Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Mecz z Ruchem obudowaliśmy 43 newsami!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Mecz z Ruchem Chorzów postanowiliśmy obudować na stronie GieKSa.pl w sposób szczególny. Starcie z odwiecznym rywalem na takie potraktowanie zasługiwało, w związku z tym mocno się sprężyliśmy i dzięki temu mogliście derby śledzić w olbrzymiej (nawet jak na nas) ilości newsów. Niezależnie od wyniku na boisku, dla mnie jako redaktora naczelnego naszej kibicowskiej strony, jest olbrzymi sukces całej naszej redakcji, bo wysiłek, który włożyliśmy w ten mecz był naprawdę duży. Obecne – nieco inne niż zazwyczaj – post scriptum jest 43. newsem dotyczącym meczu GKS Katowice – Ruch Chorzów. Czasem podchodzimy gdzieś pod „trzydziestkę”, choć generalnie jest to dwadzieścia kilka newsów.

Tym razem oprócz standardowych wpisów dodaliśmy dużo spraw związanych ze wspomnieniami. Oczywiście w większości jako ludzie młodzi i energiczni nie pamiętamy lat osiemdziesiątych, a pierwsze wspomnienia dotykają końcówki ubiegłego tysiąclecia. Dlatego wzięliśmy w opis ostatnie spotkania na Bukowej, te w zimowej scenerii czy z wodospadem i tym jakże niesprawiedliwym według trenera Mandrysza zwycięstwie GieKSy po golu Jacka Kowalczyka (do wypowiedzi trenera wkrótce wrócimy).

Na konferencji przedmeczowej z udziałem trenerów obu drużyn pojawił się Błażej, dzięki czemu na stronie mieliśmy relację i wywiad z kapitanem Tomaszem Midzierskim.

Oprócz wspomnień postanowiliśmy znów prowadzić długą relację LIVE – po raz trzeci w historii naszej strony. Pamiętamy pierwszy mecz rundy wiosennej w 2016 roku i 24-godzinną relację meczu z Arką Gdynia. Rok temu mecz z Górnikiem Zabrze rozpoczęliśmy już o godzinie 12.00 czyli 6 godzin przed spotkaniem. Tym razem start nastąpił o godzinie 9.30 i redaktorzy Marcin i Karol świetnie wprowadzali Was w nastrój spotkania. Powiem Wam – tak między nami – że do 13 miałem zajęcia w Krakowie i dopiero około 14 mogłem zajrzeć do internetu, a o 15 sam przejąłem LIVE. Gdy zobaczyłem, co chłopaki zrobili od tej 9.30 byłem pod mega wrażeniem, dla mnie to była świetna robota, różnorodna i niestety Karol i Marcin mam dla was złą wiadomość – zarzuciliście sobie pętle na szyję, bo teraz będę was częściej męczył o takie relacje i nie będzie zmiłuj 😉

Na samo spotkanie poprosiliśmy o dodatkowe akredytacje, dzięki czemu mieliśmy dwie fotogalerie, od Stoczka i Miśka, a relację LIVE pomagał mi prowadzić Adi. W końcu zawarliśmy oprócz zdjęć także filmiki, z dopingu, rozgrzewki, opraw i… bijatyki końcowej. Mamy też system komunikacji, który pozwala fotografom z murawy przesyłać zdjęcia do nas na górę, dzięki czemu w LIVE pojawiają się także fotki z płyty boiska.

Po meczu tradycyjnie już pojawiły się bramki i skrót, zapis konferencji, wywiad, galerie i wszelkie pomeczowe opisy. Niestety bardzo trudnym i przykrym zadaniem jest opisywać taki mecz po zakończeniu. Wolelibyśmy dać tytuł w stylu „Katowice w euforii”, niestety po raz kolejny w tym roku nie było nam to dane, był tylko płacz, zgrzytanie zębów i praca na wielkim żalu. Jeśli chodzi o czas zaraz po meczu to w relacji mogliście na bieżąco czytać, co mieli do powiedzenia trenerzy obu drużyn.

Mecz z Ruchem czas powoli zamykać, to jest już historia. Wiosną będzie okazja na rewanż na Cichej, zapewne bez kibiców GieKSy, bo znów jakiś określony debil zakaże pojawienia się tam sympatyków naszego klubu. Inna sprawa, że znając naszych zawodników, nie postarają się oni szczególnie o wygraną. Przykro to pisać, ale doświadczenie ostatnich lat, a zwłaszcza ostatniego roku pokazuje, że tzw. pion sportowy, czyli zawodnicy i trenerzy przegrywają z kretesem wszystkie kluczowe lub prestiżowe mecze. Jeśli mielibyśmy liczyć punkty z tych meczów to dzisiaj chyba gralibyśmy w A-klasie…

No tak, ale kończymy temat starcia z Niebieskimi, bo w sobotę czeka nas już kolejny mecz – znów derbowy, tym razem z GKS Tychy. Ligowe życie nie znosi próżni, więc jeszcze kilka punktów dodatkowych i bez większego entuzjazmu czekamy na to, co wydarzy się w sobotę.

1. GKS Katowice z Ruchem Chorzów zagrał po raz pierwszy od 14,5 roku. Poprzednie trzy spotkania na Bukowej zakończyły się dwoma wygranymi GKS i remisem. Poprzednie zwycięstwo Ruchu na Bukowej miało miejsce w 1999 roku, potem GKS spadł do ówczesnej drugiej ligi.

2. Atmosfera piłkarskiego święta była wyczuwalna już długo przed meczem. Gdzieś tam kręcili się w okolicy stadionu już 2 godziny przed spotkaniem, a godzinę przed na obiekcie nie było pustek tylko już dość sporo ludzi. Główna się zapełniała szybciej, ale ostatecznie przed meczem Blaszok był nabity.

3. Oj jak ten Blaszok był nabity. W całości, w komplecie, od sektora A do D. Widok fenomenalny i niewidziany na naszym stadionie od wielu, wielu lat. Atmosfera prawdziwego piłkarskiego święta.

4. Na Głównej spora część osób przez cały mecz stała, co też jest wymowne. Nie mówimy, że na tę trybunę chodzą pikniki (bo na GieKSie tak naprawdę nie ma pikników), ale mimo wszystko ta postawa przez cały mecz była godna uwagi. Szacun.

5. Emocje już czuć było na rozgrzewce, gdy pojawili się na boisku piłkarze Ruchu Chorzów. Dostali solidną porcję gwizdów, a dla odmiany zawodnicy GKS po wyjściu – sporą porcję braw.

6. Mimo wszystko zabrakło kibiców gości. Pamiętamy rozgrzewkę przed meczem z Zagłębiem Sosnowiec, gdy byli goście zza Brynicy. Wtedy już podczas właśnie tej rozgrzewki mieliśmy ją także na trybunach i kibice obu drużyn przekrzykiwali się głośno.

7. Szkoda, że starym zwyczajem gracze GKS nie wyszli z tunelu z flagami na kijach, które wręczyliby kibicom. Ale czasy się zmieniają, wtedy mieliśmy naprawdę „piłkarzy”, teraz mamy „kopaczy”, więc w sumie może i dobrze, że nie trzymali tych flag, bo tak po prawdzie, nie są tego godni.

8. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia, patrząc jak Ruch sobie radzi w kontrach. Katowiczanie byli bezradni, goście na luzie strzelili dwa gole i gdyby nie Nowak w końcówce pierwszej połowy, skończyłoby się na 0:3 do przerwy…

9. Frustracja narastała, ale kibice naprawdę do końca dopingowali zespół. Nawet okrzyków typu „kurwa mać, GieKSa grać” była minimalna ilość. Zawodnicy mieli wsparcie aż do samego końca.

10. Mimo wszystko osobiście czuję, że ta energia siadła. Były oprawy, było piro, ale jakoś zabrakło takiego porządnego pierdolnięcia na koniec. Nie wiem, czy to wynikało ze zmęczenia czy z większego skupienia na oprawie, ale jak na taki mecz, ta końcówka nie była z taką energią, jak mogła być. Choć granica była cienka – gol na 2:2 spowodowałby wielką euforię i wtedy Bukowa by odleciała…

11. Ogólnie cała ta oprawa, a zwłaszcza dywan na płocie przypomniały bardzo, bardzo mocno dawny klimat i to było piękne 🙂

12. Natomiast jeśli ktoś uważa, że przez przerwę z powodu zadymienia, GKS stracił punkty w tym meczu, to niech sobie zada pytanie, co zespół zrobił przez 80 minut tego meczu, żeby wygrać czy choćby zremisować…

13. Po spotkaniu piłkarze Ruchu cieszyli się na środku boiska, ale jakiś głupi cwaniak ze sztabu szkoleniowego zaczął nadmiernie kozaczyć. Mieliśmy doskok Plizgi i Skrzecza i wywiązała się szamotanina, która jednak szybko została zażegnana.

14. Piłkarze GKS podeszli pod Blaszok i dostali niezrozumiałą w kontekście przegrania meczu sezonu z czerwoną latarnią porcję wsparcia i braw. Nie zasłużyli na to.

15. Na konferencji prasowej odlot zaliczył trener Mandrysz mówiąc o „bardzo dobrym meczu”. Naprawdę słuchając niektórych jego wypowiedzi, tak samo jak wypowiedzi jego poprzednika, zastanawiamy się czasem, czy na sali nie ma lekarza…

16. A trenera Juana Ramona Rochę tłumaczył Gucio Warzycha. Były snajper koniczynek robi to w uroczy sposób, mówiąc „mówi, że” czy „podobało się mu”. Takie typowy Gucio.

17. Fakt jest taki, że Ruch wygrał, bo był lepszy. I niech sobie wbiją to do głów piłkarze i trener. Bo inaczej ciągle będziemy tkwić w bagnie.

18. Czekamy na Tychy. Bez większych oczekiwań co do wyniku.

5 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

5 komentarzy

  1. Avatar photo

    Irishman

    25 października 2017 at 11:56

    ad.12
    Oczywiście, że byłoby to zakłamywanie rzeczywistości gdyby ktoś tak twierdził !!!
    Pytanie też, czy sędzia musiał aż na tyle przerwać mecz?
    Ale też faktem jest, ze to dało chorzowskim szansę na złapanie oddechu i równowagi.
    A sama oprawa FANTASTYCZNA!!!
    Może warto by si e było zastanowić, czy nie robić czegoś takiego np. tuż po gwizdku na przerwę???

    pzdr

  2. Avatar photo

    Mecza

    25 października 2017 at 13:08

    @Irishman, nie robi się opraw w przerwie meczu. To jest też robione pod publikę telewizyjną. Źle to wyszło ale wydaje mi się że nie można też planować oprawy pod kątem aktualnej sytuacji na boisku. Tak się nie da. Jest ustalona minuta i start. Jeśli trzeba by było zwracać uwagę na sytuację boiskową trzeba by było wyrzucić oprawę do kosza i nic nie robić.

  3. Avatar photo

    Irishman

    25 października 2017 at 13:54

    No może i racja! Nie ma co rozkminiać. Chorzowskim się usrało, a tak jak pisze Shellu nasze piłkarzyny miały wcześniej 80 minut, aby z nimi wygrać. Pozostał wstyd i kac, którego długo nie pozbędziemy się. A dla tych pozorantów jedyna szansa odkupienia win to wygrać w Chorzowie. Niemniej mam ogromną nadzieję, ze NIEKTÓRYM NIE BEDZIE TO JUŻ DANE!

  4. Avatar photo

    Irishman

    25 października 2017 at 14:03

    Bo osobiście w d… mam ich kolejne, nawet choćby bardzo okazałe zwycięstwa, skora dali się ośmieszyć tej jedynej drużynie. Tego się nie wybacza.
    Tym bardziej, ze z gorolami było to samo. MIARKA SIĘ PRZEBRAŁA.

  5. Avatar photo

    Jarecki

    25 października 2017 at 18:55

    Święte słowa Irish

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga