Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Fraszko: To zwycięstwo pragnę zadedykować naszym kibicom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Drużyna kobieca rozegrała w sobotę ostatnie jesienne spotkanie ligowe, w którym pokonała TME SMS Łódź 1:0 (1:0). W sobotę, 25 listopada, w 1/16 finału Pucharu Polski, nasz zespół zmierzy się na Bukowej z Pogonią. Mecz rozpocznie się o godzinie 13:00. Piłkarze, również w najbliższą sobotę, rozegrają ligowe spotkanie z Wisłą Kraków. Początek meczu o godzinie 17:30. Bezpośrednią transmisję przeprowadzi Polsat Sport Extra.

Siatkarze przegrali dwa kolejne spotkania w identycznym stosunku 1:3 – z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle oraz w niedzielę ze Stalą Nysa. Najbliższe spotkanie drużyna rozegra w następny poniedziałek z AZS-em Olsztyn.

Mistrzowie Polski w hokeju na lodzie zajęli pierwsze miejsce w turnieju półfinałowym Pucharu Kontynentalnego. W pierwszym meczu zespół pokonał Ferencvárosi TC 5:4. W drugim spotkaniu w turnieju, w sobotę drużyna pokonała  gospodarzy rozgrywek SG Cortina 8:0. W ostatnim spotkaniu hokeiści przegrali po dogrywce z Herning Blue Fox 2:3. Turniej finałowy zostanie rozegrany w połowie stycznia 2024 roku. W rozpoczętym tygodniu zespół rozegra dwa spotkania ligowe: w piątek, na wyjeździe z Unią Oświęcim oraz w niedzielę domowe z Cracovią Kraków. Mecze rozpoczną się odpowiednio o godzinie 18:00 i 17:00.

 

PIŁKA NOŻNA

dzienniklodzki.pl – Piłkarki UKS SMS postraszyły mistrzynie Polski

[…] Już w 8 minucie mistrzynie strzeliły pierwszego gola. Po wrzutce w pole karne łodzianek Patrycja Balcerzak nie zatrzymała Dżesiki Jaszek, piłkarka GKS Katowice znalazła się w sytuacji sam na sam z Moniką Sowalską i pokonała łódzką bramkarkę.

Mecz dobrze zaczęła świeżo upieczona kadrowiczka Natalia Krezyman, ale nie miała szczęścia w strzałach. Wiktoria Zieniewicz, Nadia Krezyman i Oliwia Domin zostały powołane na mecze pierwszej reprezentacji Polski w Lidze Narodów przeciwko Ukrainie (1.12 w Stalowej Woli, godz. 18) i Grecji (5.12 w Sosnowcu, godz. 19).

Podopieczne trenera Marka Chojnackiego przejęły inicjatywę i częściej zagrażały bramce gospodyń. W 25 minucie bardzo dobrze strzeliła głową po rzucie rożnym Patrycja Balcerzak, ale bramkarka GKS Katowice popisała się świetną interwencją.

Później, do końca pierwszej połowy, tempo meczu spadło.

Zaraz po przerwie Kinga Seweryn znów uratowała drużynę mistrzyń, broniąc strzał z bliska aktywnej Nadii Krezyman.

W 66 minucie zbyt długo zwlekała ze strzałem Paulina Filipczak i z dobrej akcji łodzianek nic nie wyszło.

Później Magdalena Dąbrowska została sfaulowana tuż przed polem karnym GKS. Z wolnego uderzała Wiktoria Zieniewicz, ale przeniosła piłkę wysoko nad poprzeczką.

Zaraz po wejściu na boisko Klaudia Maciejko mogła wyrównać, ale strzeliła wprost w bramkarkę mistrzyń. Łodzianki postraszyły mistrzynie, ale nie przeniosło się to na gole.

Łodzianki w końcówce meczu przebywały non stop na przedpolu mistrzyń Polski, ale pomysłu na strzelenie wyrównującego gola nie było. W przedłużonym czasie gry Magdalena Dąbrowska strzeliła z daleka tuż nad poprzeczką. Była blisko szczęścia Dominika Gąsieniec, ale wynik meczu nie uległ zmianie.

 

sportdziennik.com – Na celowniku

Pomimo przerwania złej passy kibice z Katowic oczekują zmiany na stanowisku trenera. Rafał Górak odejdzie?

GKS Katowice w końcu wygrał mecz. Na ten moment kibice czekali ponad dwa miesiące. Cierpliwość mimo wszystko została nadwyrężona. Fani ze stolicy województwa śląskiego w trakcie meczu z GKS-em Tychy wywiesili transparent z napisem „Nawet jak wygramy do zera, oczekujemy zmiany trenera”. Takie słowa kibiców nie mogą budzić zdziwienia.

Podopieczni Rafała Góraka w fatalnym okresie od początku września aż do niedzieli zgromadzili bardzo mało punktów. Przy życiu utrzymywała ich jedynie zaliczka z początkowej fazy rozgrywek. Rotacja na stanowisku trenera zawsze wydaje się najłatwiejszym rozwiązaniem problemów zespołu, który znajduje się w dołku i w tym przypadku miała, a może dalej ma, swoje uzasadnienie. W końcu jedna jaskółka (w postaci zwycięstwa derbowego) wiosny nie czyni, z czego trener Górak zdaje sobie sprawę.

– Jeżeli drużyna popadnie w kryzys, trzeba mocno pracować, żeby z niego wyjść. Wcale nie mówię, że teraz z niego wyszliśmy i temat jest zakończony. To by było śmieszne i absurdalne – powiedział na konferencji prasowej [Rafał Górak]. 50-latek po niedzielnym spotkaniu zdecydował się nie tyle podsumować mecz (jak mają to w zwyczaju trenerzy ligowi), co podsumować ostatnie dni w klubie. Przy Okazji niejako odnosząc się do słów kibiców przedstawionych na transparencie.

– Wiadomo, że to trudny moment. Nie wygraliśmy 8 spotkań ligowych z rzędu i miało to swój spory ciężar gatunkowy. Chciałem nadmienić, że GKS Katowice to klub czterosekcyjny. Są w nim dyrektorzy, trenerzy, pracownicy… Jest wiele osób bardzo oddanych i nie spodziewałem się, że będę spotykał się z tak wielkim zrozumieniem i wsparciem, będąc codziennie w pracy. Za to chciałbym wszystkim podziękować, bo drużyna to również czuła. Wszyscy w klubie bardzo nas w tym momencie wspierali, co nie jest oczywiste. Jeżeli zespół przegrywa, łatwo jest się od niego odwrócić.

– Tutaj jednak wszyscy, którzy mnie spotykali, czy to trenerzy innych sekcji, czy dyrektorzy, wszyscy pracownicy, mówili nam, że będzie dobrze, że na pewno wrócimy do wygrywania, tylko trzeba robić swoje i ciężko pracować. Również prezes odwiedził nas na jednym z treningów. Bardzo mocno wsparł drużynę i mnie. Za to też mu dziękuję. Zresztą dzisiaj po meczu również przyszedł do nas do szatni i widać, że wszyscy tego potrzebowaliśmy – zauważył szkoleniowiec GieKSy. Jego słowa mogą świadczyć o tym, że pomimo nacisków ze strony fanów, nie dojdzie do rotacji w sztabie szkoleniowym.

Za pozostaniem trenera na stanowisku opowiadają się również zawodnicy drużyny z Katowic. – Wspieramy trenera. Każdy z nas stoi za nim murem. Myślę, że zwycięstwo da nam trochę spokoju – stwierdził po wygranej w ostatniej kolejce Sebastian Bergier. Jednak okres, w którym zespół nie wygrywa ośmiu spotkań z rzędu – a wliczając mecz pucharowy z Górnikiem dziewięciu – z pewnością nadwyrężył zaufanie. Kolejne potknięcia mogą już nie być wybaczane. Szczególnie w klubie, który tak bardzo jest stęskniony za graniem na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Wszystkie bolączki jednym zwycięstwem z pewnością nie zostały zażegnane.

Teraz katowiczan czeka przerwa reprezentacyjna. Po niej będą musieli zmierzyć się z Wisłą Kraków, która – mimo ostatnich słabszych wyników – jest niebezpiecznym przeciwnikiem. To będzie prawdziwy sprawdzian dla GKS-u. – Teraz najważniejsze jest to, że zdobyliśmy 3 punkty w bardzo trudnym spotkaniu. Nie ma potrzeby, żeby wybiegać w przyszłość – odpowiedział krótko na pytanie o najbliższego przeciwnika trener Górak.

 

Czas na restart

Przerwa na mecze reprezentacji to dobry moment na to, żeby przygotować zespół do kolejnego etapu zmagań. Prawie dwa tygodnie wolnego od meczów o stawkę jest czasem, który szkoleniowcy mogą wykorzystać na to, aby znaleźć problemy zespołu i poprawić to, co działa źle. Sztab szkoleniowy GKS-u Katowice z pewnością ma o czym myśleć, bo drużyna spisuje się poniżej swojego potencjału. Wystarczy spojrzeć na wyniki zespołu w pierwszych 6 spotkaniach, żeby zauważyć, że wiele uległo zmianie.

GieKSa w pierwszej części sezonu przede wszystkim potrafiła niezwykle szybko przemieścić się z piłką ze swojej części boiska pod pole karne przeciwnika. Wystarczyło jej kilka podań, żeby stworzyć zagrożenie pod bramką rywala. Przede wszystkim potrafiła zdobywać bramki „z gry”. Widać to na przykładzie sierpniowego meczu z Resovią, ale także innych wygranych spotkań, m.in. ze Zniczem (2:0), Wisłą Płock (4:1) czy Chrobrym Głogów (3:1). Wszystkie te mecze odbyły się jeszcze podczas kalendarzowego lata. We wszystkich GKS był niezwykle groźny właśnie przez to, że potrafił szybko zbudować akcję, co było zaskakujące dla przeciwników.

Jednak z czasem ta umiejętność zespołowa powoli zanikała, a widzowie tylko raz na jakiś oglądali zalążki ciekawych akcji w ataku. 8 ligowych meczów bez zwycięstwa potwierdziło to, że zespół Rafała Góraka zagubił się. I nawet ostatnie, zeszłotygodniowe zwycięstwo z GKS-em Tychy pokazało, że przed katowiczanami jeszcze sporo pracy, żeby wyjść na prostą. Przede wszystkim spotkanie toczyło się powolnym tempem. Brakowało zrywów w ofensywie, przez co Maciej Kikolski nie miał zbyt wiele pracy. Jedyny raz, gdy bramkarz tyszan musiał wyciągać piłkę z siatki, miał miejsce po rzucie rożnym. Przy okazji – na plus na pewno zaliczyć należy to, że meczu z zespołem Dariusza Banasika (tydzień temu dowodzonego przez Bernarda Kapuścińskiego) GieKSa kilka razy potrafiła zamieszać w polu karnym właśnie po stałym fragmencie gry. Brakowało jednak podjęcia ryzyka przy ataku pozycyjnym czy przy możliwości budowania kontr.

Wcale nie jest tak, że drużyna z Katowic nie posiada odpowiednich umiejętności do tego, żeby kilkoma podaniami rozmontować defensywę rywala. Udowodniła, że wciąż stać ją na tworzenie ciekawych, zgranych akcji podczas spotkania w 14. kolejce, gdy grała na wyjeździe ze Stalą Rzeszów. Mecz co prawda zakończył się jedynie remisem 2:2, ale fragmentami, a przede wszystkim przy dwóch bramkach, piłkarze ze stolicy województwa śląskiego pokazali, że są w stanie konstruować szybkie ataki, które zaskakują defensywę. Gol na 1:0 rozpoczął się od długiego, płaskiego podania ze strefy obrony do ataku, żeby za chwilę, po dwóch zgraniach, Sebastian Bergier mógł cieszyć się ze strzelonej bramki. Później podobnie było przy trafieniu Dawida Brzozowskiego. Wahadłowy sam napędził akcję skrzydłem, zgrał do środka i po małym zamieszaniu w „szesnastce” wpisał się na listę strzelców.

