Hokej
[RELACJA] Grad goli… i kar. Oleg Yashin show
15 lutego TAURON KH GKS Katowice rozpoczął fazę play-off pierwszym meczem ćwierćfinałowym z Unią Oświęcim. Do składu GieKSy powrócił między innymi Grzegorz Pasiut i Jakub Wanacki – zabrakło jedynie Dusana Devecki i Martina Cakajika, którzy wciąż leczą kontuzje.
Pierwszą dobrą okazję do zdobycia gola w 2 minucie meczu miał Marek Strzyżowski, który minimalnie przestrzelił po podaniu Radosława Sawickiego zza bramki. W 4 minucie otrzymaliśmy karę za nadmierną ilość zawodników na lodzie. Byliśmy bardzo blisko zdobycia gola w osłabieniu, kiedy to krążek wytrącony przez Macieja Urbanowicza trafił do Filipa Starzyńskiemu, jemu zaś ,,gumę” w ostatniej chwili kijem wybił Fikrt. W 7 minucie Sawicki dograł do ustawionego przed bramką Yashina, który uderzył tuż obok słupka. Po chwili centymetrów zabrakło Laakkonenowi, by umieścić krążek w bramce po małym zamieszaniu. Unici od czasu do czasu odgrażali się kontrami, przy których czujny musiał być Lindskoug. W 11 minucie ustawiony za bramką Wronka próbował umieścić krążek w bramce odbijając do od łyżwy Fikrta, ale doświadczony bramkarz nie dał się na to nabrać. Po chwili swoją pierwszą bramkę w barwach GieKSy zdobył Oleg Yashin, który najlepiej zachował się pod bramką po odbiciu strzału parkanem przez Fikrta. 25 sekund później było już 2:0 dzięki uderzeniu Damiana Tomasika spod niebieskiej. Po kilkunastu kolejnych sekundach mogliśmy zdobyć kolejnego gola, ale Malasiński nie wykorzystał podania Pasiuta. W 16 minucie nasz nominalny 4 atak rozklepał obronę Unii. Po pierwszym golu Yashina przyszedł czas na pierwszą asystę, gdyż to po jego podaniu Bartosz Fraszko objechał Fikrta i pewnie umieścił krążek w bramce. Po chwili karę za przeszkadzanie otrzymał Tuhkanen. Po 30 sekundach przewagi Lindskoug dał się zaskoczyć strzałem z nadgarstka w okienko. Choć dalej prowadziliśmy 3:1, to od razu ruszyliśmy do ataku, by odrobić straconą bramkę. Cel osiągnęliśmy po niewiele ponad minucie gry. Kolejny raz z defensywą Unii zabawił się atak Fraszko-Starzyński-Yashin, a ten ostatni zdobył swoją drugą bramkę tego dnia. Po 20 minutach prowadziliśmy 4:1.
Po 75 sekundach od rozpoczęcia drugiej tercji Trandin dopuścił się faulu i po raz pierwszy w tym meczu mogliśmy grać w przewadze. Mieliśmy jednak problem nawet z założeniem zamka i nie stworzyliśmy żadnego zagrożenia. Znacznie lepiej poradziliśmy sobie w grze 5 na 5, a w 25 minucie hat-tricka skompletował Oleg Yashin, który oddał potężny strzał po podaniu Filipa Starzyńskiego. Minutę później na ławkę kar odesłany został Jesse Rohtla. Tym razem przetrwaliśmy 2-minutowy okres gry w osłabieniu bez straty gola, a w 30 minucie było już 6:1. Niko Tuhkanen uderzył z dystansu, a zasłonięty Fikrt nie zdążył zareagować. Po tej bramce doszło do zmiany bramkarza w drużynie z Oświęcimia – miejsce Fikrta zajął młody Sebastian Lipiński. Chwilę później sytuacji sam na sam nie wykorzystał Wronka. W 32 minucie Jyrkkio stracił kontrolę nad krążkiem na linii niebieskiej i Oświęcimianie przeprowadzili groźną kontrę, ale strzał na bramkę zatrzymał Lindskoug. Po zatrzymaniu gry Jyrkkio trafił do boksu kar. Ponownie wybroniliśmy osłabienie, ale Unia kilka razy pokazała, że lepiej nie ryzykować kolejnymi wykluczeniami. W 37 minucie Krawczyk po odebraniu krążka rywalowi został przez niego sfaulowany. Po 47 sekundach gry w przewadze po raz pierwszy pokonany został Lipiński. Swojego drugiego gola w tym meczu zdobył Tuhkanen, który wykorzystał podanie Rohtli. Niecałą minutę później było 8:1. Jakub Wanacki i uderzył z pierwszego krążka pod poprzeczkę po podaniu od Grzegorza Pasiuta. Po dwóch tercjach prowadziliśmy 8:1.
Już po 20 sekundach od wznowienia gry w trzeciej tercji krążek w bramce mógł umieścić Łopuski, ale nie trafił kijem w ,,gumę” w zamieszaniu. W 44 minucie swoją czwartą bramkę mógł zdobyć Yashin, ale po koronkowej akcji trafił w słupek. W kolejnej minucie indywidualną akcję przeprowadził Laakkonen, przy której został sfaulowany przez Danecka. Po 35 sekundach Malicki sfaulował Pasiuta w walce o krążek i dołączył w boksie kar do Danecka. Po wymianie kilku podań mocny strzał oddał Wronka, ale bardzo dobrze zachował się Lipiński. 40 sekund po karze dla Malickiego karę otrzymał Strzyżowski, a następnie doszło do przepychanki przy naszej ławce. Prowokatorem w tej sytuacji był Iiro Vehmanen, za co otrzymał karę 10 minut. Na 16 sekund przed końcem kary dla Malickiego 2 minuty otrzymał Tomasik. Przez kilkadziesiąt sekund musieliśmy się bronić w 3 przeciwko 5, ale Unici zdołali wykorzystać tej sytuacji. Niewiele później Wanacki ostro potraktował Trandina, który długo nie podnosił się z lodu, na którym pozostała plama krwi. Doszło do kolejnych przepychanek. Wanacki otrzymał karę meczu, a Przygodzki i Urbanowicz, którzy byli najaktywniejsi w przepychankach, otrzymali kary 2+2. Oznaczało to, że przez pełne 5 minut musieliśmy grać w osłabieniu. Po 2 minutach miały miejsce kolejne walki przy naszej ławce. Kary otrzymali Kiiholma i Jass, jednak zawodnik Unii dostał karę podwójną. Ledwo kilkanaście sekund po wznowieniu gry Jyrkkio spowodował upadek przeciwnika. W tamtym momencie na ławkach kar przebywało 8 zawodników! Unia w przewadze 4 na 3 co chwilę zagrażała naszej bramce, w której jednak świetnie spisywał się Lindskoug. Udało się go pokonać dopiero w 53 minucie w przewadze 5 na 4 pod sam koniec 5-minutowej kary, którą odsiadywał Wronka. Gola zdobył wówczas nasz były zawodnik Andrej Themar. 80 sekund później Oświęcimianie zdobyli trzecią bramkę. Danecek w sytuacji sam na sam strzelił Lindskougowi między parkanami. Zaspał w tej sytuacji Maris Jass. Jeszcze w ostatniej minucie meczu obustronne wykluczenie otrzymali Kiiholma i Łopuski, a chwilę po wznowieniu gry gola po kontrze mógł zdobyć Laakkonen. Mecz zakończyłsię wynikiem 8:3. Spotkanie ćwierćfinałowe numer 2 w poniedziałek w Oświęcimiu.
Trzy gwiazdy meczu:
Pierwsza gwiazda meczu: Oleg Yashin
Druga gwiazda meczu: Filip Starzyński
Trzecia gwiazda meczu: Niko Tuhkanen
TAURON KH GKS Katowice – KS Unia Oświęcim 8:3 (4:1, 4:0, 0:2)
1:0 Oleg Yashin (Jesse Jyrkkio, Filip Starzyński) 11:45
2:0 Damian Tomasik (Jesse Rohtla) 12:10
3:0 Bartosz Fraszko (Oleg Yashin, Filip Starzyński) 15:20
3:1 Juha Kiiholma (Andrej Themar, Peter Tabacek) 16:25 5/4
4:1 Oleg Yashin (Bartosz Fraszko, Niko Tuhkanen) 17:44
5:1 Oleg Yashin (Filip Starzyński, Bartosz Fraszko) 24:15
6:1 Niko Tuhkanen (Patryk Wronka, Jesse Jyrkkio) 29:05
7:1 Niko Tuhkanen (Jesse Rohtla, Jesse Jyrkkio) 37:43 4/3
8:1 Jakub Wanacki (Grzegorz Pasiut, Patryk Wronka) 38:40
8:2 Andrej Themar 52:45 5/4
8:3 Jan Danecek (Dawid Maciejewski, Martin Przygodzki) 54:05
TAURON KH GKS Katowice: Lindskoug – Jyrkkio, Tuhkanen, Łopuski, Rohtla, Laakkonen – Jass, Wanacki, Malasiński, Pasiut, Wronka – Tomasik, Krawczyk, Urbanowicz, Sawicki, Strzyżowski – Skokan, Krężołęk, Fraszko, Starzyński, Yashin
KS Unia Oświęcim: Fikrt – Vehmanen, Saur, Tabacek, Kiiholma, Themar – Bezuska, Konig, Adamus, Trandin, Przygodzki – A. Kowalówka, Maciejewski, Piotrowicz, Danecek, S. Kowalówka – Noworyta, Paszek, Malicki, Wanat, Gruszka
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna
Górak: Gra o finał to wielka duma
Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać. Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.


tombotleg
15 lutego 2019 at 22:18
Brawo nasi, dobry hokej, Oleg pozamiatał super transfer na PO niema lipy, Unia nie potrafi przegrywać, prowokacje i niepotrzebne zaostrzanie gry, sami zaczęli i to się dla nich zle skończyło, gościu dostał KO, trzeba zakończyć szybko tę serię.
hans33
15 lutego 2019 at 23:45
Po mojymu to chop sie nazywo Jaszyn…