Piłka nożna Prasówka
Murowane to są emocje. Media o meczu GKS-Stomil
Piłkarze GieKSy po emocjonującym spotkaniu zremisowali wczoraj z Stomilem 2:2. Zapraszamy do przeczytania bardzo „obfitych” fragmentów doniesień mass mediów, które wybraliśmy dla Was.
sportowefakty.wp.pl – Nice I liga: zmarnowana szansa GKS-u Katowice
[…] Od początku gospodarze zaatakowali i ostrzeliwali bramkę Piotra Skiby. Golkiper gości długo jednak nie popełniał błędów i nie dawał się zaskoczyć rywalom.
Najczęściej na bramkę przyjezdnych strzelał Tomasz Foszmańczyk, ale to Mikołaj Lebedyński w 30. minucie trafił w poprzeczkę. Wymienieni gracze mieli udział w bramkowej akcji. W 40. minucie Fosmańczyk zagrał „klepkę” z Lebedyńskim i po chwili trafił do siatki.
Wydawało się, że po zmianie stron gospodarze będą kontrolowali przebieg meczu. Tymczasem w 50. minucie był remis. Indywidualną akcję przeprowadził Marcel Ziemann, który ograł Tomasza Wisio i uderzył nie do obrony. Podrażnieni katowiczanie ruszyli do ataku i po niespełna kwadransie ponownie prowadzili. W zamieszaniu kilka razy na bramę Skiby uderzał Kamil Jóźwiak. Dopiero trzecia próba znalazła drogę do bramki.
Radość GKS trwała krótko. W 72. minucie było 2:2. W polu karnym Alan Czerwiński sfaulował Pawła Wojowskiego, a „jedenastkę” wykorzystał Rafał Kujawa.
Po wyrównującym golu do ataku niespodziewanie ruszył Stomil i mógł zdobyć bramkę na 3:2. Świetnej okazji nie potrafił wykorzystać Tsubasa Nishi, który z kilku metrów uderzył w Mateusza Abramowicza. W końcówce do zdobycia zwycięskiego gola dążyli gospodarze. Olsztynianie przez ostatnie minuty grali w osłabieniu, ale dowieźli remis do końca.
katowickisport.pl – Wielkie emocje i rozczarowanie przy Bukowej
Katowiczanie w pierwszym tej wiosny występie przed własną publicznością mieli fotel lidera tabeli zaplecza ekstraklasy na wyciągnięcie ręki. Dwukrotnie prowadzili, ale ostatecznie stracili dwa punkty z rywalem z Olsztyna.
„Murowany kandydat” – tej treści oprawę wywiesili w pierwszej połowie na dość licznie wypełnionym „Blaszoku” fani GKS-u. Chyba nikt patrząc na boiskowe poczynania obu zespołów nie miał wtedy wątpliwości co do słuszności tego stwierdzenia. Katowiczanie od pierwszych minut zepchnęli Stomil do defensywy. Egzekwowali niezliczoną ilość rzutów rożnych, dwukrotnie – po centrach Alana Czerwińskiego i „główkach” Mateusza Kamińskiego oraz Mikołaja Lebedyńskiego – gości ratowała poprzeczka. Jak tylko mógł, między słupkami dwoił się i troił Piotr Skiba. Gol dla „GieKSy” był jednak tylko kwestią czasu.
[…] W końcówce spotkania za faul na Grzegorzu Goncerzu (zmienił dobrze dysponowanego Lebedyńskiego) drugą żółtą kartkę ujrzał Piotr Klepczarek, ale na wykorzystanie liczebnej przewagi – niesieni godnym podkreślenia dopingiem kibiców – gospodarze czasu już nie mieli i skończyło się rozczarowującym remisem.
Fakty są takie, że w ten sposób GKS awansu nie wywalczy. Stomil nie zaprezentował niczego szczególnego, a i tak strzelił dwa gole – co przy Bukowej w tym sezonie nie zdarzyło się żadnej innej drużynie. Pamiętając jeszcze o inauguracyjnym wiosnę 2:2 w Chojnicach – cóż, jest efektownie, postronnym kibicom i telewidzom się podoba, ale defensywa katowicka o początku roku raczej nie będzie chciała długo pamiętać.
Za tydzień GKS znów walczyć będzie o punkty w późny piątkowy „telewizyjny” wieczór. Tym razem – w gorących derbach województwa z Zagłębiem Sosnowiec, niestety ochłodzonych decyzją wojewody o zamknięciu sektora gości na Stadionie Ludowym.
sportslaski.pl – Murowane to są emocje. Fotel lidera nie dla GieKSy
[…] Trener Jerzy Brzęczek postanowił zrobić dwie zmiany w wyjściowym składzie. Za Łukasza Zejdlera grał Igor Sapała, dla którego był to pierwszy mecz w barwach GieKSy, a za Grzegorza Goncerza do boju został posłany Mikołaj Lebedyński, który już w pierwszych minutach mógł wpisać się na listę strzelców.
[…] Przewaga GKS-u na początku spotkania była miażdżąca. Uderzenie Kamila Jóźwiaka w świetnym stylu obronił Piotr Skiba, Mateusz Kamiński trafił w poprzeczkę, a nieznacznie chybił Tomasz Foszmańczyk. Stomil miał problemy, by wyjść ze swojej połowy. Pierwszą okazję przyjezdni mieli dopiero po 20 minutach – Grzegorz Lech posłał piłkę nad poprzeczką. Po chwili jednak sytuacja wróciła do normy. Szturmowała GieKSa.
Znów świetną paradą popisał się Skiba (po strzale Foszmańczyka), po raz kolejny olsztynian uratowała poprzeczka (Lebedyński). Najczęściej otworzyć wynik próbował „Fosa”, który w końcu dopiął swego – po jego uderzeniu po ziemi piłka w końcu wpadła do siatki. Trzeba jednak przyznać, że równie duży wkład w gola na 1:0 miał Lebedyński, który odegrał pomocnikowi piętą. Ładna akcja, która udokumentowała bardzo dużą przewagę śląskiej drużyny.
GieKSa prowadziła, miała mecz pod kontrolą. Szybko się to jednak zmieniło – chwilę po rozpoczęciu drugiej połowy do wyrównania doprowadził Marcel Ziemann, którego w polu karnym nie był w stanie powstrzymać Tomasz Wisio.
Po golu dla gości mecz się trochę wyrównał, ale to GKS wciąż był zespołem częściej atakującym Tradycyjnie prawą stroną często do akcji ofensywnych podłączał się Alan Czerwiński, który tuż przed linią końcową zagrał w pole karne, gdzie uderzał Jóźwiak – strzał był jednak słaby i obrońca zdołał zablokować piłkę. Ta jednak ponownie trafiła do wypożyczonego z Lecha Poznań piłkarza, który wślizgiem uderzył pod poprzeczkę, dzięki czemu GieKSa ponownie wyszła na prowadzenie.
Znów jednak dosyć szybko Stomil zdołał odrobić stratę – Czerwiński sfaulował w polu karnym Pawła Wojowskiego i sędzia Paweł Pskit podyktował „11”, którą wykorzystał Rafał Kujawa. Po chwili mogło być 3:2, ale… dla olsztynian. Abramowicz odbił piłkę przed siebie po mocnym strzale z dystansu Jakuba Piotrowskiego, co prawie wykorzystał Tsubasa Nishi. Japończyk zmarnował jednak wyborną sytuację – strzelił wprost w bramkarza gospodarzy.
Mecz był bardzo emocjonujący, bo Stomil nie zamierzał zadowolić się jednym punktem i w końcowych minutach oba zespoły na zmianę zadawały ciosy. Nikt jednak nie uderzył tak, by wygrać. Na kilka minut przed końcowym gwizdkiem czerwoną kartkę zobaczył Piotr Klepczarek, ale było już zbyt późno, by móc tę szansę wykorzystać.
Bardzo dobrą atmosferę stworzyli kibice GKS-u, którzy głośno dopingowali i jeszcze w pierwszej połowie zaprezentowali malowaną sektorówkę „Murowany kandydat”. Patrząc jednak na dwa pierwsze mecze katowiczan w tym roku – murowane w spotkaniach ekipy trenera Jerzego Brzęczka są jak na razie tylko emocje…
gol24.pl – GieKSa znowu nie utrzymała prowadzenia. Stomil wyrwał punkt
[…] GKS Katowice nie wykorzystał potknięcia Chojniczanki Chojnice i nie został nowym liderem 1. ligi. Trudne warunki przy Bukowej postawił Stomil Olsztyn, który dwukrotnie zdołał doprowadzić do remisu.
[…] GKS w rundzie jesiennej często rozpoczynał domowe mecze z animuszem, ale takiego mocnego naporu ze strony gospodarzy jak w pierwszym kwadransie piłkarze z Olsztyna chyba nie przewidzieli. Już w pierwszych minutach szansę na zdobycie bramki miał Lebedyński, ale najpierw uderzył obok bramki Skiby, a następnie kilkadziesiąt sekund później, mimo że trafił do bramki, gol nie został uznany ze względu na pozycję spaloną. Chwilę później swoje okazje miał Kamil Jóźwiak, ale i on przegrał pojedynek z bramkarzem gości.
Skiba nie miał prawa narzekać na nudę w pierwszych fragmentach spotkania. Zaledwie minutę po wybronieniu strzału Jóźwiaka uratowała go poprzeczka po główce Lebedyńskiego. Po kwadransie napór gospodarzy nieco ustał, ale to w dalszym ciągu podopieczni trenera Brzęczka nadawali ton boiskowym wydarzeniom.
[…] Goście, mimo iż przegrywali mogli cieszyć się, że do szatni schodzili z zaledwie jedną straconą bramką, co dawało im jeszcze nadzieję na wywiezienie z Katowic jakichkolwiek punktów. Trener Adam Łopatko nie czekał na dalszy rozwój wydarzeń i w przerwie dokonał dwóch zmian. Na boisku pojawili się Jakub Piotrowski i Tsubasa Nishi, którzy mieli ożywić grę w ofensywie drużyny z Olsztyna. Mimo, że druga część gry podobnie jak pierwsza rozpoczęła się od ataków gospodarzy, to Stomil niespodziewanie cieszył się z wyrównującej bramki.
[…] W ostatnich minutach gra przenosiła się zarówno pod jedno jak i drugie pole karne, ale klarownych sytuacji kibice na Stadionie Miejskim już nie zobaczyli. Podopieczni trenera Łopatki kończyli ten mecz w dziesięciu, kiedy to po dwóch żółtych kartonikach musiał opuścić plac gry. Gospodarzom zabrakło czasu, ale także pomysłu na to, aby mimo gry w przewadze, przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Przy Bukowej byliśmy zatem świadkami niezłego spotkania, które w lepszych humorach kończyli goście, dla których punkt zdobyty na gorącym terenie może okazać się niezwykle ważny w kontekście walki o utrzymanie na zapleczu.
weszlo.com – Gol bramkarza, Ekstraklasa i skok bez spadochronu. I liga znów nie zawodzi!
[…] GKS Katowice stracił punkty tak niebywale głupio, że sami zastanawiamy się, jak to w ogóle możliwe. Jeden z najpoważniejszych faworytów ligi wiedział już po meczu Chojniczanki, że gra o pozycję lidera. Wyszedł na murawę tak nakręcony, że właściwie w pierwszych kilkunastu minutach mógł prowadzić kilkoma golami. Poprzeczka. Bomba Foszmańczyka. Strzał tuż obok słupka. Bomba Foszmańczyka. Tak wyglądały długie minuty, a my zastanawialiśmy się jedynie, kiedy to w końcu wpadnie. Stomil nie stanowił nawet tła, nie był nawet statystą – po prostu nie było go na murawie i tylko potężne szczęście oraz incydentalna obecność w bramce Skiby ratowała ich od pogromu. Gdy w końcu katowiczanie się wstrzelili – zapachniało zwycięstwem w sporym rozmiarze. Sama akcja bramkowa – czysta maestria. Foszmańczyk do Lebedyńskiego, ten piętą, pod nogą, odgrywa z pierwszej piłki, pomocnik GieKSy kończy płaskim strzałem w długi róg. Chwilę później przerwa i – wydawałoby się – 45 minut obijania słabszego zespołu gości.
I nagle po przerwie… Nie, obraz nie uległ zmianie. GKS atakował cały czas, ale tym razem dał Stomilowi wyprowadzić kilka kontr. Jak to zazwyczaj bywa – szybko zrobiło się 1:1. Gieksiarzy było stać na to, by po raz drugi wyjść na prowadzenie (gol Jóźwiaka, zdobyty na raty), ale gdy olsztynianie po raz drugi wyszli ze swojej połowy i od razu wywalczyli rzut karny – wszystko siadło. GKS nie tylko nie zdobył bramki na 3:2, ale miał olbrzymie szczęście, że nie stracił nawet tego jednego punktu. Dwa razy sam na sam z Abramowiczem wychodził Nishi i dwa razy górą w sobie tylko znany sposób z sytuacji wychodził bramkarz GKS-u.
Szalony mecz. Bardzo wysoka jakość piłkarska, niesamowite emocje, mnóstwo dramaturgii, zaskakujący, choć chyba wcale nie taki niesprawiedliwy wynik. Czego chcieć więcej? I liga znów pokazała swoje ofensywne, przyjemne dla oka oblicze. Czy tylko my nie jesteśmy zdziwieni, że stało się to akurat w meczu w Katowicach, z oprawą „Murowany Kandydat”, odnoszącą się do sytuacji w lidze?
sport.wm.pl – Stomil wywiózł punkt z gorących Katowic!
W pierwszej połowie piątkowego meczu wydawało się, że GKS Katowice rozgromi Stomil, tymczasem olsztynianie nie dość, że ostatecznie zremisowali 2:2, to jeszcze mieli piłkę meczową, niestety, Nishi zmarnował ją koncertowo!
[…] Przed meczem w Katowicach trener Stomilu zapowiedział, że ma plan na wicelidera. Pierwsze pół godziny pokazało, że musiał to być plan przeora Kordeckiego, bowiem w olsztyńskim polu karnym byliśmy świadkami regularnej obrony Częstochowy.
[…] W końcówce znowu mieliśmy obronę Częstochowy, bowiem w 88. minucie drugą żółtą kartkę zobaczył Klepczarek. Najważniejsze, że wynik się już nie zmienił i Stomil z boiska wicelidera wywiózł cenny punkt. – Cieszę się z tego gola, bo w ten sposób chociaż trochę odrobiłem fatalny błąd z Sosnowca – powiedział Rafał Kujawa, który w poprzedniej kolejce tuż przed końcem meczu sprokurował rzut karny, po którym Zagłębie doprowadziło do remisu.
stomil.olsztyn.pl – Remis z GKS-em Katowice
[…] Od samego początku drużyna Jerzego Brzęczka przystąpił do mocnych ataków.
[…] W przeciągu dziesięciu minut GKS egzekwował sześć rzutów rożnych. Zespół Jerzego Brzęczka próbował zaskoczyć olsztynian centrami z prawego bądź lewego skrzydła. Stomil Olsztyn ani razu poważnie nie zagroził bramce Mateusza Abramowicza. Zespół Adama Łopatko pierwszy raz próbował groźnie zaatakować w dwudziestej drugiej minucie meczu.
[…] Na popularnym Blaszoku kibice GKS-u zaprezentowali oprawę z przesłaniem „Murowany kandydat”, nie ma co się dziwić fanatykom katowickiego zespołu, gospodarze kontrolowali przebieg gry.
infokatowice.pl – GKS Katowice zaledwie remisuje ze Stomilem
GKS Katowice przez niemal całe spotkanie zdecydowanie przeważał na boisku i stworzył mnóstwo sytuacji podbramkowych, ostatecznie jednak zaledwie zremisował ze Stomilem 2:2.
Pierwsze 10 minut spotkania to huraganowe ataki GieKSy, która praktycznie nie wychodziła z pola karnego gości.
[…] Druga połowa rozpoczęła się od niespodziewanego wyrównania wyniku.
[…] Stracona bramka nie podłamała gospodarzy, którzy rzucili się do ataku i już kwadrans później, po strzale Jóźwiaka, ponownie cieszyli się z prowadzenia. W kolejnych minutach przewaga nadal należała do GieKSy, która szukała trzeciej bramki. W 71. min. gospodarze nadziali się jednak na kontratak, który zakończył się faulem w polu karnym. Piłkę na linii jedenastu metrów ustawił Kujawa, który chwilę później po raz kolejny doprowadził do wyrównania. Po tym golu katowiczanie wyraźnie stracili ducha i do ostatniego gwizdka sędziego nie potrafili już zagrozić bramce rywali. Dwukrotnie blisko szczęścia byli za to goście, ale w obu sytuacjach rewelacyjnymi paradami popisał się Abramowicz i ostatecznie GKS Katowice zaledwie zremisował ze Stomilem Olsztyn 2:2.
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.


Najnowsze komentarze