Jest to z pewnością punkt wyjścia do zadbania o to, żeby takich sytuacji w kolejnych meczach było więcej. Podczas przerwy na spotkania reprezentacji GieKSa ma sporo czasu do namysłu oraz treningów. Zespół Rafała Góraka nie rozegrał, ani nie będzie rozgrywał żadnego sparingu, tak jak to było przy okazji poprzednich dwutygodniowych pauz. Czy przerwa od spotkań, nawet tych kontrolnych, zaowocuje powrotem do tego, co działało na początku sezonu? Przed GieKSą jeszcze 4 mecze przed zakończeniem rundy jesiennej, a co za tym idzie, sporo punktów do zdobycia.

 

SIATKÓWKA

siatka.org –ZAKSA z małymi problemami wygrała z GKS-em Katowice

Przeżywająca duże kłopoty kadrowe ZAKSA Kędzierzyn-Koźle wygrała 3:1 z GKS-em Katowice. Ekipa z Opolszczyzny wygrała pierwsze dwie partie, w trzeciej lepsi siatkarze ze stolicy Górnego Śląsk. W czwartej odsłonie meczu górą byli gospodarze, którzy odnieśli czwarte zwycięstwo w rozgrywkach. GKS w dalszym ciągu zajmuje przedostatnie miejsce w tabeli, ma zaledwie jeden punkt.

Katowiczanie rozpoczęli spotkanie od trzypunktowego prowadzenia po tym, jak kędzierzynianie seryjnie atakowali w aut (3:0). Wicemistrzowie Polski szybko jednak wyrównali po tym, jak atak skończył David Smith i zaserwował asa (3:3). Wymiana punkt za punkt nie trwała długo, a wraz z kolejnymi akcjami obie drużyny kończyły swoje pierwsze ataki. Po tym, jak akcje skończyli Łukasz Kaczmarek oraz Aleksander Śliwka kędzierzynianie prowadzili dwoma oczkami (8:6). Nie wystrzegali się jednak błędów w ofensywie gracze z Kędzierzyna-Koźla, po autowym ataku Andreasa Takvama to katowiczanie wygrywali 14:12. Obie drużyny były nieugięte i wymieniały się ciosami. Dobrze w defensywie prezentowali się katowiczanie, a Jakub Szymański wykorzystywał posyłane do niego piłki (20:19). Siatkarze GKS-u w końcowej fazie seta w sumie dwukrotnie wyszli na dwupunktowe prowadzenie, ale nie zdołali się na nim utrzymać. Nie inaczej niż na przewagi mogły zakończyć się losy inauguracyjnej odsłony, w której to Ślązacy mieli trzy piłki setowe, ale za każdym razem kończył ze środka Smith, który po chwili posłała asa. Jego dobra zagrywka przyczyniła się następnie do bloku na Szymańskim (28:26).

Kapitalnie, bo od prowadzenia 6:0 głównie po atakach Bartosza Bednorza i błędach przeciwnika rozpoczęli drugą odsłonę trzykrotni zwycięzcy Ligi Mistrzów. Konsekwentnie budowali swoją przewagę podopieczni trenera Sammelvuo. Bardzo dobrą serią w polu zagrywki popisał się Bednorz, który zaserwował w sumie trzy asy (12:3). Taka przewaga pozwoliła grać kędzierzynianom punkt za punkt. Katowiczanom z kolei brakowało zrywu oraz serii. Nie do zatrzymania wręcz byli siatkarze ZAKSY, a atakujący raz po raz Łukasz Kaczmarek został zablokowany dopiero w końcówce (13:20). Po chwili atakujący dołożył jeszcze dwa uderzenia, a dzieło zniszczenia zakończył blok na Jaroszu (25:15).

Początek trzeciej części to gra punkt za punkt z obu stron do stanu 4:4. Błędy własne gospodarzy oraz wrzucony szósty bieg przez Marcina Walińskiego dały GieKSie prowadzenie. As serwisowy Piotra Fenoszyna zmusił szkoleniowca ZAKSY do przerwania gry (5:9). Dalszy obraz rywalizacji to gra punkt za punkt z przewagą trzech-czterech punktów przez katowiczan. Kędzierzynianie jednak zaczęli odrabiać straty po tym, jak swoje ataki skończyli Bednorz i Smith, a błąd popełnił Waliński (15:16). Drużyna z Katowic szybko wróciła do swojego prowadzenia, zachowując wysoką skuteczność w ataku, podczas gdy ekipa z Opolszczyzny natrafiła na spore trudności w ofensywie. Zepsuta zagrywka Bednorza dała podopiecznym trenera Słabego kontakt w meczu (25:21).

Pierwsze fragmenty czwartej partii to również gra punkt za punkt, tym razem do stanu 6:6. Po stronie GKS-u nieustannie dawał o sobie znać Waliński, podczas gdy w szeregach ZAKSY Radosław Gil aktywował każde ogniwo, chociaż nie sposób nie wspomnieć o Kaczmarku i Bednorzu. Pierwszy z nich atakował, a drugi blokował. Atakujący dołożył jeszcze asa i wicemistrzowie prowadzili 12:8. Jeszcze przez dobrych kilka minut trwała przepychanka pomiędzy obiema ekipami, ale blok na Damianie Domagale oraz as Smitha zarysowały przewagę gospodarzy (19:14). O tym, że katowiczanie nie złożyli broni, przekonał zryw Domagały, który zaserwował dwa asy i dołożył atak (19:20). W samej końcówce wynik oscylował wokół remisu, ale to ZAKSA prowadziła i postawiła kropkę nad “i” dwoma skończonymi atakami Smitha.

Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle – GKS Katowice 3:1 (28:26, 25:15, 21:25, 25:23)

 

Emocji nie brakowało, ale komplet punktów z Katowic pojechał do Nysy

GKS Katowice mecz przeciwko PSG Stali Nysa rozpoczął od mocnego uderzenia i pewnie wygrał pierwszego seta. W kolejnych odsłonach podopieczni Daniela Plińskiego wrócili do swojej gry i oba zespoły toczyły walkę cios za cios. Jednak w decydujących momentach lepiej radzili sobie zawodnicy z Nysy, których liderem był Michał Gierżot.

Od pierwszej akcji na pozycji rozgrywającego pojawił się Piotr Fenoszyn. Katowiczanie dobrze rozpoczęli to spotkanie. Po asie serwisowym Sebastiana Adamczyka wyszli na dwupunktowe prowadzenie, które powiększyli Jakub Jarosz i Marcin Waliński (9:5). Gospodarze dobrze spisywali się w elemencie bloku i czytali zamiary atakujących rywali. Po skutecznej ,,czapie” Bartłomieja Krulickiego mieli pięciopunktową przewagę. Przyjezdni mieli spore problemy z pierwszą akcją. Brak kończącego ataku sprawiał, że miejscowi mogli grać kontry, w których byli skuteczni. Po wykorzystaniu przechodzącej piłki przez Lukáša Vašine zrobiło się 15:7. Czech był bardzo widoczny zarówno w ataku z lewego skrzydła, jak i bloku. Gracze GKS-u wyraźnie zdominowali swoich rywali. Niezłe wejście zanotował Wojciech Włodarczyk, ale to Michał Gierżot był liderem swojego zespołu. W końcówce premierowej odsłony spotkania nic się nie zmieniło. Podopieczni Grzegorza Słabego zwiększali dystans i po punktowym serwisie Walińskiego zakończyli seta (25:14).

W pierwszym secie w ekipie Gieksy jedynie Marcin Waliński miał problemy z kończącym atakiem. Po dwóch błędach tego zawodnika w ofensywie zrobiło się 3:6. Dodatkowo blokiem powstrzymany został Jakub Jarosz, a Zouheir El Graoui wykorzystał kontrę i przewaga gości wynosiła pięć ,,oczek”. Sytuacja na boisku odwróciła się, a podopieczni Daniela Plińskiego prezentowali się znacznie lepiej. U katowiczan zaczął zawodzić serwis, który był mocnym ich elementem w pierwszej partii. Element ten zaczął funkcjonować natomiast u graczy PSG Stali. Cztero bądź pięciopunktowe prowadzenie utrzymywało się przez dłuższy czas i dopiero po asie serwisowym Kamila Kosiby było 18:12. Gospodarze nie potrafili się zbliżyć, a luka w postaci Walińskiego na lewej flance była coraz bardziej widoczna. Przyjezdni mogli grać spokojnie w końcówce seta, gdyż ich prowadzenie nie było ani na moment zagrożone. Po zatrzymaniu Walińskiego prowadzili 23:16 i niewiele zmieniło się do końca. Seta zakończył dobry atak Remigiusza Kapicy (25:19).

Znacznie wyższa skuteczność w ataku zawodników PSG Stali przekładała się na wynik poprzedniej partii. Na początku trzeciej części meczu wyróżniał się Jakub Abramowicz, którego ataki oraz zagrywka sprawiły, że było 5:2. Od tego momentu rozpoczęła się gra punkt za punkt i dopiero wykorzystana kontra przez Jakuba Jarosza sytuację tą zmieniła. Siatkarze Plińskiego utknęli w jednym ustawieniu i po trafieniu z krótkiej przez Sebastiana Adamczyka było 10:9. Poziom zawodów wyrównał się, a wynik oscylował wokół remisu. Obu drużynom nie można było odmówić waleczności, ale popełniali sporo błędów w polu serwisowym. Prowadzący zmieniał się i po zagraniu blok-aut Lukáša Vašiny było 17:16, by po asach serwisowych Remigiusza Kapicy goście mieli dwa ,,oczka” więcej (21:19). Końcówka zapowiadała się emocjonująco, gdyż świetne wejście na zagrywkę zanotował Łukasz Kozub doprowadzając do wyrównania (21:21). Jednak miejscowi nie wykorzystali nadarzających się okazji i po błędach Marcina Walińskiego przegrywali 22:24. Do końca partii nie zapunktowali i trochę na własne życzenie przegrali seta.

Po wykorzystaniu przechodzącej piłki przez Lukáša Vašine katowiczanie mieli dwupunktowe prowadzenie. Jednak chwilę później zatrzymany został Jakub Jarosz i zrobiło się po 6. Dwa asy serwisowe Dominika Kramczyńskiego pozwoliły gościom uzyskać przewagę, ale także im nie udało się jej długo utrzymać. Przebieg tej partii wyglądał podobnie jak poprzedniej części. Obie drużyny szły łeb w łeb, a każda próba ucieczki była natychmiastowo niwelowana. Dobre zawody rozgrywali Jakub Jarosz oraz Michał Gierżot i to na ich barkach spoczywał głównie ciężar gry w ofensywie. Po raz kolejny końcówkę lepiej zagrali przyjezdni, którzy popisywali się lepszymi umiejętnościami indywidualnymi. Po ustrzeleniu zagrywką Marcina Walińskiego prowadzili 19:17, a gdy dłuższą wymianę skończył Zouheir El Graoui – 21:18. Zawodnicy Słabego nie potrafili wyciągnąć wniosków z poprzedniego seta, a dodatkowo cały czas mieli problemy z lewym skrzydłem. Od stanu 20:22 punktowała tylko ekipa Plińskiego i to oni mimo fatalnego początku wygrali to spotkanie. Odnieśli tym samym drugie zwycięstwo w sezonie i z dorobkiem dziesięciu punktów awansowali na ósme miejsce w tabeli PlusLigi.

GKS Katowice – PSG Stal Nysa 1:3 (25:14, 19:25, 22:25, 20:25)

 

HOKEJ

sportdziennik.com – Jedna zagadka

Kwartet finałowego turnieju Pucharu Polski w Krynicy-Zdroju jest już znany. Po reprezentacyjnej przerwie wyjaśni się tylko zagadka związana z lokatami GKS-u Tychy i JKH GKS-u Jastrzębie. Ten drugi zespół jest biernym obserwatorem, bo już zakończył drugą rundę. Pozycje nr 1 GKS-u Katowice oraz nr 2 Re-Plastu Unii są niezagrożone. Hokeistom z Oświęcimia potrzebny jest punkt w Toruniu, by startować z wyższego miejsca. I z jego zdobyciem nie powinno być kłopotu, bo ekipa Nika Zupancicia uchodzi za faworyta.

 

Po awans i premię

GKS Katowice przed półfinałem Pucharu Kontynentalnego. Hokeiści GieKSy wcale nie ukrywają swoich celów i lubimy tak jasno stawianie sprawy.

Węgierski Ferencvarosi TC, duński Herning Blue Fox oraz gospodarz Cortina d’Ampezzo – to rywale GKS-u Katowice w półfinale Pucharu Kontynentalnego. W poprzednim sezonie hokeiści z Katowice występowali z niezłym skutkiem w eliminacjach Ligi Mistrzów, ale w tym ilość uczestników został zredukowana i stąd też mistrz naszego kraju nie otrzymał zaproszenia. – Nic to, pokażemy się z dobrej strony w pucharze niższej rangi i pragniemy do finału – mówili hokeiści jeszcze na długo przed wyjazdem do włoskiego kurortu hokeiści GKS-u.

Tylko Jakub Wanacki i Igor Smal otrzymali nominacje do drużyny, która rozgrywała, z dobrym skutkiem, turniej O Puchar Niepodległości w Sosnowcu. – Mieliśmy trochę czasu na wypoczynek i oderwanie się od hokejowej codzienności – mówi trener GKS-u, Jacek Płachta. – Później przystąpiliśmy do mocniejszych treningów tak by jak najlepiej przygotować się do tej trzydniowej batalii oraz potem ligowych meczów. Ostatnie dni przed wylotem do Włoch i już przygotowywaliśmy się pod względem taktycznym.

– Sporo doświadczenia zdobyliśmy podczas ubiegłorocznych zmagań w Lidze Mistrzów i to na pewno będzie procentowało podczas tej imprezy. Niech nikt nie myśli, że to będzie sportowy spacerek w ładnym kurorcie. Umiejętności wszystkich drużyn są podobne i każda z nich ma szansę znaleźć na dwóch premiowanych miejscach. My jednak jedziemy z mocnym postanowieniem znaleźć w gronie szczęśliwców. Naszą dobrą postawę w lidze pragniemy przenieść na arenę międzynarodową.

Zespół GieKSy w ligowych zmaganiach nie poniósł porażki w 17. spotkaniach. Źródeł tego wyczynu można przytoczyć wiele, ale ekipa jest odpowiednio złożona i to spora zasługa działaczy oraz szkoleniowców. Oni nie działają na „łapu capu” i każdy kandydat jest odpowiednio „prześwietlany” nie tylko pod względem umiejętności technicznych, ale również charakteru. Obcokrajowcy od początku sezonu prezentują się zdecydowanie lepiej niż w poprzednim. Stąd też taka seria zwycięstw.

– Na co dzień gramy zupełnie nieźle, choć przegraliśmy spotkanie o Superpuchar Polski i podczas wewnętrznych rozmów ten mecz powraca – wyjawia kapitan i lider GKS-u, Grzegorz Pasiut. – Występ pucharowy to fajna przygoda, bo przecież spotkamy się z nieznanymi rywalami. Trenerzy już analizowali ich dokonania i podzielą się z nami wiedzą. Naszym celem jest awans i z optymizmem patrzę w najbliższą przyszłość. Gramy stabilnie, konsekwentnie i stawką jest finał, a więc nie potrzeba dodatkowej motywacji.

Czy przewidziano premie za awans do finału? W GKS-ie regulamin premii jest ustalany przed sezonem i półfinał oraz finał Pucharu Kontynentalnego został uwzględniony – to usłyszeliśmy od kapitana.

GKS w sezonie 2018/19 również występował w tych rozgrywkach i w ostatecznym rozrachunku zajął trzecie miejsce w Belfaście. Teraz ten wyczyn hokeiści chcieliby poprawić.

Najgroźniejszym rywalem wydają się być gospodarze, którzy na co dzień występują w Lidze Alpejskiej (zespołu z Austrii, Słowenii i Włoch). Nie można zapominać o drużynie z Herning, która w silnej lidze duńskiej odgrywa czołową rolę i na tę chwilę zajmuje drugie miejsce za „Piratami” z Aalborga (uczestnicy LM). Nie można lekceważyć ekipy węgierskiej, ale ona wydaje się być najsłabsza w tym gronie.

Finał zostanie rozegrany od 12 do 14 stycznia 2024 r., ale lokalizacji jeszcze nie ustalono.

 

Pasiut show i wygrana GieKSy!

Grzegorz Pasiut, kapitan i  lider GKS-u Katowice, w inauguracyjnym meczu półfinałowym turnieju Pucharu Kontynentalnego w Cortina d’Ampezzo z Ferencvarosi zdobył cztery gole i było „ojcem” wygranej z węgierską ekipą 5:4. GieKSa prowadziła już 5:1, ale w ostatniej odsłonie było sporo emocji. Ostatecznie liczy się końcowy rezultat.

Hokeiści GKS-u przez całą pierwsza tercję posiadali sporą przewagę, ale wynik był remisowy 1:1. Katowiczanie z impetem przystąpili do tego spotkania i już w pierwszej akcji zatrudnili węgierskiego bramkarza. Ich przewaga została udokumentowana bramką Grzegorza Pasiuta. W 13 min na strzał zdecydował się Bartosz Fraszko, zaś kapitan GieKSy przekierował krążek do siatki. Wszystko wydawało się być do kontrolą zespołu trenera Jacka Płachty, ale na początku 15 min karę za opóźnianie otrzymał Pasiut, ale w boksie kar przebywał zaledwie 9 sek., bowiem Adam Brady pokonał Johna Murraya. Po tej stracie wszystko wróciło do normy, czyli inicjatywa należała do GKS-u. W 20 min najpierw na ławie kar znalazł się Zsombor Galajda, zaś chwilę potem Josef Hrabal.

Tak więc przez 1:25 min katowiczanie mieli grać komplecie przeciwko trójce rywali. 11 sek. do końca odsłony węgierski zespół zdołał się obronić. Jednak 27 sek. drugie odsłony sprawiło, że GKS wyszedł na prowadzenie, bo Noah Delmas popisał się uderzeniem nie do obrony. Inicjatywa należała do katowiczan i było wiele ciekawych akcji w tercji węgierskiej drużyny. W 27 min niezawodny duet Fraszko – Pasiut przeprowadził udany akcję i w rezultacie ten drugi po raz kolejny trafił do siatki rywali. Ze spokojem czekaliśmy na kolejne minuty, bo inicjatywa należała do katowiczan, ale nie  doczekaliśmy się goli. Mistrzowie kraju prezentowali się niezwykle dojrzale i w pełni kontrolowali wydarzenia na lodzie.

I nic nie wskazywało, że będziemy mieli spore emocje w ostatniej odsłonie. W 45 min Pasiut po raz kolejny trafił do węgierskiej bramki i GieKSa prowadziła już 5:1. Jednak nagle nastąpiło złamanie pogody, bo goście najpierw za sprawą Atilli Nemetha, a potem Alana La Porte zmniejszyli rozmiary porażki. Węgierski zespół nadal nie rezygnował ze zdobycia gol i w końcu zdobył kontaktowego gola. Hokeiści GKS-u opanowali turbulencje i zdołali obronić korzystny rezultat. Wydawało się, że będzie łatwo, a tymczasem były problemy. Nolan LaPorte zdobył dwa gole i zrobiło się dla GKS-u gorąco. Ostatecznie zespół z Katowic wygrał i w teraz czeka go spotkanie z gospodarzami z Cortiny. Ono może zadecydować o awansie do finału.

 

GKS Katowice w finale!

– Chcemy awansować do finału Pucharu Kontynentalnego – tak zapowiedział trener obrońców tytułu mistrzowskiego, Jacek Płachta.

Chyba on i jego podopieczni nie spodziewali się, że to już nastąpi po drugim meczu w półfinale turnieju. „GieKSa”wywalcza awans do finału. A tymczasem się wręcz zaprezentowała się znakomicie i rozgromiła gospodarzy turnieju aż 8:0. Nic tylko się cieszyć tylko z tego osiągnięcia GKS-u Katowice!

Mało kto się spodziewał, że pierwsza odsłona będzie tak znakomita w wykonaniu hokeistów GKS-u. Zaczęli spotkanie ostrożnie tak jakby oczekiwali inicjatywy ze strony gospodarza turnieju. Worek z bramkami otworzył, podczas pierwszej przewagi gdy w boksie kar zasiadł Diego Cugleitta i po 56 sek. Sam Marklund po ładnej kombinacji zdobył pierwszego gola, a potem szybko były kolejne, w tym w przewadze uzyskany przez Szweda.

Katowiczanie grali jak w transie i po czwartej bramce Mateusza Michalskiego. Trener miejscowych hokeistów był zmuszony zmienić bramkarza. Na lodzie pojawił się Sandro Lancedalli, ale i on na 23 sek. przepuścił krążek po strzale ponownie Michalskiego. To był prawdziwy hokejowy nokaut w wykonaniu mistrzów Polski!

A w kolejnej odsłonie ekipa trenera Jacka Płachty szybko zdobyła kolejna bramkę, a potem pewnie kontrolowała wydarzenia na tafli. W końcu w 30 min Shigeki Hitosato zdobył kolejnego w przewadze gdy na ławie kar przebywał Francesco Adami. I już wszystko było pod kontrolą katowiczan. To był niemal perfekcyjny mecz w wykonaniu zespołu z Katowic.

 

Dogrywka wyłoniła zwycięzcę

Hokeiści GKS-u, mając zapewniony awans, w ostatnim spotkaniu z duńskim Herning już nie musieli forsować tempa.

W bramce zamiast Johna Murraya pojawił się Michał Kieler i również bronił z dużym wyczuciem. Skapitulował dopiero w ostatniej odsłonie. Katowiczanie po 40 min prowadzili po golu Japończyka Shigekiego Hitosato. Ale okazji było zdecydowanie więcej, ale krążek nie chciał wpaść do bramki. Kiedy Olli Iisakka podwyższył wynik na 2:0 chyba nikt nie przypuszczał, że w końcowych fragmentach będzie tyle emocji.

Najpierw Mathias Bau zaledwie po 5 sek. przewagi (w boksie kar Hampus Olsson) zdobył kontaktową bramkę, a potem Jesper Thornberg zaskoczył nieco zasłoniętego Kielera. W 58:05 min duńska bramkę opuścił Macmillan Carruth,ale ten manewr nie przyniósl efektu. O wygranej duńskiej drużyny zadecydował gol Pettera Hanssona w 62 min. Punkt zdobyty zapewnił GKS-owi pierwsze miejsce w tym turnieju.

 

hokej.net – Kacper Maciaś: Naszym założeniem jest wygrać każdy mecz

GKS Katowice w spotkaniu inaugurującym trzecią rundę Pucharu Kontynentalnego, pokonał Ferencvárosi TC 5:4. Choć mistrzowie Polski prowadzili już różnicą czterech bramek, to rywale w końcówce spotkania zdołali złapać kontakt. O przebiegu spotkania porozmawialiśmy z Kacprem Maciasiem, obrońcą GKS-u Katowice.

Dla wielu kibiców dyspozycja GieKSy w piątkowym spotkaniu była sporą niewiadomą. Drużyna Jacka Płachty pozostawała dwa tygodnie bez rozegranego meczu. Wszelkie obawy kibiców odeszły jednak wraz z pierwszym bulikiem. Trójkolorowi od pierwszych sekund przejęli inicjatywę nad wydarzeniami na lodzie, w pełni kontrolując przebieg spotkania. Jakie odczucia towarzyszyły Kacprowi Maciasiowi w związku z powrotem do rywalizacji?

–Ciężko trenowaliśmy przez te dwa tygodnie, właśnie po to, aby nie stracić naszej dobrej formy. Wiadomo, że rytm meczowy, to zupełnie inna sprawa, czego nie da się zastąpić treningami. Początkowe minuty przebiegały na odnalezieniu właściwego rytmu. Jednakgdy złapaliśmy swoje tempo, to aż do ostatnich 10 minut nasza gra wyglądała bardzo dobrze – wyjaśnił defensor 20-letni defensor.

Wynik spotkania otworzył GKS Katowice, jednak przed zakończeniem pierwszej tercji zawodnicy Ferencvárosi zdołali wyrównać wynik meczu. W ostatniej minucie pierwszej odsłony spotkania na mistrzów Węgier zostały nałożone dwie kary, których nie zdołali wybronić na początku drugiej tercji. Czy zdaniem Kacpra Maciasia, był to moment, który zadecydował o dalszym przebiegu spotkania ?

–Tak, to był bardzo ważny moment spotkania. Udało nam się ponownie wyjść na prowadzenie, a chwilę później „poszły” kolejne bramki. Myślę, że wykorzystanie tej przewagi zdeterminowało dalsze wydarzenia – zauważył zawodnik

GKS Katowice długimi momentami prezentował bardzo efektywny hokej, imponując szybkim rozegraniem krążka. Niestety w ostatnich dziesięciu minutach spotkania zawodnicy Ferencvárosi wykazali się niezwykłą determinacją, która pozwoliła im zdobyć bramkę kontaktową. Co przyczyniło się do tego, że w pełni kontrolowane spotkanie przerodziło się w nerwową końcówkę?

– Naszym założeniem jest wygrać każdy mecz. Niestety nie ustrzegliśmy się niedociągnięć, które pozwoliły przeciwnikowi wrócić do tego spotkania. Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, jednak nie da się całkowicie wyciąć z głowy tego, że prowadzisz czterema bramkami. Pod tym względem powinniśmy być lepiej przygotowani do rozgrywania końcówek ważnych spotkań – zakończył rozmowę Kacper Maciaś.

 

Pasiut: Chyba więcej mam bramek w tym turnieju niż w całej lidze w tym sezonie

Iście genialny i piorunujący mecz zagrał wczoraj Grzegorz Pasiut. „Profesor” w zwycięskim meczu 5:4 z Ferencvárosi TC w Pucharze Kontynentalnym miał udział przy każdej zdobytej bramce, inkasując cztery gole i asystę.

– Nie pamiętam kiedy ostatni raz strzeliłem cztery bramki w jednym meczu, bo chyba więcej mam w tym turnieju niż w całej lidze w tym sezonie. Sięgam pamięcią, ale nie pamiętam kiedy strzeliłem cztery bramki– powiedział Grzegorz Pasiut

Wynik spotkania otworzył GKS Katowice, jednak przed zakończeniem pierwszej tercji zawodnicy Ferencvárosi zdołali wyrównać wynik meczu. W drugiej tercji to jednak Polacy dwukrotnie ukłuli, co zrobili również potem na początku trzeciej odsłony, czym przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść.

– Cieszy zwycięstwo, wiemy, że to jest turniej i każdy mecz będzie ważny, każdy punkt, więc na pewno cieszy to zwycięstwo. Z przebiegu tego meczu na pewno musimy lepiej musimy zachować się w osłabieniach, bo jednak te bramki wpadały. Bez względu na to, kto dzisiaj strzelał, wygraliśmy jako drużyna i chciałbym jutro to powtórzyć– zaznaczył napastnik mistrzów Polski.

– Staraliśmy się grać najlepiej jak potrafimy, robimy to w każdym meczu, może nie w każdym wychodzi to tak, jakbyśmy chcieli, ale my wiemy, że jutro też jest mecz i musimy się na nim koncentrować, a dzisiejszy mecz to historia– dodał.

Do Cortiny D’Ampezzo przyjechała również spora liczba kibiców GieKSy, a filmiki z ich dopingu możecie znaleźć na naszym facebooku.

– Znamy naszych kibiców z kibicowania i dopingowania w Satelicie czy z dalekich wyjazdów, tak jak tutaj we Włoszech, tak że cieszymy się, że po raz kolejny licznie przyjechali i nas wspierają– przyznał „Profesor”.

 

Fraszko: To zwycięstwo pragnę zadedykować naszym kibicom

Świetną dyspozycję w ostatnich dniach prezentuje GKS Katowice. Mistrzowie Polski w swoim drugim grupowym spotkaniu rozbili SGC Hafro Cortine 8:0. Imponujące zwycięstwo pozwoliło mistrzom Polski umocnić się na pozycji lidera grupy F. O wrażeniach pomeczowych oraz trudach turnieju porozmawialiśmy z Bartoszem Fraszko, jednym z głównych architektów zwycięstw GKS-u.

Grupowym rywalom GKS-u ciężko jest przeciwstawić się sile katowickiej ofensywy. W dwóch dotychczas rozegranych spotkaniach drużyna Jacka Płachty zdobyła 13 bramek. Podobnie jak w meczu przeciwko Ferencvárosi TC, w sobotnim spotkaniu mistrzowie Polski od pierwszych minut starali się narzucić swoje warunki gry. Co jednak najważniejsze – trójkolorowiw swoim drugim występie, zdołali utrzymać koncentracje do ostatnich minut, w pełni kontrolując wynik spotkania. Jak to spotkanie wyglądało z perspektywy Bartosza Fraszko?

– Cała drużyna dobrze się czuła na lodzie, dzięki czemu mogliśmy pokazać naszą prawdziwą siłę. Nie popełniliśmy błędów z wczoraj, kiedy niepotrzebnie doprowadziliśmy do nerwowej końcówki spotkania. Mając mecz pod absolutną kontrolą, oddaliśmy pole przeciwnikowi. Od pierwszej do ostatniej minuty walczyliśmy jeden za drugiego. Cieszy też na pewno to, że zagraliśmy na zero z tyłu – wyjaśnił skrzydłowy GKS-u.

Trudno nie odnieść wrażenia, że w momencie, kiedy pada bramka dla GKS-u, na lodzie musi znajdować Bartosz Fraszko. Przebojowy skrzydłowy, chociaż samemu nie wpisał się na listę strzelców, to asystował aż przy siedmiu bramkach. Najlepiej przekonali się o tym Grzegorz Pasiut oraz Sam Marklund, którzy najchętniej trafiali, po kluczowych podaniach Fraszki. Jaki jest sekret tak dobrej dyspozycji Bartosza i czy przepisem na pokaźny dorobek strzelecki jest po prostu gra z nim w jednej formacji?

– Nie wiem, czy to już jest dobra dyspozycja, ale mam nadzieję, że wszystko zmierza w tym kierunku. Fajnie, że przewagi zaczęły funkcjonować, tak jak powinny. Sam dzisiaj strzelił dwie bramki właśnie w przewagach, po naprawdę ładnych akcjach. Z Grzesiem gramy ze sobą, już naprawdę kilka dobrych lat. Rozumiemy się doskonale, czasami wręcz grając na siebie „w ciemno”. Cieszy to, że zarówno gra w piątce z Mateuszem nam się układa, jak i podczas formacji specjalnych. Oby tak dalej– zauważył Bartosz Fraszko.

Charakter turnieju sprawia, że czasu na wyciągnięcie wniosków i wdrożenie ewentualnych zmian, jest naprawdę niewiele. Czy zawodnikom GKS-u udało się znaleźć rozwiązanie problemu nerwowej końcówki z meczu przeciwko Ferencvárosi?

– Powiedzieliśmy sobie wczoraj po meczu, że takie rzeczy nie mogą się nam więcej przydarzać. Jesteśmy zbyt doświadczoną drużyną aby w takim sposób gubić wypracowaną przewagę. Potem w play-offach takie momenty mogą nas kosztować bardzo wiele, a przecież wiemy o co gramy w tym sezonie. Z takich słabszych momentów trzeba wyciągać wnioski. Po wczorajszym meczu, udało się to zrobić i dzisiaj zagraliśmy na zero z tyłu– wyjaśnił zawodnik.

W ostatnim spotkaniu GKS Katowice zmierzy się z duńskim Herning Blue Fox. Wicemistrzowie Danii mając na swoim koncie wygraną oraz porażkę sklasyfikowani są na trzecim miejscu w tabeli. Jeżeli myślą o zachowaniu szans na wyjście z grupy, w niedzielnym spotkaniu muszą zagrać trzy punkty. Jakiego spotkania spodziewa się Bartosz Fraszko?

– Przyjechaliśmy na ten turniej, z myślą o komplecie zwycięstw. Mamy niewiele czasu na regeneracje, bo tak na prawdę jest to tylko kilkanaście godzin. Ale ciężko trenowaliśmy przez ostatnie dwa tygodnie, aby być gotowym na taką intensywność i jutro wychodzimy po kolejne trzy punkty– dodał napastnik.

Nieodzownym elementem występów GKS-u Katowice, jest potężna, „żółta armia” kibiców, którzy podążają za swoją drużyną. Katowiccy fani gorącym dopingiem sprawiają, że podopieczni Jacka Płachty grając przeszło 1000 km od Katowic, mogą poczuć atmosferę podobną do tej, jaka panuje w „Satelicie”. Czy zawodnicy odczuwają tą energie na lodzie?

– Ja byłem już pod wrażeniem naszych kibiców w zeszłym sezonie, kiedy meldowali się na wyjazdowych spotkaniach Ligi Mistrzów. W każdym meczu są naszym siódmym zawodnikiem. Są takie momenty spotkania, kiedy naprawdę jest ciężko, pomimo tego, że dajesz z siebie absolutnie wszystko. Wtedy ta ściana, którą masz za plecami, napędza Cię aby walczyć jeszcze mocniej. Myślę, że to zwycięstwo należy zadedykować naszym kibicom– zakończył Bartosz Fraszko.

Osobną kwestią jest organizacja turnieju. Wczoraj zarówno szefostwo katowickiego klubu, podobnie jak i my, próbowaliśmy oficjalnie potwierdzić, czy wysokie zwycięstwo z mistrzem Włoch daje już awans katowiczanom do Turnieju Finałowego. Organizatorzy nie odnieśli się do zapytań, a dziś w mediach społecznościowych Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie poinformowali, że GieKSa oraz Nomad Astana awansowały do wielkiego finału.

 

GieKSa z porażką, ale z pierwszym miejscem w grupie! Awans do finału stał się faktem

Potrzebna była dogrywka, aby wyłonić zwycięzcę w spotkaniu GKS-u Katowice z Herning Blue Fox. Po niezwykle emocjonującym meczu, utrzymywanym w szybkim tempie, lepsi okazali się Duńczycy. Autorem złotego gola został Petter Hansson. Pomimo porażki GKS Katowice zdobywając jeden punkt zapewnił sobie pierwsze miejsce w grupie F i awans do turnieju finałowego, który odbędzie się w styczniu.

Od pierwszych sekund spotkania Duńczycy jednoznacznie dawali do zrozumienia, na jakich warunkach będą chcieli rozgrywać dzisiejsze spotkanie. Podopieczni Pera Hånberga wraz z pierwszym bulikiem ruszyli odważnie w katowicką tercję. Szczególnie aktywny był Cameron Brown, który dynamiczną jazdą na łyżwach potrafił zgubić krycie obrońców.

W 5. minucie arbitrzy odesłali na ławkę kar Kacpra Maciasia. Drużyna z Herning podczas rozgrywania przewagi pokazała wysoką kulturę gry i sprawnie operowala krążkiem. Zawodnicy, których trener Płachta oddelegował do obrony osłabienia, musieli zostawić sporo sił na lodzie, by zniwelować zagrożenie. To była jasna informacja dla drużyny z Katowic, że w dzisiejszym spotkaniu należy wystrzegać się niepotrzebnych wykluczeń.

W 8. minucie po raz kolejny świetnym dograniem popisał się Bartosz Fraszko. Wydawało się, że Sam Marklund ma w pełni otwartą drogę do bramki, jednak w ostatniej chwili jak spod lodu wyrósł parkan Macmillana Carrutha. W 10. minucie Duńczycy przeprowadzili kolejny szturm na katowicką bramkę, a chwilę później arbitrzy dopatrzyli się przewinienia Ryana Cooka

Na lodzie nie brakowało kontaktowych sytuacji, które podwyższały temperaturę pomiędzy zawodnikami, wszystkiemu jednak zapobiegali arbitrzy. W 18. minucie spotkania Olli Issaka świetnie dostrzegł na przeciwległym skrzydle Shigekiego Hitosato. Dynamiczny skrzydłowy zdołał urwać się obronie i pomknął wprost na bramkę „Niebieskich Lisów”. Z pierwszym strzałem Japończyka poradził sobie interweniujący Carruth, jednak wobec jego dobitki był już bezradny. Stracona bramka w żaden sposób jednak nie podcięła skrzydeł duńskiej drużyny. Podopieczni trenera Pera Hånberga momentalnie ruszyli do odrobienia strat. Ostatecznie zagrożeniu zażegnał Kacper Maciaś do spółki z Michałem Kielerem.

Otwarcie drugiej tercji spotkania należało do GKS-u Katowice. Mistrzowie Polski zdołali zagrozić duńskiej bramce, za sprawą Sokaya i Iisakki, jednak defensorzy z Blue Fox tym razem wywiązali się wzorowo ze swoich zadań. Chwilę później katowiczanie mieli sposobność rozegrania pierwszej przewagi. W 23. minucie spotkania na ławce kar zasiadł Magnus Carlsen. Najbliżej podwyższenia prowadzenia byli Pasiut i Hitosato, jednak ich strzały wybronił Carruth.

Intensywność i tempo spotkania robiły spore wrażenie. Gra toczyła się od bramki, do bramki. Każdy, kto myślał o przejęciu krążka musiał okupić to twardymi pojedynkami, od których aż trzeszczały bandy.

Na kolejnego gola trzeba było poczekać do początku trzeciej odsłony. Na listę strzelców wpisał się Olli Iisakka, który po profesorsku wykończył kontrę swojego zespołu. Mogło się wydawać, że jest już po meczu. Nic bardziej mylnego.

Nadzieję w serca ekipy z Danii wlał Mathias Bau Hansen, który zamienił na bramkę okres gry w przewadze. Popisał się przy tym bardzo precyzyjnym strzałem w krótki róg.

Ekipa z Herning poszła za ciosem i dwie minuty później wyrównała. Tym razem soczystym uderzeniem popisał się Jesper Thörnberg, który tym samym doprowadził do dogrywki. W tym momencie podopieczni Jacka Płachty byli pewni, że awansują do turnieju finałowego z pierwszego miejsca.

W dodatkowy czasie gry decydujący cios zadali Duńczycy, a sposób na Michała Kielera znalazł Petter Hansson. Wicemistrzowie Danii musieli uzbroić się w cierpliwość i czekać na wynik ostatniego meczu. Awans do finału dawało im zwycięstwo Ferencvárosi TC nad Cortiną.

 

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice awansował do finału Pucharu Kontynentalnego, ale go nie zorganizuje

Hokeiści GKS Katowice wygrali półfinałowy turniej Pucharu Kontynentalnego w Cortina D’Ampezzo i awansowali do finału, ale już wiadomo, że go nie zorganizują. Mistrzowie Polski poznali wszystkich rywali w turnieju finałowym PK, który odbędzie się w styczniu 2024 r.

GKS Katowice wygrał półfinałowy turniej PK w Cortina D’Ampezzo i w wielkim stylu zakwalifikował się do finału zaplanowanego na 12-14 stycznia. Katowiczanie po raz drugi dotarli do decydującej rozgrywki Pucharu Kontynentalnego. W sezonie 2018/19 roku zajęli w nim w Belfaście trzecią lokatę.

Zagraliśmy we Włoszech dobre trzy mecze z naprawdę niezłymi drużynami, a sprawa awansu do samego końca była otwarta. Zrealizowaliśmy nasz cel i po kilku latach znów zagramy w finale PK – cieszył się Roch Bogłowski, dyrektor sekcji hokejowej katowickiego klubu.

Podopieczni Jacka Płachty pokonali we Włoszech Ferencvarosi TC 5:4 i gospodarzy SG Cortinę 8:0, a w ostatnim meczu prowadzili z Herning Blue Fox 2:0 i Duńczycy dopiero w ostatnich minutach doprowadzili do dogrywki, którą później wygrali awansując do finału razem z GKS. Wywalczony punkt zapewnił mistrzom Polski pierwsze miejsce.

Bartosz Fraszko wygrał punktację kanadyjską turnieju we Włoszech, a nagrody dla najlepszych zawodników poszczególnych meczów odebrali Grzegorz Pasiut, Sam Marklund oraz Shigeki Hitosato.

Skład finalistów uzupełniły dwie najlepsze ekipy drugiego półfinału: Nomad Astana i Cardiff Devils. Katowiczanie nie będą ubiegać się o organizację turnieju finałowego, bo w połowie stycznia Spodek jest zajęty, a Satelita jest za mała i nie spełnia wymogów IIHF. Z przyczyn proceduralnym finał nie może odbyć się w Kazachstanie, więc do wyboru jako gospodarz imprezy pozostaje władzom światowego hokeja Dania i Walia, a decyzję w tej sprawie poznamy niebawem.

GKS imponował na lodzie, a na trybunach Stadio Olimpico w Cortinie dominowali katowiccy kibice, których do Włoch pojechało aż 500 i stanowili w tym niewielkim miasteczku w Dolomitach bardzo barwną grupę.

– Jesteśmy dumni, że może-my grać przed takimi kibicami. To bardzo fajne uczucie, gdy jedziesz na wyjazd i wychodząc na lód słyszysz brawa. To bardzo miłe jak możesz usłyszeć po meczu skandowane przez fanów „dziękujemy”, bo to jest nagroda za naszą ciężką pracę – powiedział Jakub Wanacki, obrońca katowiczan, przed kamerą GIEKSA TV.

Na słowa pochwały zasłużył także GieKSik, który był we Włoszech razem z drużyną.

– To była zdecydowanie najciężej pracująca maskotka w tym turnieju nie tylko na chwałę klubu, ale także logo Poland.Travel, które tam promowaliśmy, a krówki rozdawane przez GieKSika w Cortinie smakowały wszystkim – stwierdził Michał Kajzerek, rzecznik GKS.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna kobiet

Kolejne podium!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Trójkolorowe w ostatnim meczu sezonu pokonały AP Orlen Gdańsk, zapewniając sobie miejsce na podium sezonu 2025/26!

Mecz od zbyt głębokiej wrzutki rozpoczęła Klaudia Maciążka, Nicola Brzęczek bez odpuszczania zderzyła się z bramkarką, na szczęście bez żadnych uszczerbków na zdrowiu po obu stronach. Mimo oblężenia Geletova tak naprawdę nie musiała się zbytnio wysilać, najwięcej trudu sprawić mogły jedynie wycieczki po piłkę pod siatkę na końcu murawy. W 7. minucie przytomnie i z łatwością powstrzymała obiecującą kontrę GieKSy, Julia Włodarczyk zdecydowanie zbyt mocno dograła do Nicoli Brzęczek. Wcześniej zamiary rywalek odczytała Oliwia Malesa, niwecząc szybkie rozegranie Klaudii Fabovej. W 11. minucie Klaudia Maciążka obróciła się z piłką otrzymaną od Brzęczek na plecach rywalki, zwodem uniknęła odbioru, położyła bramkarkę drugim ruchem i pewnie kopnęła w środek bramki! Poprawić wynik sama strzelczyni próbowała celnym uderzeniem z dystansu, Geletova z trudem doskoczyła do dolnego narożnika bramki. Jeszcze bliżej była Brzęczek po mocnej, ciętej wrzutce Milovanović z prawej flanki, piłka była jednak zbyt podkręcona, by celnie zmieścić ją pod poprzeczkę. Nie minęła minuta, a Brzęczek obiła słupek po błędzie defensywy, znów upiekło się przyjezdnym. Po drugiej strony piłkę za plecy obrończyń skasowała Kinga Seweryn, dając przy okazji szansę na zorganizowanie wysokiego pressingu. Po kilku nieudanych podaniach Gdańszczanek już na bramkę gnała Maciążka, po kilku zwodach minimalnie mijając okienko z bardzo ostrego kąta. W 30. minucie lewą flanką uciekła Aleksandra Nieciąg po podaniu Oliwii Malesy, ale mimo zastawienia się z piłką, nie doczekała się jednak wbiegnięcia koleżanek w szesnastkę. W 38. minucie mocna centra Katarzyny Nowak została przekierowana przez Brzęczek i Maciążkę, która jednak znalazła się na pozycji spalonej. Minutę później rzut wolny z połowy boiska wykonała… Kinga Seweryn, co prawdopodobnie wprowadziło w szok zespół gościń – Galetova o ułamek sekundy spóźniła się z wyskokiem, równając z ziemią przeciwniczkę we własnym polu karnym. Katarzyna Nowak dość długo nie mogła się pozbierać, mocno odczuwając starcie. Do piłki na jedenastym metrze podeszła Aleksandra Nieciąg, jednak bramkarka odczytała jej zamiary i rzuciła się w dobrym kierunku. Chwilę później po kilku „kółeczkach” w końcu pod bramkę przedostała się Julia Włodarczyk, nieco bezczelnie próbując podcinki z bardzo bliska – wcale tak dużo nie zabrakło do szczęścia. Po jej odbiorze na skrzydle przez krótką chwilę z bramki cieszyła się Patrycja Kozarzewska, dopóki nie ujrzała uniesionej w górę chorągiewki.

