Piłka nożna
[FELIETON KIBICA] „Awans” – najczęściej powtarzane słowo w Katowicach
Docelowo chcemy aby środa była dniem, w którym na GieKSa.pl ukazują się Wasze teksty. Kibiców, a nie członków redakcji. Każdy może podesłać do nas swój tekst na maila gieksainfo[at]gmail.com. Taka swego rodzaju „trybuna kibiców” może być dobrym głosem Was wszystkich, którzy nie zawsze się z nami zgadzacie. Oddajemy łamy Irishmanowi.
Właśnie ruszył nasz 14-sty sezon z rzędu poza ekstraklasą. Gdy latem 2005 roku, po ponad dwóch dekadach rządów Dziurowiczów zaczynaliśmy od IV ligi plan był prosty – jak najszybciej wrócić tam gdzie nasze miejsce, czyli do ekstraklasy. Tak więc kiedy trzy lata później awansowaliśmy (choć nie bez trudu) do I ligi wydawało się, że wszystko idzie jak należy. Nikt z nas nie spodziewał się wtedy, że ugrzęźniemy na tym szczeblu rozgrywkowym na długie, dłuuugie lata, stając się prawie jakimś jego zakichanym symbolem. A jest to tym bardziej frustrujące, że w całej historii polskiej piłki tylko 8 klubów spędziło więcej sezonów w I lidze niż my i z całym szacunkiem dla nich, żaden nie jest tak zasłużony jak nasza GieKSa. No więc każdego z nas coraz bardziej nurtuje pytanie, ile jeszcze czasu będziemy tkwić w tym czyśćcu?
Rok temu, nasz były trener stwierdził „O awansach się nie mówi, awanse się robi”. A jednak, w minionym tygodniu, z racji zbliżającej się inauguracji rozgrywek sporo się właśnie mówiło się o tym, czy nasz klub ma szanse, aby za rok znaleźć się w ekstraklasie. Czynili to zarówno przedstawiciele miasta Katowice z naczelnikiem Wydziału Edukacji i Sportu, panem Sławomirem Witkiem na czele, jak i prezes Janicki, czy oraz dyrektor Bartnik.
Najmniej trafna, żeby nie powiedzieć, że właściwie w ogóle nie do przyjęcia była moim zdaniem niestety opinia tych, od których zależy najwięcej, bo decydują o naszym budżecie. Z tego co przedstawiono w mediach można było wysnuć wniosek, że przedstawiciele miasta uważają, że my jesteśmy zupełnie nieprzygotowani do awansu, więc nie ma co się szarpać i trzeba to jasno powiedzieć. Mam ogromną nadzieję, że intencje autorów tych wypowiedzi były zgoła inne i może nie do końca właściwie zostały przekazane. I pewnie trzeba by ich o to przy jakiejś okazji zapytać. No, bo jak przedstawiciel właściciela klubu może stwierdzić u progu sezonu, że gramy… no właściwie, że o nic nie gramy, bo dla takiego klubu jak GKS Katowice wegetacja w I lidze to jest jedno wielkie NIC! A co gorsza, taki stan ma jak rozumiem trwać do… 2021 roku, czyli do momentu wybudowania stadionu!!! Jak w tej sytuacji próbować zachęcić do podpisania kontraktów z klubem ambitnych piłkarzy, jak próbować pozyskać, czy w ogóle zatrzymać poważnych sponsorów, jak wreszcie zachęcić kibiców do przyjścia na stadion? Przecież takie słowa są dyskwalifikujące nie tylko w kontekście zarządzania klubem sportowym, ale także każdą firmą, czy w ogóle jakąkolwiek grupą ludzi! I zupełnie nie trafiają do mnie argumenty, że to byłby niby jakiś… wstyd zacząć grać w ekstraklasie przy Bukowej. Nie! Wstyd, to jest raczej fakt, że takie miasto jak Katowice nie może dorobić się drużyny na miarę ekstraklasy! Zresztą, czy wszystkie drużyny, które ostatnio awansowały czyniły to dysponując znacznie lepszymi stadionami niż ten nasz obecny? Poza tym to właśnie awans wywalczony na nim byłoby pięknym ukoronowaniem naszego odrodzenia i pewnego etapu rozwoju, nawiązującym do naszej historii. Przecież ten awans z 1982 roku, który był pierwszym krokiem do późniejszych sukcesów zrobiliśmy wtedy na jeszcze niezmodernizowanym obiekcie, nie przystającym do innych, polskich stadionów. Poza tym uważam, że nasza, kochana „Bukowa 1” zasłużyła sobie, aby na koniec właśnie tu nasz klub mógł powrócić do elity, i aby jeszcze choć raz, tak na pożegnanie mogły zagość tu najlepsze polskie drużyny! Natomiast kolejne kroki w drodze na szczyt, faktycznie możemy i powinniśmy już stawiać na nowoczesnym stadionie.
Trudno stwierdzić, jakie zdanie ma na temat możliwości awansu dyrektor Bartnik, bo on odniósł się do tego w tak „dyplomatyczny” sposób, że właściwie nie wiadomo co o tym sądzi. Natomiast najbardziej trafia do mnie opinia prezesa Janickiego, który widzi nasz awans jako nieuchronny rezultat rozwoju naszego klubu. On nie stawia jakichś ram czasowych, nie twierdzi że to ma się stać w bieżącym sezonie albo za rok czy dwa. Oczywiście powinniśmy ze wszystkich sił dążyć, aby to stało się już teraz, zapraszać do tego projektu poważnych sponsorów, pozyskiwać dobrych, ambitnych piłkarzy. Ale jednak to jest przecież w dużej mierze nieprzewidywalny sport, nieprzewidywalna piłka nożna, którą właśnie za tą nieprzewidywalność kochamy. Gdyby więc się jednak nie udało, to przecież nie można się zniechęcać tylko odwrotnie jeszcze ciężej pracować, jeszcze mocniej wierzyć, jeszcze bardziej inwestować, aż do momentu, gdy staniemy się tak silnym klubem, że ten element przypadku praktycznie wyeliminujemy. I wtedy ten upragniony awans przyjdzie! Przypomnijmy sobie jak długo starała się o znalezienie się w szeregach ekstraklasy Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Mimo zaangażowania w klub ogromnych środków, nie udawało jej się to przez kilka lat, więc z roku na rok budowano tam coraz silniejszy skład, wzmacniano struktury sportowe i organizacyjne. Dzięki temu gdy już awansowała to nie po to żeby zaraz spaść. A nawet kiedy w minionym sezonie jej się to przydarzyło to jest to obecnie tak silny klub, że z miejsca stał się niekwestionowanym faworytem rozgrywek. No i przecież o to chodzi także i nam, aby awansować do ekstraklasy i zostać tam na długo, bo ten awans, to nie ma być nasz najważniejszy cel, spełnienie wszystkich marzeń. Nie! To ma być dopiero początek drogi na szczyt. I uważam, że to co zaproponował prezes Janicki, to najlepsza droga, aby to osiągnąć.
Na koniec jeszcze tylko dodam, że to się nie uda, a przynajmniej będzie krańcowo trudne bez nas, kibiców! Dlatego powiem szczerze, że komentarze jakie czytam po sobotnim meczu, bardziej mnie dołują niż to co zobaczyłem na Bukowej w wykonaniu piłkarzy. A jak to wpływa na morale tych w dużej mierze młodych i ambitnych chłopaków to wolę nawet nie myśleć. Przecież kilku z tych, nowych nie miało nawet jeszcze okazji, aby zagrać w lidze, a ci którzy dostali tą szansę też pewnie będą znacznie lepiej się prezentować gdy trochę ze sobą pograją albo kiedy po prostu zejdzie z nich debiutancka trema. Trzeba zauważyć, że cała kolejka obfitowała w nieoczekiwane rozstrzygnięcia, bo to jest naturalne na początku rozgrywek. Smutni są dzisiaj kibice w Chojnicach, w Tychach, a nawet w Niecieczy ale tylko my GieKSiarze wiemy, że z tego już nic nie będzie. Oczywiście doskonale rozumiem pomeczowe emocje, zawiedzione nadzieję, które ktoś tam może niepotrzebnie w sobie rozbudził już na początku rozgrywek. I zdecydowanie wolę już to, niż gdybyśmy mieli przyzwolić na jakieś dziadostwo, bo… np. niby „jesteśmy nieprzygotowani do awansu”. Mimo wszystko proponuję dać sobie trochę na wstrzymanie i pozwolić trenerowi oraz naszej młodej drużynie spokojnie popracować, stojąc za nią bez względu na wyniki. Jeśli tak będzie, to wierzę, że ona w końcu za to zaufanie pięknie się nam odwdzięczy i pokaże, że jak najbardziej jesteśmy gotowi na awans – oby już w bieżącym sezonie!
Irishman
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.


Irishman
25 lipca 2018 at 11:27
Dzięki Panowie za taką możliwość! Powiem szczerze, że znaleźć się na stronie naszej Redakcji to dla mnie zaszczyt.
Mam nadzieję, że dołączą kolejni kibice i fajnie się to rozwinie. @Mecza, co Ty na to? Skrobniesz coś?
PS.
Kurka, czytałem to pięć razy zanim wysłałem do Redakcji, a teraz widzę, że umknęły mi jakieś drobne błędy. Sory!
Mecza
25 lipca 2018 at 14:39
Irish fajny wpis. Nikt błędów nie zauważy oprócz Ciebie. Janicki też mnie przekonuje, iż dojdziemy do takiego momentu, że nie będzie możliwości nie awansować. Będziemy za silni. Oby wszystkim starczyło cierpliwości jak włodarzom wspomnianej Niecieczy. Dzięki za zachętę ale nie skorzystam (na razie, może kiedyś) Często piszę pod wpływem chwili, emocji (później niektórych wpisów żałuję)i czasem coś dłuższego napiszę niż jedno zdanie ale jak będę musiał zastanowić się dłużej i napisać cały felieton to paraliż twórczy będzie:)
Mecza
25 lipca 2018 at 14:43
Jeszcze taka ciekawostka odnośnie nastrojów wśród kibiców. Mam dwa bilety do odstąpienia na Tychy które wygrałem w konkursie i kolega mnie pyta czy mu jeszcze dorzucę na Taxi i 4pak piwa na meczu:) Oczywiście żart ale pośmialiśmy się.
Kato
25 lipca 2018 at 17:56
Gratuluje
Świetnie napisany felieton
Popieram w 100%
Robson
25 lipca 2018 at 18:53
Po dobrym początku walnąłeś głową w drzewo. Jaki Janicki jaki trener to jest właśnie to co nas hamuje i dlatego jest zwątpienie i pustki na trybunach. Najpierw prezes z Katowic potem trener minimum ze Śląska a co do młodych chłopaków tak im dałbym szansę pod warunkiem że będą grać a takie gwiazdy jak nasi zagraniczni grajkowie z Volasiem na czele siedzieć na ławce. Tyle w temacie. Po wakacjach skrobnę coś na bank.
Mecza
25 lipca 2018 at 19:29
@Robson nie zgodzę się z Tobą. Janicki jest prezesem wielosekcyjnego klubu GKS Katowice, on powinien ale nie musi się znać na sporcie. On zatrudnia specjalistów, w realiach naszych, byłych zawodników z danej dyscypliny tzw. dyrektorów sportowych odpowiedzialnych za dany pion. OK, odpowiada za swoje decyzje personalne ale aspekt sportowy to nie jego działka. Każdy krzyknie od razu jak to?! Czy w PSG i innych podobnych klubach wymagają aby inwestor musiał się znać na piłce? Jaki właściciel z Kataru i być może prezes (nie wiem, nie śledzę bo nie moja bajka) taki trener, piłkarze (na razie chyba tak…) No to trzeba pogonić inwestora bo się nie znają, a u nas miasto. Kibice się znają. Co do regionalizacji zatrudnionych na każdym szczeblu w GKS, fajny pomysł, chciałbym ale piłka nożna i świat stał się globalny i to jest nieosiągalne. Boli mnie tylko jak Boniek z dumą mówi że klubu z Chorwacji są o wiele słabsze od tych z Polski… Wczoraj przed meczem Legia-Trnava powiedziałem że wygra Trnava i jak GKS weźmie ich dwóch najlepszych zawodników oni będą za słabi na GKS. To jest paradoks. Jeśli wszystkie Polskie kluby dogadały by się że w pierwszym zespole może wystąpić tylko 3 obcokrajowców (obojętnie czy z paszportem EU) czy byłby wyłoniony Mistrz Polski, ktoś by awansował z 1, 2 ligi? Każdy zna odpowiedź. Jeśli grałoby max tylko 3 obcokrajowców czy Polska piłka klubowa osiągałaby gorsze wyniki w pucharach? Gorzej się nie da, może być tylko lepiej ale jest potrzeba decyzji aby do reprezentacji był dopływ grajków made in PL. GKS też raczej idzie drogą PL ale widać że nie radzimy sobie i coraz więcej prób i eksperymentów, niestety. Sosnowiec m.in. dzięki temu się wybił na wiosnę. Takie realia PL.
abel
25 lipca 2018 at 21:21
Różne bzdury już czytałem ale te są wyjatkowe. Irishman pamietam twoje wypowiedzi na forum i za brzeczka i za mandrysza i wykazywales sie naiwnoscia malego dziecka. Jak mozesz popierac poglad ze prezes to za kase i ciepla wode odpowiada. To co sie dzieje od lat jest wynikiem takiego wlasnie rozumowania. W kazdej firmie niezaleznie od branzy to prezes odpowiada za wyniki i z nich jest rozliczany. W GKS jest inaczej. Tu nikt za nic nie ponosi odpowiedzialnosci. No i masz odpowiedz na proste pytanie dlaczego tu nigdy nic sie nie udaje. jakos dziurowicz nie mowil ze za nic nie odpowiada i mial wyniki. Tylko ze to byl facet z jajami. Lubicie sluchac pierdolenia o niczym a taki byl wywiad i z paszulewiczem i janickim. Troche gladkiej gadki i dzieci kupione. Tak jak bartnik ma odpowiadac za transfery i byc z nich rozliczany tak prezes za caloksztal. Nie ma wynikow to do domu. Taka swiadomosc powinna tym ludziom towarzyszyc. No ale skoro oni za nic nie odpowiadaja to pytam sie kurwa kto odpowiada. Jest ktos taki.Prosze napisac felieton o tym kto w Gks ponosi odpowiedzialnosc.Sami wspieracie te miernoty a potem zdziwko ze znowu sie nie udalo. Prezez ma odpowiadac za wynik i nadzorowac wszystko. Tak bylo zawsze i zawsze bedzie. Jesli zas jego nadzor jes nieefektywny no to coz trzeba zmienic prezesa. W Gks jest mentalnosc jak za komuny. Chuj ze nic nie potrafi ale to nasz towarzysz. Efekty wszyscy znamy. Jaka jest wina zawodnikow ze ktos z nimi podpisal kontrakty. Zadna. No chyba widzial co potrafia i za co placi. Potem pilkarze sa zli a prezesi miodzio. pytanie kto dobieral zawodnikow i podpisywal kontrakty. Dlaczego w innych klubach jakos graja a tu nie. No wlasnie tu nikt niczego nie nadzoruje i kazdy wali w preta jak sie da.
Irishman
25 lipca 2018 at 22:39
@Abel, masz rację piłkarze zawiedli. Ale piłkarki awansowały do Ex, siatkarze się w niej utrzymali, hokeiści zdobyli wicemistrzostwo Polski, a szachiści mistrzostwo. Widzę, że tu się od bardzo niedawna mocno uaktywniłeś i wykorzystując JEDEN nieudany mecz walisz we wszystko jak leci. No niestety fakty są przeciw Tobie – wielosekcyjny GKS Katowice ma się bardzo dobrze! Ciekawe zresztą co zrobisz jak to wszystko jednak ruszy do przodu? Znikniesz czy przyznasz się do błędu?
Prezes Janicki przedstawił pewną koncepcję rozwoju, która ma dać awans. Ja się z nią zgadzam, a Ty nie. No to zamiast pluć jadem i obrażać ludzi to może napisz jak sobie wyobrażasz wywalczenie tego awansy piłkarzy, poza tym, że WSZYSCY OUT!
Irishman
25 lipca 2018 at 22:51
Pozostałym dzięki za miłe słowa.
@Mecza, szkoda, że się nie dasz namówić, przecież wszyscy jesteśmy kibicami i targają nami emocje. A, Ty masz swoje, ciekawe przemyślenia, choć często kontrowersyjne. Fajnie byłoby o nich podyskutować!
artur
26 lipca 2018 at 09:38
Abel popieram, 100% racji. Polecam zobaczyć:https://www.youtube.com/watch?v=joGlG2dYyek Tak się robi awans i tak każdy pracownik klubu jest mu oddany sercem. U nas będą opowiadać bajki ale awansu nie będzie.
abel
26 lipca 2018 at 19:26
Irishman ty sie niczego nie nauczyles. jezeli nie rozumiesz prostych zaleznosci i wydaje ci sie ze cos sie robi samo to zobaczysz ze sie nie zrobi.Zauwaz ze u nas rok w rok to samo. Przypadek brak szczescia czy jakies inne kataklizmy. Nie to sie nazywa brak kompetencji. Nie ma podmiotu ktory bylby beznadziejnie zarzadzany i odnosil sukcesy.Rozumie ze nadal uwazasz ze prezes za nic nie ponosi odpowiedzialnosci w sensie osiaganych rezultatow. Jezeli tak to szczerze ci wspolczuje. Jezeli zas ktos sie nie zna na pilce to po co chce byc prezesem klubu pilkarskiego. Tobie sie wydaje ze prezesi innych firm rynkowych moga tez sie na niczym nie znac i publicznie to oglaszac. Widac ze niczym nigdy nie zarzadzales bo gdyby bylo inaczej tego typu rewelacje nawet przez mysl by ci nie przeszly. Wiesz jak wlasciciel podchodzi do prezesa w normalnej firmie. Jestes tak dlugo dopoki gwarantujesz wyniki. Jak to robisz twoja sprawa ale maja byc rezultay. Nie wyniku to nowy prezes. Proste prawda. Taki prezes robi wszystko by wynik osiagnac bo jego los jest od tego uzalezniony.W katowicach tak nie jest wiec nie ma niczego. Nie ma nadzoru nie ma posluchu nie ma specjalistow. Jak prezes nie ogarnia to musi zobie doradcow zorganizowac. Kto w gks sie zna. Trener wuefista plus bartnik ktory nie ma pojecia o dokonywaniu transferow. Bierze to co mu trener powie w sposob bezkrytyczny. Tak samo jak w bezkrytyczny sposob wywalono niektorych zawodnikow. O to chodzi. Sprowadzono lepszych. Raczej nie. I jeszcze jedno jesli komus sie wydaje ze zawodnicy surowi technicznie ale wybiegani zwojuja lige to mowie ze to niemozliwe. Wybiegani sa wszyscy prawie wiec cos musi robic roznice. A teraz mozesz mi poopowiadac o szachach pilkarkach i hokeju
Mecza
27 lipca 2018 at 09:28
Abel ale fakty są takie że Janicki nie jest prezesem klubu piłkarskiego a wielosekcyjnego. Inne sekcje odnosiły ostatnio sukcesy a więc jeśli ktoś by chciał bronić Janickiego to by mu premie jeszcze chciał dać. Daleki jest od bronienia i faktem też jest że prezes GKS zawsze będzie kojarzony z piłką nawet jeśli ktoś przyjdzie np. ze środowiska siatkówki.
Irishman
27 lipca 2018 at 11:57
@Abel, no właśnie @Mecza Ci częściowo odpowiedział.
Ja tylko dodam, że nawet już tylko koncentrując się na piłce nożnej jeśli twierdzisz, że cokolwiek dobrego przyniosą zmiany CO PÓŁ ROKU szefa – w tym wypadku raczej Bartnika niż Janickiego, który zarządza CAŁYM klubem, to jestem bardzo ciekaw jakimi to firmami zarządzałeś? Mogę się domyśleć, ze pewnie jakimiś związanymi raczej z magią albo wróżbiarstwem, niż z twardą rzeczywistością.
A jeszcze bardziej jestem ciekaw, jakich to zawodników niepotrzebnie wywalono? Choć właściwie, to nie odpowiadaj, bo chyba się domyślam, no i w takim razie dlaczego tak walisz na odlew w nasz klub.
Kato
27 lipca 2018 at 15:17
Klub jest wielosekcyjny i właścicielem jest miasto, nie pojedyncza osoba lub prywatna firma.
Tak wygląda teraźniejszość.
Duzy postęp dokonano wymieniając szatnię.
Co to da zobaczymy, oby na tak.
Nalezy budować drużynę i stadion, teraz jest ten czas.
Ciężko jest mi myśleć, że to nie powstanie i nie przyjmuje takiej wersji