Dołącz do nas

Piłka nożna

Bramki i asysty – bogactwo w środku pola

Avatar photo

Opublikowany

dnia

dsc_6484Dzisiaj w naszym podsumowaniu zajmiemy się pomocnikami, czyli formacją najbardziej rotowaną w GKS Katowice od dłuższego czasu. Zarówno trener Rafał Górak, jak i Kazimierz Moskal dokonywali zmian praktycznie z meczu na mecz – choć trzeba przyznać, że środek był dużo bardziej stabilny niż skrzydła, a także, że obecny szkoleniowiec GKS zdecydował się na kilka pokerowych zagrywek, które w większości okazały się skuteczne. W niniejszym artykule niektóre przyporządkowania zawodników do pozycji mogą być bardzo umowne, ze względu na to, że nawet w trakcie jednego meczu, połowy albo nawet krótkiego okresu następowały w tym temacie zmiany.

Defensywny pomocnicy
Jako piłkarze w zasadzie od „czarnej roboty”, występowali głównie Sławomir Duda, Grzegorz Fonfara i Kamil Cholerzyński. Ta trójka grała dość wymiennie, choć w dalszej części sezonu dzięki pewnemu manewrowi trenera Moskala, mogli w komplecie występować na boisku. Początkowo – podobnie jak w poprzednim sezonie – dwójkę defensywnych mieli stanowić Duda i Fonfara i tego chciał się trzymać trener Rafał Górak. Jednak już w pojedynku Pucharu Polski z Wigrami Suwałki kontuzji nabawił się Fonfara i musiał przez kilka meczów pauzować. Na domiar złego przed meczem I kolejki z Flotą zatruł się Duda i katowiczanie pozostali bez dwóch podstawowych zawodników.

Za Fonfarę w Suwałkach na boisko wszedł Kamil Cholerzyński i on również od początku wystąpił z Flotą. Z braku zawodników defensywnych Przemysław Pitry pomagał w tym meczu Kuflowi. Niestety o ile Cholerzyński dał dobrą zmianę z Wigrami, to z Flotą spisał się dość słabo.

Fonfara pauzował aż do meczu z Podbeskidziem, Duda wykurował się na szczęście już na drugą kolejkę. Sam jednak zarówno w okresie przygotowawczym, jak i na początku ligi nie był w najlepszej formie, notował dość dużo prostych niecelnych podań. W składzie jednak pozostał, a w Krakowie nieoczekiwanie pomagał mu Rafał Figiel. To była nagroda za bardzo dobrą zmianę Figiela w meczu z Sandecją. I z Okocimskim młody zawodnik rozegrał świetne zawody. Był bardzo waleczny, rozgrywał akcje, podawał i strzelał. Startował z głębi pola, ale z dużymi inklinacjami ofensywnymi. Wkrótce to właśnie do przodu został przesunięty, aby mieć więcej okazji do wykazania się w ofensywie.

Na mecz z Podbeskidziem wrócił Fonfara i z Dudą stworzyli niezły duet na bardzo ważny mecz Pucharu Polski. Przede wszystkim z przeciętności wyszedł Duda, który zwłaszcza w drugiej połowie spisał się bardzo dobrze i nie dość, że solidnie czyścił akcje rywali, to sam strzelił gola z rzutu karnego (wcześniej „dostał” od Franka Adu Kwame, za co została podyktowana „jedenastka”). Fonfara zagrał w tym spotkaniu… zróżnicowanie – raz lepiej – raz gorzej.

Obaj wystąpili w meczu z Bełchatowem, który był najsłabszy w tym sezonie. Obaj nie zachwycili, choć akurat w przypadku Dudy można było powiedzieć, że zagrał „najmniej źle”.

W meczu z Miedzią nieoczekiwanie zamiast Dudy wyszedł Cholerzyński. Zmiana była o tyle dziwna, że Kufel we wcześniejszych meczach, w których grał, prezentował się źle i tak też było z legniczanami. Jeżeli po Bełchatowie miało dojść do zmian, to na pewno nie Dudy. Faktem jest jednak, że tu już nie decydował trener Górak, który rozstał się z klubem, a Tomasz Owczarek i Piotr Piekarczyk. Duda za to wszedł w drugiej połowie i podniósł jakość zespołu, a do tego wykorzystał znów rzut karny.

Od meczu w Łęcznej – czyli debiutu trenera Moskala – nastał czas Dudy i Fonfary jako występujących w duecie. Cholerzyński wchodził zaledwie na końcówki. O ile jeszcze spotkanie na Lubelszczyznie było dość przeciętne, to potem było już coraz lepiej – choć z ROW jeszcze nie jakoś spektakularnie, to z Arką było dobrze, a z Dolcanem już bardzo dobrze. Forma obu zawodników zwyżkowała, ale znów opadła w spotkaniach z Kolejarzem i Puszczą. Nie były to jednak bardzo złe występy, tylko po prostu średnie lub przeciętne.

Cholerzyński wrócił – ale na stopera w meczu z Chojniczanką – natomiast szokiem była absencja Fonfary w bardzo ważnym meczu z Zawiszą. To właśnie na Kufla oraz Dudę zdecydował się w tym meczu trener Moskal. Było to przeciętne spotkanie w wykonaniu tego duetu.

Wkrótce trener znalazł na boisku miejsce dla wszystkich trzech. Manewr z przesunięciem Grzegorza Fonfary na pozycję ofensywnego pomocnika okazał się świetny, ale tym zajmiemy się w dalszej części artykułu. Na dłużej parę defensywnych pomocników utworzyli Duda z Cholerzyńskim. Wszystko zaczęło się od meczu z Olimpią Grudziądz. Obaj wypadli bardzo dobrze, oprócz gry w destrukcji próbowali rozgrywać akcje, a Duda strzelił nawet gola, który na wtorkowej gali Złotych Buków zyskał miano Bramki Roku. Jako strzelec w kolejnym meczu błysnął Kufel, który po kapitalnym rajdzie w Niecieczy otworzył wynik spotkania i śmiało można powiedzieć, że Duda sprzątnął Kamilowi tytuł autora Bramki Roku sprzed nosa, bo trafienie było iście klasowe. Troszkę słabiej obaj zawodnicy zagrali w kolejnym spotkaniu ze Stomilem. Wobec tego Duda trafił na ławkę na derby z Tychami, a „wycofał się” na wyjściową pozycję Fonfara. Obaj zawodnicy grali bardzo dobrze przed przerwą i słabo po niej. Cholerzyński znów strzelił bramkę, a Fonfara miał dobre sytuacje. Po zmianie stron już nie radzili sobie z rywalami. Na Wisłę Płock szkoleniowiec ustawił zawodników tak jak z Olimpią i Niecieczą, czyli znów Fonfara poszedł do przodu. Duda z Cholerzyńskim zaliczyli niezłe spotkanie, podobnie jak w ostatnim meczu z Flotą, jednak w obu fajerwerków nie było.

Jeśli chodzi o duet defensywnych pomocników to można powiedzieć, że były dwa okresy – przed przesunięciem Fonfary na dziesiątkę i po tej roszadzie. Wcześniej wymiennie grali Duda, Fonfara i Cholerzyński, potem na boisku występowali wszyscy trzej. Duda miał przez całą rundę wahania formy, raz było lepiej, raz gorzej, Kamil rozkręcał się, a Fonfara też ze słabszymi momentami, ale jednak więcej miał dobrych i kilka błysków, które dawały GieKSie punkty – choć głównie właśnie na pozycji ofensywnego pomocnika.

Ofensywna pomoc
Ta pozycja wyjściowo była zarezerwowana dla Przemysława Pitrego. Ten zawodnik w GieKSie jako ofensywny pomocnik, ustawiony za napastnikiem, notował swoje najlepsze występy i najwięcej dawał drużynie. Jednak na dziesiątce było sporo rotacji. Pitry zapewne by tam grał cały czas, jednak słaba forma napastników spowodowała, że zawodnik w większości meczów grał właśnie na szpicy – mocno z konieczności, ale według trenerów to było rozsądne rozwiązanie, a na miejsce Pitrego w środku próbowali oni kilku kolejnych zawodników. Sam Pitry gdy grał jako „podwieszony” już w pierwszym meczu z Wigrami strzelił bramkę, choć było to po stałym fragmencie. Ogólnie początek sezonu miał stosunkowo udany, nawet w słabym meczu z Flotą był wyróżniającym się zawodnikiem, choć wtedy mieliśmy sporo zastrzeżeń o nadmierne spowalnianie gry. Potem przeszedł do ataku, a kolejny raz na podstawowej pozycji zobaczyliśmy go w Łęcznej, choć jest to bardzo umowne, bo pojawiał się często jako zawodnik najbardziej wysunięty. Również i w Łęcznej na tle słabszych kolegów wyróżniał się, zaliczył m.in. kapitalny strzał w poprzeczkę. W meczu z ROW mieliśmy „Pitry show”, kiedy to zaliczył dwa gole spoza pola karnego, w tym jednego z rzutu wolnego. Gola dołożył w meczu z Arką, wówczas jednak był już w ataku, choć w pierwszej połowie grał w pomocy. W słabym meczu z Zawiszą Pitry robił różnicę. Ten mecz miał dwie „połowy” – z Pitrym i bez niego. Po zejściu zawodnika dobra gra siadła i GKS był bezradny. Piłkarz odniósł kontuzje i baliśmy się jak będzie wyglądać gra bez niego. Tymczasem z Olimpią Grudziądz katowiczanie rozegrali najlepsze zawody w sezonie. Potem zawodnik wrócił znów do ataku, ale w Niecieczy grając na tej pozycji świetnie spisał się właśnie jako… asystujący (szerzej o tym w „napastnikach”). Ze Stomilem zaczął jako napastnik, ale po wejściu na boisku Grzegorza Goncerza, cofnął się na pozycję rozgrywającego i w doliczonym czasie gry zagrał kapitalną i niekonwencjonalną piłkę do Pietrzaka, a w efekcie padła zwycięska bramka. W spotkaniu z Tychami nie zaimponował.

Gdy w początkowej fazie sezonu na pozycję napastnika został przesunięty Pitry, trzeba było szukać jego zastępcy. Trener Rafał Górak zapewne miał kilka pomysłów, ale z formą w poprzednich meczach – z Sandecją i Okocimskim – błysnął Rafał Figiel. W meczu z Podbeskidziem to właśnie ten młody zawodnik dostał szansę kreowania gry. I z bielszczanami spisał się kapitalnie, rozgrywał, wygrywał pojedynki jeden na jeden, był aktywny i skuteczny w podaniach. Oprócz środka, pokazywał się także na skrzydłach, szedł na obiegi. Wydawało się, że ten zawodnik będzie miał pewne miejsce w podstawowej jedenastce. Niestety nie udało mu się tej formy utrzymać. W meczach z Bełchatowem i Miedzią zagrał słabo i jego pozycja zaczęła słabnąć. W meczu z Łęczną po czerwonej kartce Łukasza Budziłka to właśnie Figiel został zmieniony, choć akurat wtedy grał na skrzydle.

Wkrótce do środka powrócił Pitry, ale w meczu z Dolcanem szkoleniowiec zdecydował się na przesunięcie ze skrzydła Tomasza Wróbla. To właśnie na tej pozycji po raz pierwszy zawodnik zabłysnął. Wcześniej bowiem grając na skrzydle notował bardzo przeciętne występy. Z Dolcanem zagrał wspaniale, strzelając dwa gole i notując asystę prostopadłym podaniem. Zawodnik jeszcze jako dziesiątka zagrał z Kolejarzem czy Chojniczanką, ale to były słabsze mecze całego zespołu i jego samego. Znakomite zawody zagrał jeszcze z Olimpią Grudziądz, wtedy wyjściowo był napastnikiem, ale najlepsze zagrania zaliczał ze środka boiska.

Ze względu na kontuzję Pitrego w meczu z Zawiszą oraz słabą dyspozycją napastników – do ataku z Olimpią powędrował Wróbel, a na pozycji ofensywnego pomocnika pojawił się Grzegorz Fonfara. To był strzał w dziesiątkę trenera Moskala. Fonfara bardzo dobrze zagrał z zespołem z Grudziądza (choć błyszczeli inni), ale wielkie zawody zaliczył w Niecieczy. Paradoks polegał na tym, że strzelił tam… dwa gole wychodząc sam na sam i przez chwilę będąc w roli napastnika. To był klasyczny przykład wymienności pozycji, o której napiszemy w osobnym artykule. W meczu ze Stomilem był zamieszany w akcje, po której padły bramki, a przy pierwszym golu zaliczył asystę. Także i z Wisłą Płock zawodnik był efektywny, bo strzelił gola. Trzeba powiedzieć, że więcej zadań ofensywnych dla zawodnika ogranego w ekstraklasie okazało się bardzo dobrym pomysłem trenera i były z tego wymierne efekty.

Na chwilę obecną ciężko powiedzieć, kto będzie grał na dziesiątce. Teoretycznie – gdy GKS pozyska klasowego napastnika – wróci tutaj Pitry. Trzeba powiedzieć, że zarówno on, jak i Wróbel potrafią zagrywać kapitalne prostopadłe piłki, a i Fonfara nie ustępuje w rozegraniu akcji. Tak naprawdę wychodzi bogactwo wyboru – Wróbel jednak może grać na skrzydle, a Fonfara na pozycji defensywnego pomocnika – na boisku więc spokojnie jest miejsce dla wszystkich trzech.

Skrzydłowi pomocnicy
Tutaj to był już prawdziwy galimatias. Grało tutaj wielu zawodników i tak naprawdę to żaden – poza Tomaszem Wróblem – nie wywalczył sobie podstawowego miejsca w składzie, mimo że grali więcej lub mniej. Drugim głównym zawodnikiem skrzydeł był Krzysztof Wołkowicz, ale on już miał większe perypetie z grą w podstawowym składzie.

To właśnie Tomasz Wróbel na chwilę obecną jest podstawowym prawym pomocnikiem. Początek w GKS jednak nie był łatwy, bo zawodnik zawodził. Owszem zaliczył asystę już w debiucie z Wigrami, miał też udział w akcjach bramkowych z Sandecją, ale brakowało jakiegoś błysku. Z czasem zawodnik grał na tyle przeciętnie, że wręcz stracił miejsce w składzie. Wrócił na Łęczną i spisał się słabo, ale trylogia meczów przy Bukowej należała do niego. Najpierw – jeszcze jako rezerwowy – wniósł sporo ożywienia w meczu z ROW, z Arką zaliczył niekonwencjonalną asystę przy bramce Pitrego, a z Dolcanem dał koncert, ale to już jako ofensywny pomocnik, o czym pisaliśmy wcześniej. Faktem jest jednak, że z Arką mimo gry na skrzydle asystę zaliczył ze środka pola, a dla odmiany z Dolcanem – ze skrzydła, mimo że grał w środku. Tak samo zaliczył asystę przy bramce Janusza Gancarczyka w meczu z Puszczą, kiedy to po akcji wszerz boiska – tym razem z lewej strony – wypuścił partnera na drugim skrzydle na dobrą pozycję. Potem przez chwilę grał słabiej, ale zaliczył bardzo dobry mecz z Olimpią – tym razem w napadzie, o czym pisaliśmy wcześniej (poprzez zmienność pozycji naszych zawodników, nie sposób się nie powtarzać w tym artykule). Niestety potem zawodnik odniósł kontuzję i pauzował przez dwa mecze. Wrócił dopiero jako zmiennik w meczu z Tychami, ale wiele do gry nie wniósł. Za to z Wisłą zaliczył piękną asystę przy golu Fonfary. Rozegrał także dobry mecz z Flotą.

Drugim zawodnikiem, który grał najczęściej na skrzydle był Krzysztof Wołkowicz. Dla tego zawodnika zarezerwowana była lewa strona. Piłkarz jest młody i w trakcie rundy prezentuje znaczne wahania formy. Na początku w zasadzie był rezerwowym, który wchodził na końcówki, szansę od początku dostał z Podbeskidziem i zagrał dobrze. Jak i inni zawodnicy zaliczył bardzo dobre występy w trójmeczu na Bukowej. Z ROW-em jako zmiennik, a potem z Arką spisywał się dobrze, a już bardzo dobrze było w meczu z Dolcanem, w którym strzelił bramkę i zaliczył asystę przy golu Wróbla. To był okres w którym zawodnik nieoczekiwanie dochodził do sytuacji bramkowych i tak było też w meczu z Kolejarzem, ale tam niestety nie wykorzystał szansy. Wydawało się, że w swojej przygodzie z piłką Wołkowicz wchodzi na szczebel wyżej. Kapitalne zawody zaliczył z Olimpią Grudziądz, strzelił bramkę, ale też… nie wykorzystał dobrych sytuacji. Potem było już jednak coraz słabiej, zawodnik miał jeden błysk, czyli dobry strzał z dystansu w meczu z Wisłą Płock, kiedy w efekcie padła bramka, jednak jego forma była niska. I wspomnijmy też o dwóch meczach, w których został wystawiony na prawej pomocy – ten pomysł wśród wielu dobrych trenera Moskala okazał się niefortunny, bo piłkarz był cieniem samego siebie i notorycznie szukał lewej nogi. W Niecieczy udało mu się w ten sposób oddać dwa mocne – ale w środek bramki – strzały z dystansu, ale z gry wynikało bardzo niewiele. Wołkowicz musi grać na lewej stronie, a na prawą – owszem, chwilowo może zbiegać na kilkuminutową zamianę z prawym pomocnikiem.

