Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

[WYWIAD] Kalinkowski: Jestem bardzo zadowolony z przyjścia do GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Sporo nowym graczy pojawiło się w klubie w ostatnim okienku transferowym. Z jednym z nich umówiliśmy się w ostatnim czasie na nieco dłuższą niż pomeczowa wypowiedź rozmowę. Poznajcie bliżej Bartłomieja Kalinkowskiego.

GieKSa.pl: Trenujesz już karne?

Kalinkowski: Nie (śmiech). Ja do rzutów karnych się nie zabieram. W juniorach na turniejach podchodziłem do nich, ale strzelałem ze zmiennym szczęściem. To zdecydowanie nie jest moja mocna strona.

Wydawałoby się, że to może być Twoja mocna strona, bo generalnie często zawodnicy ze środka pola nawet z pozycji defensywnych dobrze wykonują takie 11stki.

Problem w karnych pojawia się wtedy, gdy podchodzę do piłki. Zwykle ci, którzy dobrze strzelają karne mają wybrany z góry wybrany róg, w który będą strzelać. Ja mam za dużo myśli wtedy, gdzie i jak uderzyć.

Zacznijmy więc od początku, długo zastanawiałeś się nad propozycją GieKSy w lecie?

Dla mnie to była prosta sprawa. Po Suwałkach miałem rok kontraktu z Legią, ale wiedziałem, że w tamtej chwili nie będzie dla mnie miejsca w tej drużynie. Szukałem bez powodzenia gry w ekstraklasie. GKS był bardzo zdeterminowany,by mnie pozyskać, co bardzo mi zaimponowało. W dwa dni załatwiliśmy wszystkie formalności między sobą, a i kwestie finansowe między klubami nie były przeszkodą. Z perspektywy czasu jestem bardzo zadowolony z tego kroku.

Ten piłkarski początek do łatwych nie należał bo przegraliście w Radomiu.

Tamten mecz jest do wymazania. Przegraliśmy go grając w składzie, który na tamtą chwilę był mocno eksperymentalny. Kontuzje i kartki wykluczyły 5 graczy, którzy teraz grają w podstawowym składzie. Do tego w tym zestawieniu graliśmy nasz pierwszy mecz „o punkty”. Z perspektywy czasu – mimo odpadnięcia – dobrze się stało, że taki mecz nam się przytrafił w tamtym momencie.  Po tym meczu zdaliśmy sobie sprawę, że to nie będzie tak łatwo wyglądało jak wszyscy myśleli.

Dla Ciebie chyba podwójny zimny prysznic bo zostałeś zmieniony w przerwie

GieKSa nie ściągałaby mnie, gdyby nie widziała mnie w składzie. Jeden mecz nie mógł o tym decydować, byłem przekonany, że dostanę jeszcze swoją szansę. W Radomiu zostałem zmieniony w przerwie, bo miałem od 3 minuty kartkę na koncie, a mecz był agresywny w środku pola. Trener wyjaśnił mi od razu, że nie chciał ryzykować czerwonej kartki.  Nie mogłem mieć żadnych pretensji do trenera, nasza gra nie była na najwyższym poziomie. Musiałem poczekać na swoją szansę, ale taka jest piłka. Teraz, gdy gramy dobrze, czekają inni. Gdyby coś się załamało w naszej grze, to też pewnie będą jakieś zmiany w składzie. Trzeba być na to przygotowanym i nikt się na to, że nie gra nie może obrażać. Normalną sprawą jest jednak to, że każdy chce grać.

Czekają inni, ale trzeba przyznać, że w składzie jest przewaga nowych graczy w porównaniu do zeszłych sezonów. Zaskoczyło Cię to, że tak się to udało od początku poukładać?

Wszystko wymaga czasu. Przede wszystkim dla sztabu szkoleniowego, który ma nowych graczy, ale jeszcze musi ich wpasować do drużyny. Musi zadecydować, kto ma grać, a kto siedzi na ławce i wchodzi do gry. Wiem, że apetyty rosną, ale wydaje mi się, że jeszcze potrzebujemy czasu, by grać lepiej. Póki co, w którymś momencie to wszystko powoli zatrybiło. Ukłony dla dyrektora Dariusza Motały i jego planu. Naprawdę trzeba było włożyć ciężką pracę i do tego mieć rozeznanie co do zawodników, w to by w ten sposób poukładać drużynę.

Kluczowy był mecz w Olsztynie? Bo nam się wydaje, że tam był pierwszy sygnał do tego, że zaczynacie dobrze grać.

Przeciwko Stomilowi na pewno pierwszy raz wyszliśmy takim składem. Zabrakło nam trochę szczęścia w tym meczu, chociaż gra rzeczywiście była dobra. Krok po kroku z każdym meczem nasza gra była lepsza, zaczęliśmy przede wszystkim dochodzić do sytuacji strzeleckich. Teraz największą bolączką jest nasza skuteczność, ale wierzę, że ona przyjdzie i trafią się takie mecze, że bramek będzie więcej.

Apetyty mocno wzrosły po waszej grze wśród kibiców. Co trzeba zrobić by taką dyspozycję utrzymać?

Jeśli chodzi o szatnię to trzeba powiedzieć, że mamy teraz fajną grupę ludzi, która jest zdeterminowana do tego, by grać jak najlepiej. Z mojej perspektywy wydaje mi się, że może to dobrze, że nie wszystko nam jeszcze wychodzi na boisku. Być może, gdyby tak było od razu to niektórzy pomyśleliby, że jesteśmy już gotową drużyną, a to jest często zgubne.  W szatni mamy doświadczonych graczy takich jak Grzegorz Goncerz, Tomasz Foszmańczyk czy Sebastian Nowak. Oni to wszystko trzymają i czuwają nad tym byśmy nie odlecieli. Wszystko jeszcze kontroluje sztab szkoleniowy z trenerem Jerzym Brzęczkiem na czele.

W Legii wchodziłeś do drużyny, w Suwałkach gra o utrzymanie a potem środek tabeli teraz pierwszy raz w GieKSie grasz na poważnie o coś?

Wchodząc do drugiej drużyny Legii myślałem, że tam jest presja. Dziś jednak wiem, że tej presji tam nie ma. W Wigrach człowiek się uczył, bo tam dobrze zaczęliśmy, a potem nastąpił spadek formy. Doświadczenia, które zbieram pozwalają mi spokojniej podchodzić do tego, co spotkałem w GieKSie. W Legii zawsze jest presja, wymaga się wygranych. Tutaj na Śląsku jest trochę inny rodzaj presji, bo też jest wiele klubów. Jest zainteresowanie kibiców i mnie takie coś bardzo odpowiada. Lubię kiedy coś się dzieje, gdy ludzie interesują się drużyną, gdy po prostu jest dla kogo grać. Nie uważam by taka sytuacja miała nam splątać nogi.

Mimo młodego wieku wydaje się, że sporo już przeszedłeś jako piłkarz. Czujesz, że dorastanie było przyśpieszone?

Okres w Legii dał mi bardzo dużo pod jednym względem. Musiałem sam dojść do wszystkiego ciężką pracą. Nigdy nie byłem tam uważany za najlepszego zawodnika z danego rocznika chociaż w juniorach młodszych zdobyłem wicemistrzostwo polski, w juniorach starszych mistrzostwo. Mimo tego, że się wyróżniałem, to do Młodej Ekstraklasy nie trafiłem. Okres juniorski musiałem przejść do samego końca, by trafić do drugiej drużyny. Niektórzy koledzy trafiali do Młodej Ekstraklasy w wieku 16 lat. Ja cały czas grałem w juniorach, co w tamtym momencie bardzo mi przeszkadzało, byłem wtedy strasznie niecierpliwy. Każdy ma inną ścieżkę rozwoju. Myślę, że moja była dla mnie korzystna. Nawet wypożyczenie do Suwałk traktuje bardzo dobrze, bo zobaczyłem ile jeszcze czeka mnie pracy,by grać nawet na poziomie pierwszoligowym. To nie jest tak, że przychodzę z Legii i wszystko przyjdzie mi łatwo i przyjemnie, trzeba dawać z siebie cały czas 100%. Można powiedzieć, że z Legii zszedłem poziom niżej do Wigier a teraz nowe wyzwanie GKS. Bardzo się cieszę z tego powodu, bo to po Wigrach na pewno krok do przodu, walczę o zupełnie inne cele.

Pierwsza liga to dobry pomysł dla takich graczy jak Ty, którzy nie mieszczą się w kadrze ekstraklasy? Wiemy, że nie wszyscy chcą schodzić niżej.

Myślę, że dla takich młodych graczy jest to dobra droga do rozwoju. I liga się rozwija, coraz więcej drużyn gra fajną piłkę, można zdobyć doświadczenie, zobaczyć jak wygląda szatnia w seniorach i jakie panują tu zasady. Trzeba nauczyć się cierpliwości, tego by ważyć słowa, by nie być porywczym jak w juniorach. Dochodzi też presja wyniku, więc to wszystko na pewno jest dobrym doświadczeniem dla młodych graczy.

Ty w ekstraklasie debiutowałeś, ale wspominałeś, że niedosyt był. Z perspektywy czasu byłeś już wtedy gotowy na grę?

Trenowałem wtedy  z pierwszą drużyną, która w tamtym okresie biła się w Lidze Europy, walczyła realnie mocno o mistrzostwo. Wychodziłem na treningi i nie odstawałem w rywalizacji z takimi zawodnikami jak Vrdoliak czy Jodłowiec. Nie było powodu, by myśleć, że nie dam sobie rady z innymi zawodnikami w lidze. Zagrałem w lidze i w tych meczach, w których zagrałem zebrałem dobre oceny. W jednym meczu nawet bardzo dobre. Bolało mnie jednak to, że gdy dostałem powołanie do  młodzieżowej reprezentacji, to po powrocie z niej nagle straciłem miejsce nawet w osiemnastce. Nie miałem już możliwości walki o skład. Oczywiście prędzej czy później z Legii bym musiał odejść wobec innych transferów. Uważam jednak, że gdyby trener Berg dałby mi więcej pograć, to skorzystałbym na tym jako zawodnik.

Jak wspominasz te powołanie do reprezentacji?

Grając w juniorach denerwowałem się, że nie dostaję powołań nawet do kadry Mazowsza. Nigdy w niej nie zagrałem. Dziś inaczej patrzę na to, szczególnie gdy widzę, gdzie teraz grają zawodnicy, którzy wtedy występowali w tej kadrze. Moment, gdy dostałem powołanie do reprezentacji był dla mnie szczególny. Zawsze walczyłem o to, by w niej grać, bo to super sprawa i wielki zaszczyt. Nawet moi rodzice pofatygowali się na ten mecz, by zobaczyć mój debiut. Dla mnie to wyróżnienie móc reprezentować kraj.

W jednym z wywiadzie mówiłeś, że słyszałeś różne opinie o kibicach GieKSy. Więc powiedz, jakie to były opinie i jak to się ma do Twoich doświadczeń?

Gdy reprezentowałem Wigry trener uczulał mnie na trybuny, gdy graliśmy w Katowicach. Wtedy pomyślałem sobie, że skoro przyszedłem z Legii i grałem przy większej ilości kibiców, to nic mnie nie zaskoczy. Muszę jednak przyznać, że w czasie meczu kibice z Blaszoka stworzyli bardzo dobry doping i na boisku to się czuło. Pierwsze wrażenie było pozytywne i zdziwiłem się, gdy usłyszałem, że kibice w Katowicach potrafią po 20 minutach „jechać po piłkarzach”. Od momentu w którym jestem w Katowicach czegoś takiego nie zauważam i jestem pod wrażeniem zachowania kibiców. Wyniki nie były na początku dobre, były przetasowania w kadrze. Być może gdyby zachowanie kibiców było inne na początku rozgrywek, to my dziś byśmy byli niżej w tabeli z zupełnie inną grą. Kibice nam zaufali i chyba nie są zawiedzeni naszą postawą. Uważam, że dalej musimy to wszyscy ciągnąć w jednym kierunku. Klub jest dobrze poukładany, mamy dobrą drużynę i wierzę, że wszyscy razem, razem z kibicami możemy ten awans wywalczyć. Trzeba jednak pamiętać, że do tego jeszcze długa droga.

Jak ocenisz swoją postawę w tych meczach? Naszym zdaniem brakuje jeszcze akcentów w ofensywie. Pytanie tylko czy Twoją rolą na boisku jest szukanie ofensywnych rozwiązań w ustawieniu w którym gramy?

Na pewno muszę popracować nad strzałami z dystansu. Każdy zawodnik, który gra na pozycji defensywnego pomocnika powinien mieć dobry taki strzał. Ja muszę nad tym popracować, bo jak pokazał np. mecz w Bielsku-Białej jeszcze trochę mi brakuje w tym elemencie. Czy jestem niewidoczny? Ja swoją rolę widzę nieco inaczej. Trzeba pamiętać o jednej rzeczy. Ktoś to pierwsze podanie wprowadzające musi wykonać, czy to do ataku czy do pomocy. Uważam, że w tym elemencie jestem dobry. To może być niewidoczne dla kibiców, ale jeśli dzięki temu możemy wygrywać mecze to mi taka rola pasuje. Podziwiam za grę Toniego Krossa, dla mnie ten człowiek nie jest niewidoczny na boisku, ale dla mnie bez niego Real Madryt nie istnieje. To jest zawodnik, który ma podania wprowadzające, przyśpieszające, do niego zespół nie boi się grać, bo ma zaufanie, że on zrobi coś pożytecznego. Zgadzam się, że patrząc w statystyki niewiele daję zespołowi jeśli chodzi o asysty i gole, ale też gram na pozycji numer 6, gdzie jestem dalej od bramki. Gdy gram z Łukaszem Zejdlerem to mi przypada więcej zadań defensywnych.

Ostatnio czytaliśmy opinię, że patrząc na to w jakim tempie rozwija się GieKSa to jest to zdecydowanie kurs na ekstraklasę. Pomijając boisko, które jest zawsze najmniej przewidywalne to jakie jest Twoje zdaniem na ten temat?

Mamy wszystko, czego nam potrzeba. Są boiska treningowe przy klubie, dobre boisko główne. Cieszy to, że wszystko jest na miejscu i możemy korzystać z siłowni, czy też odnowy biologicznej.  Zaplecze medyczne jest na wysokim poziomie i wiele tutaj znaczy osoba Wojtka Hermana, który współpracuje z kadrą.  Jeśli chodzi o taką otoczkę medialno-marketingową, to widzę, że w GieKSie też to się mocno rozwija. Nic tylko trenować i dążyć do tego celu.

Przed wami mecze ze Stalą a potem Tychy .

O Tychach w ogóle nie myślimy, choć zdążyłem się przekonać, jak ważny będzie to mecz dla kibiców. Jeśli chodzi o Stal to wiemy, że zmieniła trenera i jak czasem działa efekt nowej miotły, ale mam nadzieję, że tym razem się o niej nie przekonamy. To będzie trudny mecz, bo będziemy grać atakiem pozycyjnym z zespołem, który nie notuje dobrych wyników. Musimy być skoncentrowani przez całe spotkanie.

Z tego co wiemy dużo czytasz biografii sportowców. Co byś teraz polecił kibicom?

Aktualnie przeczytałem książkę Suareza. Bardzo cenię tego zawodnika za jego postawę na boisku, uważam, że jako napastnik jest w tym co robi najlepszy na świecie. Dużo dają również takie książki jak np. trenera Szamotulskiego. Wiadomo można się czasem  pośmiać z tych historyjek piłkarskich, ale one jednak młodym graczom powinny dać do myślenia, że nie wszystko jest takie kolorowe w karierze piłkarskiej i trzeba zadbać o przyszłość.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.

Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?

Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.

A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.

Może, może (śmiech).  Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.

Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje. 

Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.

Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?

Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.

Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?

Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.

To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?

Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.

A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?

Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.

W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?

Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.

Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.

Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.

Biło serce, jak sprawdzali spalonego?

Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.

Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?

Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.

Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?

Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.

Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.

Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Realizacja piłkarskich mitów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”

Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.

Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.

GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.

Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.

Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…

No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.

Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.

Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.

Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.

Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.

Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.

Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.

Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.

Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.

Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.

Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.

A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.

Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.

Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.

Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.

Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.

Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.

W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.

W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.

W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.

Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.

A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.

Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.

Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.

W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga