Piłka nożna Prasówka
Media o meczu: Pan piłkarz Bartosz Nowak zabawił się w Niecieczy
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Bruk-Bet Termalica Nieciecza – GKS Katowice 0:3 (0:1).
gazetakrakowska.pl – Bruk-Bet Termalica w coraz gorszej sytuacji. GKS Katowice wypunktował niecieczan
[…] „Słonie” w poprzedniej kolejce przerwały serię porażek (remis u siebie z Zagłębiem Lubin) i teraz liczyły na kolejny krok, który pomógłby im wyjść z kryzysu. Porażka jeszcze go pogłębiła. GKS wygrał zasłużenie, choć gospodarzom nie brakowało okazji do odwrócenia losów spotkania.
Bruk-Bet Termalica znów popełniał błędy w obronie. GKS to wykorzystał
Katowiczanie pierwszy cios zadali w 13 min. Po ciekawej akcji przed bramką „Słoni” powstało zamieszanie. Adrian Chovan kapitalnie obronił dwa strzały rywali z bliska, ale trzecia szansa została przez rywali wykorzystana, gdy Lukas Klemenz trafił ze środka z kilku metrów. Sędziowie jeszcze przejrzeli zapis wideo, aby upewnić się, czy wszystko przebiegło zgodnie z przepisami. Spalonego nie było i goście objęli prowadzenie.
Bolączką niecieczan ostatnio są gole tracone w „pakiecie”, w krótkim odstępie czasu. Podobnie mogło być w tym spotkaniu, lecz po chwili po ładnym uderzeniu z dystansu Kacpra Łukasiaka Chovan końcówkami palców sparował piłkę na słupek.
Przed przerwą gospodarzom nie brakowało okazji do przynajmniej wyrównania. M.in. po wrzutce Rafał Strączek nie złapał piłki, z ostrego kąta luki szukał Krzysztof Kubica, ale został tuż przed bramką zablokowany.
Później golkiper GKS-u dobrze bronił. M.in. w 32 min odbił piłkę po strzale Kubicy, a dwie minuty później zatrzymał Igora Strzałka, który uderzył tuż zza „16”; po chwili goście wybili piłkę w zamieszaniu. W 42 min z dystansu próbował Maciej Ambrosiewicz – znów poprawnie interweniował golkiper.
Niewykorzystane okazje mogły się zemścić w doliczonym czasie I połowy. Wówczas GKS skontrował, a uderzenie Marcela Wędrychowskiego w dalszy róg było tylko nieznacznie niecelne.
Już na początku II połowy niecieczanie dali sygnał, że będą ostro walczyć. Po wyłuskaniu piłki na przedpolu rywali Morgan Fassbender uderzył zza rywala płasko w kierunku dalszego słupka, ale niecelnie. Jeszcze lepsza okazja była w 54 min – po prostopadłym zagraniu Kubica z bliska główkował, lecz za lekko, by zaskoczyć bramkarza.
Goście bardzo poważnie potraktowali te ostrzeżenia. Uszczelnili obronę, od czasu do czasu szukali szans w ofensywie. Początkowo ich okazje nie były zbyt groźne. Aż do 76 min. Wówczas Bartosz Nowak ze środka pola zagrał prostopadle między rywalami do wybiegającego na wolne pole Emana Markovicia, a ten wygrał w sytuacji sam na sam z Chovanem.
„Słonie” jeszcze walczyły. Szybko mogły złapać kontakt (79 min), lecz w zamieszaniu po kornerze piłka nie wpadła do siatki.
A w końcówce przyjezdni postawili kropkę nad „i”. Po składnym rozegraniu znów na listę strzelców wpisał się Marković (ważną rolę odegrali w tej akcji inni rezerwowi – Adriana Błąd i asystujący Ilja Szkurin).
gol24.pl – Wielki awans gości w tabeli
Bruk – Bet Termalica Nieciecza przegrała na własnym obiekcie z GKS-em Katowice 0:3 na otwarcie 14. kolejki PKO Ekstraklasy. Bramki dla gości zdobyli Lukas Klemenz i Eman Marković – dwie. Poza rozgromieniem Jagiellonii Białystok 4:0 w pierwszej kolejce, dla Termaliki nie było zbyt wielu udanych meczów. „Słoniki” tracą już cztery punkty do bezpiecznej strefy. GKS z kolei, dzięki wygranej, wskoczył na 10-te miejsce w tabeli, a przecież moment temu walczyli o utrzymanie.
Od pierwszych minut, Bruk-Bet Termalica Nieciecza chciała ruszyć do przodu, aby jak najszybciej zdobyć bramkę. Po kilku minutach przewagi, do głosu doszedł ubiegłoroczny beniaminek. Katowiczanie łatwo przeszli pod bramkę Słoników i w 13. minucie, po udanym podaniu Marcela Wędrychowskiego, strzał na bramkę zamienił Lukas Klemenz. Były stoper m.in. Wisły Kraków, strzelił już swojego trzeciego gola w tym sezonie.
Po przerwie, Termalica dalej miała więcej posiadania piłki i strzałów, choć słabych, niecelnych, lub spokojnie bronił je Rafał Strączek. GKS Katowice spokojnie przetrwał napór i po wejściu w 62. minucie Evana Markovicia, ubiegłoroczny beniaminek zaczął dominować. W 76 minucie, kolejne kapitalne podanie Bartosza Nowaka, spowodowało, że Marković wyszedł z Chovanem sam na sam, pokonując rywala.
Po tej drugiej bramce, Termalica już nie miała szans na powrót do meczu z wynikiem. Nie uratowało Słoników nawet wprowadzenie Rafała Kurzawy. W 89. minucie, mecz zamknęli rezerwowi. Adrian Błąd podał do Ilji Szkurina, a ten dograł do Markovicia, a ten ustalił wynik meczu na 0:3 dla GKS-u Katowice.
GKS Katowice dzięki wygranej, wskoczył na 10 miejsce w tabeli PKO Ekstraklasy. Termalica nadal jest na siedemnastym miejscu, czyli przedostatnim.
weszlo.com – Pan piłkarz Bartosz Nowak zabawił się w Niecieczy
Przy pierwszym golu świetnie podawał do Adama Zrelaka. Przy drugim – kapitalnie zagrał do Emana Markovicia i zaliczył piękną asystę. Dzięki Bartoszowi Nowakowi GKS Katowice, pokonując w Niecieczy 3:0 Bruk-Bet, wygrał dziś czwarty mecz z rzędu. Natomiast Drużyna Marcina Brosza ma coraz większy problem, bo po raz ostatni zwyciężyła w lidze… 84 dni temu.
W poprzedniej kolejce bramkarz Adrian Chovan spisywał się świetnie i, gdyby nie on, Termalica raczej nie dałaby rady zremisować 1:1 z Zagłębiem Lubin. Dziś Słowak też długo robił, co mógł w meczu z GKS-em, ale to nie wystarczyło choćby do zdobycia jednego punktu. Akcja bramkowa z pierwszej połowy była tego symbolem: po świetnym podaniu Nowaka przed Chovanem znalazł się Adam Zrelak, ale Słowak obronił jego strzał, a później jeszcze dobitkę Marcela Wędrychowskiego. Piłka trafiła jednak do Lukasa Klemenza, a ten skierował ją do siatki.
Po stracie bramki gospodarze zaczęli grać trochę szybciej i to przyniosło efekt w postaci zagrożenia pod bramką GKS-u. Niebezpieczny był występujący dziś na prawym wahadle Morgan Fassbender, ale Niemcowi brakowało ostatniego zagrania. Najpierw groźnie kopnął wzdłuż bramki, ale nikt nie przeciął toru lotu piłki. Później, już w drugiej połowie, uderzał zza pola karnego, ale nie trafił w bramkę. Od mniej więcej 30. minuty to gospodarze dominowali: po dograniu Macieja Ambrosiewicza do piłki doszedł Krzysztof Kubica, ale za lekko uderzył głową.
Po 60. minucie nie działo się zbyt wiele. Najciekawsze zdarzenia? Rezerwowy GKS-u Ilia Szkurin, który w poprzednich meczach trafiał do siatki, tym razem wyróżnił się zdzieleniem w twarz Arkadiusza Kasperkiewicza. Żółta kartka. Upomniany został też Kamil Zapolnik, który zamiast próbować strzelić gola, ostro faulował Kacpra Łukasiaka. Gospodarze byli coraz bardziej bezradni z przodu. To zdecydowanie nie był mecz Zapolnika.
Było to za to kolejne bardzo dobre spotkanie Nowaka. W 76. minucie nie potrzebował zbyt wiele miejsca, by fantastycznie podać do Markovicia. Norweg wykorzystał niepewność Chovana, który zwlekał z wybiegnięciem do przodu, i lekkim strzałem posłał piłkę do siatki.
Było po meczu. A w końcówce Marković „ukąsił” jeszcze po raz drugi, kiedy po stracie Igora Strzałka piłkę wyłożył mu Szkurin.
Dla GKS-u, licząc również Puchar Polski, to czwarta kolejna wygrana. Po słabym początku sezonu zespół Góraka zaczyna nawiązywać do ubiegłych rozgrywek. A Bruk-Bet? Tu mamy odwrotny trend. Była wygrana 4:0 w Białymstoku w pierwszej kolejce, po której sugerowano, że beniaminek może być jedną z rewelacji rozgrywek. 8 sierpnia zespół z Niecieczy wygrał 1:0 w Zabrzu z Górnikiem, ale to był klasyczny przykład tego, że w piłce nożnej drużyna wyraźnie słabsza piłkarsko może odnieść zwycięstwo. Od tego czasu w lidze – siedem porażek i trzy remisy.
Dziś zasłużone 0:3.
Marcin Brosz ma o czym myśleć.
ekstraklasa.org – Bruk-Bet Termalica Nieciecza 0:3 GKS Katowice – Strasznie dobra forma
GKS Katowice strzelił trzy gole w Niecieczy i dzięki temu wygrał trzeci mecz z rzędu. W pięciu ostatnich meczach drużyna trenera Góraka zdobyła dziesięć punktów.
W 19 zwycięskich meczach od początku sezonu 2024/25 GKS Katowice strzelił 51 goli (śr. 2,68/mecz). W Niecieczy miał swoje problemy, ale wątpliwości rozwiał Eman Marković, który zaliczył dublet. W 3 ostatnich spotkaniach tej drużyny już dwóch zmienników strzelało po dwa gole (wcześniej: Ilia Szkurin). Cieszyć może się też Rafał Strączek, który wciąż nie stracił w tym sezonie bramki w II połowach (i zachował drugie czyste konto z rzędu).
termalica.brukbet.com – Podsumowanie statystyczne spotkania z GKS-em Katowice
Podstawowe liczby meczu z katowiczanami są dla nas druzgocące. Zero bramek, zero punktów, aż trzybramkowa porażka. Wchodząc jednak głębiej w tę ranę, możemy znaleźć nieco więcej niuansów. Przyjrzyjmy się im dokładniej.
Nasz zespół miał dziś przygniatającą przewagę w aspekcie posiadania piłki. Zawodnicy „Słoni” operowali nią aż przez 66% czasu gry! Przełożyło się to na 18 prób uderzeń. Co trzecie było celne, zmuszając do interwencji golkipera gości, Rafała Strączka. Niestety, żadne nie wpadło do siatki, co odróżnia nas od znacznie skuteczniejszych zawodników z Katowic. Ich siedem celnych strzałów przerodziło się w trzy bramki, które konsekwentnie odbierały nadzieje naszemu zespołowi.
dziennikzachodni.pl – Beniaminek nie przełamał się z GieKSą
W piątek 31 października 2025 roku w meczu 14. kolejki PKO Ekstraklasy Bruk-Bet Termalica Nieciecza przegrała z GKS-em Katowice 0:3 (0:1). Dla GieKSy to druga wygrana na wyjeździe w tym sezonie. Dwa gole zdobył Eman Markovic.
Beniaminek z Niecieczy oraz GKS Katowice na tym etapie sezonu są zaplątane w walkę o utrzymanie w PKO Ekstraklasie. Przed 14. kolejką drużyna trenera Marcina Brosza zajmowała przedostatnie miejsce z 10 punktami, a GieKSa była na 15. pozycji (pierwszej bezpiecznej) – 14 punktów. O wiele lepsze nastroje były w katowickim obozie – drużyna Rafała Góraka w lidze wygrała dwa mecze z rzędu, dorzucając jeszcze awans w STS Pucharze Polski po zwycięstwie w Łodzi nad ŁKS-em 2:1. Natomiast „Słonie” do meczu z GieKSą przystąpiły z serią dziewięciu ligowych spotkań bez wygranej (od 8 sierpnia – 1:0 w Zabrzu z Górnikiem), ale ostatnio zremisowały z Zagłębiem Lubin 1:1. Termalica nie miała w tym sezonie ani jednej wygranej u siebie.
W drużynie z Katowic brakowało Mateusza Kowalczyka i Sebastiana Milewskiego, których wykluczyły drobne urazy.
W 13. minucie kibice GieKSy obecni na trybunach stadionu w Niecieczy cieszyli się z gola, ale potem przed dłuższy czas w niepewności oczekiwali na „werdykt” sędziów, bo sytuacja była analizowana przez VAR. Decyzja zapadła w… 18. minucie i była korzystna dla katowiczan. Jak padła bramka? Bartosz Nowak zagrał w pole karne. Adrian Chovan obronił strzał z bliska Adama Zrelaka, następnie dobitkę Marcela Wędrychowskiego, który odegrał do Lukasa Klemenza, a ten z sześciu metrów wpakował piłkę do siatki. VAR analizował, czy nie było spalonego w momencie podania Nowaka.
W 19. minucie było bardzo blisko drugiego gola dla gości. Kacper Łukasiak strzelił zza pola karnego i Chovan popisał się świetną interwencję i zdołał sparować piłkę na słupek.
Gospodarze po pierwszym szoku, też zaczęli szukać swoich szans. W 32. minucie Krzysztof Kubica strzelił z rzutu wolnego i Rafał Strączek odbił piłkę. Dwie minuty później bramkarza GieKSy z trudem obronił uderzenie Igora Strzałka. W tym momencie zespół z Katowic dał się zepchnąć do obrony. W 43. minucie Maciej Ambrosiewicz huknął z daleka i znów bramkarz GKS-u musiał interweniować.
W pierwszej doliczonej minucie katowiczanie wyprowadzili kontrę i Wędrychowski posłał piłkę minimalnie niecelnie obok słupka.
GieKSa od początku drugiej połowy robiła wszystko, aby to do niej należała inicjatywa. W 51. minucie to jednak Termalica stworzyła groźną sytuację, kiedy Morgan Fassbender strzelił tuż przy słupku. Dwie minuty później katowiczanie odpowiedzieli celnym strzałem Nowaka. W 54. minucie Kubica zmarnował dobrą okazję główkując za lekko i wprost do rąk Strączka.
W 76. minucie GKS zadał drugi cios. Nowak posłał prostopadłe podanie i rezerwowy Eman Markovic wygrał pojedynek z bramkarzem gospodarzy.
Zespół z Niecieczy jeszcze ruszył na bramkę katowiczan, ale stracił trzeciego gola. Po przejęciu piłki Adrian Błąd zagrał w okolice 16 metra, Ilja Szkurin odegrał do Markovica, który spokojnie kopnął piłkę obok bramkarza.
W doliczonym czasie Strączek nie pozwolił na honorowego gola dla gospodarzy, broniąc główkę Kamila Zapolnika.
GKS odskoczył od strefy spadkowej, a Termalica zaliczyła 10 z rzędu mecz bez wygranej!
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


Najnowsze komentarze