Zawodnikiem, z którym wiązaliśmy przed sezonem nadzieje, a który ciągle nie pokazał się z najlepszej strony był Janusz Gancarczyk. Zawodnik ten ciągle balansuje między podstawowym składem, a ławką rezerwowych. Piłkarz jest na tyle specyficzny, że raz na jakiś czas pokazuje swój spory potencjał, ale brakuje udokumentowania tego w kolejnych meczach. Nawet na przestrzeni jednego meczu potrafi rozbudzić apetyty, by potem grać słabo lub odwrotnie. Z Sandecją wywalczył rzut karny i strzelił gola z jedenastki. Analogiczna sytuacja miała miejsce z Podbeskidziem, kiedy jednak karnego nie strzelił. Wcześniej z Okocimski trafił w słupek, a skuteczną dobitkę zaliczył Michał Zieliński. Zawodnik z Podbeskidziem spisał się dobrze, ale całe wrażenie zatarł już w pierwszej połowie meczu w Bełchatowie, kiedy za faul bez piłki dostał czerwoną kartkę. Zespół w osłabieniu przegrał 0:5. Z tego też powodu zawodnik pauzował przez dwa mecze, a wrócił na ROW Rybnik i był efektywny – zaliczył asystę, a po faulu na nim Pitry strzelił gola z rzutu wolnego. Potem w meczu z Arka wypadł słabo, dlatego w spotkaniu z Dolcanem usiadł na ławce. Wszedł w końcówce meczu i miał udział przy dwóch golach. Jako zmiennik wszedł także z Puszczą i zdobył wyrównującego gola. Potem zawodnik raz grał, raz nie (wchodził z ławki) – z reguły spisywał się nieźle, ale bez błysku. Zaliczył asystę przy zwycięskim golu Goncerza ze Stomilem. Cały czas czekamy na błysk geniuszu tego zawodnika, jest szybki, potrafi wygrywać pojedynki 1 na 1, ale już od roku ma tylko przebłyski, a nie ma stałej tendencji. Piłkarz ten ma predyspozycje, żeby rywali na skrzydle zjadać na śniadanie. Ciągle jednak czegoś brakuje, choć chyba jednak są to kwestie bardziej mentalne niż piłkarskie.

Pozostali zawodnicy grali raczej incydentalnie na skrzydłach. Z Kolejarzem zainaugurował sezon Grzegorz Goncerz, który wszedł na kwadrans przed końcem i rozruszał niesamowicie grę GKS. W następnym meczu dostał szansę w ataku. Na prawej pomocy zagrał znów w Chojnicach, ale słabo. To były jednak incydenty, bo wkrótce Grzegorz był wystawiany w ataku z dobrym skutkiem, choć ten skutek był tylko, gdy grał jako zmiennik. Tak naprawdę na skrzydle w tej rundzie nie zaistniał.

W początkowej fazie sezonu były też takie mecze, w których na skrzydle grał Rafał Figiel. Tak było w meczu z Łęczną, ale zanim zdołał coś pokazać, musiał zejść z boiska w wyniku czerwonej kartki Budziłka i konieczności zmiany.

Epizod na prawej pomocy zaliczył Alan Czerwiński w meczu z Miedzią, ale to był słaby mecz całego zespołu i Alana również. Bardzo się starał, ale nie był w tym meczu efektywny.

Na lewą pomoc w trakcie meczu z Olimpią z ławki wszedł Rafał Pietrzak i spisał się świetnie. Zawodnik ma dryg do gry ofensywnej i asysta przy bramce Tomasza Wróbla była klasowa. Potem zagrał na tej pozycji w Niecieczy i również spisał się nieźle, po jego wyrzucie z autu Kamil Cholerzyński przeprowadził akcję bramkową. Potem jednak wrócił na obronę i to jest jego wyjściowa pozycja, z której również może udzielać się często z przodu, jak ze Stomilem, kiedy dośrodkował w pole karne i po zgraniu Gancarczyka do Goncerza padła zwycięska bramka.

Bartłomiej Chwalibogowski również zaliczył kilka momentów w pomocy. Najpierw w spotkaniu z Podbeskidziem, gdzie miał całą dogrywkę z hakiem i zagrał nieźle. Dość spektakularne było jego pojawienie się w pomocy w meczu z Łęczną, kiedy to momentami nawet był na pozycji… środkowego napastnika. Nie można mu było odmówić chęci. Natomiast po wejściu na boisko w meczu z Arką zagrał znakomite zawody okraszone bramką. Zupełną klapą okazał się natomiast występ w Jaworznie przeciwko Tychom i po tym spotkaniu piłkarz już w tej rundzie nie zagrał.

Dodajmy, że na początku sezonu w trzech meczach ligowych wystąpił w GKS również Arkadiusz Kowalczyk, ale jako napastnik. Natomiast nieoczekiwanie w spotkaniu z Wisłą Płock dostał szansę przez ponad pół godziny na… lewej pomocy. Po Wołkowiczu to drugi nietrafiony pomysł trenera, bo na lewej flance ten prawonożny zawodnik kompletnie sobie nie prowadził i zepsuł niemal wszystkie akcje.

Nadal nie ma pewnych i stałych skrzydłowych w GKS. Na tę chwilę wydaje się, że Wróbel na prawej, a Wołkowicz/Gancarczyk na lewej stronie będą walczyć. Czekamy na ugruntowanie pozycji tych zawodników.

Podsumowanie
Formacja pomocy nie jest na tyle odrębna i autonomiczna, co np. formacja obrony. Wiele w niej zależy nie tylko od dyspozycji zawodników, ale też od potrzeb w ataku, a i wewnątrz niej zachodzi czasem konieczność przesunięcia zawodnika z tyłu do przodu, z przodu do tyłu lub na linii skrzydło-środek. W zasadzie ciężko jest wytypować w stu procentach podstawowy skład linii pomocy. Wydaje się jednak, że wyjściowo defensywnymi pomocnikami są Duda lub Cholerzyński z Fonfarą, na skrzydłach Wróbel (prawe) i Wołkowicz lub Gancarczyk (lewe) i na pozycji ofensywnego Pitry. Wiemy jednak, że na pozycji Pitrego grali i Wróbel i Fonfara, co skutkowało odpowiednimi roszadami na ich wyjściowych pozycjach. Pamiętajmy też, że zazwyczaj jeden z defensywnych pomocników bardziej ubezpiecza obrońców (stoperów), a drugi także bierze udział w konstruowaniu akcji.

GKS ma bogactwo wyboru jeśli chodzi o środek pomocy. Jeśli jeden zawodnik wypada, to często z jeszcze większym powodzeniem zastępuje go drugi. Szwankują natomiast skrzydła, mimo że grają poprawnie, to od wielu miesięcy nie są wykorzystywane tak, jakby mogły, a zawodnicy nie potrafią na nich błyszczeć. Można wręcz powiedzieć, że większą robotę na skrzydłach robią boczni obrońcy. Natomiast Tomasz Wróbel większość swoich kapitalnych zagrań w GKS zaliczył nie ze skrzydła, a ze środka. Podobnie Wołkowicz, bramki czy asysty notuje głównie ze środkowej strefy. To dobrze oczywiście świadczy o zawodnikach, że schodzą do środka, natomiast brakuje jednak typowej efektywności z bocznych sektorów boiska i to jest ta rezerwa, nad którą spokojnie można popracować. Bo jeśli potencjalnie skrzydła są dobre, ale jeszcze niewykorzystywane, a GKS ma tak dobre wyniki, to można pomyśleć, co będzie się działo, gdy rzeczywiście po dośrodkowaniach GKS będzie strzelał bramki.

Linia pomocy GKS Katowice jest bardzo mocna, to nie ulega wątpliwości. W rundzie jesiennej to pomocnicy strzelili najwięcej bramek i zanotowali najwięcej asyst. Nie bierze się to z niczego, indywidualne umiejętności, doświadczenie, a także coraz lepsza gra zespołowa przynosi coraz lepszy skutek. I gdyby tylko w naszym zespole był jeszcze jakiś klasowy napastnik…

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Jjj

    15 grudnia 2013 at 20:51

    Po co nam wrzutki jak nie mamy napastnika który by to wykorzystywał ? Nasza gra sie zmieniła i dlatego przynosi efekt ! Co z tego ze rok czy dwa lata temu wrzucalismy jak sie broniliśmy przed spadkiem ?? Gramy tak jak teraz środkiem i wygrywajmy ! Pitry za mało bramek strzela !

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga