Felietony Piłka nożna
Czas wyeliminować truciznę z tego klubu
Wszystko, co miało zostać już napisane – zostało. Na naszej stronie i przez kibiców. Czy to w komentarzach na GieKSa.pl czy mediach społecznościowych oficjalnych i nieoficjalnych, czy na forum.
Praktycznie nie przypominam sobie w tej chwili choćby JEDNEGO komentarza, który w jakikolwiek broniłby pion sportowy GKS Katowice. Niektórzy jeszcze analizują, że bez tego trenera może ktoś by lepiej grał, albo bez jakiegoś piłkarza może trener by dał radę. Wszystkie komentarze natomiast – a są ich setki – zgodnie twierdzą, że w Katowicach mamy po prostu piłkarskie dno i metr mułu, a ten kształt ludzki nie ma prawa bytu.
W sobotę czeka nas mecz z Olimpią Grudziądz. Naprawdę nic już nie jest w stanie zmienić postrzegania drużyny, która zawiodła tyle razy. Jeszcze cień wymuszonej nadziei mieliśmy po trzech wygranych z rzędu, ale teraz to trzeba uznać raczej za dzieło przypadku i statystyki – że czasem coś po prostu się wygra. Dokładając do tego, że bramki w Bytowie i Bielsku zostały zdobyte w samej końcówce, wychodzi na to, że pewnie wygrany był ostatnio tylko mecz ze słabym Stomilem.
Ale to i tak nieważne, bo w momencie prawdziwej próby, najważniejszej dla kibiców, piłkarze oddali tę grę bez walki. Ktoś powie, że z Ruchem było widoczne zaangażowanie. Tylko, że znów kłaniają się nasze bardzo niskie i minimalistyczne standardy zbudowane przez lata gnicia na zapleczu ekstraklasy. Więc jeśli mamy duże posiadanie piłki, kilka razy zbliżymy się pod szesnastkę, ktoś tam zrobi dwa sprinty i obejrzymy jeden ciekawszy pojedynek fizyczny – to już mówimy, że „tym razem było widoczne zaangażowanie”. Głupie to strasznie, ale niestety i my jako GieKSa.pl przyjmujemy taką beznadziejną narrację – starając się robić dobrą minę do złej gry. Prawda jest taka, że z Ruchem było tylko trochę tego zaangażowania, ale nie ściemniajmy, że miało miejsce jakieś gryzienie trawy czy walka do upadłego i za wszelką cenę o korzystny wynik. Ten mecz co najwyżej był przetruchtany (w przeciwieństwie do przechodzonych czy odbytych na stojąco), ale na pewno nie był wybiegany i wywalczony. Tak naprawdę to pod względem ambicjonalnym był mecz na minimalnym poziomie do przyjęcia w średnio ważnym starciu ligowym ze średniej klasy rywalem. A nie w najważniejszym pojedynku od 14 lat dla rzeszy kibiców GieKSy.
Potem było spotkanie z Tychami – w tym temacie już skandaliczne, zagrane bez jakiejkolwiek ambicji, co – mówiąc o pierwszej połowie i braku chęci – przyznał sam trener Piotr Mandrysz.
Dwa spotkania, bardzo ważne i prestiżowe, ale naprawdę z bardzo przeciętnymi zespołami. Ruch wygrał na Bukowej ambicją, a Tychy…nie wiadomo czym, bo zagrali beznamiętnie i mocno średnio. To wystarczyło na olewających swoje obowiązki katowiczan.
Formuła z trenerem Mandryszem nie sprawdziła się. To na nim opieraliśmy przed sezonem nadzieję, że chwyci piłkarskie towarzystwo wzajemnej adoracji za twarz i zrobi w szatni porządek po Brzęczku. Tak się nie stało, trener od samego początku nie pokazuje nam tych cech, z których znaliśmy go wcześniej. Po meczach z reguły mówi, że mieliśmy sporo sytuacji bramkowych, choć podciąga pod to sytuacje, których nie można nazwać nawet trzydziestoprocentowymi. Mówi o bardzo dobrym meczu z Ruchem, co chyba wynika tylko z faktu przewagi w posiadaniu piłki. Dopiero przymuszony na konferencji w Tychach powiedział, że niektórzy zawodnicy nie wytrzymują obciążenia psychicznego.
Z rzeczy, które są na ten fatalny sportowy moment w historii klubu możliwe i realne, brakuje nam jasnego sygnału po pierwsze od trenera, po drugie od prezesa (o nim nieco dalej), że jednak jesteśmy w tragicznej sytuacji sportowej. Że zawodnicy nie realizują założeń taktycznych, grają bez zaangażowania i ambicji oraz w niektórych przypadkach są po prostu na tyle słabi, że środek tabeli będzie ogromnym sukcesem.
To co naprawdę dziwi, to brak widocznej frustracji u trenera Mandrysza. Spodziewalibyśmy się, że po jednym, drugim, trzecim, czwartym, piątym beznadziejnym meczu będzie kipiał ze złości. Niestety szkoleniowiec przyjmuję pozycję depresyjną i szuka usprawiedliwień, czym stawia się w jednym rzędzie z piłkarzami. To jest jedna z przyczyn tego, że również i on ma u kibiców złą prasę. Założę się, że gdyby raz czy drugi szczerze powiedział na konferencji, że ma żal do zawodników o postawę na boisku i nie ma jego zgody na to – wielu kibiców miałby po swojej stronie.
Potrzebny jest gruntowny wstrząs, całościowy jeśli chodzi o piłkę nożną w GKS Katowice. Po pierwsze – głośne wypowiedzenie tego, że jednak mamy problem. Tak jak u osób uzależnionych, jeśli nie powiedzą przed samymi sobą, że mają ten problem, jeśli nie zaakceptują, że tak jest – nie mają szans na zmianę. A że klub to nie jest „gra w bierki ani domek z zabawkami, to jest bardzo ważna sprawa i życie prywatne wielu ludzi” (cytat z Rafała Góraka) – nam jako kibicom jasne postawienie sprawy po prostu się należy. Bo może i ktoś w klubie wie, że jednak dzieje się źle, ale udają na zewnątrz jest dobrze. A to nie tędy droga, bo klub to przede wszystkim kibice i udając, że jest jednak dobrze – jesteśmy po prostu oszukiwani.
Po drugie – gruntowne zmiany kadrowe. Latem przyszło kilku nowych zawodników i łudziliśmy się, że z nowym trenerem coś z tego będzie – „łudziliśmy się” to dobre określenie, bo sam osobiście pisałem już po poprzednim sezonie, że jeśli kilku zawodników zostanie, to nic dobrego nas nie czeka. To się niestety sprawdziło.
Zostali więc tacy gracze jak Nowak, Kamiński, Frańczak, Zejdler, Kalinkowski, Foszmańczyk, Goncerz, którzy w mniejszym klub większym stopniu grają w pierwszym składzie do dziś. Ci zawodnicy już wiosną udowodnili, że nie można na nich w dłuższej perspektywie czasowej liczyć. Nie wykorzystali swojej życiowej szansy i tak naprawdę powinni odejść z klubu w komplecie już latem. Niestety trener w wywiadzie przedsezonowym mówił nam, że Foszmańczyk był najlepszy w poprzednich rozgrywkach, prezes Cygan mówił o bardzo dobrym Kamińskim. Tak naprawdę już po tamtych słowach mogliśmy skreślić ten sezon i zgasić światło.
Są ludzie, którzy z wymienionych wyżej zawodników jeszcze bronią Zejdlera – chłopak jakieś tam umiejętności ma i być może w innym otoczeniu mógłby coś wnieść. Jednak patrząc na jego indywidualną postawę z wiosny, mam co do tego wątpliwości. On też w dużej mierze był odpowiedzialny za fatalne wyniki. Nie potrafił zmienić absolutnie nic w obrazie przegrywanego minuta po minucie awansu. Sam nie wiem…
Nie ma najmniejszych szans na osiągnięcie sukcesu, póki w GieKSie będzie ta grupa zawodników – pozbycie się ich to warunek konieczny, ale niewystarczający. Problem jest taki, że i nowi, którzy przyszli w większości nie rokują dobrze. Częściowo są oni z zaciągu Mandrysza. Przemeblowany został cały blok obronny i jest on dziurawy jak szwajcarski ser. Midzierski coraz bardziej się gubi i w każdej kolejce popełnia kiksy, Klemenz prokuruje rzuty karne i Mączyński, który wyraźnie ma problemy z GPS-em na boisku. Kędziora i Plizga to emeryci z przebłyskami, ale przebłyski dobrej pamięci mają nawet osoby z chorobą Alzheimera. O Mokwie już nikt nie pamięta, drewnianego Yunisa trener nie wpuszcza już nawet na ogony. Pleva to w ogóle na ten moment nadaje się bardziej na siedzenie na fotel i szydełkowanie.
Tak naprawdę z obecnych istotnych zawodników w GKS mogliby zostać: Abramowicz, Błąd, Cerimagić, Skrzecz i Sulek. Szansy nie dostali Kuliński i Słomka, co też zakrawa na skandal, bo wydaje się, że grając jedenastoma Kulińskimi w formie z meczu z Puszczą, w którym wystąpił, mielibyśmy spore szanse na lepsze wyniki niż teraz. Ale trener woli wystawiać tych, którzy notorycznie psują grę, nie angażują się i jeszcze robi jakieś eksperymenty z Goncerzem, z których później się wycofuje (zmiana w przerwie z Ruchem i poza kadrą w Tychach).
Tak więc oprócz wymienionych wyżej zawodników plus tych, o których zbyt wiele powiedzieć nie możemy (bo nie grali), cała reszta powinna zanotować klasyczny WYPAD z tego klubu. Oczywiście jedni mniej, drudzy bardziej – jedni ze względu na to, że są po prostu słabi, inni ze względów wybitnie charakterologicznych. Na przykład taki Klemenz – chyba chce – ale jednak gra w tej dziurawej obronie i w decydujących momentach kompletnie zawodzi. Chociaż OK, Klemenzowi dajmy jeszcze szansę. Natomiast pozostawienie kilku z tych wszystkich hańbiących nas piłkarzy na nadchodzącą wiosnę – spowoduje, że nigdy nie wskoczymy na wyższy poziom. Nowi ludzie wchodzą do szatni GKS i nasiąkają tą trucizną starych. Nawet ci nowi, po których wiele oczekujemy – po kilku meczach prezentują dokładnie mentalnie to samo, co Kamyk, Fosa i spółka. I jesień jest tak naprawdę gorsza niż była wiosna.
Trzeba o tym mówić głośno, bo co z tego, że wywalimy Kilińskiego, Garbacika, właśnie Słomkę, niegrającego Mokwę, zatrudnimy w zamian kilku innych, jeśli wiosną znów w składzie będą Nowak, Frańczak, Mączyński, Kalinkowski, Pleva, Foszmańczyk, Mandrysz czy Kędziora?
Do końca rundy zostały 4 mecze i nie wiadomo, ile GKS zdobędzie punktów. W zależności od tego, czy zawodnikom będzie się chciało grać, mają szansę na kilka dobrych rezultatów lub kolejne klęski. I lepiej, żeby te dobre rezultaty osiągnęli, bo kibice są już u kresu wytrzymałości i po nieudanym meczu z Olimpią znów zawodnicy mogą się nasłuchać tego, czego powinni byli się nasłuchać już po meczu z Ruchem. Na wyjazdach kibiców zabraknie, a w sumie „w to graj” piłkarzom, bo będą grać bez zbędnej dla nich presji.
W wyniku „działań” piłkarzy zmieniali się trenerzy, za wygraną dał prezes, prezydent Krupa skreślił sezon, przegoniony został sponsor strategiczny – firma AASA, przeganiani z trybun są kibice. Zupełnie nie widać przy tym zdecydowanej reakcji kogokolwiek – po prostu krok po kroku ludzie się wycofują z tego bagna. Miasta nie reaguje, prezes Cygan nie reagował, trenerzy nie reagują. I tak naprawdę na ten moment nie można dopuścić do sytuacji, że ograniczymy się znów tylko do zmiany trenera, bo wtedy znów wygrają piłkarze. Mandrysz powinien odejść, ale priorytetem powinno być pozbycie się większości zatruwających klubowi życie piłkarzy.
Prezes Janicki na razie milczy, jest w trudnej sytuacji, bo w pewnym zawieszeniu i nie wiadomo, co zdarzy się zimą z jego osobą – jaka będzie jego i Miasta decyzja. Więc tutaj jeszcze można lekko zrozumieć jego brak reakcji, ale powoduje to wrażenie bezkrólewia w GieKSie i piłkarze działają na zasadzie kompletnego rozpasania. No ale skoro nie prezes, to trener MUSI dać sygnał, że coś jest nie tak. A tego nie robi.
Na razie wspomniany mecz z Olimpią w sobotę. Nikt nie ma w Katowicach już cienia sympatii do tej drużyny. Ludzie są załamani podejściem piłkarzy do gry w GKS, a oni nie potrafią i nie chcą tego nawet w jednym procencie zmienić. Więc te ostatnie mecze my jako kibice musimy po prostu odhaczyć.
Oczekujemy w końcu głośno wypowiedzianych słów z klubu, że w zimie nastąpią wielkie zmiany. A w przerwie między rundami muszą one nastąpić. W przeciwnym razie będziemy dążyli prostą drogą do upadku.
Szatnię trzeba oczyścić z piłkarskiej trucizny, zrobić kompletny detox, nawet kosztem cierpienia, nawet – w skrajnym przypadku (choć nie wierzę w to) – kosztem spadku do drugiej ligi. Bo z trucizną może spadek sportowy nie nastąpi, ale klub będzie powoli, niezauważalnie, pikował w dół i ani się nie obejrzymy, jak zostaną tylko zgliszcza i nie będzie już odwrotu.
Choć i tak uważam, że jeśli oparlibyśmy drużynę na dwudziestolatkach z niższych lig plus wspomnianych kilku akceptowanych zawodników, wyszlibyśmy na tym zdecydowanie na plus – nie tylko nie spadlibyśmy, ale cieszylibyśmy się z walki o każdy centymetr boiska mając znów nadzieję na zbudowanie wielkiej GieKSy.
PS. W trzy godziny po publikacji powyższego felietonu, pojawiła się informacja, że Marcin Janicki został prezesem GKS Katowice. Nowemu prezesowi życzymy owocnej pracy na rzecz uzdrowienia piłki nożnej w naszym ukochanym klubie!
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


rob
2 listopada 2017 at 13:29
Największą trucizną dla tego klubu jest nieudacznik Marcin Krupa.
kibol
2 listopada 2017 at 15:47
Jak to mówią mniejszy wstyd teraz (spaść)upasc na dno i odrodzić sie z podwójną mocą niż być bitym przez SOSNOWIEC,CHORZÓW i TYCHY na SLĄSKU przez 15 lat
Siwh
2 listopada 2017 at 16:03
Redaktorze pikować można tylko w dół:)
Prezes1964
2 listopada 2017 at 16:06
Trzymanie dwóch potencjalnych graczy pierwszego składu spoza uni europejskiej , którzy moga grać tylko bez siebie to również sytuacja patologiczna
PanGoroli
2 listopada 2017 at 20:30
Nie Siwy, domyślne znaczenie 'pikować’, to od angielskiego pik = szczyt, czyli szczytowac. A potocznie określa się każdy ruch, który ma profil stożkowy. Np moc muzyczna mierzona w piku.
PanGoroli
3 listopada 2017 at 00:02
Miało być 'peak’, czyt pik
Irishman
3 listopada 2017 at 08:24
Zgadzam się prawie w 100% ale ostrożnie z tym spadkiem do II ligi. Powrót może okazać się wcale nie tak prosty, a i ludzie nam niechętni, którzy chcieliby zmarginalizować piłkę nożną w Katowicach dostaliby do reki potężne atuty.
Inna sprawa, że nie wierzę, aby po pozbyciu się kilku głazów ciągnących nas na dno i oparciu drużyny o najlepszych piłkarzy oraz młodzież nie wywalczylibyśmy co najmniej miejsca w środku stawki ligowej.
Mecza
3 listopada 2017 at 11:00
Mandrysz dobry trener ale słaby psycholog. Odnoszę wrażenie że po przygodzie w Sosnowcu coś zmienił w swoim podejściu do prowadzenia kadry i to wychodzi. Wcześniej bezkompromisowy a teraz głaskanie aby się nie narazić, efekty marne.
Irishman
3 listopada 2017 at 11:57
Tak, dla mnie trener Mandrysz to chyba największe rozczarowane… Zupełnie czegoś innego się spodziewałem po nim.
Obik1980
3 listopada 2017 at 15:54
Wedlug mnie za wcześnie zrezygnowalo sie np z Mokwy.Za bardzo duzo rotacji w skladzie. Powinna byc przynajmniej 1 jedynastka stala na kilka meczy. Zle dobieranie ustawien zawodnikow do meczy,szczególnie u siebie gdzie powinno sie atakowac i nie dawac ani chwili odpoczac. Brakuje takich zawodnikow pokroju Ledwon, Borawski Szczygiel Kucz Widuch
Obik1980
3 listopada 2017 at 16:00
W naszym ukochanym klubie nie moze byc ustawiana taktyka ultra defensywna a powinna byc ofensywna nie wiem czy dobrze pamietam ale kiedys stosowana byla taktyka 3-4-3,shellu pamietasz moze?
Berol
3 listopada 2017 at 17:52
podpisuje sie pod tym felietonem w 100 proc wszyscy mamy już dosc robienia nas w wała przez tą bande
Berol
3 listopada 2017 at 18:09
Na wiosne tą żenade tłumaczyłem sobie ze moze serio jest jakis przykaz z góry ze jednak mamy nie awansowac bo trudno było to sobie inaczej racjonalnie wytłumaczyc. To jednak co graja na jesien tego nie da sie juz zrozumiec inaczej jak perfidne walenie w kulki czy wrecz sabotaż tu musi byc trzesienie kadrowe i walniecie reka w stół .Zgadzam sie z Irishem ze ostroznie z myslami o 2 lidze bardzo ciezko bedzie sie z niej wygrzebac w razie odpukac spuszczenia nas przez tych… poziom wcale nie jest tam duzo nizszy Ogólnie cała ta nasza 1 liga jest daremna wygrywa ten któremu w danej chwili chce sie walczyc problem ze naszym chce sie juz coraz rzadziej a w meczach o cos lub prestizowych juz wcale niestety