Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Dawid Szwarga: Z trenerem szybko nawiązaliśmy nić porozumienia

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Dawid Szwarga dołączył do sztabu szkoleniowego GieKSy w czerwcu 2018 roku. Swoją osobą oraz pracą wspierał sztab szkoleniowy trenera Jacka Paszulewicza, Dariusza Dudka, a obecnie Rafała Góraka. Poznajcie bliżej naszego trenera oraz jego rolę w sztabie szkoleniowym.

GieKSa.pl: Jesteś w klubie od dwóch lat. Jaką rolę pełniłeś i nadal pełnisz w tym okresie?

Dawid Szwarga: Uściślając, za trenera Dudka przede wszystkim odpowiadałem za analizę rywala, analizę gry naszego zespołu i przygotowywanie odpraw. Boisko to był jednak obszar, gdzie główną funkcję pełnił trener Dudek. U trenera Góraka, co mnie niezmiernie cieszy, mam więcej obowiązków na boisku. Oprócz analizy przeciwnika i własnych meczów, które przygotowujemy wspólnie z trenerem Okoniem i Górakiem – odpowiadam za pewne części treningu, które służą nabywaniu naszego sposobu gry. Również w każdym tygodniu przygotowujemy środki treningowe, które mają pomóc zawodnikom wykorzystać mankamenty naszego rywala.

Przed trenerem Górakiem byłeś z trenerem Dudkiem. Rzadko spotykane wśród asystentów, bo zwykle idą oni do tego z kim zaczynali, kto dał im szansę. Co sprawiło, że zostałeś w GieKSie?

Najpierw była współpraca z trenerem Paszulewiczem. Do GKS-u ściągnął mnie trener Dziółka. Znaliśmy się ze współpracy w Skrze Częstochowa i Szczakowiance Jaworzno. Byłem bardziej zatrudniony przez klub niż przez pierwszego trenera, dlatego mimo odejść z klubu pierwszych trenerów moja osoba pozostawała w GKS-ie.

Czy możesz potwierdzić, że była propozycja z Sosnowca po powrocie Dariusza Dudka i pojawiła się twoja odmowa. Czym się kierowałeś, jeśli taka propozycja padła?

Trener Dudek na pewno był osobą, która mi zaufała i stopniowo zwiększała moje obowiązki w pierwszej drużynie. Jestem przekonany, że w Sosnowcu wykona dobrą robotę. Zostałem w Katowicach tylko i wyłącznie ze względu na dyrektora i pierwszego trenera. Bardzo szybko nawiązaliśmy nić porozumienia i gdyby nie oni pewnie dzisiaj w Katowicach by mnie już nie było.

Skąd pomysł na wejście w projekt do analizy gry zawodników i praca z nimi. Stało się to twoim życiowym projektem?

Najczęstszą przyczyną porażki w mediach był brak zapier***, walki, zaangażowania lub problemy motoryczne. To oczywiście jest ważne, ale statystyki wskazują, że biegowo nie różnimy się od topowych drużyn. Gdzie więc tkwi różnica? Uznaliśmy, obserwując najlepszych na świecie, że polski zawodnik jest wyposażony w małą ilość narzędzi taktycznych, które pozwolą mu lepiej rozumieć grę. To jest główna idea DEDUCTORA, aby gracz po współpracy z nami potrafił po przegranym lub wygranym meczu wskazać swoje dobre i złe zachowania bez piłki w ataku i w obronie, a nie mówić tylko o bieganiu i walce.

Wasz projekt Deductor miał być osobnym projektem, a prace w sztabach przyszły później, czy nastawialiście się na równoległe tworzenie materiałów i ewentualną pracę w klubie?

Naszym celem zawsze była praca na poziomie centralnym. Kiedy 5 lat temu powstawał projekt DEDUCTOR jego celem było uświadamianie piłkarzy i trenerów pod kątem ROZUMIENIA GRY i promowanie naszego sposobu patrzenia na piłkę. Chcieliśmy znaleźć platformę, gdzie będziemy mogli komunikować się z innymi trenerami na temat naszych zagranicznych staży, gdzie zaczęliśmy na piłkę patrzeć zupełnie inaczej. Brakowało nam w Polsce inicjatywy, która patrzy na futbol przez pryzmat detali. Niejako rykoszetem nasze nazwiska stały się bardziej popularne w półświatku piłkarskim i dzisiaj 75 proc. Deductora pracuje na szczeblu centralnym.

Jakie macie plany na rozwijanie tego projektu? Czy planujecie wyjść z czymś do kibiców by poznali szerzej takie aspekty?

Dzisiaj jesteśmy po PZPN największą platformą szkoleniową. W ostatnim miesiącu z naszych usług skorzystało niemal 500 trenerów, a nasza wewnętrzna grupa, na której robimy darmowe szkolenia, liczy ponad 1700 osób. Wszystkich kibiców zapraszamy na nasze stacjonarne szkolenia z ROZUMIENIA GRY lub szkolenia online, które można znaleźć na stronie DEDUCTOR. Gwarantujemy, że po takim szkoleniu z DEDUCTOREM kibic zacznie patrzeć na piłkę zupełnie inaczej. 

Z jednej strony współpracujecie przy projekcie, a z drugiej często rywalizujecie przy spotkaniach. Nie macie problemu przy takich rywalizacjach? Czy nikt wam nigdy nie powiedział „Chłopaki trochę to dziwna sytuacja?” Czy raczej ze zrozumieniem każdy do tego podchodzi?

Co więcej, w I lidze, graliśmy zawsze po Termalice, gdzie pracował Tomek Włodarek. Obecnie bierzemy rywala zawsze po Widzewie, więc mamy przynajmniej informację z pierwszej ręki o przeciwniku (śmiech). Mówiąc serio, w środowisku piłkarskim każdy trener ma znajomych, do których dzwoni, żeby dopytać o jakiegoś piłkarza lub przeciwnika. To nie jest żadna nowość. Cieszę się, że mogę zawsze zadzwonić do Tomka i ewentualnie coś skonsultować, to może tylko pomóc w analizie rywala. Kiedy jednak nadchodzi mecz Widzew – GKS to obowiązuję nas tygodniowa cisza.

Wróćmy trochę do GieKSy. Jak to było z tym rożnym? Trener Górak opowiedział, że oglądał Borussię Dortmund. Jak wygląda u was ścieżka od pomysłu do jego realizacji? Czy np. siedzicie i oglądacie to sami czy z piłkarzami?

Ostatnio przygotowując się pod nowe szkolenie, odkryliśmy ciekawą statystykę: 30 proc. wszystkich bramek w Premier League pada po stałych fragmentach gry, 15 proc. po rzutach rożnych, a tylko 5 proc. wszystkich bramek w danym sezonie jest skutkiem ataku szybkiego. To pokazuje, jak ważna jest rola stałych fragmentów. Mamy ogromną bazę stałych, która w okresie kwarantanny jeszcze się powiększyła. Kluczowe jest, aby wybrać rożny lub wolny, który wykorzysta mankamenty przeciwnika i uwypukli twoje atuty. Ścieżka to zawsze najpierw analiza przeciwnika, naszego przewidywalnego składu i od wtorku/środy rozpoczyna się już planowanie, który stały fragment zrobi różnicę.

Czy piłkarze mają w „zadaniach domowych” sami wymyślić stałe fragmenty ? Trener kadry Niemiec kiedyś przyznał, że podzielił zawodników na grupy i każda grupa miała przygotować swój stały fragment, wybierano najlepsze i grano to w spotkaniach.

To ciekawe urozmaicenie, aby angażować w ten sposób piłkarzy, jak zrobił to Loew. Natomiast w kadrze brakuje czasu na wiele rzeczy, stąd pewnie idea angażowania piłkarzy w ten proces. My również wychodzimy z założenia, że piłkarze muszą brać czynny udział w procesie szkolenia, dzieląc się swoimi odczuciami, ale akurat SFG to działka sztabu.

Czy mógłbyś rozprawić się z paroma mitami , które od lat pojawiają się na forum kibiców GieKSy i wytłumaczyć pewne kwestie kibicom, np. czemu jak jesteśmy faworytami, to gramy tylko jednym napastnikiem, a nie dwójką?

GKS gra trójką napastników w fazie ataku, zmiana ustawienia na dwóch napastników nie jest rozwiązaniem. Najważniejsze i tak są zadania poszczególnych zawodników w danej sytuacji. Ustawienie to tylko cyferki, najważniejsze są zadania w poszczególnej fazie.

Po co napastnik grający tyłem do bramki, zamiast takiego co po prostu strzela gole?

Też bym chciał napastnika, który strzela gole. Takich napastników szuka cały świat. „Dziewiątka” i lewy obrońca to najbardziej deficytowy towar na świecie. Także, jak kibice znajdą takiego piłkarza, niech nam dadzą znać (śmiech).

Dlaczego, jeśli akcja toczy się np. lewym skrzydłem, to w defensywie obrońca po przeciwnej stronie tak mocno schodzi do środka i często zostawia odkrytą przestrzeń?

Bo w obronie najważniejsza jest przestrzeń. Krycie indywidualne poza polem karnym nie istnieje. Najważniejsza jest piłka i odpowiednie zabezpieczenie przestrzeni w obrębie piłki.

Czemu nie próbują strzelać z dystansu, tylko wjechać z piłką do bramki?

Ponieważ skuteczność strzałów z dystansu jest tak niska, że wielu trenerów na wysokim poziomie zakazuje strzałów z konkretnej strefy, uznając takie działanie za stratę piłki.

W wywiadzie dla oficjalnej powiedziałeś, że prowadzisz między innymi analizy dla zawodników, którzy chcą się rozwijać. Jak z to jest z tą świadomością do rozwijania wśród piłkarzy? Czy w którymś momencie w GieKSie wykonaliście coś z piłkarzem i potem to zadziałało na tyle, że mogliście powiedzieć: „widzisz to działa!”.

Co najmniej raz w tygodniu mamy przygotowany panel, gdzie prowadzimy odprawy indywidualne lub formacyjne, pokazując zawodnikom konkretne zachowania bez piłki, następnie starając się wyegzekwować teorię w praktyce na boisku. Piłkarze podchodzą do tego w bardzo otwarty sposób, a wiem, że część z nich wykupuje szkolenia DEDUCTORA, aby móc jeszcze lepiej rozumieć grę. Natomiast najlepiej o nas samych będą świadczyć sytuacje, gdzie sami kibice wyłapią pewne automatyzmy podczas meczu, a nie my będziemy się nimi chwalić.

W którym aspekcie młodzi zawodnicy wchodzący do seniorskiej piłki w Polsce mają największe braki?

Znamy każdego gracza, który prezentuje solidny poziom. Piłkarze Akademii zostali też przebadani taką samą metodą testów jak zawodnicy pierwszej drużyny. Niestety ich deficyty dotyczą każdego obszaru. Zarówno pod kątem technicznym, taktycznym i motorycznym odstają od zawodników pierwszej drużyny. Co więcej, ich potencjał jest oceniany właściwie, o czym świadczy fakt ich późniejszych losów i gry w niższych ligach. Sam w jednej drużynie grałem z Arkiem Kowalczykiem, który był zdecydowanie wyróżniającym się piłkarzem Akademii, jednak nigdy nie stał się na tyle dobry, by regularnie funkcjonować w GieKSie. Dzisiaj taką nadzieją jest Patryk Szwedzik, który ma potencjał, ale jeszcze ciągle długa droga przed nim. Innym wyróżniającym się zawodnikom też staramy się dawać szanse, choćby przez trenowanie z pierwszą drużyną, wierząc w ich stopniowy postęp.

Jakie twoim zdaniem są największe błędy w myśleniu kibiców o piłce i piłkarzach?

Sam lubię mieć przekonanie, że jak się zaczyna mecz, to jako sztab zrobiliśmy wszystko, aby przygotować zespół do spotkania. Natomiast w futbolu ciągle ogromną rolę odgrywa losowość. Z wszystkich sportów to w piłce nożnej najrzadziej wygrywa faworyt. Jedna sytuacja może zdecydować o losie meczu, a często nawet całego sezonu. Wydaje mi się, że często wpadamy w pułapkę wyniku i oceniamy mecz przez pryzmat tylko i wyłącznie rezultatu. Wiadomo, że wynik w seniorach jest najważniejszy, ale jeżeli popatrzymy przez pryzmat przyczyn na mecz, dostrzeżemy więcej.

Czy jest jakiś typ piłkarza, który kiedyś był ceniony, a dzisiaj kompletnie byłby nie potrzebny bądź też jego gra byłaby ograniczona?

Żaden piłkarz w dzisiejszym futbolu nie może sobie pozwolić na granie tylko na jednej pozycji. Na przykładzie GKS-u wielu mogło zauważyć jaką funkcję pełnią w ataku boczni obrońcy. Często stają się skrzydłowymi, więc oprócz umiejętności w obronie powinni potrafić grać 1 na 1 w ataku. Podobnie jest ze skrzydłowymi, którzy w ataku schodząc do środka, grają na pozycjach rozgrywającego. Dzisiaj dobry piłkarz to zawodnik mogący przebywać na wielu pozycjach w trakcie jednego meczu. Jednowymiarowość na zachodzie już umarła, w Polsce powoli umiera. Na topie będą piłkarze radzący sobie dobrze zarówno w środku boiska, jak i na boku, gdzie specyfika jest zupełnie inna, podczas jednej akcji.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.

Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?

Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.

A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.

Może, może (śmiech).  Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.

Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje. 

Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.

Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?

Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.

Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?

Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.

To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?

Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.

A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?

Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.

W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?

Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.

Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.

Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.

Biło serce, jak sprawdzali spalonego?

Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.

Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?

Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.

Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?

Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.

Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.

Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Realizacja piłkarskich mitów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”

Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.

Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.

GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.

Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.

Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…

No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.

Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.

Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.

Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.

Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.

Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.

Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.

Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.

Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.

Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.

Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.

A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.

Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.

Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.

Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.

Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.

Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.

W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.

W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.

W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.

Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.

A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.

Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.

Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.

W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga