Siatkówka
Dafi Społem Kielce – załapać się do strefy barażowej
GKS kolejne spotkanie rozegra na wyjeździe z jednym z outsiderów PlusLigi ekipą z Kielc.
Zespół Dafi Społem borykał się przed startem sezonu z problemami natury organizacyjno-finansowymi (utrata głównego sponsora, firmy Effector), co od razu postawiło ich w bardzo trudnym położeniu. Większość siatkarskich ekspertów typowała tę drużynę jako kandydata numer jeden do spadku z PlusLigi. Niestety dla kibiców kieleckiego zespołu, te przewidywania się potwierdziły i na dzień dzisiejszy trudno sobie wyobrazić, aby kielczanie opuścili strefę spadkową. Dotychczasowy bilans 4 wygranych przy 17 przegranych (w tym aż 13 porażek w stosunku 0:3), najmniej wygranych setów (zaledwie 19) z całej ligi, mówi w zasadzie wszystko. Dafi Społem pokonało tylko Czarnych 3:2, MKS Będzin 3:1, Resovię 3:1 i Łuczniczkę 3:1, wszystkie mecze na własnym parkiecie. Szczególnie zaskakuje wygrana z rzeszowianami, to była jedna z największych sensacji bieżącego sezonu. Tym niemniej „jedna jaskółka wiosny nie czyni”, więc taka wygrana zespołu z Kielc, może być tylko na otarcie łez. Kielczanom nie pomogła nawet zmiana szkoleniowca dokonana w trakcie sezonu, gdzie Wojciecha Serafina zastąpił Dariusz Daszkiewicz.
Na rozegraniu trudne zadanie pokierowania przemeblowanym zespołem postawiono przed mało doświadczonym Przemysławem Stępniem. Były gracz klubu z Gdańska dobrze spisuje się na siatce, notując do tej pory 24 bloki punktowe (to trzeci wynik w zespole), ale nie taka jest jego podstawowa rola. W rankingu ligowym na najlepszego rozgrywającego Stępień zajmuje obecnie 23 miejsce, czyli na szarym końcu tej listy, co najlepiej podsumowuje jego dotychczasową grę. Na pozycji atakującego Dafi Społem od początku miało problem, wystawiając w końcu… przyjmującego Jakuba Wachnika. Zawodnik ten spisał się przyzwoicie, został w końcu najlepiej punktującym graczem w zespole (295 punktów) oraz najlepiej serwującym (23 asy). Wachnik bardziej potrzebny był drużynie na przyjęciu, więc kielczanie już w trakcie sezonu postanowili ściągnąć klasycznego atakującego. Pod koniec listopada zeszłego roku przyszedł do Dafi Społem Tomislav Dokić i zdążył do tej pory rozegrać 11 meczów.. 31 letni Serb ostatni sezon spędził w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, w Bani Yas. W 2016 roku osiągnął historyczny sukces z drużyną narodową, wygrywając złoty medal w Lidze Światowej.
Na środku siatki rządzi Maksim Morozow, który ma na swoim koncie aż 45 bloków punktowych, co plasuje go na trzecim miejscu w tej klasyfikacji. Białorusin w rankingu na najlepszego środkowego jest na 16 pozycji. Na pewno więcej oczekiwano po postawie Aleksieja Nalobina. Rosjanin jest co prawda drugim siatkarzem zespołu pod względem bloków punktowych (28), ale to jest za mało aby wpłynąć na lepsze wyniki drużyny. Słabszy sezon zalicza na przyjęciu Maciej Pawliński (tylko 113 punktów), troszkę lepiej prezentuje się Łukasz Łapszyński (150 oczek), stąd też wynikł powrót na tę pozycję Jakuba Wachnika, który jest obecnie na 13 miejscu w rankingu na najlepszych przyjmujących. Solidny sezon zalicza libero zespołu Mateusz Czunkiewicz, który jest obecnie na 18 miejscu wśród najlepiej przyjmujących (52,28%).
Aktualna kadra Dafi Społem Kielce
rozgrywający: Przemysław Stępień (numer 4), Piotr Adamski (numer 13),
atakujący: Tomislav Dokić (Serbia – numer 12), Patryk Więckowski (numer 5), Michał Superlak (numer 11)
środkowi: Aleksiej Nalobin (Rosja – 9), Maksim Morozow (Białoruś – 20), Mariusz Schamlewski (6), Wojciech Dyk (15)
przyjmujący: Jakub Wachnik (numer 7), Maciej Pawliński (10), Łukasz Łapszyński (17), Jakub Szymański (2), Vlad Orobko (Ukraina – 3), Jacek Ziemnicki (14)
libero: Mateusz Czunkiewicz (numer 16), Szymon Biniek (numer 1)
trener: Dariusz Daszkiewicz
asystent trenera: Piotr Brodawka i Mateusz Grabda
trener przygotowania fizycznego: Dawid Gadula
fizjoterapeuta: Dawid Gadula
statystyk: Damian Musiak
Dafi Społem Kielce Świętokrzyska Siatkówka Spółka Akcyjna
barwy: biało-czerwono-niebieskie
data założenia: 6 sierpnia 2007
adres: ul. Drogosza 2, 25-093 Kielce
hala: Hala Legionów, ul. Boczna 15, 25-093 Kielce
Prezes Zarządu: Jacek Sęk
Pełnomocnik zarządu: Wiesław Tkaczuk
Kierownik drużyny: Marcin Jamróz
ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE Dafi Społem Kielce
Ilość rozegranych setów – GKS 79 – 79: Quiroga, 74: Komenda, 72: Kohut, Butryn,
Dafi Społem 75 – Stępień 74, Wachnik 74, Czunkiewicz 72, Morozow 68, Nalobin 60, Łapszyński 54, Pawliński 53, Superlak 45, Dokić 40, Schamlewski 39, Adamski 31, Szymański 22, Biniek 15, Orobko 2, Więckowski 1, Ziemnicki 0, Dyk 0,
Ilość zdobytych punktów – GKS 1229: Butryn 292, Quiroga 254, Kohut 151,
Dafi Społem 1125 – Wachnik 295, Dokić 153, Łapszyński 150, Morozow 148, Pawliński 113, Nalobin 101, Schamlewski 52, Superlak 42, Stępień 34, Szymański 33, Adamski 4,
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 416: Butryn 107, Quiroga 73, Pietraszko 48,
Dafi Społem 338 – Wachnik 76, Morozow 59, Dokić 47, Łapszyński 36, Pawliński 33, Nalobin 31, Stępień 18, Schamlewski 14, Szymański 12, Superlak 11, Adamski 1,
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 813: Butryn 185, Quiroga 181, Kohut 106,
Dafi Społem 787 – Wachnik 219, Łapszyński 114, Dokić 106, Morozow 89, Pawliński 80, Nalobin 70, Schamlewski 38, Superlak 31, Szymański 21, Stępień 16, Adamski 3,
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 455: Butryn 143, Quiroga 107, Kohut 87,
Dafi Społem 365 – Morozow 102, Wachnik 99, Nalobin 57, Dokić 57, Schamlewski 36, Łapszyński 24, Stępień 18, Pawliński 9, Adamski 2, Więckowski 0, Orobko -1, Biniek -2, Szymański -5, Superlak -5, Czunkiewicz -26,
Ilość zagrywek – GKS 1745: Quiroga 292, Butryn 251, Pietraszko 240,
Dafi Społem 1569 – Wachnik 268, Morozow 236, Stępień 233, Nalobin 196, Łapszyński 168, Pawliński 154, Dokić 116, Schamlewski 95, Szymański 44, Superlak 42, Adamski 17,
Ilość błędów na zagrywce – GKS 366: Pietraszko 61, Butryn 57, Kohut 53,
Dafi Społem 273 – Wachnik 75, Łapszyński 41, Pawliński 33, Dokić 29, Nalobin 24, Morozow 24, Superlak 16, Szymański 14, Stępień 10, Schamlewski 5, Adamski 2,
Ilość asów serwisowych – GKS 108: Butryn 24, Quiroga 21, Pietraszko 18,
Dafi Społem 64 – Wachnik 23, Łapszyński 10, Morozow 8, Pawliński 7, Dokić 7, Nalobin 4, Stępień 2, Schamlewski 2, Superlak 1,
Ilość przyjęć – GKS 1490: Quiroga 519, Kapelus 353, Mariański 328,
Dafi Społem 1505 – Czunkiewicz 394, Pawliński 311, Łapszyński 310, Wachnik 289, Szymański 116, Nalobin 27, Biniek 17, Morozow 16, Schamlewski 9, Stępień 8, Orobko 4, Superlak 2, Dokić 1, Adamski 1,
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 118: Quiroga 34, Mariański 26, Kapelus 26,
Dafi Społem 132 – Łapszyński 37, Pawliński 27, Czunkiewicz 26, Wachnik 23, Szymański 11, Stępień 3, Nalobin 3, Biniek 2,
Przyjęcie negatywne – GKS 304: Quiroga 98, Kapelus 78, Mariański 58,
Dafi Społem 398 – Czunkiewicz 91, Wachnik 86, Łapszyński 80, Pawliński 77, Szymański 38, Morozow 7, Biniek 6, Stępień 5, Nalobin 3, Orobko 2, Superlak 1, Dokić 1, Adamski 1,
Przyjęcie perfekcyjne – GKS 388: Quiroga 136, Mariański 105, Kapelus 85,
Dafi Społem 370 – Czunkiewicz 110, Łapszyński 77, Pawliński 75, Wachnik 56, Szymański 31, Nalobin 11, Biniek 4, Morozow 3, Schamlewski 2, Orobko 1,
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 26%: Witczak 100%, Butryn 50%, Stelmach 33%, Kalembka 33%,
Dafi Społem 25% – Nalobin 41%, Czunkiewicz 28%, Szymański 27%, Orobko 25%, Łapszyński 25%, Biniek 24%, Pawliński 24%, Schamlewski 22%, Wachnik 19%, Morozow 19%, Stępień 0%, Superlak 0%, Dokić 0%, Adamski 0%,
Ilość ataków – GKS 2039: Butryn 520, Quiroga 504, Kapelus 312,
Dafi Społem 1965 – Wachnik 548, Dokić 300, Łapszyński 280, Pawliński 247, Morozow 161, Nalobin 139, Superlak 118, Schamlewski 73, Szymański 67, Stępień 27, Adamski 4, Orobko 1,
Ilość błędów w ataku – GKS 134: Butryn 47, Quiroga 39, Kapelus 14,
Dafi Społem 188 – Wachnik 48, Łapszyński 30, Dokić 29, Pawliński 21, Superlak 19, Morozow 13, Nalobin 11, Szymański 7, Schamlewski 7, Stępień 2, Orobko 1,
Ilość ataków zablokowanych – GKS 156: Butryn 45, Quiroga 29, Kapelus 28,
Dafi Społem 167 – Wachnik 50, Dokić 38, Pawliński 23, Łapszyński 18, Superlak 12, Morozow 9, Szymański 6, Nalobin 6, Schamlewski 4, Stępień 1,
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 969: Butryn 250, Quiroga 218, Kapelus 131,
Dafi Społem 889 – Wachnik 257, Dokić 128, Łapszyński 127, Pawliński 95, Morozow 95, Nalobin 69, Schamlewski 38, Superlak 37, Szymański 32, Stępień 8, Adamski 3,
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 48%: Fijałek 100%, Stelmach 100%, Kalembka 66%,
Dafi Społem 45% – Adamski 75%, Morozow 59%, Schamlewski 52%, Nalobin 50%, Szymański 48%, Wachnik 47%, Łapszyński 45%, Dokić 43%, Pawliński 38%, Superlak 31%, Stępień 30%, Orobko 0%,
Ilość bloków punktowych – GKS 152: Pietraszko 29, Kohut 29, Komenda 24,
Dafi Społem 172 – Morozow 45, Nalobin 28, Stępień 24, Dokić 18, Wachnik 15, Łapszyński 13, Schamlewski 12, Pawliński 11, Superlak 4, Szymański 1, Adamski 1,
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 20: Butryn 4, Quiroga 4, Kohut 3,
Dafi Społem 25 – Morozow 8, Nalobin 7, Wachnik 4, Stępień 2, Pawliński 2, Superlak 1, Łapszyński 1,
Ilość tie-breaków (wygrany do przegranego) – GKS (2-1) – Dafi Społem (1-3);
MVP meczów – GKS 9: Butryn 3, Komenda 3,
Dafi Społem 4 – Wachnik 2, Szymański 1, Stępień 1,
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze