Piłka nożna Prasówka
GKS Katowice zremisował arktyczny mecz z Arką Gdynia
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu GKS Katowice – Arka Gdynia. GieKSa zremisowała z liderem Fortuna I Ligi 1:1 (0:1).
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice zremisował arktyczny mecz z Arką Gdynia
GKS Katowice zremisował w tym sezonie mecz na Bukowej po raz drugi. Spotkanie z Arką Gdynia odbyło się w absurdalnych warunkach.
Walka ze śniegiem trwała na Bukowej przez wiele godzin. Ostatecznie mecz GKS Katowice z Arką Gdynia rozpoczął się zgodnie z planem, ale jedynym niebiałym elementem krajobrazu były ścieżki przy liniach bocznych i środkowe koło długo przykryte płachtą z logo rozgrywek. Nieoficjalnie wiadomo, że decyzję o rozegraniu spotkania podjął delegat, któremu żal było kibiców gości. Tych jednak na sektorze pojawiło się raptem ośmiu.
Piłkarze w takichw warunkach koncentrowali się na zachowaniu równowagi, ale nie zawsze udawało im się uniknąć poślizgu i bliskiego kontaktu z pokrywającą murawę śnieżno-błotnistą breją. Trudno się było dziwić kibicom, którzy oglądając tę nierówną walkę z naturą szybko zorganizowali sobie rozrywkę w postaci walki na śnieżki na Blaszoku. Na trybunie głównej z kolei emocje gwarantowały zsuwające się z dachu wielkie płaty zmrożonego puchu.
Na boisku działo się niewiele, ale sytuację szybciej opanowała Arka, która w 19 minucie po akcji ośmieszającej defensywę GKS zdobyła gola kopnięciem piłki z bliskiej odległości między dwoma obrońcami. Niedługo później powinno być 2:0, ale skończyło się na słupku.
Cierpliwość fanów wyczerpała się bardzo szybko i zawodnicy gospodarzy oraz trener Rafał Górak wysłuchiwali dosadne okrzyki i przyśpiewki pod swoim adresem. Już przed pierwszym gwizdkiem było zresztą wiadomo, że ewentualna porażka może oznaczać dla szkoleniowca koniec pracy na Bukowej.
Najlepszą ilustracją pierwszej połowy była jej ostatnia akcja, gdy Dawid Kudła stracił piłkę daleko za polem karnym, ale Arka nie była w stanie tak szybko przeprowadzić akcji, by trafić do pustej bramki. I stało się tak, że strzał Karola Czubaka obronił wracający bramkarz.
Schodzących do szatni katowiczan żegnała burza gwizdów i okrzyk „Hej Górak, pakuj walizki!”.
Po przerwie GKS próbował odrobić stratę, ale Shun Shibata nie opanował w decydującym momencie piłki. Co jednak miał powiedzieć Hubert Adamczyk, który w 62 minucie wykonywał rzut karny, podyktowany zresztą za dość wątpliwe przewinienie. Strzał piłkarza Arki bez większych problemów obronił Kudła, łapiąc piłkę w ręce.
W 72 minucie przed taką samą próbą w drugim polu karnym stanął Arkadiusz Jędrych. Na zawodniku GKS ciążyła statystyka – katowiczanie w tym sezonie marnowali już jedenastki. Tym razem piłka wpadła do siatki i zrobił się remis.
Później stan murawy jeszcze wyraźniej się pogorszył i składnych akcji niemal już nie było. Mecz, który nie powinien się odbyć, zakończył się podziałem punktów oznaczającym koniec liczącej osiem spotkań zwycięskiej serii Arki. Nie zmieniło to faktu, że kibice żegnali szkoleniowca żądaniami jego odejścia.
1liga.org – Sobota w F1L: lider tabeli zatrzymany
W sobotnich spotkaniach 17. kolejki Fortuna 1 Ligi z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych rozegrane zostało tylko jedno spotkanie. Pozostałe mecze zostały przełożone na inny termin.
[…] Warunki w Katowicach nie należały do najlepszych. Opady śniegu dawały się we znaki obu drużynom. Mimo tego mecz udało się rozegrać. Pierwsza część spotkania zdecydowanie należała do podopiecznych trenera Łobodzińskiego. W 19. minucie po bardzo dobrym zagraniu Huberta Adamczyka piłkę do siatki skierował Olaf Kobacki. Na tym jednak goście nie poprzestali. Do bramki trafili jeszcze dwukrotnie, ale z powodu spalonego gole nie zostały uznane. W drugiej połowie nadal goście dominowali na boisku, jednak w 73. minucie Mateusz Mak został sfaulowany przez Milewskiego w polu karnym za co sędzia podyktował rzut karny, a ten skutecznie wykorzystał Arkadiusz Jędrych. Mecz zakończył się remisem 1:1.
gol24.pl – Przerwana seria Żółto-Niebieskich po remisie w Katowicach na własne życzenie. Nie ma dziesiątej wygranej z rzędu
Zwycięska seria piłkarzy Arki Gdynia dobiegła końca i zatrzymała się na dziewięciu kolejnych spotkaniach. Żółto-Niebiescy zremisowali wyjazdowy mecz z GKS Katowice 1:1 w Fortunie 1. Lidze, a dwa punkty stracili wyłącznie na własne życzenie. To jest za to dziesiąty z rzędu mecz bez porażki wliczając ligę i Fortunę Puchar Polski.
Zwycięska seria piłkarzy Arki Gdynia dobiegła końca i zatrzymała się na dziewięciu kolejnych spotkaniach. Żółto-Niebiescy zremisowali wyjazdowy mecz z GKS Katowice 1:1 w Fortunie 1. Lidze, a dwa punkty stracili wyłącznie na własne życzenie. To jest za to dziesiąty z rzędu mecz bez porażki wliczając ligę i Fortunę Puchar Polski.
Pierwsza połowa meczu w Katowicach zdecydowanie należała do podopiecznych trenera Wojciecha Łobodzińskiego. Już w 19 minucie po bardzo dobrym zagraniu Sebastiana Milewskiego piłkę do siatki skierował Olaf Kobacki, dla którego to siódmy gol w tym sezonie ligowym. Na tym wcale nie musiało się skończyć. Futbolówkę w bramce gospodarzy umieścili także Karol Czubak i Kasjan Lipkowski, ale z powodu spalonych oba gole nie zostały uznane. Dodajmy do tego jeszcze dwie zmarnowane okazje Czubaka i mamy pełny ogląd, jak wyglądała pierwsza połowa meczu w Katowicach. Żółto-Niebiescy jednak całkowicie kontrolowali to, co działo się na boisku, ponownie pokazali dużą pewność siebie i pewnie zmierzali w kierunku kolejnego ligowego zwycięstwa, choć musieli sobie radzić bez pauzujących za kartki Michała Marcjanika i Kacpra Skóry.
Druga połowa zaczęła się od okazji bramkowej dla gospodarzy, ale Shun Shibata przegrał pojedynek z Pawłem Lenarcikiem. Chwilę później Arka powinna powiększyć prowadzenie, bo Oskar Repka sfaulował w polu karnym Sebastiana Milewskiego. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale strzelił źle i słabo, a Dawid Kudła złapał piłkę w ręce. Później Adamczyk popisał się bardzo dobrym dośrodkowaniem, ale strzelający głową Czubak nie trafił w bramkę. Arka wciąż była zespołem lepszym, ale grała bardzo nieskutecznie. I to się zemściło. Ołeksandr Azacki sfaulował w polu karnym Marcina Wasielewskiego, a karnego na wyrównującego gola zamienił pewnym strzałem Arkadiusz Jędrych.
Do końca meczu brakowało już czystych okazji bramkowych. Arka w przekroju meczu była lepsza, miała więcej okazji, ale nie potrafiła wygrać dziesiątego meczu z rzędu.
dziennikbaltycki.pl – Oceniamy piłkarzy Arki Gdynia za mecz z GKS Katowice. Brak skuteczności Karola Czubaka i pudło z karnego Huberta Adamczyka
[…] Zdecydowanie więcej było lepszych momentów w grze Żółto-Niebieskich, ale nie zabrakło kosztownych błędów, jak zmarnowany rzut karny, brak skuteczności i sprokurowany karny dla rywali.
Arka Gdynia pojechała do Katowic po zwycięstwo, ale nie grało się łatwo w trudnych – śnieżnych – warunkach. Mimo to Żółto-Niebiescy powinni wrócić z kompletem punktów.
Arka w przekroju meczu była lepsza, miała więcej okazji, ale nie potrafiła wygrać dziesiątego meczu z rzędu.
[…] Piłkarzom Arki nie brakowało okazji bramkowych w Katowicach. Sam Karol Czubak mógł popisać się nawet hat-trickiem, a Hubert Adamczyk miał idealną okazję, jaką jest rzut karny. Jeden z nielicznych błędów w defensywie przyniósł z kolei karnego dla zespołu gospodarzy i właśnie w ten sposób GKS Katowice uratował remis, a Żółto-Niebiescy stracili dwa punkty.
arkowcy.pl – W Katowicach pod górkę, GKS z punktem na Barbórkę
[…]Niespodziewany był za to manewr Rafała Góraka, który lukę po pauzującym za kartki Sebastianie Bergierze zdecydował się zapełnić 19-letnim Kacprem Pietrzykiem. Kolejne zaskoczenie stanowiło desygnowanie od pierwszej minuty zainstalowanego za plecami napastnika Shuna Shibaty zamiast Mateusza Maka, Mateusza Marca czy Christiana Alemana.
Pierwsza połowa stała pod znakiem dominacji żółto-niebieskich. W 8. minucie Kobacki dośrodkowywał z kornera, Czubak przeskoczył dwóch rywali i doszedł do strzału głową, ale piłka powędrowała minimalnie nad poprzeczką. Dwie minuty później znów z dobrej strony pokazał się Kobacki, który wpadł w pole karne, idealnym dograniem znalazł Czubaka, ten błyskawicznie uderzył z czuba, jednak trafił wprost w Kudłę. Arka nie ustępowała w dążeniu do objęcia prowadzenia. W 17. minucie znakomity rajd Lipkowskiego z prawej strony zakończył się wystawieniem futbolówki na strzał stojącemu w szesnastce gospodarzy Kobackiemu, natomiast wykończenie całej akcji przez lewoskrzydłowego pozostawiało wiele do życzenia. Dwie minuty później Milewski znalazł się z piłką przy nodze w polu karnym GKS-u, zagrał wzdłuż bramki, futbolówka odbiła się jeszcze od Jędrycha i trafiła na 5. metr przed linią bramkową do Kobackiego, a ten między nogami próbującego desperacko ratować sytuację Wasielewskiego zapakował piłkę do siatki i otworzył wynik. W 25. minucie Azacki zablokował strzał z dystansu Shibaty, dobijać z pola karnego próbował jeszcze Pietrzyk, natomiast futbolówka po rykoszecie przeszła trzy metry obok prawego słupka Lenarcika. W odpowiedzi kolejną indywidualną akcję na lewym skrzydle przeprowadził Kobacki, wpadł w szesnastkę katowiczan i szukał zaskoczenia Kudły przy bliższym słupku, piłka odbiła się jeszcze od nogi Jędrycha i zatrzymała na słupku. W 41. minucie zamykający akcję z prawej strony pola karnego Lipkowski podwyższył na 2:0, jednak sędzia Urban błyskawicznie zasygnalizował spalonego przy podaniu z głębi pola do wychodzącego na wolne pole Gojnego, który dośrodkowywał do ,,Lipy” – jak pokazały powtórki, była to bardzo pochopna decyzja arbitra, bo prawdopodobnie bramka została zdobyta w przepisowy sposób. Tuż przed przerwą rozgrywający znakomite zawody Lipkowski minął wychodzącego przed swoje pole karne Kudłę, dograł do środka, Kobacki oddał futbolówkę Czubakowi, ten miał przed sobą niemal pustą bramkę, podniósł piłkę nad nogami leżących obrońców, ale wracający między słupki Kudła jakimś cudem zdążył z interwencją i na tablicy wyników do przerwy było tylko 1:0 dla Arki.
W drugiej połowie gospodarze zaczęli robić więcej, by zagrozić bramce gdynian. W 56. minucie Kozubal przechwycił piłkę na połowie Arki, podał do Repki, defensywny pomocnik uderzył z 25 m, ale futbolówka leciała w sam środek bramki i Lenarcik nie miał problemu z interwencją. Dwie minuty później Shibata po długim podaniu wyszedł sam na sam z bramkarzem żółto-niebieskich, jednak Lenarcik i z tego pojedynku wyszedł zwycięsko. Piłkarze Góraka szukali wyrównania, ale to Arkowcy powinni wyprowadzić drugi cios – w 62. minucie Repka sfaulował Milewskiego w swoim polu karnym i Urban wskazał na wapno. Do rzutu karnego podszedł Adamczyk, natomiast strzelił fatalnie, lekko, wprost do koszyczka Kudły. Kilka minut później rozgrywający Arki mógł się zrehabilitować asystą, znakomicie dośrodkował spod linii bocznej, ale uderzenie głową Czubaka minimalnie minęło prawy słupek bramki miejscowych. A że niewykorzystane sytuacje lubią się mścić… W 73. minucie kapitalną akcję lewym skrzydłem przeprowadził Marzec, dograł w pole karne, Mak oddał futbolówkę Wasielewskiemu, a w tego z nogami wpakował się Azacki i sprokurował jedenastkę dla GKS-u. Jędrych dał Adamczykowi przykład, jak należy egzekwować karne, i na tablicy wyników był już remis. Do końca spotkania obie drużyny nie były już w stanie wygenerować sobie klarownych okazji, więc mecz skończył się podziałem punktów.
Podopieczni Wojciecha Łobodzińskiego zagrali kolejny dobry mecz, ale tym razem w ich szeregach szwankowała skuteczność – niewykorzystana jedenastka Huberta Adamczyka i cztery sytuacje Karola Czubaka zemściły się na gdynianach, którzy w drugiej części wyglądali na bardziej rozkojarzonych niż w pierwszych 45 minutach.
infokatowice.pl – GieKSa urwała punkt liderowi
[…] Mecz rozgrywany był w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych. Co prawda organizatorzy wykonali dużo dobrej pracy, żeby przed pierwszym gwizdkiem sędziego odśnieżyć murawę, ale padający przez cały czas śnieg powodował, że piłkarze mieli dużo problemów z utrzymaniem się na nogach, a w grze obu zespołów było dużo przypadkowości.
[…] Katowiczanie w pierwszej odsłonie grali słabo i najczęściej ograniczali się do wybijania futbolówki jak najdalej od własnego pola karnego.
[…] W drugiej odsłonie Arka nadal miała przewagę i kilka razy była blisko podwyższenia rezultatu.
[…] W 73 min. szczęście uśmiechnęło się do GKS-u. W polu karnym sfaulowany został Wasilewski, a jedenastkę na bramkę zamienił Jędrych. Do końca spotkania na murawie nie działo się już z wiele i ostatecznie Trójkolorowi w dość szczęśliwy sposób zremisowali z Arką 1:1. Pomimo niezłego wyniku katowicka publiczność głośno domagała się w końcowych minutach odejścia trenera Rafała Góraka.
Felietony Piłka nożna
#SzacunekDlaArbitra
Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.
Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.
– Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.
– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.
Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.
Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.
Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.
W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.
Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.
Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…
Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.
No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.
Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.
Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.
Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.
Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.
Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.
I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.
Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.
Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.
No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.
A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.
Felietony
Duma i wściekłość
Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.
Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.
Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.
Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.
Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.
GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.
Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.
No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.
W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.
Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.
Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.
W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.
Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.
Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.
Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.
O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.
Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.
Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.
Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.
Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.
Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.
Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.
Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.
Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.
Piłka nożna Wywiady
Czerwiński: To my graliśmy lepiej
Po zremisowanym meczu z Legią porozmawialiśmy z Alanem Czerwińskim o atmosferze w klubie i na murawie, kontrowersjach sędziowskich, a także jego roli w szatni. Nie zabrakło również pytania o ulubionego krepla, a po odpowiedzi zapraszamy do lektury.
Ostatnie dwa mecze to twoje dwa udane strzały. Do trzech razy sztuka?
Alan Czerwiński: Mam taką nadzieję, dobrze się z przodu odnajduję. Szkoda, że obydwa strzały były na lewej nodze i nie mogłem pokazać mojej prawej, która jest dużo dokładniejsza. Naprawdę szkoda, że dzisiaj ta bramka nie wpadła, bo byłaby takim stemplem. To był idealny mecz na takiego gola, bo to byłoby po prostu piękne trafienie i szkoda, że nie wpadło.
Grałeś kilka meczów z dolegliwościami. Już wszystko w porządku?
Tak, dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. W mojej głowie tak naprawdę nie ma tego urazu. Gdybym wychodził na mecz zastanawiając się, czy wszystko jest okej, miałbym spory problem. Dużo pracuję mentalnie nad przygotowaniami do meczu. W myślach nie mam żadnego urazu, nie kalkuluję nic, gram na 100% i to jest dla mnie najważniejsze w przygotowaniach. Gdy gram na 100%, mogę pokazać wszystkie umiejętności i to, co mam najlepsze.
Za twojego poprzedniego pobytu w Katowicach Legia walczyła w Lidze Mistrzów, a teraz drży o utrzymanie. To zmieniło podejście do tych spotkań?
Mecz z Legią zawsze wzbudza większe emocje wśród zawodników i kibiców. Atmosfera dzisiaj była… no fantastyczna. Nie ma co ukrywać, u nas kibice są tym dwunastym zawodnikiem. W poprzednim meczu żyli tym meczem, tak samo dzisiaj. Bardzo fajnie grać dla nich i zostawiać zdrowie dla kibiców, bardzo za to dziękujemy i to doceniamy. Co do Legii, są w fazie przebudowy, ale dalej mają dobrych zawodników i trochę jakości.
Ale tylko trochę?
Myślę, że to my dzisiaj graliśmy lepiej. Zasłużyliśmy na trzy punkty, taka jest moja opinia. Szanujemy ten remis i jeden punkt, ale staraliśmy się, a kibice też to myślę widzieli – nie grać na remis i powalczyć o trzy punkty. Walczyliśmy do końca, stworzyliśmy kilka sytuacji i zabrakło jedynie centymetrów.
Lukas Klemenz ostatnio powiedział piękne słowa, że zaangażowania i takiej zgranej ekipy nie da się po prostu kupić.
Charakterologicznie jest to świetnie dobrane. Trener sobie to układa i to się dobrze zazębia. Mam nadzieję, że będziemy to trzymać, bo przed nami trudne mecze. Będziemy potrzebować wsparcia kibiców jak dzisiaj, czy tydzień temu z Widzewem. To nas niesie i razem możemy walczyć w każdym meczu o punkty.
Kogo nie spytać, wyróżni Alana Czerwińskiego jako tego, który coś potrafi powiedzieć w szatni.
Generalnie staram się nie mówić za dużo, rozluźniać atmosferę. Nie jestem spiętym zawodnikiem, ale nie boję się wygłaszać swojego zdania. Zawsze chcę pomóc młodym chłopakom, ze starszymi zawodnikami mam dobre relacje. Po prostu nie boję się powiedzieć swojego zdania, w piłce przeżyłem już bardzo dużo. Zagrałem wiele poważnych meczów o sporym ciśnieniu, w Lidze Europy czy Konferencji. Jeden błąd waży tam bardzo dużo. Nie boję się wypowiadać, oczywiście słucham też innych chłopaków – wymieniamy się poglądami i to jest fajne. Nie zamykam się na ich zdanie, a oni na moje. Doskonale to wszystko funkcjonuje. Jeżeli chodzi o odzywanie się w szatni, bardzo to lubię. Rozluźniam atmosferę, żartem czy też dobrym słowem do naszej kochanej młodzieży.
Masz jakieś sposoby na kontrowersyjne decyzje sędziego, czy już się po prostu tym nie przejmujesz?
Totalnie nie, na mnie to już nie wpływa. Dostałem żółtą kartkę i musiałem grać ostrożnie, bo czasem to przypadek decyduje o tym, czy obejrzysz drugi kartonik. Kontrowersje sędziowskie? Pewnie jakieś były, tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że nawet mogliśmy dostać rzut karny?
Można było dopatrzeć się nawet trzech potencjalnych jedenastek.
No to naprawdę szkoda, taki karny by nam dzisiaj bardzo pomógł. W tej szesnastce się kotłowało, a to z kolei świadczy o tym, że dochodziliśmy do sytuacji. Legia miała dzisiaj z nami problem.
Było widać przy jednej z ostatnich akcji, że instynktownie chciałeś odpychać rywala, a później cofnąłeś ręce.
Tak, tak. Wyszedłem bardzo wysoko, on sobie dzióbnął tę piłkę. W pierwszym odruchu normalnie bym akcję od razu kasował, bo wolę dostać żółtą kartkę. W ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, zaświeciła mi się lampka i odsunąłem ręce. Przybiłem sobie brawo za tę decyzję, bo czerwona kartka mogłaby zupełnie zmienić oblicze meczu w samej końcówce.
Końcówki na Arenie Katowice faktycznie należą do was, łapiecie flow z kibicami. Mocniejszy doping to lepsza akcja i odwrotnie.
Dokładnie tak, w meczu z Widzewem to bardzo mocno odczułem. Jeden z nas zrobił wślizg, trybuny się jeszcze bardziej ożywiły i to nas dalej napędzało. Dawno nie miałem tak, by kibice żyli z drużyną, a drużyna z kibicami. Mega mi się to podoba, to naprawdę pomaga.
Jak radzą sobie nowi zawodnicy?
System nie jest najłatwiejszy, ale mamy taką drużynę, że od razu czują się bardzo dobrze. Jesteśmy otwarci. Kiedyś nie widziałem takich rzeczy, gdy przychodził nowy zawodnik, jak mu pomóc czy doradzić. Teraz staramy się, ja się staram, być bardzo dobrym kolegą. Służyć żartem, pomocą, żeby jak najszybciej się odnaleźli i dobrze czuli. Całej drużynie to wychodzi na dobre, że szybko się wkomponowują. Warunek jest jeden: będziesz się czuł dobrze, jeśli dasz z siebie 100%. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, będziesz się tu czuł źle i tyle.
Tłusty czwartek za nami, jaki twój ulubiony pączek? Lukier czy cukier puder?
Zdecydowanie lukier. Ulubiony z czekoladą, jadłem z moją córką. Ja sobie takiego sprawiłem i jej też takiego przywiozłem, bardzo takie lubi. Polany czekoladą i z czekoladą w środku, nie odmówiłem sobie (śmiech).


Najnowsze komentarze