Strzelanie na bramkę w drugiej połowie rozpoczęła Julia Włodarczyk, wariantem siłowym nie sprawiając wiele problemów golkiperce. W 55. minucie znów indywidualnie błysnęła Klaudia Maciążka, Geletova z trudem sparowała piłkę w jakimkolwiek kierunku, byleby nie wpadła do siatki. Inicjatywę na kilka minut przejęły przyjezdne, choć Kinga Seweryn nadal nie musiała testować swoich rękawic. W 64. minucie Julia Włodarczyk krótko prowadząc piłkę i zagrywając na obieg z Katarzyną Nowak przedarła się pod samo pole bramkowe, tam jej wszystkie próby strzału zostały zablokowane i skończyło się na rzucie rożnym. W 69. minucie druga linia GieKSy nie doceniła możliwości motorycznych rywalek, dając im wyjść na kontrę 5 na 3 – Zajmi mimo świetnej okazji przegrała starcie z Kingą Seweryn. Odpowiedź po drugiej stronie Oliwi Malesy również zakończyła się wyblokiem, choć miała równie dużo miejsca na przedpolu. W 74. minucie po rajdzie huknęła Julia Włodarczyk, po rykoszecie zatrzepotała boczna siatka. Poprawiała Klaudia Maciążka, a po dośrodkowaniu Katarzyny Nowak w 76. minucie GieKSa podwyższyła prowadzenie. Aleksandra Nieciąg wywalczyła sobie pozycję w szesnastce, pokonując bezradną bramkarkę. Od razu powinno być już 3:0, jednak Klaudia Maciążka po minięciu wszystkich piłkarek niepotrzebnie oszczędziła na sile strzału. W 81. minucie dwójkowo błysnęły Włodarczyk z Nieciąg, ta pierwsza zmusiła bramkarkę do interwencji precyzyjnym uderzeniem. Cztery minuty później na wolne pole przy kontrze wychodziły Nieciąg i Amelia Bińkowska, podanie Klaudii Maciążki skończyło w rękach Geletovej. W końcówce regulaminowego czasu gry na wolne pole z pierwszej piłki i nad głowami defensorek podanie otrzymała od Nieciąg Maciążka, arbiter od razu uniosła jednak chorągiewkę. W 91. minucie Klaudia Maciążka jeszcze wykrzesał resztki sił na sprint, urwała się skrzydłem i wystawiła futbolówkę na pustą bramkę Amelii Binkowskiej.

Kolejny sezon na podium – gratulacje i dziękujemy!

GKS Katowice – AP 2010 Orlen Gdańsk 3:0
Bramki:
Maciążka (11), Nieciąg (76), Binkowska (90).
GKS Katowice: Seweryn – Milovanović, Zawadzka, Nowak – Włodarczyk, Kozarzewska (90. Theodoraki), Vojtková (86. Kaláberová), Malesa – Maciążka, Brzęczek (62. Bińkowska), Nieciąg (90. Vuškāne).
AP Orlen Gdańsk: Geletova – Maskiewicz, Nowotny, Derus (86. Okoń), Fabova, Konat (86. Zimecka), Kołodziejek (58. Butlion), Siwińska (86. Myszk), Ostopinka, Jagodzińska, Charaszczak (46. Zajmi).
Kartki: Konat, Nowotny.
W 42. minucie Nieciąg nie wykorzystała rzutu karnego (Geletova obroniła).

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Przez ból i radość – podsumowanie sezonu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Ten sezon był iście szalony. Jako cała liga, ale też stricte w wykonaniu GKS Katowice. Przeżywaliśmy różne stany, byliśmy w różnych miejscach w tabeli, a rzutem na taśmę ustaliły się nasze nastroje z dobrych na wyśmienite. Prześledźmy sobie jeszcze raz, jak to wszystko wyglądało. To było 39 meczów, które w sumie – zapisały się w nowej historii GKS Katowice, a nasz zespół zajął najlepsze miejsce w lidze od 23 lat. Jesteśmy w piątce najlepszych klubów w Polsce!

Ciężkie początki

To właśnie inauguracja sezonu była tym najgorszym momentem. Wiedzieliśmy, że terminarz mamy ciężki, bo przecież grać mieliśmy m.in. z Rakowem, Legią i nieobliczalnym Widzewem, z czego z tymi dwoma ostatnimi rywalami na wyjazdach. Liczyliśmy więc przede wszystkim na zwycięstwo u siebie z Zagłębiem Lubin. Przewidując, że drużyna Leszka Ojrzyńskiego będzie jednym z głównych kandydatów do spadku, obowiązkiem wydawało się zdobyć w tym spotkaniu trzy punkty.

W pierwszej kolejce przegraliśmy u siebie z Rakowem, po meczu bardzo nijakim. Nie było tej ikry z końcówki poprzedniego sezonu. Raków zagrał solidnie, ale też nic wielkiego. Z debiutującym Oskarem Repką w składzie. Wystarczył jeden gol Brauta Brunesa i schodziliśmy z boiska pokonani. Macieja Rosołka zastąpił w drugiej połowie Aleksander Buksa i nawet miał jedną niezłą sytuację. Wiemy, jak się potem potoczyły losy zarówno Rosołka, jak i Buksy.

Po pierwszej połowie meczu z Zagłębiem było już bardzo źle. GieKSa przegrywała 0:2, a Lubinianie grali świetnie. Tzw. dziennikarze Zagłębia (wporzo ludzie) chwytali się za głowy i mówili „co tu się dzieje?!”. Na szczęście w drugiej połowie błysnął po raz pierwszy w tym sezonie Bartosz Nowak i swoim dubletem zapewnił GieKSie punkt. W końcówce dość desperacko się broniliśmy, ale jeden punkt w takim meczu to było coś, co należało szanować.

Przyszły te dwa wyjazdy – na Widzew i Legię. W Łodzi początek był nawet niezły, ale jedna akcja gospodarzy przyniosła im prowadzenie. Systematycznie GKS w tym meczu był coraz słabszy, Maciej nie wykorzystał świetnej sytuacji, a w końcówce to już się posypało wszystko, gdy pechowy samobój Kowala i gol Frana Alvareza zapewniły zwycięstwo RTS. No i Bergi był z golem.

Z Legią za to mecz wyglądał zupełnie inaczej. W pierwszej połowie to GKS dominował i grał bardzo dobrze. Brakowało szczęścia i świetnie bronił Tobiasz. Niestety podtrzymana (i potem jeszcze długo też) została seria traconych bramek do szatni i pokarał nas Wszołek. W drugiej połowie Katowiczanie grali już słabiej, ale doprowadzili do wyrównania, po przepięknym strzale z pierwszej piłki Nowaka. Remis przy Łazienkowskiej był bardzo cenny i trzeba było to dociągnąć. Niestety. W doliczonym czasie gry gola strzelił popularny Jędza (jedyna bramka w sezonie), a poprawił Morishita. Z wielkim niedosytem z Warszawy wracaliśmy, jeden punkt w czterech meczach wyglądał bardzo źle, ale sama postawa w tym meczu dawała nadzieję na lepsze jutro.

Przeplatanka z optymizmem

Dobra postawa z Warszawy była kontynuowana w meczu z Arką, tym razem już z większą skutecznością. GKS od początku meczu narzucił szybkie tempo i strzelił dwie bramki. To spotkanie stało pod znakiem stałych fragmentów gry, które gospodarze wykonywali świetnie, a co dotknął w złoto zamieniał Bartek Nowak. Dwa trafienia po przerwie zaliczył Lukas Klemenz. W końcu odczarowaliśmy ten fatalny początek i zapunktowaliśmy za trzy.

W związku tym z dużymi nadziejami jechaliśmy na Roosevelta. Niestety GKS zagrał tam bardzo słaby mecz i podobnie jak rok wcześniej, przegrał 0:3. Byliśmy bezzębni i po prostu słabi, a „estońska sztuczka” Martena Kuuska była idealnym podsumowaniem tych derbów i przypomniała starego dobrego Damiana Garbacika z meczu z Wigrami. W zasadzie o tym meczu najlepiej było po prostu jak najszybciej zapomnieć.

Znowu w tabeli zrobiło się niewesoło i czekaliśmy co nasz zespół pokaże z Radomiakiem, który miał bardzo efektowny początek sezonu, ale potem nieco spuścił z tonu. Ostatecznie na Bukowej oglądaliśmy arcyciekawe spotkanie, takie cios za cios, w którym obie drużyny grały bardzo ofensywnie. Ozdobą pierwszej połowy były bramki Balde oraz przede wszystkim Bartka, który zaskoczył wszystkich na stadionie, a najbardziej Majchrowicza i z rzutu wolnego trafił do siatki. W drugiej połowie padł tylko jeden gol, ale też przedniej urody, gdy Marcin Wasielewski z woleja pokonał bramkarza gości. Największy wybuch euforii miał miejsce jednak pod koniec meczu, gdy Radomiak wyrównał na 3:3, ale po analizie VAR Tomasz Kwiatkowski bramkę anulował. Po tym niesamowitym spotkaniu GKS dopisał sobie kolejne trzy punkty i już wyglądało to nieco lepiej.

Słabizna z promykami

Do kolejnego „okienka międzyreprezentacyjnego” przystępowaliśmy więc w bardzo dobrych nastrojach. Nad morzem jednak w ten wrześniowy wieczór dostaliśmy zimy prysznic. Znów na wyjeździe i znów było bardzo słabo. Najpierw straciliśmy kuriozalnego gola, którego autorem był Kurminowski, a pod koniec zmęczonego armeńskimi wojażami z młodzieżówką Kowala wyprzedził w wyścigu sprinterskim Mena. To był czwarty wyjazd i na naszym koncie w delegacjach było okrągłe zero.

Nie lepiej było w kolejnym meczu u siebie. To znaczy można było wyciągać jakieś pozytywy z pierwszych 20-25 minut, bo GKS cisnął bardzo mocno, ale bramki zdobyć nie mógł. Pasy się otrząsnęły, w krótkim czasie strzeliły dwa gole i było już praktycznie po zawodach. W poprzednim sezonie mieli supersnajpera Kallmana, to teraz jego rolę przejął Stojilković, który po przerwie ustalił wynik spotkania.

Pocieszenia chcieliśmy szukać w Pucharze Polski. Przyjechała do Katowic świetnie spisująca się w lidze Wisła Płock. Przy kameralnych trybunach dostaliśmy bardzo ciekawe widowisko i w końcu skuteczną GieKSę. Pierwszego gola dla GKS zdobył pozyskany krótko wcześniej Ilja Szkurin. Niestety po golu Wiktora Nowaka w 90. minucie musieliśmy grać dogrywkę. Wcześniej i nasz Nowak gola strzelił. Ekstra czas zaczęliśmy już świetnie, po od strzelonej przez Bartka kolejnej bramki. Mocno pomogła nam kontuzja Lecoeuche’a, bo goście wykorzystali swoje sloty zmian i musieli kończyć w dziesiątkę. Ostatecznie Bartosz Nowak zaliczył hat tricka i doczekał się skandowania swojego nazwiska, co przecież na GKS jest rzadkością.

Za chwilę znów graliśmy z Wisłą – tym razem w Płocku, w lidze. W końcu uszczknęliśmy jeden punkt na wyjeździe. Co prawda znów straciliśmy gola do szatni, po niesamowicie pechowym rykoszecie po strzale Rogelja. Ale niesamowitą mądrością i sprytem popisał się w drugiej połowie Wasyl, który odebrał piłkę Leszczyńskiemu i strzelił na 1:1. GKS przełamał złą passę wyjazdową i w końcu zdobył też po prostu punkt w lidze.

Liczyliśmy, że dobra postawa zostanie utrzymana w meczu u siebie z Lechem. Pamiętaliśmy wszak grę z Kolejorzem z końcówki poprzedniego sezonu. I tak – GKS zagrał dobry mecz z piłkarzami Frederiksena, ale niestety przegrał. Gola strzelił Fiabema, na którego generalnie raczej bardziej pomstowali kibice Lecha, niż chwalili. U nas Borja Galan miał świetną sytuację, ale zabrakło niewiele do wyrównania. Cztery mecze ligowe i znów tylko jeden punkt. Ale przynajmniej gra dająca optymizm, no i bonus w postaci awansu do kolejnej rundy Pucharu Polski.

Jesienne odrodzenie

Po kolejnej przerwie na kadrę jechaliśmy trochę z duszą na ramieniu na bardzo ważny mecz w Lublinie. Punkty w tabeli wybitnie nam się nie zgadzały i lekki nóż na gardle zaczął się pojawiać. W tym okienku mieliśmy zmierzyć się z trzeba drużynami z dołu – Motorem, Termaliką i Piastem. Konieczne było więc solidne zapunktowanie, by nie okopać się bardziej w dolnych rejonach tabeli.

GKS zdobył w Lublinie dwie szybkie bramki i naprawdę wyglądało to dobrze. Niestety w charakterystyczny dla nas sposób daliśmy się zepchnąć do głębokiej defensywy i dwa szybkie gole Czubaka doprowadziły do wyrównania. Motor nie poprzestawał i mógł jeszcze zdobyć przed przerwą trzeciego gola, a to byłaby katastrofa. Na szczęście ciśnienia nie wytrzymał Łabojko, który tuż przed przerwą zobaczył drugą żółtą kartkę. Dzięki temu w drugiej połowie Motor już nie istniał, a nasi napastnicy dopełnili dzieła zniszczenia dokładając trzy bramki i wygrywając 5:2.

Oprócz tych drużyn zamieszanych w „walkę o spadek” mierzyliśmy się też z… mierzącą wysoko Koroną, która jeszcze była w tamtej fazie sezonu dobra. Po bardzo trudnym i wyrównanym meczu, w końcówce trafił do siatki Sebastian Milewski. W końcówce wybroniliśmy się cudem, gdy Borja Galan wybijał z linii bramkowej. Te trzy punkty były pewnym bonusem w tych naszych planach. Było to bardzo ważne zwycięstwo, dające naprawdę dużo oddechu.

Nie tylko ligą jednak człowiek żył. Tym razem los w Pucharze Polski był nieco łaskawszy, ale też nie idealny. W Łodzi z ŁKS GieKSa pokazała jednak zdecydowanie wyższość zespołu z ekstraklasy nad pierwszoligowym. Jedyne, co można było naszym zawodnikom zarzucić przez większość meczu to nieskuteczność. Mecz bowiem można było zamknąć dużo wcześniej. A tak mając 2:0 w końcówce Arkadiusz Jędrych strzelił bardzo pechowego samobója i do końca lekko drżeliśmy o wynik. Jednak awans do kolejnej rundy stał się faktem i w końcu przeszliśmy dwie rundy, co dawno nam się nie zdarzyło.

Zwycięską passę GKS Katowice kontynuował w Niecieczy. Mecz co prawda do najłatwiejszych nie należał, ale tutaj Katowiczanie byli bardzo efektywni. Pierwszy raz (i jedyny na jesieni) błysnął Eman Marković, który zaliczył dublet, umiejętnie zakładając bramkarzowi rywali siatki. To było trzecie ligowe i czwarte w ogóle zwycięstwo z rzędu. GKS Katowice złapał świetny moment na jesieni – znacząco poprawił swoją sytuację w tabeli, a i właśnie w rozgrywkach pucharowych pokazał się z bardzo dobrej strony.

Przed kolejną przerwą reprezentacyjną mogliśmy jeszcze postawić piękną kropkę nad i. Przyjechał bowiem na tamten moment outsider z Gliwic. Outsider, ale z nowym trenerem – Danielem Myśliwcem, który sprzątał bałagan po poprzednim szkoleniowcu. I Piast rozegrał najlepsze do tamtej pory spotkanie w sezonie, zaproponował walkę wręcz, której nie podołali nasi zawodnicy. W krótkim okresie czasu goście strzelili dwa gole, a potem jeszcze trzeciego dołożył Erik Jirka. Mimo porażki w domowym meczu, ten okres GieKSy był bardzo dobry.

Zwycięstwa bez piłki

W Białymstoku meczu nie zagraliśmy. Jagiellonia zrobiła cyrk i wykorzystała minimalne opady śniegu do tego, żeby spotkania nie rozegrać. Boiska nie odśnieżano, a jak już zaczęto, to w taki sposób, jak na viralowym filmiku, który krążył w sieci. Kibice w rekordowej liczbie pojechali na Podlasie, ale musieli przejechać całą Polskę tam i nazot, by obejść się smakiem.

Istniało wielkie ryzyko, że i kolejny mecz – z Pogonią się nie odbędzie. Gęsta mgła spowiła bowiem Katowice i po przyjechaniu na stadion naprawdę widoczność była ograniczona. Na szczęście warunki się wkrótce nieco poprawiły i mecz się odbył – to by było za dużo! GKS przyjął określoną taktykę i oddał Pogoni piłkę. Goście konstruowali swoje akcje, ale nie mogli znaleźć sposobu na szczelną defensywę GieKSy. Futbolówki więc posiadaliśmy mało, ale jeszcze przed przerwą GKS zdobył dwa gole. Taki wynik utrzymał się do końca i znów mogliśmy cieszyć się z triumfu.

Chwilę później schemat się powtórzył. W Pucharze Polski zagraliśmy z Jagiellonią i tu rywale ponownie oddali mnóstwo strzałów, z czego większość niegroźnych czy nieprzygotowanych. W sumie w z Pogonią i Jagą rywale próbowali około 50 razy. Trafili tylko raz – Pululu z karnego. GieKSa zagrała świetnie i swoje gole strzeliła. Znów Jaga przy wyprowadzaniu piłki straciła ją i Bartek Nowak trafił do siatki. Potem gola dołożył Ilja, znów trafiając w pucharze. Stadion wybuchł euforią, gdy w końcówce Bartosz Nowak ustalił wynik spotkania na 3:1. Po raz pierwszy od ponad 20 lat GKS miał zagrać w rozgrywkach pucharowych na wiosnę!

Rok 2025 kończyliśmy w Częstochowie. Ach gdyby Adam Zrelak dobrze podał… Mecz był średni, ale długo utrzymywaliśmy remis. W drugiej połowie jednak wszedł Fadiga i gospodarze ruszyli z impetem, czego efektem była bramka. Mieliśmy swoją sytuacje, gdy Eman trafił w poprzeczkę. No szkoda. Rok zakończyliśmy porażką. Rok zakończyliśmy w strefie spadkowej, ale bardzo na styku z kilkoma drużynami. Po fatalnym początku mogło być dużo gorzej. Teraz byliśmy pod kreską, ale żadnej tragedii nie było.

Odbijamy się od dna

Wiosnę (w środku zimy) mieliśmy zacząć od meczu w Lubinie. Zagłębie w przypadku wygranej wskakiwałoby na pozycję lidera. Jednak strzelanie zaczął kilka sekund po upływie pierwszej minuty Bartek Nowak. Całościowo był to bardzo dobry mecz GieKSy, taktyczny i bardzo solidny. W drugiej części gry gola strzelił Arek Jędrych i ani przez chwilę zwycięstwo nie było zagrożone. GKS już na samym wstępie wydostał się ze strefy spadkowej.

Chwilę później po raz pierwszy na Nowej Bukowej pojawił się Widzew. I wzorem poprzednich domowych meczów, GieKSie nie zależało specjalnie na przesadnym posiadaniu piłki. Dlatego Widzew z futbolówką męczył się i męczył, ale strzał oddał tylko jeden celny w całym meczu. Za to GieKSa bramką do szatni uciszyła pusty sektor gości. W końcówce mieliśmy sporo nerwów, bo podyktowany był rzut karny dla Widzewa, ale został anulowany przez VAR. Dwa mecze – sześć punktów i zero straconych bramek. Początek wyśmienity.

Liczyliśmy na to, że mając tak dobrą formę, w końcu wygramy z niebędącą w najlepszej dyspozycji Legią. I może tak by się wydarzyło, ale sędzia Sylwestrzak nie miał tego dnia najlepszego. Trzy bardzo wątpliwe decyzje na korzyść Warszawian spowodowały, że uciekli ze stryczka. Niezależnie jednak od tego, GKS grał z niesamowitą walecznością – podobnie jak z Widzewem. Po słabszej pierwszej połowie, druga była już już lepsza i niewiele zabrakło do wygranej. Z drugiej strony – GKS ten mecz przegrywał i doprowadził do wyrównania. Był więc niedosyt, ale też docenienie punktu.

W Gdyni prowadzenie już mieliśmy w pierwszej minucie, kiedy Mateusz Wdowiak trafił do siatki. Szkoda było tego meczu, bo Arka grała fatalnie i nie istniała na boisku. GKS dominował, ale w którymś momencie… przestał grać. Arka z niczego strzeliła dwa gole. W drugiej połowie na tym klepisku oglądaliśmy już kiepskie widowisko, a gospodarze utrzymali swój wynik.

GieKSa rośnie w siłę

Przed nami były dwa domowe mecze o wielkim ciężarze gatunkowym i prestiżowym. Najpierw na pojedynek ligowy przyjechał Górnik. Piłkarze Michala Gasparika mieli wówczas zadyszkę, ale sami wiemy, jak ciężki był to rywal w poprzednich meczach, mimo że rok temu GKS na inaugurację Nowej Bukowej wygrał. Tym razem znów nie było to łatwe spotkanie. GieKSa prowadziła, potem goście wyrównali. Mecz był na styku, ale z lekką przewagą Górnika, tym bardziej cenne było to, że z przyszłym wicemistrzem Polski w końcówce nasz zespół przechylił szalę na swoją korzyść. Przy okazji mieliśmy też… jedyny w lidze podyktowany dla GKS rzut karny. Świetnie nastroiliśmy się przed ćwierćfinałem Pucharu Polski.

Znów przyjechał Widzew. Kolejne wyrównane spotkanie, choć gdyby Ilja Szkurin wykorzystał doskonałą okazję tuż przed przerwą, byłoby spokojniej. Łodzianie w drugiej połowie wyrównali wprowadzając w euforię sektor gości. Dogrywka nie przyniosła rezultatu i ku wielkiej radości ławki Widzewa – rzuty karne miały być egzekwowane na bramkę od sektora gości właśnie. Na nic się to zdało, bo w bramce mieliśmy niezawodnego Rafała Strączka. Gdy Fornalczyk przeniósł piłkę nad poprzeczką – stadion odleciał. To był olbrzymi sukces, GKS awansował do półfinału Pucharu Polski. Od Stadionu Narodowego dzielił nas już tylko jeden krok.

Wydawało się po tych emocjach, że gdzieś może przyjść zadyszka. Tymczasem kolejny mecz – na wyjeździe z Radomiakiem, GieKSa również wygrała. Choć było to spotkanie bardzo trudne, głównie w drugiej połowie. Przed przerwą bowiem mieliśmy trochę taką kopaninę, w której w końcówce Arek Jędrych dobił swój własny strzał. W drugiej części gry to już była nawałnica gospodarzy i dość rozpaczliwa obrona GKS. Nasza drużyna wyszła jednak obronną ręką z tego kotła i zawiozła do Katowic trzy punkty. Na trybunach (jak to w Radomiu) nie wytrzymywano ciśnienia, dostało się Goncalo i zaraz nie był już trenerem Radomiaka.

Za to pojedynek z Lechią to był taktyczny majstersztyk. GKS grał podwójnie osłabiony, bo za żółte kartki pauzowali Alan Czerwiński i Arkdaiusz Jędrych. Trener musiał rzeźbić linię defensywną i martwiliśmy się, jak to będzie wyglądać, tym bardziej, że naprzeciw miał być Tomas Bobcek. Przed meczem okazało się jednak, że i Słowak nie wystąpi z powodu kontuzji, więc siły się trochę wyrównywały. W pierwszej części gry Lechia jeszcze coś próbowała, były groźne strzały z dystansu. W drugiej – goście byli już kompletnie bezradni i wybitnie neutralizowani przed naszą drużynę. Wisienką w tym meczu była kontra, po której padła bramka na 1:0, to przyjęcie Bartka Nowaka, asysta Sebastiana Milewskiego i Mati Wdowiak trafiający podcinką do siatki. Być może najpiękniejsza akcja sezonu, choć później te z meczu z Motorem również będą mogły kandydować.

Zadyszka z króliczkiem na koniec

GieKSa napunktowała solidnie, ale gdzieś ten lekki moment kryzysu musiał przyjść, choć nie był to kryzys stricte. Odrabialiśmy zaległości z Jagiellonią i będąca w prawdziwym kryzysie Jaga akurat rozegrała najlepszą połowę od dawna. Mieliśmy też trochę pecha, bo sposób, w jaki piłka wpadła do bramki po strzale Pozo był kuriozalny. Trafił również Romanczuk i do przerwy mieliśmy dwubramkową stratę. Po przerwie GKS wyszedł już odmieniony i grał naprawdę dobrze. Erik Jirka strzelił kontaktową bramkę, ale na wyrównanie brakło czasu. Mimo wszystko jakoś trzeba było się liczyć, że z Białegostoku możemy wrócić bez punktów.

Grunt to było zdobyć oczka, najlepiej trzy, z beznadziejnie słabą Cracovią. I to po końcowym gwizdku był chyba najbardziej frustrujący mecz w tym sezonie. Po i przed meczem Cracovia była słaba i w trakcie meczu też była słaba. GieKSa powinna była po prostu wyjść i wypunktować takiego przeciwnika. Tymczasem naszemu zespołowi brakowało wrzucenia jednego biegu wyżej, wszystko było toczone trochę w zwolnionym tempie. I gdy wydawało się, że z wielkim niedosytem będziemy podchodzić do bezbramkowego remisu, na 10 minut przed końcem przypadkowa ręka Lukasa i karny, którego wykorzystał Hasić. Naprawdę ciężko było zrozumieć, jak można było ten mecz przegrać. Szkoda polegała też na tym, że było to tuż przed przerwą reprezentacyjną. I mimo że wcześniejsze mecze były bardzo dobre i zwycięskie, tutaj po dwóch porażkach znów pojawił się pewien znak zapytania w kontekście utrzymania.

Rozpęd maszyny

Powrót do rozgrywek nastąpił w Wielką Sobotę. Jak się później okazało, było to jedno z kluczowych spotkań w kontekście ostatecznego układu tabeli. Wówczas o pucharach poprzez ligę nawet nie marzyliśmy. Dodatkowo na chwilę liga schodziła na dalszy plan, bo przecież za kilka dni mieliśmy grać półfinał Pucharu Polski. Przy Nowej Bukowej Wisła Płock cofnęła się i wyczekiwała swoich szans. Miała żelazną defensywę i kilka wypadów było bardzo groźnych. W końcówce znów Wiktor Nowak miał znakomitą okazję. Po chwili to jednak piłkarze i kibice GKS cieszyli się, gdy w doliczonym czasie gry Lukas Klemenz pokonał bramkarza gości. Zrównaliśmy się wówczas z Wisłą punktami i wyprzedziliśmy meczami bezpośrednimi. A przecież dopiero co – na początku rundy wiosennej – Wisła była liderem, a GKS w strefie spadkowej.

W końcu przyszedł wspomniany puchar. Mecz, który przeszedł do historii, a cała piłkarska Polska ujrzała GieKSę w pełnej krasie. Dwubramkowe prowadzenie do przerwy, potem ultraszybkie dwie bramki Rakowa w drugiej połowie. Następnie ta niesamowita kontrowersja z dobitką Fadigi i wcześniejszym „wskokiem” w pole karne. Wyrównanie w doliczonym czasie gry Adama Zrelaka. Dogrywka i piękne trafienie Emana. No i te rzuty karne, które – w przeciwieństwie do tego co zawsze – były najmniej ciekawym elementem tego widowiska. 4:4, porażka w serii jedenastek i koniec marzeń o pucharze. Bolało, ale byliśmy dumni. GieKSa na wyjeździe z czołową drużyną w kraju walczyła niesamowicie. „To jest futbol. I love this game” – krzyczał rozentuzjazmowany Mateusz Borek.

Trzy dni później mieliśmy mecz w Poznaniu. Wszyscy GieKSę przed tym meczem skreślali – Lech faworytem, gra u siebie, GieKSa ma 120 minut w nogach i jest mentalnie rozbita. Tak miało być. A tymczasem na stadionie przy Bułgarskiej piłkarze Rafała Góraka rozegrali kolejne doskonałe spotkanie. Strzelili Mistrzowi Polski (ówczesnemu i przyszłemu) trzy gole, trzykrotnie wychodzili na prowadzenie i po prostu grali swoją piłkę, bez kompleksów. Szwankowała trochę gra defensywna, więc Kolejorz również trzy razy trafił. Ale punkt w Poznaniu również na koniec sezonu okazała się bardzo cenny. Błysnął znów Eman, który ustrzelił dublet, co jak się później okaże – będzie jego ulubionym sposobem punktowania w meczach.

Po tych niesamowitych emocjach wyjazdowych, wróciliśmy na Bukową. Po to, by znów rozegrać niesamowicie pasjonujący mecz, tym razem z Motorem. Pierwsza połowa to była perfekcja ofensywna. GieKSa grała efektownie i z rozmachem. Druga i trzecia bramka to był praktycznie wjazd do bramki. Akcje trwające nieco ponad 20 sekund od swojego pola karnego, piłka przechodząca przez 7-8 zawodników, szybka gra, na jeden lub dwa kontakty i gol. Coś pięknego. Niestety zaraz po przerwie straciliśmy kontaktową bramkę i trochę drżeliśmy, tym bardziej, że nawałnica ofensywna naszego zespołu nie potrafiła przynieść gola, a bramka Tratnika była jak zaczarowana. Niemniej – wygraliśmy i nasza przewaga nad strefą spadkową zrobiła się już na tyle duża, że utrzymanie było już praktycznie pewne. I tak naprawdę po raz pierwszy na bardzo poważnie zaczęliśmy myśleć o pucharach. Tabela wskazywała na to, że jest to realne. Przede wszystkim trzeba było wyprzedzić Wisłę Płock i Zagłębie.

Końcówka sezonu powoli zaczęła dawać o sobie znać. Pierwszy przejaw tego mieliśmy w Kielcach. GKS zagrał już z mniejszym animuszem, Korona też nie grała specjalnie dobrze. Jednak to co było bardzo istotne to fakt, że nie przegraliśmy tego meczu. Tym razem jeden gol wystarczył do remisu. GieKSa nie była gorsza od Kielczan, nie była też specjalnie lepsza, więc wynik był zasłużony, a kolejny punkt w tabeli dopisany.

Termalica przyjechała na Nową Bukową walczyć o złudzenia, ale szybko została ich pozbawiona. Mimo trudnego początku meczu, GieKSa znów się rozpędziła i szybko prowadziła 3:0. W drugiej części gry Katowiczanie dołożyli jeszcze dwie bramki. Wynik 5:1 to najwyższym w zakończonym sezonie i po raz drugi nasza drużyna strzeliła pięć bramek. Słonie pożegnały się z ekstraklasą, a GieKSa na poważnie włączyła się do walki o europejskie puchary. W tym momencie nasz zespół znajdował się na miejscu premiowanym. Znając terminarze Wisły i Zagłębia wiedzieliśmy, że do powrotu do Europy może wystarczyć.

Wytrzymany finisz

Ciężka to była końcówka sezonu. Trener mówił drużynie, żeby jeszcze wytrzymała, żeby utrzymała ten reżim treningowy. Pierwszym z trzech ostatnich meczów było wyjazdowe spotkanie z Piastem Gliwice. Bardzo słaba pierwsza połowa i trochę lepsza druga, nieco szczęścia i GKS zremisował w Gliwicach 0:0. To był kolejny punkt dopisany, taka jedna trzecia planu. Co prawda zwycięstwo spowodowałoby, że praktycznie te puchary są już niemal zapewnione. Ale nie wybrzydzaliśmy. Mieliśmy jeszcze dwie szanse.

Spotkanie z Jagiellonią to był finał sezonu na Nowej Bukowej. Przy komplecie publiczności, z rywalem, który złapał kapitalną formę i walczył o wicemistrzostwo. To była niesamowita walka. Jagiellonia świetnie grała w ofensywie, GKS też pokazał swoje, ale przede wszystkim obejrzeliśmy niesamowitą walkę. Bardzo cenne było wyjście z opresji, gdy po raz pierwszy od dawna przegrywaliśmy w trakcie meczu. Ozdobą meczu i wisienką tego sezonu była przepiękna bramka Borjy Galana, chyba najpiękniejszy był to gol na nowym stadionie. Katowiczanie zakończyli rundę bez porażki u siebie. Jadze plany się posypały, my nie zapewniliśmy sobie pucharów, ale punkcik był bardzo, bardzo ważny.

I gdyby Legia nie strzeliła w doliczonym czasie w Gdańsku, mielibyśmy te puchary na 99% nawet w przypadku porażki w Szczecinie. Tak jednak trzeba było z Pogonią przynajmniej zremisować. Pierwsza połowa była bardzo słaba, jedna z najsłabszych w sezonie. GieKSa przegrywała. W drugiej części było już trochę lepiej, ale piłka do bramki Kamińskiego wpaść nie chciała. Pomógł nam golkiper gospodarzy piąstkując piłkę poza polem karnym, dzięki czemu do bramki musiał wejść zawodnik z pola. I wtedy cały na złoto-zielono-czarno wjechał on – Marcel Wędrychowski. Oddał strzał z szesnastu metrów. Im dalej od tego meczu, tym bardziej można stwierdzić, że ten strzał był naprawdę świetny. Piłka na niewielkiej wysokości nad murawą, w powietrzu, w długi róg. Wpadła idealnie w siatkę. Dodatkowo strzał był na tyle chytry, że Filip Cuić nie wiedział, czy interweniować nogą czy ręką i wyszedł z tego fatalny mix. GieKSa wyrównała w doliczonym czasie i zapewniła sobie europejskie puchary.

Football bloody hell

Przeżyliśmy w zakończonym sezonie całą huśtawkę emocji. Od rozczarowania początkiem sezonu, po okresowe radości po wyjściu z dołka. Jesienią cały czas mieliśmy w głowie ciężką walkę o utrzymanie. Od meczu z Motorem zaczął się prawdziwie mentalny marsz w górę. Do Lublina jechaliśmy wtedy – tak jak pisałem – z duszą na ramieniu, bo porażka w tamtym meczu mogła być brzemienna w skutkach. A tymczasem od tamtego meczu już do końca sezonu GKS był najlepszą drużyną w lidze. Tułając się w dolnej strefie tabeli, zaczęliśmy serię z bilansem 12-6-5 do końca sezonu. Co prawda zimę spędziliśmy w strefie spadkowej, ale wiosna potem była nasza. W samej tabeli wiosny GieKSa była druga. Systematycznie pięliśmy się w górę tabeli oddalając widmo spadku, dokładaliśmy jeszcze Puchar Polski. Kilka kolejek przed końcem pojawiła się realna perspektywa gry o puchary. Byliśmy dumni z drużyny, bylibyśmy dumni nawet jakby tych pucharów nie było. Ale GieKSa grała swoje, przede wszystkim nie przegrywała meczów i z ośmioma spotkaniami na koniec bez porażki zakończyła sezon, wprawiając nas wszystkich w euforię.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga