Felietony
Derbowe „wszystko albo nic” – wprawcie nas w euforię!
Cztery kolejki do końca. Cztery mecze, z których każdy będzie kluczowym, decydującym i mającym ogromne znaczenie. Tu już nie ma miejsca na pomyłki i utraty punktów, bo każda strata może spowodować bezpowrotną utratę szansy.
Jutro czeka nas mecz z Ruchem Chorzów. Kto wie, czy nie będzie to ostatnie spotkanie na długie, długie lata. Ruch targany problemami organizacyjno-finansowymi ma przyszłość stojącą pod dużym znakiem zapytania. Sportowo są praktycznie pewni spadku, bo utrzymanie dać im może jedynie wygranie wszystkich czterech spotkań do końca. Co przy seryjnych porażkach w ostatnim czasie wydaje się nierealne. Nawet remis z GieKSą będzie już oznaczał matematyczny spadek chorzowian.
To jednak nie oznacza, że GKS Katowice może już sobie dopisywać trzy punkty przed spotkaniem. Wystarczy wspomnieć te wszystkie potyczki z gromionymi przez wszystkich Polonią Bytom i Widzewem i nasz brak zwycięstw z tymi rywalami. Wystarczy wspomnieć choćby wygraną Okocimskiego na Bukowej, co było jedynym zwycięstwem tej ekipy na przestrzeni dwudziestu kilku meczów. Choćby historia pokazuje, że GKS takich meczów potrafił nie wygrywać. Warto to mieć na uwadze, myśląc o jutrzejszych derbach.
Z drugiej strony naprawdę trudno sobie wyobrazić, żeby drużyna walcząca o awans nie potrafiła poradzić sobie ze zdołowanymi przeciwnikami, których co rusz na konferencjach krytykuje ich trener Dariusz Fornalak. Były szkoleniowiec GKS – zwolniony po spektakularnej klęsce z… Podbeskidziem 1:6 (historia zatoczyła koło) – po porażkach 0:6 z Pogonią czy 1:6 z Miedzią mówił o zawodnikach Niebieskich, że wyglądali jakby pierwszy raz się spotkali na boisku. Po meczu z Puszczą mówił, że oni w ogóle na tym boisku ze sobą nie rozmawiają.
Zobaczmy więc – GieKSa grająca o awans vs rozbity zespół pewien spadku. Sytuacja wyjściowa jest taka, że ten mecz można przegrać jedynie z samym sobą. Poziom piłkarski rywala w żaden sposób nie może spowodować tego, że GKS w tym meczu polegnie. Choćby piłkarze Ruchu stawali na rzęsach.
No ale trzeba to udowodnić na boisku. I znów jak mantrę – wystarczy zagrać swoje. Tu nie trzeba się wznieść na wyżyny. Trzeba mieć dobry plan taktyczny, trochę odwagi (bez asekuranctwa) i walkę, walkę, walkę. Plus z tyłu głowy świadomość, jak prestiżowy dla kibiców i GieKSy, i Ruchu jest to mecz.
Ważna rola trenera Jacka Paszulewicza by odpowiednio mentalnie nastawić ten zespół. GieKSa ma dwa cele – ważniejszy to awans do ekstraklasy. Mniej ważny ogólnie, ale… najważniejszy w sobotę – wygrać na Cichej. Szkoleniowiec i piłkarze muszą sobie zdawać sprawę z rangi tego starcia. To nie są derby z Podbeskidziem czy gra z Miedzią Legnica. To starcie z odwiecznym rywalem, z którym GieKSa regularnie mierzyła się w ekstraklasie, ale potem przez 14 lat nie mogła zagrać. Dla każdego kibica wygrana z Ruchem po takim czasie będzie miała szczególne znaczenie i smak. Części z nich trzy punkty w tym meczu (i ich konsekwencja dla przeciwnika) może nawet zrekompensować ewentualny brak awansu. Choć to irracjonalne, jest taka grupa sympatyków z Bukowej.
Przede wszystkim należy też pamiętać o jesieni. Po trzech wygranych atmosfera przed derbami była niesamowita, a spotkanie było piłkarskim świętem. Niestety będący w ogonie tabeli Ruch na Bukowej wygrał. Zawodnicy GKS wówczas kompletnie nie udźwignęli ciężaru spotkania, trener Mandrysz dobrał złą taktykę i przeciwnik rozjechał nas szybkimi skrzydłami i ambicją. Ależ to był ból. Sprawy nie należy zamiatać pod dywan i udawać że nic się nie stało, więc przypominamy głośno, że wtedy kibice Ruchu wracającym piłkarzom zgotowali na stadionie fetę, jakby ci zdobyli mistrzostwo Polski. Porażka GieKSy wprawiła w euforię tych, którzy dzisiaj za miedzą się smucą, ale mają nadzieję na chwilowy błysk radości, może ostatni na długi czas.
Ten mecz będzie absolutnym wyznacznikiem, komu się w GieKSie chce zapieprzać i orać boisko, a kto ma to w poważaniu. Ten mecz da nam też odpowiedź, czy warto liczyć na awans czy trzeba go sobie odpuścić. Bo jeśli po porażkach w Niepołomicach i Olsztynie przyjdzie jeszcze przegrana w tak prestiżowym meczu z odwiecznym rywalem, dodatkowo w tak słabej formie, to naprawdę będzie należało zwinąć żagle i powiedzieć sobie – awans nie dla nas. Do zobaczenia za… rok.
Wierzymy, że tak nie będzie. GKS Katowice ma wszelkie atuty piłkarskie, żeby w sobotę wygrać zdecydowanie to spotkanie. Wszystko rozchodzi się o kwestie motywacji i mentalności zawodników. Czy zrozumieją powagę sytuacji, czy zrozumieją jaką mają szansę na końcowy w tym sezonie sukces. Czy zrozumieją przeciwko komu grają. I czy zdadzą sobie sprawę, że tym jednym meczem mogą się już zapisać w historii. A potem przypieczętować to złotymi zgłoskami na początku czerwca.
Dodatkowo zespół musi być przygotowany na bardzo nieprzychylna atmosferę na meczu. Kibice gospodarzy będą deprymować naszych zawodników na wszelkie możliwe sposoby – słowem, gestem, czynem. Dodatkowo w Chorzowie atmosfera na meczach jest napięta, kibice sfrustrowani „wyczynami” swoich zawodników, więc tym bardziej może być nerwowo. Więc o ile w poprzednich meczach uważaliśmy, że porażki i słaba gra nie były kwestią presji, tylko braku waleczności, to tutaj zespół będzie musiał poradzić sobie – w samotności, bez swoich kibiców – z jazdą po nich od pierwszej minuty. Z tym, że piłkarze nie mają wielkich możliwości na odpowiedź – nie mogą odpyskować czy zrobić odwetowy gest. Jedyną ich odpowiedzią może być boisko i każdy celny strzał, każdy przejaw walki, każda bramka – treściowo będzie zawierać kompletną ripostę na zaczepki miejscowych kibiców. Piłkarze tym bardziej muszą być przygotowani na reakcje kibiców, gdy nasz zespół będzie prowadził w tym spotkaniu. I tak – tutaj już będzie trzeba powiedzieć, że będą musieli wytrzymać olbrzymie ciśnienie.
Ten mecz może bardzo dużo dać i bardzo dużo odebrać. W zasadzie jest to spotkanie z gatunku „wszystko albo nic”. Nie rozpatrujemy tutaj w ogóle remisu albo inaczej – remis wrzucamy do kategorii „nic”. Wszystko – jeśli GieKSa wygra to zdobędzie trzy punkty, utrzyma drugie miejsce w tabeli, a być może poprawi przewagę nad innymi rywalami. Wygrana w tym nerwowym meczu przy ciśnieniu miejscowych, utrzymanie wyniku walką i ambicją, może spowodować potężny wzrost morale tego zespołu. Jeśli takie ciśnienie wytrzymają, to nie będą mogli już nigdy powiedzieć, że jakaś presja ich przerosła. A to będzie tylko na plus. Do końca ligi zostaną trzy mecze, kolejne derby z Tychami, na które nasz zespół będzie mógł wyjść naładowany i podbudowany.
Drugi biegun, czyli nic – to to, co zostało wspomniane wcześniej. Utrata punktów, wielkie prawdopodobieństwo spadku na trzecie, czwarte czy nawet piąte miejsce. Utrata złudzeń i brak wiary, bo nie wygrać z drużyną, z która wygrywają wszyscy, a niektórzy bardzo wysoko, będzie oznaczało tyle, że nie ma co już kompletnie pokładać nadziei.
Wierzymy, że zwycięży ta pierwsza opcja. Czyli będzie to „wszystko”, ale to będzie obowiązywało tylko na sobotę i będzie jedynie niezbędnym etapem, by iść dalej. GKS Katowice będzie miał tydzień przerwy do kolejnego spotkania i będzie mógł spokojnie przygotowywać się na ostatnią prostą. Prostą z wybojami i nadal bardzo trudną. Ale z dobrym bagażem doświadczeń, takim – że nic nie jest nas w stanie złamać.
Piłkarze GieKSy – zróbcie to dla nas! To, że potraficie – pokazaliście już w tym sezonie. To, że potraficie walczyć – również. Czas wrócić do tych spotkań, w których jazdą na dupie wygrywaliście mecze. Namiastkę mieliśmy już w meczu z Podbeskidziem, gdzie wygraliście głównie dzięki walce. Czas to powtórzyć w tak prestiżowych meczach. Chcę wiedzieć, że siedzi w was upokarzająca porażka z jesieni. Że każdy z was ma sportową i czysto ludzką złość, że to nie miało prawa się przytrafić, a jednak przytrafiło. Ale też, że to już przeszłość i dzisiaj jest czas REWANŻU.
Widzieliście tę euforię na stadionie po golach z Podbeskidziem. Chyba warto się starać, choćby po to, by dla was jako sportowców, taka euforyczna reakcja trybun była podziękowaniem. Wygrana z Ruchem da wam olbrzymie wsparcie na meczu z Tychami.
WALCZCIE I WYGRAJCIE W CHORZOWIE!
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.


Yeke
11 maja 2018 at 11:24
Utopcie te kuRwy za te wszystkie lata…
Realnie
11 maja 2018 at 14:29
Życzę zwycięstwa. Obawiam się jednak, że smrody ten mecz wygrają i będzie to ich ostatnie zwycięstwo w tej lidze. Obym się myśli!!!
Lukasz
11 maja 2018 at 14:54
Jutro tam będziemy. A potem? W niebie albo 30 cm niżej…
DO BOJU G K S !
miro
11 maja 2018 at 15:59
będzie przywitanie po meczu piłkarzy na bukowej jak wygrają ?
Kumacz
11 maja 2018 at 17:26
Mecz będzie przerwany i wygramy 3:0 walkowerem. Smrody rozjebia stadion.
Berol
11 maja 2018 at 20:33
tez tak sadze ze mecz nie zostanie dograny do końca przy 1-0 dla nas zadyma przerwany mecz .Tak czy inaczej kurwy do wora i do piachu na dobrych ładne kilka lat 🙂 Nasi musza wytrzymac presje i jebnac im tego gwozdzia do trumny 🙂
Gieksiarz
11 maja 2018 at 22:46
Panowie,jutro te smierdzące, patologiczne kurestwo z chorzowa musi paść na kolana!!!! Niech wypierdalają z polskiej piłki na długie lata….
alfik
12 maja 2018 at 02:23
Powitanie musi byc jak wygraja a jak przegraja to na rondzie wysiadka !!