Felietony
Felieton: Piłkarze – trenerzy
W drużynie piłkarskiej najważniejsi są piłkarze, ich jakość, talent i zapał do pracy w klubie. Jednak ktoś musi nimi dowodzić, szkolić ich, pomagać, strofować i chwalić, motywować. Trener, to właśnie osoba przeznaczona do tych zadań, biorąca na siebie presję i odpowiedzialność za wyniki. Szkoleniowiec musi posiadać odpowiednie predyspozycje, które w tym zawodzie pomogą mu przetrwać. Taki człowiek musi cieszyć się przede wszystkim wśród zawodników odpowiednią estymą. Dziś trener to po prostu wyuczony zawód, ludzie kształcą się latami, aby zostać sławnym „coachem”. Piłkarskich bossów dzielimy oczywiście na tych, którzy nigdy w piłkę nie grali, bo szybko się zorientowali, że Bozia talentu poskąpiła oraz na tych, którzy kiedyś byli czynnymi przez lata graczami, a teraz postanowili stanąć po drugiej stronie lustra. Mimo wszystko więcej jest raczej tych drugich, choć te trendy pomalutku się zmieniają. Niestety ławka trenerska szybko obnaża wszelkie braki, podobnie jak boisko weryfikuje, kto się nadaje do ekstraklasy, a kto do okręgówki. Wielu znakomitych niegdyś zawodników udowodniło sobie i innym, że absolutnie nie nadają się na szkoleniowców. Często jednak bardzo trudno im to zaakceptować i przyznać przed sobą, że zajęcie się trenerką to był kiepski pomysł. O tych właśnie spełnionych i niespełnionych trenerach – piłkarzach, będzie dzisiejszy felieton.
Takim pierwszym z brzegu przykładem, faceta, który szybko pojął, że żadnym piłkarzem to on nie będzie jest Jose Mourinho. Pokopał trochę w podrzędnych portugalskich klubikach, lecz szybko zrezygnował z gry w piłkę i wyjechał do Anglii, aby zgłębiać tajemnice zawodu szkoleniowca. Co potem osiągnął i wciąż osiąga, jako trener wszyscy wiemy. Natomiast jego najbliższy niegdyś współpracownik, a potem zastępca na stanowisku w FC Porto Andre Villas – Boas, nawet nie zaczynał zabawy z piłką przy nodze, tylko od początku postawił na karierę szkoleniowca. Villas- Boas z Porto w jednym sezonie zdobył absolutnie wszystko na krajowym podwórku i dorzucił jeszcze Ligę Europejską. Dopiero w Chelsea podwinęła mu się noga i musiał odejść w niesławie. W Polsce takim perspektywicznym trenerem, który piłkarzem był żadnym jest 28 letni zaledwie Artur Skowronek, boss Ruchu Radzionków.
Przejdźmy jednak teraz do znanych i wspaniałych zawodników, którzy swoich sił postanowili spróbować, jako szkoleniowcy. Najpierw poznęcajmy się nad tymi, którym ewidentnie nie wyszło.
Diego Maradona to postać, której nikomu przedstawiać nie trzeba. Wielki, a być może największy piłkarz w historii futbolu? Tymczasem, jako trener totalna katastrofa i nie wypał. Zaczynał od pracy w ojczyźnie z Deportivo Corrientes i Racing Club, jednak zajął w lidze z tymi ekipami słabiutkie miejsce w dolnej części tabeli. Następnie bardzo niespodziewanie został selekcjonerem reprezentacji Argentyny, z którą nie bez przeszkód awansował na Mundial w 2010 roku. Na mistrzostwach Argentyna dotarła do ćwierć finału, gdzie została upokorzona przez Niemców (0:4). Diego został zwolniony. Obecnie Maradona jest trenerem Al.-Wasi Dubaj w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Lothar Matthaus wybitny obrońca reprezentacji Niemiec oraz takich klubów jak Borussia Monchengladbach, Bayern Monachium i Inter Mediolan. W kadrze naszych zachodnich sąsiadów wystąpił w 150 spotkaniach, strzelił 23 bramki, a grał w reprezentacji od 1980 do 2000 roku! Jako trener dno, dna i kupa mułu. Prowadził Rapid Wiedeń, Partizan Belgrad, kadrę Węgier, Atletico Paranaense, Red Bull Salzburg, Maccabi Netanja i kadrę Bułgarii. Dziwny to człowiek i trener. Odniósł poważny sukces zdobywając z Partizanem Belgrad mistrzostwo kraju w dobrym stylu, lecz niespodziewanie podał się do dymisji. Potem podał do sądu działaczy klubu, których oskarżył o niewypłacenie obiecanych premii. Również skonfliktowany wyjeżdżał z Węgier, a z Brazylii po prostu uciekł, a jako powód podał tęsknotę za rodziną. Marzy o pracy w Bundeslidze, jednak nikt nigdy w ojczyźnie nie zaproponował mu pracy.
Ronald Koeman gwiazda FC Groningem, Ajaxu, PSV, Barcelony i Feyenoordu oraz reprezentacji Holandii. Jako piłkarz zdobył praktycznie wszystko, jako trener dobrze może wspominać jedynie pierwszą „robotę” w Vitesse Arnhem, z którym zakwalifikował się do europejskich pucharów. Potem był zwalniany lub rezygnował ze względu na słabe wyniki w takich klubach jak Ajax, Benfica, Valencia, Alkmaar. Obecnie jest szkoleniowcem Feyenoordu.
Oczywiście takich przykładów znalazłoby się więcej, jak Jose Mari Bakero, Ruud Gullit, ale teraz poszukajmy na własnym podwórku.
Na pierwszy ogień oczywiście Zbigniew Boniek. Każdy wie, jakie sukcesy „Zibi” osiągał z Widzewem, Romą i Juventusem oraz reprezentacją Polski. Ten znakomity piłkarz postanowił sprawdzić się w zawodzie szkoleniowca i to był jego błąd. Kariera Bońka – szkoleniowca to kompromitacji do potęgi. Boniek trenował Lecce i Bari, które spuścił do Serie B. Następnie był trenerem występującego w Serie C1 Sambenedettese, lecz zwolniono go w trakcie sezonu. Boniek był też selekcjonerem reprezentacji Polski, jednak po serii fatalnych wyników podał się do dymisji, jako powód podając problem rodzinne.
Andrzej Lesiak piłkarzem wybitnym nie był, natomiast bardzo dobrym ma pewno. Jako zawodnik zdobył Puchar Polski z naszym GKS-em potem z powodzeniem grał w Austrii i Niemczech, ale jako coach dał plamę. Objął Zagłębie Lubin, z którego wyleciał z hukiem po zaledwie dwóch miesiącach, ponieważ notował same porażki. Nie do końca powiodło się również w tym zawodzie takim gwiazdom jak Jacek Zieliński, Dariusz Dziekanowski czy Władysław Żmuda.
Przejdźmy do tych, którym się udało być świetnym piłkarzem i znakomitym trenerem.
Johan Cruijff to człowiek instytucja, żywa legenda futbolu. Święcił triumfy, jako zawodnik, a potem, jako szkoleniowiec. Już, jako trener z Ajaxem zdobywał europejskie i krajowe puchary, a z Barceloną praktycznie wszystko. Do Barcy wprowadził na wzór Ajaxu ofensywny styl gry, oraz sprowadził doskonałych zawodników, którzy stali się gwiazdami futbolu ( Stoiczkow, Laudrup, Bakero, Begristian, Hagi, Romario, Ferer, Nadal, Gaurdiola itd.)
Josep Guardiola kolejna ikona Barcy, świetny, jako zawodnik i jeszcze lepszy, jako trener. Jego sukcesów nikomu nie trzeba przybliżać, gdyż wszyscy mamy je na świeżo w pamięci.
Frank Rijkaard kolejna postać związana z Barceloną. Wiele sukcesów w karierze piłkarskiej i równie dużo, jako trener. W nowym zawodzie od razu został rzucony na głęboką wodę, bo zaczynał od posady selekcjonera reprezentacji Holandii i udało mu się doprowadzić Holendrów do pół finału mistrzostw Świata! Następnie pracował w Sparcie Rotterdam, z która spadł z ligi. Kluczowe w jego karierze szkoleniowej było przejście do pogrążonej w kryzysie Barcelony, zdobył z Barcą mistrzostwo kraju oraz Ligę Mistrzów. To Rijkaard wykreował takich graczy jak Ronaldinho, Valdes i Deco. Obecnie Holender jest selekcjonerem reprezentacji Arabii Saudyjskiej.
Kenny Dalglish wspaniały szkocki piłkarz, który święcił sukcesy, jako zawodnik z Celtickiem i Liverpoolem. Dalglish zaczynał, jako grający trener w ekipie The Reds i od razu zdobył tytuł mistrzowski. W sumie pod jego wodzą Liverpool zdobył trzy mistrzostwa kraju. Potem Szkot objął drugoligowy Blacburn Rovers i natychmiast awansował z zespołem do ekstraklasy zdobywając w pierwszym sezonie 4. miejsce, a był to powrót do elity, pierwszy od 1966 roku. Dalglish ściągnął za rekordowe wtedy kwoty napastników Alana Shearera i Chrisa Suttona i w kolejnym sezonie Blacburn było mistrzem Anglii! Następnie był dyrektorem sportowym, a potem tymczasowym trenerem Celticu, z którym zdążył zdobyć Puchar Ligi. Jego powrót po latach do zawodu mogliśmy obserwować w minionym sezonie, kiedy z Liverpoolem zdobył Puchar Ligi oraz doprowadził go do finału Pucharu Anglii. Został jednak zwolniony za tragiczna postawę The Reds w lidze.
Henry Kasperczak bardzo dobry piłkarz Stali Zabrze, Stali Mielec i FC Metz. Przede wszystkim osiągał sukcesy, jako reprezentant Polski. Karierę trenerska rozpoczął w Metz i od razu zdobył Puchar Francji. Pracował w tym klubie 5 lat, a następnie objął Strasbourg. We Francji pracował wiele lat, później jeszcze w Racing Club, Montpellier i Lille. Następnie był selekcjonerem reprezentacji Wybrzeża Kości Słoniowej, z która zdobył 3. miejsce na Pucharze Narodów Afryki. Później objął kadrę Tunezji, z którą uczestniczył w igrzyskach olimpijskich w Atlancie oraz w mistrzostwach świata 1998. Dwa lata wcześniej zdobył 2. miejsce na Pucharze Narodów Afryki. Następnie miał krótki epizod w Bastii, z której trafił do Al Wasi Club, a stamtąd do reprezentacji Maroka. Potem był Shenyng Sealion i kadra Mali, z którą był 4 w PNA. Po latach emigracji Kasperczak powrócił do ojczyzny i objął stery w Wiśle Kraków, z która zdobył 3 tytuły mistrza Polski, zdobył 2 krajowe puchary oraz awansował z klubem do 1/8 Pucharu UEFA. Potem były już tylko klęski w Senegalu oraz ukochanym Górniku Zabrze, którego Henry spuścił z ligi i zrujnował finansowo. Następnie nieudany powrót do Wisły oraz grecki AO Kavala.
Piotr Nowak kojarzony ze świetnych występów w TSV Monachium czy Chicago Fire. Jako szkoleniowiec zdobył mistrzostwo MLS w swoim debiutanckim sezonie z DC United. Nowak prowadził również kadrę U-23 U.S.A oraz był asystentem selekcjonera w dorosłej reprezentacji. Obecnie jest wiceprezesem Philadelphia Union.
Postarałem się przytoczyć tylko kilka przykładów piłkarzy-trenerów, którym się udało lub nie. Oczywiście wielu pominąłem, ale to temat rzeka. Jak zostać dobrym szkoleniowcem? Trudne pytanie, na pewno zależy to od wielu czynników również od szczęścia. Zapraszam do dyskusji jaki Waszym zdaniem jest przepis na doskonałego szkoleniowca, no i kogo Wam brakuje w tym felietonie?
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?


bigslaw
23 maja 2012 at 22:58
dobry artykuł ja myślę ze w naszym klubie to my mam kupę darmozjadów pierwsze pan furtok był wielki piłkarz ale jako działacz? nie nadaje się drugi pan piekarczyk wielki trener zasługi dla gieksy nie do ocenienia ale jako detektor skanadl pan numer trzy jojko wielki pilarz bramkarz ale trener żaden wiec pytam po co klub ich czyma tu trzeba odpowiednich ludzi a nie byłych graczy trenerow itp.
mitchx
24 maja 2012 at 14:29
Beckenbauer?
hanysek1964
24 maja 2012 at 23:37
TAK TO JUZ HISTORIA CZASEM DOBRY PILKARZ NIE BEDZIE DOBRYM TRENEREM .PANOWIE MACIE KASE TO PRACUJCIE DLA KLUBU SPOLECZNIE
mózG
28 maja 2012 at 02:48
Felieton interesujący. A kogo brakuje 🙂 Może trenerów którzy byli w GieKSie na przestrzeni ostatnich 10(?) lat.