Dołącz do nas

Piłka nożna

Upadek środka pola i strzelecka bieda

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Jeśli chodzi o pomocników i napastników to mamy trochę problem z rozdziałem. Dla wygody naszej i czytelników uznamy w tym artykule takich zawodników jak Grzegorz Goncerz, Mikołaj Lebedyński i Andreja Prokić wyłącznie za zawodników linii ataku. Gdy grali razem, różnie to wyglądało, czasem byli w linii poziomej, czasem pionowej, czasem ktoś więcej operował w środku pola. Pozostałych zawodników w poniższym zestawieniu zaliczamy typowo do pomocników.

Pomocnicy
Jak kluczową rolę odgrywa defensywny środek boiska, mamy podane jak na tacy zarówno w rundzie jesiennej, jak i na wiosnę. Jesienią za udziałem Bartłomieja Kalinkowskiego i Łukasza Zejdlera, środek pola był dość szczelny, obrońcy nie mieli aż tyle pracy w sensie konieczności ratowania sytuacji. Po kilku latach fatalnej gry ze Sławkiem Dudą na czele, teraz w końcu ten środek był zaryglowany. Dodatkowo Zejdler jesienią potrafił naprawdę wiele dać w rozegraniu i był mecze, kiedy był najlepszy.

Nie wiemy, czego przed wiosną najedli się właśnie Zejdler i Kalinkowski. Zrobili się słabi, niemrawi, grali mało agresywnie, tak jakby im się nie chciało. Kalinkowski coś tam jeszcze próbował, ale piłkarko obniżył poziom w porównaniu do jesieni. Za to Zejdler z zawodnika ekstraklasowego stał się kopaczem poziomu czwartej ligi, niewidocznym, niewidzialnym, zupełnie jakby zatracił swoje męskie cechy. Był miękki, nie radził sobie w destrukcji, a w ofensywie nawet już nie udawał, że ma zamiar się udzielać. W przekroju obu rund zaliczył chyba największy zjazd. Ci dwaj zawodnicy nawet w wygranych meczach odstawali. To byłą po prostu tragedia i gdybyśmy mieli na siłę ograniczać się do oceny czysto sportowej klęski w tym sezonie, to duże znaczenie miałaby postawa dwójki defensywnych pomocników. Aż dziw bierze, że tak rzadko trener wspomagał się np. Igorem Sapałą, który jednak jak zagrał te 2-3 mecze, to tragedii nie było (no może poza asystą w meczu z Sandecją). Niestety Brzęczek nie reagował na tę beznadzieję zwłaszcza Zejdlera. I skutek był taki, że często graliśmy w dziesiątkę.

W środku w końcówce sezonu desperacko próbował się ratować trener Krzysztofem Wołkowiczem. Zawodnik odchodzi z klubu, więc nie będziemy się już pastwić. Każdy wie, jak było.

Na skrzydłach oglądaliśmy przede wszystkim Tomasza Foszmańczyka. Sporo już napisaliśmy o nim w innych artykułach. Oczywiście nie było korzystne wystawianie go na boku kosztem środka, ale to jedna z wielu głupich decyzji byłego trenera. Mimo to Foszmańczyk zbiegał do środka i próbował rozgrywać. Nie mówimy, że to słaby piłkarz, bo kilkukrotnie miał ciekawe akcje i zagrania. Jednak na pewno jest to piłkarz przereklamowany i na siłę niektórzy chcą zrobić z niego lidera. Problem jest taki, że nie tylko swoimi wypowiedziami, ale i postawą na boisku nieraz udowadniał, że to liderowanie to takie udawane. To nie jest zawodnik, któremu chce się walczyć, jeździć na wślizgach, gryźć trawę. Raczej preferuje odstawienie nogi. Nie przykłada się do podań, często miał je niechlujne, a ilość strzałów z okolic 16-18 metrów (zwłaszcza jesienią, ale i teraz), które spartaczył właśnie niechlujstwem, była zatrważająca. Raz się przyłożył w Grudziądzu i efekt był od razu. Trudno nie obarczać go odpowiedzialnością za klęskę w tym sezonie, bo to on miał błyszczeć w ofensywie. A zabłysnął tylko w GieKSa TV. Jego zepsucie się w meczu w Sosnowcu – w pierwszej połowie świetnie, w drugiej tragedia – to był idealny jego obraz. Niestety robi nam się taki drugi Pitry, tylko co by nie mówić, Pitry to miał jednak dużo większe umiejętności. Irytująca była jego postawa w Zabrzu, kiedy zamiast grać prostą piłkę, kombinował ile wlezie. Z Kluczborkiem już totalnie zawiódł. Strzelił kilka goli w tej rundzie, ale jak na oczekiwania, co do niego, zdecydowanie za mało. Hamulcowy.

Na drugiej flance mieliśmy od początku Kamila Jóźwiaka. Wydawało się, że to może być bardzo ważny transfer, wróć – wypożyczenie. Zawodnik już w Chojnicach pokazał szybkość i to, że nie boi się zaatakować. Naprawdę dobrze się na to patrzyło. Ze Stomilem strzelił bramkę. Szkoda, że nie wykorzystał bardzo dobrej sytuacji w Sosnowcu. Potem już było gorzej. Wyjechał na zgrupowanie reprezentacji do Portugalii i po powrocie był raczej cieniem samego siebie. Po meczu w Puławach stracił miejsce w podstawowym składzie i wszedł tylko na pół godziny z Miedzią. Sił na dobrą grę miał tylko 10 minut, potem było już bardzo słabo. Wrócił na Stal, ale w wyniku roszad po czerwonej kartce Prażnovskyego zszedł w trakcie meczu i przez dwie kolejki już zupełnie nie grał. Wszedł na ostatni kwadrans w meczu z Sandejcą i w totalnej żenadzie zespołu on akurat był jedynym, który coś próbował. Grał szybko i odważnie i tylko żałowaliśmy, że trener nie postawił na niego wcześniej. Nawet pochwalił go na pomeczowej konferencji i byliśmy pewni, że z Górnikiem zagra. Tymczasem Brzęczkowi pomylili się młodzieżowcy i postawił na Pawła Mandrysza. Ta decyzja była sabotażem ze strony trenera. Mandrysz zagrał bardzo słabo, a Jóźwiak musiał się zadowolić wejściem w drugiej połowie. Zagrał znów z Kluczborkiem i strzelił gola.

Wspomniany Mandrysz mógł być kilka razy bohaterem, jak choćby z Miedzią, kiedy miał dwusetkę, ale zachował się w tej sytuacji tragicznie. Z Górnikiem też miał sytuację. Po fatalnym początku sezonu, ale dobrej drugiej części jesieni, wiosna była dość koszmarna. Zawodnik nie dał zespołowi nic ciekawego, był tak bezbarwny, gdy grał, że naprawdę można było tego żałować. Na boku oglądaliśmy też przez chwilę Dawida Abramowicza, który nie pokazał nic wielkiego.

No i Armin Cerimagić, pojawiał się i znikał. W Pruszkowie zagrał bardzo dobrze, znowuż w Puławach odniósł kontuzję. Gdyby z konsekwencją stawiać na niego od początku, może coś by z tego było. Problem w tym, że nie mógł w jednym czasie występować na boisku z Prokićem. Tak naprawdę piłkarz tej pozostaje wielką zagadką.

Z Bytovią mógł się popisać Paweł Szołtys, ale raz nie dostał dobrego podania od Prokića, a raz strzelił w bardzo dobrej sytuacji obok słupka.

Napastnicy
Andreja Prokić – powiedzielibyśmy, że jeden z niewielu, a może nawet jedyny, do którego nie można mieć pretensji. W końcu strzelił siedem bramek na wiosnę. To dorobek niezły, a w naszych warunkach kapitalny. Serb poczynił znaczny postęp od jesieni i już w sparingach pokazywał swoją skuteczność. Niejednokrotnie na wiosnę wykończył akcje jak rasowy snajper. A jednak czegoś zabrakło… W kluczowych meczach był tak samo słaby jak reszta, nie potrafił się wyróżnić na plus. Jako zawodnik szybki, z niezłym dryblingiem powinien czasem sam zdziałać coś więcej. Niestety z Sandecją i Górnikiem, a potem Kluczborkiem (mimo gola) to nie było to. Zawodnik nie odnajduje się w grze atakiem pozycyjnym, lepszy jest w kontrach. Mimo wszystko duży plus i mamy nadzieję, ze w przyszłym sezonie zakręci się w okolicach 20 goli.

Grzegorz Goncerz – trener robił zawodnikowi krzywdę usilnie wystawiając go w pierwszej jedenastce. Gonzo zatracił większość swoich walorów: szybkość, waleczność, pewność, skuteczność. W zamian mamy człapanie i głupie faule, a nawet niechlujne straty a la Brzęczek vs Ljungberg (Polska – Szwecja z 1999 roku), po której padła bramka dla Sandecji. OK, Grzegorz strzelił bramki z Podbeskidziem, w Pruszkowie i Puławach, ale podobnie jak na jesieni ograniczył swoją skuteczność do kilku kolejek z rzędu, a przed i po było koszmarnie. Niestety graliśmy w tej rundzie bez Gonza.|

Mikołaj Lebedyński – wielki profesor z ekstraklasy, mocno go chwaliliśmy za mądrość w grze, ustawianie, czytanie, podania. Niestety ta wiosna została raczej przeczłapana. Strzelił dwie bramki – obie totalne dopychacze, ale sytuacji wiele nie miał. Taki napastnik czy napastniko-pomocnik, który nie ma okazji bramkowych. Dodatkowo tą swoją mądrością nie dał wiele zespołowi. Domagaliśmy się go w tych najważniejszych meczach, ale zagrał bardzo źle. Pytanie, czy nie nabraliśmy się na jego klasę?

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o podsumowanie formacji. Zrobiliśmy to z niekłamanym bólem serca i brakiem przyjemności. Mamy nadzieję, że większość tych „bohaterów” opuści nasz klub. Potrzebujemy ludzi ambitnych, a nie partaczy.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Irishman

    14 czerwca 2017 at 11:44

    Trudno się nie zgodzić z tym co napisałeś Shellu.
    Tylko dwie uwagi:
    – naprawdę nie wiem jak ocenić Foszmańczyka. Nie chcę go za bardzo bronić ale bardzo żałuję, że nie dane nam już będzie dowiedzieć się jak wyglądałaby jego gra oraz gra całej drużyny, gdyby trafił na stałe do środka – np. w miejsce Goncerza.
    – to nie Prokić poczynił postępy od jesieni tylko on zaczął wreszcie grać na pozycji, na której powinien był grać od początku sezonu. Wtedy pewnie nie trzeba byłoby nawet ściągać Lebedyńskiego, tylko wystarczyłoby poszukać jakiegoś lewoskrzydłowego.

    I na koniec – szacun Shellu za to, że mimo tej traumy, którą wszyscy znów odczuwamy dałeś radę jeszcze raz przez to przejść. Ale myślę, że przez to stałeś się jeszcze lepszym w swoim, redakcyjnym fachu. Bo właśnie analizując błędy (nawet jeśli jest to osobiście bardzo trudne) zdobywa się wiedzę i nowe, cenne doświadczenia na przyszłość.

    pzdr

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga