają taką samą wagę jak straty punktów przez przeciwników.

Przechodząc do naszego meczu. Nie wiem, jak to ugryźć szczerze mówiąc. Bo mam wrażenie, że Korona była do zdobytej bramki po prostu słaba. Potem się rozkręcili i w końcówce mogli strzelić zwycięskiego gola. Więc summa summarum remis jest sprawiedliwy. Bo gdy piszę, że Korona była słaba, to trzeba zaznaczyć, że my nie byliśmy jakoś specjalnie lepsi. Uważam, że do straconej bramki trochę lepsi byliśmy. Ale tylko trochę, to nie był jakiś wielce dobry mecz GKS Katowice. Był średni.

O ile defensywa tym razem dała radę i dopuściła do utraty tylko jednej bramki, to w ofensywie byliśmy bezbarwni. Niby kilka razy podeszliśmy pod bramkę przeciwnika, niby jakieś sytuacje się pojawiły, ale tym razem wykończenie czy ostatnie podanie były słabe. I tu mam pretensje do naszych zawodników, bo zalążki tych akcji były znowuż bardzo dobre. Naprawdę potrafimy pod to pole karne podchodzić i wszystko tkwi w tym, czy dobrze wykończymy akcję – najlepiej celnym strzałem. W poprzednich meczach wyglądało to kapitalnie. Tym razem – mizernie.

Znowu będę się czepiał. Bartka Nowaka. Znów nasz najlepszy zawodnik ligi, mając dobre sytuacje wyglądał, jakby chciał wykończyć czy zagrać ostatnie podanie „pięknie”. Czasem tej zabawy jest po prostu za dużo. Oczywiście te niekonwencjonalne zagrania dały kilka wspaniałych asyst. Ale jeśli chodzi o gole, to już tak nie było. Przecież z tej wyjątkowej techniki naprawdę idzie skorzystać, jednocześnie zachowując prostotę. Uderzyć po długim rogu temu Dziekońskiemu, gdy praktycznie cała bramka jest odsłonięta. Ewentualnie nawinąć przeciwnika i strzelić. Bartek wysoko zawiesił poprzeczkę, dlatego mam uwagi. Przecież on krawaty potrafi wiązać na tym boisku, ale w związku z tym zdarza mu się przedobrzyć.

Ale tak jak napisałem – cała ofensywa była jakaś niemrawa. Ilja znów zmarnował jedną kapitalną sytuację. I czasem sam już nie wiem, co sądzić o tym zawodniku. Bo mało strzela goli i sporo sytuacji marnuje. Znów doceniam jego pracę w środku boiska, przy rozegraniu. Z Koroną choćby kapitalnie wypuścił Nowaka. Z Motorem też miał wielki udział przy rozprowadzeniu akcji bramkowej. Ale tak jak mówię, nie mam uwag co do gry w środku boiska. Problem pojawiał się przed i w polu karnym.

Korona w tym czasie frustrowała raz po raz swoich kibiców. Psioczyli oni dość mocno na piłkarzy. Kielczanie raz po raz bowiem tracili piłki i nie potrafili rozegrać dobrej ofensywnej akcji zakończonej strzałem. Nie wyglądali jak swoja wersja z jesieni.

Cieszy kolejny gol Arkadiusza Jędrycha. Capitano – wzorem Radomiaka – asystował sam sobie od słupka. Chyba lubi halówkę i grę od bandy. Po raz kolejny trafił do siatki i myśleliśmy, że ten gol da nam zwycięstwo, a najlepiej gdybyśmy potem strzelili drugą bramkę.

Patrząc na to z drugiej strony, to znów trzeba powiedzieć, że stara GieKSa taki mecz by przegrała w końcówce. Można powiedzieć, że w Krakowie – z mega słabą Cracovią – nie ugraliśmy nawet punktów. Aż tak słaba jak Pasy Korona wczoraj nie była. Więc remis na wyjeździe z solidną drużyną z ekstraklasy oczywiście nie jest złym wynikiem. Oczywiście należy wziąć pod uwagę też nasze osłabienia kadrowe. Przecież nie było Strączka, Klemenza, Kowalczyka, Galana, Zrelaka. Trener musi odkrywać i dostosowywać szerszą kadrę. I znowuż jak na to, że mamy tyle osłabień – wyniki są bardzo w porządku.

Tylko ten niedosyt. Naprawdę można było w tym spotkaniu ugrać więcej i poprawić swoją sytuację w tabeli dopisując trzy punkty. Tak dopisujemy jeden. Co oczywiście też jest zdobyczą. Każdy punkt jest na wagę złota.

Po tej fatalnej porażce z Cracovią GieKSa rozegrała cztery mecze – dwukrotnie u siebie wygrywając i dwa razy remisując na wyjeździe. Ostatecznie jest to układ bardzo dobry. Grając w taki sposób przez cały sezon zdobywa się 68 punktów. W obecnych rozgrywkach wystarczyłoby do mistrzostwa. Ostatecznie więc ostatnia tzw. forma katowiczan jest bardzo dobra.

Każdy był po tym meczu niepocieszony. Jacek Zieliński – znany ze swojego marudzącego tonu – tak właśnie trochę pomarudził na konferencji prasowej. Rafał Górak też nie był przeszczęśliwy, ale też mówił, żeby nie utyskiwać aż tak bardzo na ten remis. No i te nastroje szkoleniowców chyba oddają, to co widzieliśmy w Kielcach. Każdy był trochę rozczarowany po tym remisie, a jednocześnie wiedział, że można było ten mecz przegrać. Więc nie narzekam aż tak bardzo, ale trochę narzekam.

Patrząc teraz na perspektywę gry w pucharach – myślę, że Raków i Górnik znajdą się w czwórce. Jeśli tak, to piąte miejsce da przepustkę do Europy, bo obie ekipy zagrają w finale Pucharu Polski w najbliższą sobotę. Wychodzi więc na to, że o to piąte miejsce w pucharach rywalizować będzie GieKSa, Wisła Płock i Zagłębie. Lubinianie dali ciała z ekipą z Niecieczy i wygląda jakby spuchli, choć lekceważyć ich nie można. Dzisiaj z zapartym tchem będziemy obserwować mecz Wisła – Radomiak i musimy kibicować gościom – od wyniku tego spotkania będzie zależeć bardzo, bardzo wiele. Natomiast żadna z wymienionych trzech drużyn kompletu punktów raczej nie zdobędzie, więc trzeba zminimalizować punktowe straty. Na plus jest to, że i z Zagłębiem, i z Płockiem mamy lepsze bilanse bezpośrednie.

Świat się nie zawali, jeśli GieKSa do pucharów nie wejdzie. Przecież jeszcze niedawno walczyliśmy o utrzymanie. Ale nie ma się co oszukiwać, matematyka mówi, że udział w Europie jest po prostu realny. Jeśli na przykład GieKSa zdobyłaby w ostatnich czterech kolejkach 7-8 punktów, to gra w eliminacjach Ligi Konferencji będzie bardzo możliwa. To jest bonus, szansa, która się nadarza. I grzechem byłoby nie powalczyć.

Jest jednak jeden warunek. Z Termalicą za tydzień trzeba bezwzględnie wygrać. Jakkolwiek nie jest to typowy outsider prezentujący się beznadziejnie, to jednak jest to ostatnia drużyna ligi, którą będziemy podejmować. W kolejnych trzech spotkaniach o punkty będzie dużo trudniej. Trzeba więc sobie ustawić sytuację tak, żeby z 47 punktami startować do trzech ostatnich kolejek.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Rafał Strączek 2029!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Rafał Strączek podpisał nowy kontrakt z klubem, a ogłoszenie tego miało miejsce przed piątkowym spotkaniem z Motorem Lublin. Tym samym ucięto medialne spekulacje o przeprowadzce do Poznania. 

Nowa umowa będzie obowiązywać do czerwca 2029 roku. Bramkarz, po wejściu do pierwszej jedenastki, świetnie się spisuje i ma wielki udział w wynikach GKS Katowice. W tym sezonie w 23 spotkaniach 8 razy zachował czyste konto.

Piłkarzowi życzymy zdrowia, dalszych dobrych występów i sukcesów z naszym klubem. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga