Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Fraszko: To zwycięstwo pragnę zadedykować naszym kibicom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Drużyna kobieca rozegrała w sobotę ostatnie jesienne spotkanie ligowe, w którym pokonała TME SMS Łódź 1:0 (1:0). W sobotę, 25 listopada, w 1/16 finału Pucharu Polski, nasz zespół zmierzy się na Bukowej z Pogonią. Mecz rozpocznie się o godzinie 13:00. Piłkarze, również w najbliższą sobotę, rozegrają ligowe spotkanie z Wisłą Kraków. Początek meczu o godzinie 17:30. Bezpośrednią transmisję przeprowadzi Polsat Sport Extra.

Siatkarze przegrali dwa kolejne spotkania w identycznym stosunku 1:3 – z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle oraz w niedzielę ze Stalą Nysa. Najbliższe spotkanie drużyna rozegra w następny poniedziałek z AZS-em Olsztyn.

Mistrzowie Polski w hokeju na lodzie zajęli pierwsze miejsce w turnieju półfinałowym Pucharu Kontynentalnego. W pierwszym meczu zespół pokonał Ferencvárosi TC 5:4. W drugim spotkaniu w turnieju, w sobotę drużyna pokonała  gospodarzy rozgrywek SG Cortina 8:0. W ostatnim spotkaniu hokeiści przegrali po dogrywce z Herning Blue Fox 2:3. Turniej finałowy zostanie rozegrany w połowie stycznia 2024 roku. W rozpoczętym tygodniu zespół rozegra dwa spotkania ligowe: w piątek, na wyjeździe z Unią Oświęcim oraz w niedzielę domowe z Cracovią Kraków. Mecze rozpoczną się odpowiednio o godzinie 18:00 i 17:00.

 

PIŁKA NOŻNA

dzienniklodzki.pl – Piłkarki UKS SMS postraszyły mistrzynie Polski

[…] Już w 8 minucie mistrzynie strzeliły pierwszego gola. Po wrzutce w pole karne łodzianek Patrycja Balcerzak nie zatrzymała Dżesiki Jaszek, piłkarka GKS Katowice znalazła się w sytuacji sam na sam z Moniką Sowalską i pokonała łódzką bramkarkę.

Mecz dobrze zaczęła świeżo upieczona kadrowiczka Natalia Krezyman, ale nie miała szczęścia w strzałach. Wiktoria Zieniewicz, Nadia Krezyman i Oliwia Domin zostały powołane na mecze pierwszej reprezentacji Polski w Lidze Narodów przeciwko Ukrainie (1.12 w Stalowej Woli, godz. 18) i Grecji (5.12 w Sosnowcu, godz. 19).

Podopieczne trenera Marka Chojnackiego przejęły inicjatywę i częściej zagrażały bramce gospodyń. W 25 minucie bardzo dobrze strzeliła głową po rzucie rożnym Patrycja Balcerzak, ale bramkarka GKS Katowice popisała się świetną interwencją.

Później, do końca pierwszej połowy, tempo meczu spadło.

Zaraz po przerwie Kinga Seweryn znów uratowała drużynę mistrzyń, broniąc strzał z bliska aktywnej Nadii Krezyman.

W 66 minucie zbyt długo zwlekała ze strzałem Paulina Filipczak i z dobrej akcji łodzianek nic nie wyszło.

Później Magdalena Dąbrowska została sfaulowana tuż przed polem karnym GKS. Z wolnego uderzała Wiktoria Zieniewicz, ale przeniosła piłkę wysoko nad poprzeczką.

Zaraz po wejściu na boisko Klaudia Maciejko mogła wyrównać, ale strzeliła wprost w bramkarkę mistrzyń. Łodzianki postraszyły mistrzynie, ale nie przeniosło się to na gole.

Łodzianki w końcówce meczu przebywały non stop na przedpolu mistrzyń Polski, ale pomysłu na strzelenie wyrównującego gola nie było. W przedłużonym czasie gry Magdalena Dąbrowska strzeliła z daleka tuż nad poprzeczką. Była blisko szczęścia Dominika Gąsieniec, ale wynik meczu nie uległ zmianie.

 

sportdziennik.com – Na celowniku

Pomimo przerwania złej passy kibice z Katowic oczekują zmiany na stanowisku trenera. Rafał Górak odejdzie?

GKS Katowice w końcu wygrał mecz. Na ten moment kibice czekali ponad dwa miesiące. Cierpliwość mimo wszystko została nadwyrężona. Fani ze stolicy województwa śląskiego w trakcie meczu z GKS-em Tychy wywiesili transparent z napisem „Nawet jak wygramy do zera, oczekujemy zmiany trenera”. Takie słowa kibiców nie mogą budzić zdziwienia.

Podopieczni Rafała Góraka w fatalnym okresie od początku września aż do niedzieli zgromadzili bardzo mało punktów. Przy życiu utrzymywała ich jedynie zaliczka z początkowej fazy rozgrywek. Rotacja na stanowisku trenera zawsze wydaje się najłatwiejszym rozwiązaniem problemów zespołu, który znajduje się w dołku i w tym przypadku miała, a może dalej ma, swoje uzasadnienie. W końcu jedna jaskółka (w postaci zwycięstwa derbowego) wiosny nie czyni, z czego trener Górak zdaje sobie sprawę.

– Jeżeli drużyna popadnie w kryzys, trzeba mocno pracować, żeby z niego wyjść. Wcale nie mówię, że teraz z niego wyszliśmy i temat jest zakończony. To by było śmieszne i absurdalne – powiedział na konferencji prasowej [Rafał Górak]. 50-latek po niedzielnym spotkaniu zdecydował się nie tyle podsumować mecz (jak mają to w zwyczaju trenerzy ligowi), co podsumować ostatnie dni w klubie. Przy Okazji niejako odnosząc się do słów kibiców przedstawionych na transparencie.

– Wiadomo, że to trudny moment. Nie wygraliśmy 8 spotkań ligowych z rzędu i miało to swój spory ciężar gatunkowy. Chciałem nadmienić, że GKS Katowice to klub czterosekcyjny. Są w nim dyrektorzy, trenerzy, pracownicy… Jest wiele osób bardzo oddanych i nie spodziewałem się, że będę spotykał się z tak wielkim zrozumieniem i wsparciem, będąc codziennie w pracy. Za to chciałbym wszystkim podziękować, bo drużyna to również czuła. Wszyscy w klubie bardzo nas w tym momencie wspierali, co nie jest oczywiste. Jeżeli zespół przegrywa, łatwo jest się od niego odwrócić.

– Tutaj jednak wszyscy, którzy mnie spotykali, czy to trenerzy innych sekcji, czy dyrektorzy, wszyscy pracownicy, mówili nam, że będzie dobrze, że na pewno wrócimy do wygrywania, tylko trzeba robić swoje i ciężko pracować. Również prezes odwiedził nas na jednym z treningów. Bardzo mocno wsparł drużynę i mnie. Za to też mu dziękuję. Zresztą dzisiaj po meczu również przyszedł do nas do szatni i widać, że wszyscy tego potrzebowaliśmy – zauważył szkoleniowiec GieKSy. Jego słowa mogą świadczyć o tym, że pomimo nacisków ze strony fanów, nie dojdzie do rotacji w sztabie szkoleniowym.

Za pozostaniem trenera na stanowisku opowiadają się również zawodnicy drużyny z Katowic. – Wspieramy trenera. Każdy z nas stoi za nim murem. Myślę, że zwycięstwo da nam trochę spokoju – stwierdził po wygranej w ostatniej kolejce Sebastian Bergier. Jednak okres, w którym zespół nie wygrywa ośmiu spotkań z rzędu – a wliczając mecz pucharowy z Górnikiem dziewięciu – z pewnością nadwyrężył zaufanie. Kolejne potknięcia mogą już nie być wybaczane. Szczególnie w klubie, który tak bardzo jest stęskniony za graniem na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Wszystkie bolączki jednym zwycięstwem z pewnością nie zostały zażegnane.

Teraz katowiczan czeka przerwa reprezentacyjna. Po niej będą musieli zmierzyć się z Wisłą Kraków, która – mimo ostatnich słabszych wyników – jest niebezpiecznym przeciwnikiem. To będzie prawdziwy sprawdzian dla GKS-u. – Teraz najważniejsze jest to, że zdobyliśmy 3 punkty w bardzo trudnym spotkaniu. Nie ma potrzeby, żeby wybiegać w przyszłość – odpowiedział krótko na pytanie o najbliższego przeciwnika trener Górak.

 

Czas na restart

Przerwa na mecze reprezentacji to dobry moment na to, żeby przygotować zespół do kolejnego etapu zmagań. Prawie dwa tygodnie wolnego od meczów o stawkę jest czasem, który szkoleniowcy mogą wykorzystać na to, aby znaleźć problemy zespołu i poprawić to, co działa źle. Sztab szkoleniowy GKS-u Katowice z pewnością ma o czym myśleć, bo drużyna spisuje się poniżej swojego potencjału. Wystarczy spojrzeć na wyniki zespołu w pierwszych 6 spotkaniach, żeby zauważyć, że wiele uległo zmianie.

GieKSa w pierwszej części sezonu przede wszystkim potrafiła niezwykle szybko przemieścić się z piłką ze swojej części boiska pod pole karne przeciwnika. Wystarczyło jej kilka podań, żeby stworzyć zagrożenie pod bramką rywala. Przede wszystkim potrafiła zdobywać bramki „z gry”. Widać to na przykładzie sierpniowego meczu z Resovią, ale także innych wygranych spotkań, m.in. ze Zniczem (2:0), Wisłą Płock (4:1) czy Chrobrym Głogów (3:1). Wszystkie te mecze odbyły się jeszcze podczas kalendarzowego lata. We wszystkich GKS był niezwykle groźny właśnie przez to, że potrafił szybko zbudować akcję, co było zaskakujące dla przeciwników.

Jednak z czasem ta umiejętność zespołowa powoli zanikała, a widzowie tylko raz na jakiś oglądali zalążki ciekawych akcji w ataku. 8 ligowych meczów bez zwycięstwa potwierdziło to, że zespół Rafała Góraka zagubił się. I nawet ostatnie, zeszłotygodniowe zwycięstwo z GKS-em Tychy pokazało, że przed katowiczanami jeszcze sporo pracy, żeby wyjść na prostą. Przede wszystkim spotkanie toczyło się powolnym tempem. Brakowało zrywów w ofensywie, przez co Maciej Kikolski nie miał zbyt wiele pracy. Jedyny raz, gdy bramkarz tyszan musiał wyciągać piłkę z siatki, miał miejsce po rzucie rożnym. Przy okazji – na plus na pewno zaliczyć należy to, że meczu z zespołem Dariusza Banasika (tydzień temu dowodzonego przez Bernarda Kapuścińskiego) GieKSa kilka razy potrafiła zamieszać w polu karnym właśnie po stałym fragmencie gry. Brakowało jednak podjęcia ryzyka przy ataku pozycyjnym czy przy możliwości budowania kontr.

Wcale nie jest tak, że drużyna z Katowic nie posiada odpowiednich umiejętności do tego, żeby kilkoma podaniami rozmontować defensywę rywala. Udowodniła, że wciąż stać ją na tworzenie ciekawych, zgranych akcji podczas spotkania w 14. kolejce, gdy grała na wyjeździe ze Stalą Rzeszów. Mecz co prawda zakończył się jedynie remisem 2:2, ale fragmentami, a przede wszystkim przy dwóch bramkach, piłkarze ze stolicy województwa śląskiego pokazali, że są w stanie konstruować szybkie ataki, które zaskakują defensywę. Gol na 1:0 rozpoczął się od długiego, płaskiego podania ze strefy obrony do ataku, żeby za chwilę, po dwóch zgraniach, Sebastian Bergier mógł cieszyć się ze strzelonej bramki. Później podobnie było przy trafieniu Dawida Brzozowskiego. Wahadłowy sam napędził akcję skrzydłem, zgrał do środka i po małym zamieszaniu w „szesnastce” wpisał się na listę strzelców.

Jest to z pewnością punkt wyjścia do zadbania o to, żeby takich sytuacji w kolejnych meczach było więcej. Podczas przerwy na spotkania reprezentacji GieKSa ma sporo czasu do namysłu oraz treningów. Zespół Rafała Góraka nie rozegrał, ani nie będzie rozgrywał żadnego sparingu, tak jak to było przy okazji poprzednich dwutygodniowych pauz. Czy przerwa od spotkań, nawet tych kontrolnych, zaowocuje powrotem do tego, co działało na początku sezonu? Przed GieKSą jeszcze 4 mecze przed zakończeniem rundy jesiennej, a co za tym idzie, sporo punktów do zdobycia.

 

SIATKÓWKA

siatka.org –ZAKSA z małymi problemami wygrała z GKS-em Katowice

Przeżywająca duże kłopoty kadrowe ZAKSA Kędzierzyn-Koźle wygrała 3:1 z GKS-em Katowice. Ekipa z Opolszczyzny wygrała pierwsze dwie partie, w trzeciej lepsi siatkarze ze stolicy Górnego Śląsk. W czwartej odsłonie meczu górą byli gospodarze, którzy odnieśli czwarte zwycięstwo w rozgrywkach. GKS w dalszym ciągu zajmuje przedostatnie miejsce w tabeli, ma zaledwie jeden punkt.

Katowiczanie rozpoczęli spotkanie od trzypunktowego prowadzenia po tym, jak kędzierzynianie seryjnie atakowali w aut (3:0). Wicemistrzowie Polski szybko jednak wyrównali po tym, jak atak skończył David Smith i zaserwował asa (3:3). Wymiana punkt za punkt nie trwała długo, a wraz z kolejnymi akcjami obie drużyny kończyły swoje pierwsze ataki. Po tym, jak akcje skończyli Łukasz Kaczmarek oraz Aleksander Śliwka kędzierzynianie prowadzili dwoma oczkami (8:6). Nie wystrzegali się jednak błędów w ofensywie gracze z Kędzierzyna-Koźla, po autowym ataku Andreasa Takvama to katowiczanie wygrywali 14:12. Obie drużyny były nieugięte i wymieniały się ciosami. Dobrze w defensywie prezentowali się katowiczanie, a Jakub Szymański wykorzystywał posyłane do niego piłki (20:19). Siatkarze GKS-u w końcowej fazie seta w sumie dwukrotnie wyszli na dwupunktowe prowadzenie, ale nie zdołali się na nim utrzymać. Nie inaczej niż na przewagi mogły zakończyć się losy inauguracyjnej odsłony, w której to Ślązacy mieli trzy piłki setowe, ale za każdym razem kończył ze środka Smith, który po chwili posłała asa. Jego dobra zagrywka przyczyniła się następnie do bloku na Szymańskim (28:26).

Kapitalnie, bo od prowadzenia 6:0 głównie po atakach Bartosza Bednorza i błędach przeciwnika rozpoczęli drugą odsłonę trzykrotni zwycięzcy Ligi Mistrzów. Konsekwentnie budowali swoją przewagę podopieczni trenera Sammelvuo. Bardzo dobrą serią w polu zagrywki popisał się Bednorz, który zaserwował w sumie trzy asy (12:3). Taka przewaga pozwoliła grać kędzierzynianom punkt za punkt. Katowiczanom z kolei brakowało zrywu oraz serii. Nie do zatrzymania wręcz byli siatkarze ZAKSY, a atakujący raz po raz Łukasz Kaczmarek został zablokowany dopiero w końcówce (13:20). Po chwili atakujący dołożył jeszcze dwa uderzenia, a dzieło zniszczenia zakończył blok na Jaroszu (25:15).

Początek trzeciej części to gra punkt za punkt z obu stron do stanu 4:4. Błędy własne gospodarzy oraz wrzucony szósty bieg przez Marcina Walińskiego dały GieKSie prowadzenie. As serwisowy Piotra Fenoszyna zmusił szkoleniowca ZAKSY do przerwania gry (5:9). Dalszy obraz rywalizacji to gra punkt za punkt z przewagą trzech-czterech punktów przez katowiczan. Kędzierzynianie jednak zaczęli odrabiać straty po tym, jak swoje ataki skończyli Bednorz i Smith, a błąd popełnił Waliński (15:16). Drużyna z Katowic szybko wróciła do swojego prowadzenia, zachowując wysoką skuteczność w ataku, podczas gdy ekipa z Opolszczyzny natrafiła na spore trudności w ofensywie. Zepsuta zagrywka Bednorza dała podopiecznym trenera Słabego kontakt w meczu (25:21).

Pierwsze fragmenty czwartej partii to również gra punkt za punkt, tym razem do stanu 6:6. Po stronie GKS-u nieustannie dawał o sobie znać Waliński, podczas gdy w szeregach ZAKSY Radosław Gil aktywował każde ogniwo, chociaż nie sposób nie wspomnieć o Kaczmarku i Bednorzu. Pierwszy z nich atakował, a drugi blokował. Atakujący dołożył jeszcze asa i wicemistrzowie prowadzili 12:8. Jeszcze przez dobrych kilka minut trwała przepychanka pomiędzy obiema ekipami, ale blok na Damianie Domagale oraz as Smitha zarysowały przewagę gospodarzy (19:14). O tym, że katowiczanie nie złożyli broni, przekonał zryw Domagały, który zaserwował dwa asy i dołożył atak (19:20). W samej końcówce wynik oscylował wokół remisu, ale to ZAKSA prowadziła i postawiła kropkę nad “i” dwoma skończonymi atakami Smitha.

Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle – GKS Katowice 3:1 (28:26, 25:15, 21:25, 25:23)

 

Emocji nie brakowało, ale komplet punktów z Katowic pojechał do Nysy

GKS Katowice mecz przeciwko PSG Stali Nysa rozpoczął od mocnego uderzenia i pewnie wygrał pierwszego seta. W kolejnych odsłonach podopieczni Daniela Plińskiego wrócili do swojej gry i oba zespoły toczyły walkę cios za cios. Jednak w decydujących momentach lepiej radzili sobie zawodnicy z Nysy, których liderem był Michał Gierżot.

Od pierwszej akcji na pozycji rozgrywającego pojawił się Piotr Fenoszyn. Katowiczanie dobrze rozpoczęli to spotkanie. Po asie serwisowym Sebastiana Adamczyka wyszli na dwupunktowe prowadzenie, które powiększyli Jakub Jarosz i Marcin Waliński (9:5). Gospodarze dobrze spisywali się w elemencie bloku i czytali zamiary atakujących rywali. Po skutecznej ,,czapie” Bartłomieja Krulickiego mieli pięciopunktową przewagę. Przyjezdni mieli spore problemy z pierwszą akcją. Brak kończącego ataku sprawiał, że miejscowi mogli grać kontry, w których byli skuteczni. Po wykorzystaniu przechodzącej piłki przez Lukáša Vašine zrobiło się 15:7. Czech był bardzo widoczny zarówno w ataku z lewego skrzydła, jak i bloku. Gracze GKS-u wyraźnie zdominowali swoich rywali. Niezłe wejście zanotował Wojciech Włodarczyk, ale to Michał Gierżot był liderem swojego zespołu. W końcówce premierowej odsłony spotkania nic się nie zmieniło. Podopieczni Grzegorza Słabego zwiększali dystans i po punktowym serwisie Walińskiego zakończyli seta (25:14).

W pierwszym secie w ekipie Gieksy jedynie Marcin Waliński miał problemy z kończącym atakiem. Po dwóch błędach tego zawodnika w ofensywie zrobiło się 3:6. Dodatkowo blokiem powstrzymany został Jakub Jarosz, a Zouheir El Graoui wykorzystał kontrę i przewaga gości wynosiła pięć ,,oczek”. Sytuacja na boisku odwróciła się, a podopieczni Daniela Plińskiego prezentowali się znacznie lepiej. U katowiczan zaczął zawodzić serwis, który był mocnym ich elementem w pierwszej partii. Element ten zaczął funkcjonować natomiast u graczy PSG Stali. Cztero bądź pięciopunktowe prowadzenie utrzymywało się przez dłuższy czas i dopiero po asie serwisowym Kamila Kosiby było 18:12. Gospodarze nie potrafili się zbliżyć, a luka w postaci Walińskiego na lewej flance była coraz bardziej widoczna. Przyjezdni mogli grać spokojnie w końcówce seta, gdyż ich prowadzenie nie było ani na moment zagrożone. Po zatrzymaniu Walińskiego prowadzili 23:16 i niewiele zmieniło się do końca. Seta zakończył dobry atak Remigiusza Kapicy (25:19).

Znacznie wyższa skuteczność w ataku zawodników PSG Stali przekładała się na wynik poprzedniej partii. Na początku trzeciej części meczu wyróżniał się Jakub Abramowicz, którego ataki oraz zagrywka sprawiły, że było 5:2. Od tego momentu rozpoczęła się gra punkt za punkt i dopiero wykorzystana kontra przez Jakuba Jarosza sytuację tą zmieniła. Siatkarze Plińskiego utknęli w jednym ustawieniu i po trafieniu z krótkiej przez Sebastiana Adamczyka było 10:9. Poziom zawodów wyrównał się, a wynik oscylował wokół remisu. Obu drużynom nie można było odmówić waleczności, ale popełniali sporo błędów w polu serwisowym. Prowadzący zmieniał się i po zagraniu blok-aut Lukáša Vašiny było 17:16, by po asach serwisowych Remigiusza Kapicy goście mieli dwa ,,oczka” więcej (21:19). Końcówka zapowiadała się emocjonująco, gdyż świetne wejście na zagrywkę zanotował Łukasz Kozub doprowadzając do wyrównania (21:21). Jednak miejscowi nie wykorzystali nadarzających się okazji i po błędach Marcina Walińskiego przegrywali 22:24. Do końca partii nie zapunktowali i trochę na własne życzenie przegrali seta.

Po wykorzystaniu przechodzącej piłki przez Lukáša Vašine katowiczanie mieli dwupunktowe prowadzenie. Jednak chwilę później zatrzymany został Jakub Jarosz i zrobiło się po 6. Dwa asy serwisowe Dominika Kramczyńskiego pozwoliły gościom uzyskać przewagę, ale także im nie udało się jej długo utrzymać. Przebieg tej partii wyglądał podobnie jak poprzedniej części. Obie drużyny szły łeb w łeb, a każda próba ucieczki była natychmiastowo niwelowana. Dobre zawody rozgrywali Jakub Jarosz oraz Michał Gierżot i to na ich barkach spoczywał głównie ciężar gry w ofensywie. Po raz kolejny końcówkę lepiej zagrali przyjezdni, którzy popisywali się lepszymi umiejętnościami indywidualnymi. Po ustrzeleniu zagrywką Marcina Walińskiego prowadzili 19:17, a gdy dłuższą wymianę skończył Zouheir El Graoui – 21:18. Zawodnicy Słabego nie potrafili wyciągnąć wniosków z poprzedniego seta, a dodatkowo cały czas mieli problemy z lewym skrzydłem. Od stanu 20:22 punktowała tylko ekipa Plińskiego i to oni mimo fatalnego początku wygrali to spotkanie. Odnieśli tym samym drugie zwycięstwo w sezonie i z dorobkiem dziesięciu punktów awansowali na ósme miejsce w tabeli PlusLigi.

GKS Katowice – PSG Stal Nysa 1:3 (25:14, 19:25, 22:25, 20:25)

 

HOKEJ

sportdziennik.com – Jedna zagadka

Kwartet finałowego turnieju Pucharu Polski w Krynicy-Zdroju jest już znany. Po reprezentacyjnej przerwie wyjaśni się tylko zagadka związana z lokatami GKS-u Tychy i JKH GKS-u Jastrzębie. Ten drugi zespół jest biernym obserwatorem, bo już zakończył drugą rundę. Pozycje nr 1 GKS-u Katowice oraz nr 2 Re-Plastu Unii są niezagrożone. Hokeistom z Oświęcimia potrzebny jest punkt w Toruniu, by startować z wyższego miejsca. I z jego zdobyciem nie powinno być kłopotu, bo ekipa Nika Zupancicia uchodzi za faworyta.

 

Po awans i premię

GKS Katowice przed półfinałem Pucharu Kontynentalnego. Hokeiści GieKSy wcale nie ukrywają swoich celów i lubimy tak jasno stawianie sprawy.

Węgierski Ferencvarosi TC, duński Herning Blue Fox oraz gospodarz Cortina d’Ampezzo – to rywale GKS-u Katowice w półfinale Pucharu Kontynentalnego. W poprzednim sezonie hokeiści z Katowice występowali z niezłym skutkiem w eliminacjach Ligi Mistrzów, ale w tym ilość uczestników został zredukowana i stąd też mistrz naszego kraju nie otrzymał zaproszenia. – Nic to, pokażemy się z dobrej strony w pucharze niższej rangi i pragniemy do finału – mówili hokeiści jeszcze na długo przed wyjazdem do włoskiego kurortu hokeiści GKS-u.

Tylko Jakub Wanacki i Igor Smal otrzymali nominacje do drużyny, która rozgrywała, z dobrym skutkiem, turniej O Puchar Niepodległości w Sosnowcu. – Mieliśmy trochę czasu na wypoczynek i oderwanie się od hokejowej codzienności – mówi trener GKS-u, Jacek Płachta. – Później przystąpiliśmy do mocniejszych treningów tak by jak najlepiej przygotować się do tej trzydniowej batalii oraz potem ligowych meczów. Ostatnie dni przed wylotem do Włoch i już przygotowywaliśmy się pod względem taktycznym.

– Sporo doświadczenia zdobyliśmy podczas ubiegłorocznych zmagań w Lidze Mistrzów i to na pewno będzie procentowało podczas tej imprezy. Niech nikt nie myśli, że to będzie sportowy spacerek w ładnym kurorcie. Umiejętności wszystkich drużyn są podobne i każda z nich ma szansę znaleźć na dwóch premiowanych miejscach. My jednak jedziemy z mocnym postanowieniem znaleźć w gronie szczęśliwców. Naszą dobrą postawę w lidze pragniemy przenieść na arenę międzynarodową.

Zespół GieKSy w ligowych zmaganiach nie poniósł porażki w 17. spotkaniach. Źródeł tego wyczynu można przytoczyć wiele, ale ekipa jest odpowiednio złożona i to spora zasługa działaczy oraz szkoleniowców. Oni nie działają na „łapu capu” i każdy kandydat jest odpowiednio „prześwietlany” nie tylko pod względem umiejętności technicznych, ale również charakteru. Obcokrajowcy od początku sezonu prezentują się zdecydowanie lepiej niż w poprzednim. Stąd też taka seria zwycięstw.

– Na co dzień gramy zupełnie nieźle, choć przegraliśmy spotkanie o Superpuchar Polski i podczas wewnętrznych rozmów ten mecz powraca – wyjawia kapitan i lider GKS-u, Grzegorz Pasiut. – Występ pucharowy to fajna przygoda, bo przecież spotkamy się z nieznanymi rywalami. Trenerzy już analizowali ich dokonania i podzielą się z nami wiedzą. Naszym celem jest awans i z optymizmem patrzę w najbliższą przyszłość. Gramy stabilnie, konsekwentnie i stawką jest finał, a więc nie potrzeba dodatkowej motywacji.

Czy przewidziano premie za awans do finału? W GKS-ie regulamin premii jest ustalany przed sezonem i półfinał oraz finał Pucharu Kontynentalnego został uwzględniony – to usłyszeliśmy od kapitana.

GKS w sezonie 2018/19 również występował w tych rozgrywkach i w ostatecznym rozrachunku zajął trzecie miejsce w Belfaście. Teraz ten wyczyn hokeiści chcieliby poprawić.

Najgroźniejszym rywalem wydają się być gospodarze, którzy na co dzień występują w Lidze Alpejskiej (zespołu z Austrii, Słowenii i Włoch). Nie można zapominać o drużynie z Herning, która w silnej lidze duńskiej odgrywa czołową rolę i na tę chwilę zajmuje drugie miejsce za „Piratami” z Aalborga (uczestnicy LM). Nie można lekceważyć ekipy węgierskiej, ale ona wydaje się być najsłabsza w tym gronie.

Finał zostanie rozegrany od 12 do 14 stycznia 2024 r., ale lokalizacji jeszcze nie ustalono.

 

Pasiut show i wygrana GieKSy!

Grzegorz Pasiut, kapitan i  lider GKS-u Katowice, w inauguracyjnym meczu półfinałowym turnieju Pucharu Kontynentalnego w Cortina d’Ampezzo z Ferencvarosi zdobył cztery gole i było „ojcem” wygranej z węgierską ekipą 5:4. GieKSa prowadziła już 5:1, ale w ostatniej odsłonie było sporo emocji. Ostatecznie liczy się końcowy rezultat.

Hokeiści GKS-u przez całą pierwsza tercję posiadali sporą przewagę, ale wynik był remisowy 1:1. Katowiczanie z impetem przystąpili do tego spotkania i już w pierwszej akcji zatrudnili węgierskiego bramkarza. Ich przewaga została udokumentowana bramką Grzegorza Pasiuta. W 13 min na strzał zdecydował się Bartosz Fraszko, zaś kapitan GieKSy przekierował krążek do siatki. Wszystko wydawało się być do kontrolą zespołu trenera Jacka Płachty, ale na początku 15 min karę za opóźnianie otrzymał Pasiut, ale w boksie kar przebywał zaledwie 9 sek., bowiem Adam Brady pokonał Johna Murraya. Po tej stracie wszystko wróciło do normy, czyli inicjatywa należała do GKS-u. W 20 min najpierw na ławie kar znalazł się Zsombor Galajda, zaś chwilę potem Josef Hrabal.

Tak więc przez 1:25 min katowiczanie mieli grać komplecie przeciwko trójce rywali. 11 sek. do końca odsłony węgierski zespół zdołał się obronić. Jednak 27 sek. drugie odsłony sprawiło, że GKS wyszedł na prowadzenie, bo Noah Delmas popisał się uderzeniem nie do obrony. Inicjatywa należała do katowiczan i było wiele ciekawych akcji w tercji węgierskiej drużyny. W 27 min niezawodny duet Fraszko – Pasiut przeprowadził udany akcję i w rezultacie ten drugi po raz kolejny trafił do siatki rywali. Ze spokojem czekaliśmy na kolejne minuty, bo inicjatywa należała do katowiczan, ale nie  doczekaliśmy się goli. Mistrzowie kraju prezentowali się niezwykle dojrzale i w pełni kontrolowali wydarzenia na lodzie.

I nic nie wskazywało, że będziemy mieli spore emocje w ostatniej odsłonie. W 45 min Pasiut po raz kolejny trafił do węgierskiej bramki i GieKSa prowadziła już 5:1. Jednak nagle nastąpiło złamanie pogody, bo goście najpierw za sprawą Atilli Nemetha, a potem Alana La Porte zmniejszyli rozmiary porażki. Węgierski zespół nadal nie rezygnował ze zdobycia gol i w końcu zdobył kontaktowego gola. Hokeiści GKS-u opanowali turbulencje i zdołali obronić korzystny rezultat. Wydawało się, że będzie łatwo, a tymczasem były problemy. Nolan LaPorte zdobył dwa gole i zrobiło się dla GKS-u gorąco. Ostatecznie zespół z Katowic wygrał i w teraz czeka go spotkanie z gospodarzami z Cortiny. Ono może zadecydować o awansie do finału.

 

GKS Katowice w finale!

– Chcemy awansować do finału Pucharu Kontynentalnego – tak zapowiedział trener obrońców tytułu mistrzowskiego, Jacek Płachta.

Chyba on i jego podopieczni nie spodziewali się, że to już nastąpi po drugim meczu w półfinale turnieju. „GieKSa”wywalcza awans do finału. A tymczasem się wręcz zaprezentowała się znakomicie i rozgromiła gospodarzy turnieju aż 8:0. Nic tylko się cieszyć tylko z tego osiągnięcia GKS-u Katowice!

Mało kto się spodziewał, że pierwsza odsłona będzie tak znakomita w wykonaniu hokeistów GKS-u. Zaczęli spotkanie ostrożnie tak jakby oczekiwali inicjatywy ze strony gospodarza turnieju. Worek z bramkami otworzył, podczas pierwszej przewagi gdy w boksie kar zasiadł Diego Cugleitta i po 56 sek. Sam Marklund po ładnej kombinacji zdobył pierwszego gola, a potem szybko były kolejne, w tym w przewadze uzyskany przez Szweda.

Katowiczanie grali jak w transie i po czwartej bramce Mateusza Michalskiego. Trener miejscowych hokeistów był zmuszony zmienić bramkarza. Na lodzie pojawił się Sandro Lancedalli, ale i on na 23 sek. przepuścił krążek po strzale ponownie Michalskiego. To był prawdziwy hokejowy nokaut w wykonaniu mistrzów Polski!

A w kolejnej odsłonie ekipa trenera Jacka Płachty szybko zdobyła kolejna bramkę, a potem pewnie kontrolowała wydarzenia na tafli. W końcu w 30 min Shigeki Hitosato zdobył kolejnego w przewadze gdy na ławie kar przebywał Francesco Adami. I już wszystko było pod kontrolą katowiczan. To był niemal perfekcyjny mecz w wykonaniu zespołu z Katowic.

 

Dogrywka wyłoniła zwycięzcę

Hokeiści GKS-u, mając zapewniony awans, w ostatnim spotkaniu z duńskim Herning już nie musieli forsować tempa.

W bramce zamiast Johna Murraya pojawił się Michał Kieler i również bronił z dużym wyczuciem. Skapitulował dopiero w ostatniej odsłonie. Katowiczanie po 40 min prowadzili po golu Japończyka Shigekiego Hitosato. Ale okazji było zdecydowanie więcej, ale krążek nie chciał wpaść do bramki. Kiedy Olli Iisakka podwyższył wynik na 2:0 chyba nikt nie przypuszczał, że w końcowych fragmentach będzie tyle emocji.

Najpierw Mathias Bau zaledwie po 5 sek. przewagi (w boksie kar Hampus Olsson) zdobył kontaktową bramkę, a potem Jesper Thornberg zaskoczył nieco zasłoniętego Kielera. W 58:05 min duńska bramkę opuścił Macmillan Carruth,ale ten manewr nie przyniósl efektu. O wygranej duńskiej drużyny zadecydował gol Pettera Hanssona w 62 min. Punkt zdobyty zapewnił GKS-owi pierwsze miejsce w tym turnieju.

 

hokej.net – Kacper Maciaś: Naszym założeniem jest wygrać każdy mecz

GKS Katowice w spotkaniu inaugurującym trzecią rundę Pucharu Kontynentalnego, pokonał Ferencvárosi TC 5:4. Choć mistrzowie Polski prowadzili już różnicą czterech bramek, to rywale w końcówce spotkania zdołali złapać kontakt. O przebiegu spotkania porozmawialiśmy z Kacprem Maciasiem, obrońcą GKS-u Katowice.

Dla wielu kibiców dyspozycja GieKSy w piątkowym spotkaniu była sporą niewiadomą. Drużyna Jacka Płachty pozostawała dwa tygodnie bez rozegranego meczu. Wszelkie obawy kibiców odeszły jednak wraz z pierwszym bulikiem. Trójkolorowi od pierwszych sekund przejęli inicjatywę nad wydarzeniami na lodzie, w pełni kontrolując przebieg spotkania. Jakie odczucia towarzyszyły Kacprowi Maciasiowi w związku z powrotem do rywalizacji?

–Ciężko trenowaliśmy przez te dwa tygodnie, właśnie po to, aby nie stracić naszej dobrej formy. Wiadomo, że rytm meczowy, to zupełnie inna sprawa, czego nie da się zastąpić treningami. Początkowe minuty przebiegały na odnalezieniu właściwego rytmu. Jednakgdy złapaliśmy swoje tempo, to aż do ostatnich 10 minut nasza gra wyglądała bardzo dobrze – wyjaśnił defensor 20-letni defensor.

Wynik spotkania otworzył GKS Katowice, jednak przed zakończeniem pierwszej tercji zawodnicy Ferencvárosi zdołali wyrównać wynik meczu. W ostatniej minucie pierwszej odsłony spotkania na mistrzów Węgier zostały nałożone dwie kary, których nie zdołali wybronić na początku drugiej tercji. Czy zdaniem Kacpra Maciasia, był to moment, który zadecydował o dalszym przebiegu spotkania ?

–Tak, to był bardzo ważny moment spotkania. Udało nam się ponownie wyjść na prowadzenie, a chwilę później „poszły” kolejne bramki. Myślę, że wykorzystanie tej przewagi zdeterminowało dalsze wydarzenia – zauważył zawodnik

GKS Katowice długimi momentami prezentował bardzo efektywny hokej, imponując szybkim rozegraniem krążka. Niestety w ostatnich dziesięciu minutach spotkania zawodnicy Ferencvárosi wykazali się niezwykłą determinacją, która pozwoliła im zdobyć bramkę kontaktową. Co przyczyniło się do tego, że w pełni kontrolowane spotkanie przerodziło się w nerwową końcówkę?

– Naszym założeniem jest wygrać każdy mecz. Niestety nie ustrzegliśmy się niedociągnięć, które pozwoliły przeciwnikowi wrócić do tego spotkania. Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, jednak nie da się całkowicie wyciąć z głowy tego, że prowadzisz czterema bramkami. Pod tym względem powinniśmy być lepiej przygotowani do rozgrywania końcówek ważnych spotkań – zakończył rozmowę Kacper Maciaś.

 

Pasiut: Chyba więcej mam bramek w tym turnieju niż w całej lidze w tym sezonie

Iście genialny i piorunujący mecz zagrał wczoraj Grzegorz Pasiut. „Profesor” w zwycięskim meczu 5:4 z Ferencvárosi TC w Pucharze Kontynentalnym miał udział przy każdej zdobytej bramce, inkasując cztery gole i asystę.

– Nie pamiętam kiedy ostatni raz strzeliłem cztery bramki w jednym meczu, bo chyba więcej mam w tym turnieju niż w całej lidze w tym sezonie. Sięgam pamięcią, ale nie pamiętam kiedy strzeliłem cztery bramki– powiedział Grzegorz Pasiut

Wynik spotkania otworzył GKS Katowice, jednak przed zakończeniem pierwszej tercji zawodnicy Ferencvárosi zdołali wyrównać wynik meczu. W drugiej tercji to jednak Polacy dwukrotnie ukłuli, co zrobili również potem na początku trzeciej odsłony, czym przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść.

– Cieszy zwycięstwo, wiemy, że to jest turniej i każdy mecz będzie ważny, każdy punkt, więc na pewno cieszy to zwycięstwo. Z przebiegu tego meczu na pewno musimy lepiej musimy zachować się w osłabieniach, bo jednak te bramki wpadały. Bez względu na to, kto dzisiaj strzelał, wygraliśmy jako drużyna i chciałbym jutro to powtórzyć– zaznaczył napastnik mistrzów Polski.

– Staraliśmy się grać najlepiej jak potrafimy, robimy to w każdym meczu, może nie w każdym wychodzi to tak, jakbyśmy chcieli, ale my wiemy, że jutro też jest mecz i musimy się na nim koncentrować, a dzisiejszy mecz to historia– dodał.

Do Cortiny D’Ampezzo przyjechała również spora liczba kibiców GieKSy, a filmiki z ich dopingu możecie znaleźć na naszym facebooku.

– Znamy naszych kibiców z kibicowania i dopingowania w Satelicie czy z dalekich wyjazdów, tak jak tutaj we Włoszech, tak że cieszymy się, że po raz kolejny licznie przyjechali i nas wspierają– przyznał „Profesor”.

 

Fraszko: To zwycięstwo pragnę zadedykować naszym kibicom

Świetną dyspozycję w ostatnich dniach prezentuje GKS Katowice. Mistrzowie Polski w swoim drugim grupowym spotkaniu rozbili SGC Hafro Cortine 8:0. Imponujące zwycięstwo pozwoliło mistrzom Polski umocnić się na pozycji lidera grupy F. O wrażeniach pomeczowych oraz trudach turnieju porozmawialiśmy z Bartoszem Fraszko, jednym z głównych architektów zwycięstw GKS-u.

Grupowym rywalom GKS-u ciężko jest przeciwstawić się sile katowickiej ofensywy. W dwóch dotychczas rozegranych spotkaniach drużyna Jacka Płachty zdobyła 13 bramek. Podobnie jak w meczu przeciwko Ferencvárosi TC, w sobotnim spotkaniu mistrzowie Polski od pierwszych minut starali się narzucić swoje warunki gry. Co jednak najważniejsze – trójkolorowiw swoim drugim występie, zdołali utrzymać koncentracje do ostatnich minut, w pełni kontrolując wynik spotkania. Jak to spotkanie wyglądało z perspektywy Bartosza Fraszko?

– Cała drużyna dobrze się czuła na lodzie, dzięki czemu mogliśmy pokazać naszą prawdziwą siłę. Nie popełniliśmy błędów z wczoraj, kiedy niepotrzebnie doprowadziliśmy do nerwowej końcówki spotkania. Mając mecz pod absolutną kontrolą, oddaliśmy pole przeciwnikowi. Od pierwszej do ostatniej minuty walczyliśmy jeden za drugiego. Cieszy też na pewno to, że zagraliśmy na zero z tyłu – wyjaśnił skrzydłowy GKS-u.

Trudno nie odnieść wrażenia, że w momencie, kiedy pada bramka dla GKS-u, na lodzie musi znajdować Bartosz Fraszko. Przebojowy skrzydłowy, chociaż samemu nie wpisał się na listę strzelców, to asystował aż przy siedmiu bramkach. Najlepiej przekonali się o tym Grzegorz Pasiut oraz Sam Marklund, którzy najchętniej trafiali, po kluczowych podaniach Fraszki. Jaki jest sekret tak dobrej dyspozycji Bartosza i czy przepisem na pokaźny dorobek strzelecki jest po prostu gra z nim w jednej formacji?

– Nie wiem, czy to już jest dobra dyspozycja, ale mam nadzieję, że wszystko zmierza w tym kierunku. Fajnie, że przewagi zaczęły funkcjonować, tak jak powinny. Sam dzisiaj strzelił dwie bramki właśnie w przewagach, po naprawdę ładnych akcjach. Z Grzesiem gramy ze sobą, już naprawdę kilka dobrych lat. Rozumiemy się doskonale, czasami wręcz grając na siebie „w ciemno”. Cieszy to, że zarówno gra w piątce z Mateuszem nam się układa, jak i podczas formacji specjalnych. Oby tak dalej– zauważył Bartosz Fraszko.

Charakter turnieju sprawia, że czasu na wyciągnięcie wniosków i wdrożenie ewentualnych zmian, jest naprawdę niewiele. Czy zawodnikom GKS-u udało się znaleźć rozwiązanie problemu nerwowej końcówki z meczu przeciwko Ferencvárosi?

– Powiedzieliśmy sobie wczoraj po meczu, że takie rzeczy nie mogą się nam więcej przydarzać. Jesteśmy zbyt doświadczoną drużyną aby w takim sposób gubić wypracowaną przewagę. Potem w play-offach takie momenty mogą nas kosztować bardzo wiele, a przecież wiemy o co gramy w tym sezonie. Z takich słabszych momentów trzeba wyciągać wnioski. Po wczorajszym meczu, udało się to zrobić i dzisiaj zagraliśmy na zero z tyłu– wyjaśnił zawodnik.

W ostatnim spotkaniu GKS Katowice zmierzy się z duńskim Herning Blue Fox. Wicemistrzowie Danii mając na swoim koncie wygraną oraz porażkę sklasyfikowani są na trzecim miejscu w tabeli. Jeżeli myślą o zachowaniu szans na wyjście z grupy, w niedzielnym spotkaniu muszą zagrać trzy punkty. Jakiego spotkania spodziewa się Bartosz Fraszko?

– Przyjechaliśmy na ten turniej, z myślą o komplecie zwycięstw. Mamy niewiele czasu na regeneracje, bo tak na prawdę jest to tylko kilkanaście godzin. Ale ciężko trenowaliśmy przez ostatnie dwa tygodnie, aby być gotowym na taką intensywność i jutro wychodzimy po kolejne trzy punkty– dodał napastnik.

Nieodzownym elementem występów GKS-u Katowice, jest potężna, „żółta armia” kibiców, którzy podążają za swoją drużyną. Katowiccy fani gorącym dopingiem sprawiają, że podopieczni Jacka Płachty grając przeszło 1000 km od Katowic, mogą poczuć atmosferę podobną do tej, jaka panuje w „Satelicie”. Czy zawodnicy odczuwają tą energie na lodzie?

– Ja byłem już pod wrażeniem naszych kibiców w zeszłym sezonie, kiedy meldowali się na wyjazdowych spotkaniach Ligi Mistrzów. W każdym meczu są naszym siódmym zawodnikiem. Są takie momenty spotkania, kiedy naprawdę jest ciężko, pomimo tego, że dajesz z siebie absolutnie wszystko. Wtedy ta ściana, którą masz za plecami, napędza Cię aby walczyć jeszcze mocniej. Myślę, że to zwycięstwo należy zadedykować naszym kibicom– zakończył Bartosz Fraszko.

Osobną kwestią jest organizacja turnieju. Wczoraj zarówno szefostwo katowickiego klubu, podobnie jak i my, próbowaliśmy oficjalnie potwierdzić, czy wysokie zwycięstwo z mistrzem Włoch daje już awans katowiczanom do Turnieju Finałowego. Organizatorzy nie odnieśli się do zapytań, a dziś w mediach społecznościowych Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie poinformowali, że GieKSa oraz Nomad Astana awansowały do wielkiego finału.

 

GieKSa z porażką, ale z pierwszym miejscem w grupie! Awans do finału stał się faktem

Potrzebna była dogrywka, aby wyłonić zwycięzcę w spotkaniu GKS-u Katowice z Herning Blue Fox. Po niezwykle emocjonującym meczu, utrzymywanym w szybkim tempie, lepsi okazali się Duńczycy. Autorem złotego gola został Petter Hansson. Pomimo porażki GKS Katowice zdobywając jeden punkt zapewnił sobie pierwsze miejsce w grupie F i awans do turnieju finałowego, który odbędzie się w styczniu.

Od pierwszych sekund spotkania Duńczycy jednoznacznie dawali do zrozumienia, na jakich warunkach będą chcieli rozgrywać dzisiejsze spotkanie. Podopieczni Pera Hånberga wraz z pierwszym bulikiem ruszyli odważnie w katowicką tercję. Szczególnie aktywny był Cameron Brown, który dynamiczną jazdą na łyżwach potrafił zgubić krycie obrońców.

W 5. minucie arbitrzy odesłali na ławkę kar Kacpra Maciasia. Drużyna z Herning podczas rozgrywania przewagi pokazała wysoką kulturę gry i sprawnie operowala krążkiem. Zawodnicy, których trener Płachta oddelegował do obrony osłabienia, musieli zostawić sporo sił na lodzie, by zniwelować zagrożenie. To była jasna informacja dla drużyny z Katowic, że w dzisiejszym spotkaniu należy wystrzegać się niepotrzebnych wykluczeń.

W 8. minucie po raz kolejny świetnym dograniem popisał się Bartosz Fraszko. Wydawało się, że Sam Marklund ma w pełni otwartą drogę do bramki, jednak w ostatniej chwili jak spod lodu wyrósł parkan Macmillana Carrutha. W 10. minucie Duńczycy przeprowadzili kolejny szturm na katowicką bramkę, a chwilę później arbitrzy dopatrzyli się przewinienia Ryana Cooka

Na lodzie nie brakowało kontaktowych sytuacji, które podwyższały temperaturę pomiędzy zawodnikami, wszystkiemu jednak zapobiegali arbitrzy. W 18. minucie spotkania Olli Issaka świetnie dostrzegł na przeciwległym skrzydle Shigekiego Hitosato. Dynamiczny skrzydłowy zdołał urwać się obronie i pomknął wprost na bramkę „Niebieskich Lisów”. Z pierwszym strzałem Japończyka poradził sobie interweniujący Carruth, jednak wobec jego dobitki był już bezradny. Stracona bramka w żaden sposób jednak nie podcięła skrzydeł duńskiej drużyny. Podopieczni trenera Pera Hånberga momentalnie ruszyli do odrobienia strat. Ostatecznie zagrożeniu zażegnał Kacper Maciaś do spółki z Michałem Kielerem.

Otwarcie drugiej tercji spotkania należało do GKS-u Katowice. Mistrzowie Polski zdołali zagrozić duńskiej bramce, za sprawą Sokaya i Iisakki, jednak defensorzy z Blue Fox tym razem wywiązali się wzorowo ze swoich zadań. Chwilę później katowiczanie mieli sposobność rozegrania pierwszej przewagi. W 23. minucie spotkania na ławce kar zasiadł Magnus Carlsen. Najbliżej podwyższenia prowadzenia byli Pasiut i Hitosato, jednak ich strzały wybronił Carruth.

Intensywność i tempo spotkania robiły spore wrażenie. Gra toczyła się od bramki, do bramki. Każdy, kto myślał o przejęciu krążka musiał okupić to twardymi pojedynkami, od których aż trzeszczały bandy.

Na kolejnego gola trzeba było poczekać do początku trzeciej odsłony. Na listę strzelców wpisał się Olli Iisakka, który po profesorsku wykończył kontrę swojego zespołu. Mogło się wydawać, że jest już po meczu. Nic bardziej mylnego.

Nadzieję w serca ekipy z Danii wlał Mathias Bau Hansen, który zamienił na bramkę okres gry w przewadze. Popisał się przy tym bardzo precyzyjnym strzałem w krótki róg.

Ekipa z Herning poszła za ciosem i dwie minuty później wyrównała. Tym razem soczystym uderzeniem popisał się Jesper Thörnberg, który tym samym doprowadził do dogrywki. W tym momencie podopieczni Jacka Płachty byli pewni, że awansują do turnieju finałowego z pierwszego miejsca.

W dodatkowy czasie gry decydujący cios zadali Duńczycy, a sposób na Michała Kielera znalazł Petter Hansson. Wicemistrzowie Danii musieli uzbroić się w cierpliwość i czekać na wynik ostatniego meczu. Awans do finału dawało im zwycięstwo Ferencvárosi TC nad Cortiną.

 

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice awansował do finału Pucharu Kontynentalnego, ale go nie zorganizuje

Hokeiści GKS Katowice wygrali półfinałowy turniej Pucharu Kontynentalnego w Cortina D’Ampezzo i awansowali do finału, ale już wiadomo, że go nie zorganizują. Mistrzowie Polski poznali wszystkich rywali w turnieju finałowym PK, który odbędzie się w styczniu 2024 r.

GKS Katowice wygrał półfinałowy turniej PK w Cortina D’Ampezzo i w wielkim stylu zakwalifikował się do finału zaplanowanego na 12-14 stycznia. Katowiczanie po raz drugi dotarli do decydującej rozgrywki Pucharu Kontynentalnego. W sezonie 2018/19 roku zajęli w nim w Belfaście trzecią lokatę.

Zagraliśmy we Włoszech dobre trzy mecze z naprawdę niezłymi drużynami, a sprawa awansu do samego końca była otwarta. Zrealizowaliśmy nasz cel i po kilku latach znów zagramy w finale PK – cieszył się Roch Bogłowski, dyrektor sekcji hokejowej katowickiego klubu.

Podopieczni Jacka Płachty pokonali we Włoszech Ferencvarosi TC 5:4 i gospodarzy SG Cortinę 8:0, a w ostatnim meczu prowadzili z Herning Blue Fox 2:0 i Duńczycy dopiero w ostatnich minutach doprowadzili do dogrywki, którą później wygrali awansując do finału razem z GKS. Wywalczony punkt zapewnił mistrzom Polski pierwsze miejsce.

Bartosz Fraszko wygrał punktację kanadyjską turnieju we Włoszech, a nagrody dla najlepszych zawodników poszczególnych meczów odebrali Grzegorz Pasiut, Sam Marklund oraz Shigeki Hitosato.

Skład finalistów uzupełniły dwie najlepsze ekipy drugiego półfinału: Nomad Astana i Cardiff Devils. Katowiczanie nie będą ubiegać się o organizację turnieju finałowego, bo w połowie stycznia Spodek jest zajęty, a Satelita jest za mała i nie spełnia wymogów IIHF. Z przyczyn proceduralnym finał nie może odbyć się w Kazachstanie, więc do wyboru jako gospodarz imprezy pozostaje władzom światowego hokeja Dania i Walia, a decyzję w tej sprawie poznamy niebawem.

GKS imponował na lodzie, a na trybunach Stadio Olimpico w Cortinie dominowali katowiccy kibice, których do Włoch pojechało aż 500 i stanowili w tym niewielkim miasteczku w Dolomitach bardzo barwną grupę.

– Jesteśmy dumni, że może-my grać przed takimi kibicami. To bardzo fajne uczucie, gdy jedziesz na wyjazd i wychodząc na lód słyszysz brawa. To bardzo miłe jak możesz usłyszeć po meczu skandowane przez fanów „dziękujemy”, bo to jest nagroda za naszą ciężką pracę – powiedział Jakub Wanacki, obrońca katowiczan, przed kamerą GIEKSA TV.

Na słowa pochwały zasłużył także GieKSik, który był we Włoszech razem z drużyną.

– To była zdecydowanie najciężej pracująca maskotka w tym turnieju nie tylko na chwałę klubu, ale także logo Poland.Travel, które tam promowaliśmy, a krówki rozdawane przez GieKSika w Cortinie smakowały wszystkim – stwierdził Michał Kajzerek, rzecznik GKS.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.

Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?

Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.

A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.

Może, może (śmiech).  Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.

Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje. 

Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.

Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?

Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.

Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?

Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.

To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?

Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.

A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?

Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.

W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?

Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.

Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.

Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.

Biło serce, jak sprawdzali spalonego?

Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.

Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?

Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.

Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?

Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.

Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.

Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Realizacja piłkarskich mitów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”

Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.

Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.

GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.

Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.

Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…

No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.

Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.

Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.

Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.

Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.

Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.

Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.

Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.

Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.

Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.

Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.

A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Gra o finał to wielka duma

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać.  Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.

 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga