Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Hokeiści GieKSy szykują się na Puchar Kontynentalny. Mistrzowie Polski zagrają we Włoszech
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Drużyna żeńska w środę rozegrała spotkanie w ramach rozgrywek Pucharu Polski w którym pokonała Ślęzę Wrocław 4:1 (0:2). W 1/16 finału nasz zespół zmierzy się z Pogonią w Szczecinie. Mecz zostanie rozegrany w ostatni weekend listopada. W niedzielnym spotkaniu ligowym rozegranym na wyjeździe, ze Śląskiem Wrocław drużyna zremisowała 2:2 przegrywając do przerwy 1:2. Najbliższe spotkanie ligowe zespół rozegra w sobotę 18 listopada, z TME/UKS SMS Łódź. Mecz rozpocznie się o godzinie 15:15 i będzie transmitowane na kanale TVP Sport. Również w niedzielę piłkarze pokonali w ramach rozgrywek I ligi, GKS Tychy 1:0 (0:0). Prasówkę po tym spotkaniu możecie przeczytać TUTAJ. Kolejne spotkanie męska drużyna rozegra 25 listopada, na wyjeździe z Wisłą Kraków.
Siatkarze przegrali kolejne spotkanie tym razem z Jastrzębskim Węglem, 1:3. W rozpoczętym tygodniu zespół rozegra dwa spotkania: dzisiaj, na wyjeździe z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle (od godziny 17:30) oraz w niedzielę ze Stalą Nysa. Spotkanie ze Stalą rozpocznie się o godzinie 20:30.
Mistrzowie Polski w hokeju na lodzie w najbliższy weekend wezmą udział w turnieju Pucharu Kontynentalnego rozgrywanym we włoskiej Cortina d’Ampezzo. Pierwsze spotkanie zespół rozegra w piątek 17 listopada, od godziny 16:30 z Ferencvárosi TC. W sobotę, 18 listopada, od godziny 20:30 hokeiści zmierzą się z SG Cortina. Ostatni turniejowy mecz drużyna rozegra w niedzielę, 19 listopada z Herning Blue Fox. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 16:30.
PIŁKA NOŻNA
pilkanozna.slezawroclaw.pl – Ślęza przegrała ale nie zawiodła w meczu z Mistrzem Polski
W meczu 1/32 rozgrywek Orlen Pucharu Polski Kobiet, Ślęza Wrocław przegrała z GKS-em Katowice 1:4.
Nie było sensacji w meczu w którym beniaminek I ligi rywalizował z Mistrzem Polski. Z postawy naszych piłkarek możemy być jednak naprawdę zadowoleni. Chcieliśmy, by zagrały one z ambicją i wolą walki i to też w wykonaniu wrocławianek zobaczyliśmy. Na tle zespołu z najwyższej z możliwych w naszym kraju półek, drużyna Ślęzy wstydu nie przyniosła, a wręcz przeciwnie. Wygrał jednak zespół lepszy, bo takim był GKS, co jednak dziwić nikogo nie powinno.
Mistrz Polski przyjechał do Wrocławia w swoim praktycznie najmocniejszym składzie. Zaskoczeniem dla kibiców mogła być jednak jedenastka, jaką desygnował do gry trener Arkadiusz Domaszewicz. Znalazły się w niej trzy dziewczyny, które w rozgrywkach ligowych ani razu nie wybiegały na boisko w podstawowym składzie – Dasza Krawczuk (6 meczów/137 minut), Wiktoria Tyza (3/67) i Nikola Raszkowska (1/11).
Choć GKS w pierwszej połowie miał optyczną przewagę, to sytuacji do strzelenia goli miał bardzo niewiele, bo zaledwie trzy. Pierwszą już w 4 min. gdy po strzale Nikoli Brzęczek, bardzo dobrze interweniowała Amelia Niedzielska. Kolejne dwie zakończyły się już golami. w 26 min. po uderzeniu z rzutu wolnego Anity Turkiewicz, piłka odbiła się od słupka, a skuteczną dobitką popisała się Marlena Hajduk. W 32 min. rozmiary prowadzenia gości zwiększyła Anita Turkiewicz, skutecznie kończąc składną akcję GKS-u. W przerwie trener Domaszewicz wymienił trzy zawodniczki chcąc zagrać bardziej ofensywnie. Mecz stał się przez to bardziej otwarty, ale konsekwencją tego otwarcia ze strony 1KS-u, był stracony gol w 56 min, którego autorką była Anna Konkol. Katowiczanki miały też swoje kolejne szanse, ale na przeszkodzie ku temu by strzeliły kolejne bramki, stała bardzo dobrze spisująca się w bramce Niedzielska. W 75 min. bardzo bliska zdobycia gola dla Ślęzy była Karolina Larska, która bardzo dobrze przymierzyła z rzutu wolnego, ale jeszcze lepiej spisała się stojąca w bramce GKS-u. W 76 min. Weronika Klimek gola strzeliła Dominika Misztal, choć naszym zdaniem nie powinno go być, bowiem w tejże akcji jedna z katowiczanek absolutnie faulowała Kingę Podkowę. Było ju zatem 0:4, ale ten wynik nie sprawił, że dziewczyny reprezentujące żółto-czerwone barwy spuściły głowy. One nadal dążyły do strzelenia choćby honorowego gola i za te dążenia doczekały się nagrody. W 90 min. Oliwie Szewczyk z rzutu wolnego dośrodkowała piłkę w pole karne, a strzałem głową piłkę w siatce umieściła Oliwia Adamiec.
kobiecyfutbol.pl – Rozlosowano pary 1/16 finału Orlen Puchar Polski
W siedzibie Polskiego Związku Piłki Nożnej rozlosowano pary 1/16 finału Orlen Pucharu Polski. Spotkania rozegrane zostaną 25 listopada.
Hitem tej fazy rozgrywek będzie spotkanie wicelidera Orlen Ekstraligi i aktualnego mistrza Polski GKS-u Katowice z liderem Ekstraligi Pogonią Szczecin. Broniący tytułu UKS SMS Łódź zagra w Rybniku z miejscowym ROW-em.
Pary 1/16 finału Orlen Pucharu Polski:
GKS Katowice – Pogoń Szczecin
Lech UAM II Poznań – TP Ostrovia 1909 Ostrów Wlkp.
UKS Zorza Pęgów – Sportis KKP Bydgoszcz
KKPK Medyk POLOmarket Konin – GKS Górnik Łęczna
Hydrotruck Czwórka Radom – WKS Śląsk Wrocław
Zły Praga Warszawa – KKS Czarni Antrans Sosnowiec
CWKS Resovia Rzeszów U18 – PTC II Pabianice
MKS Tauron Myszków – Bielawianka Bielawa
Victoria Niemcz Osielsko – KS SWD Wodzisław Śląski
UKS 3 Weronica Staszkówka Jelna II – BTS Rekord Bielsko Biała
AP Orlen Gdańsk U18 – Unia Lublin
Juna-Trans Stare Oborzyska – Skra Częstochowa
Lech UAM Poznań AP – Orlen Gdańsk
KS Wanda Kraków – Stomilanki Olsztyn
CWKS Resovia Rzeszów – Energa Checz Gdynia
TS ROW Rybnik – UKS SMS Łódź
Orlen Ekstraliga: fenomenalne widowisko we Wrocławiu!
Wrocławianki są na fali wznoszącej, bez wątpienia znajdują się w dobrej formie, z kolei wiceliderki z Katowic nie mogą sobie pozwolić na stratę punktów, chcąc dotrzymać kroku Pogoni Szczecin. Te okoliczności gwarantują nam niesamowicie ciekawe spotkanie.
Pierwsze minuty spotkania przebiegały raczej w spokojnym tempie. Jako pierwsze swoją okazję do zdobycia bramki miały aktualne mistrzynie Polski, katowiczanki w 9. minucie wykonywały rzut wolny z prawej strony pola karnego. Bardzo niebezpieczne uderzenie zmierzające pod poprzeczkę na rzut rożny sparowała Anna Bocian. Corner nie przyniósł większego zagrożenia. W 18. minucie spotkania w dobgodnej sytuacji strzeleckiej znalazła się Karolina Iwaśko, nieczysto jednak trafiła w piłkę i nie wykorzystała swojej szansy. Chwilę później wrocławianki miały wielkie powody do radości, wyszły bowiem na prowadzenie po bezbłędnym wykończeniu akcji przez Marcelinę Buś. Zawodniczka Śląska dostała bardzo precyzyjne podanie z okolic linii środkowej boiska, świetnie opanowała piłkę i wyprowadziła swój zespół na prowadzenie. Minęły zaledwie dwie minuty i drugi, skuteczny cios wyprowadziły piłkarki ze stolicy Dolnego Śląska! Dwubramkowe prowadzenie swojej drużynie zapewniła ponownie Marcelina Buś, tym razem uderzając sprzed linii pola karnego. Rewelacyjny, techniczny strzał w kierunku prawego słupka nie dał szans na skuteczną interwencję Weronice Klimek.
Katowiczanki nie zwiesiły jednak głów, wręcz przeciwnie, podniosły głowy i wzrok wysoko, co pozwoliło na perfekcyjne, dalekie podanie za linię obrony do Dżesiki Jaszek. Snajperka GieKSy świetnie zachowała się w polu karnym i delikatnym uderzeniem skierowała piłkę do bramki obok bezradnej Anny Bocian, to była 23. minuta meczu. We Wrocławiu jesteśmy świadkami wspaniałego spotkania! W 27. minucie spotkania wrocławianki próbowały swoich sił strzałem z dystansu, uderzenie było jednak bardzo niecelne. Trzy minuty później katowiczanki wykonywały rzut wolny z prawego skrzydła, dośrodkowanie było jednak zbyt wysokie, zbyt głębokie i bez problemu piłkę złapała Anna Bocian. W 37. minucie gry WKS przeprowadził bardzo ładną, wielopodaniową akcję, prostopadłe podanie okazało się jednak zbyt mocne i piłka wylądowała w dłoniach Weroniki Klimek. Na pięć minut przed zakończeniem czasu gry w pierwszej połowie w niezłej sytuacji strzeleckiej znalazła się Dżesika Jaszek. Musiała jednak gonić piłkę i na wślizgu oddała strzał z ostrego kąta, strzał niecelny. Kolejne minuty nie przynosiły zmiany rezultatu. Swoją szansę miały wrocławianki w trzeciej minucie czasu doliczonego do pierwszej połowy, dośrodkowanie z głębi pola było jednak niedokładne. Chwilę później sędzia Anna Wesołowska zaprosiła piłkarki do szatni przy jednobramkowym prowadzeniu WKS-u.
Na drugą część pojedynku obie drużyny wybiegły w niezmienionych składach. Jako pierwsze zagrożenie pod bramką rywalek stworzyły w 49. minucie meczu aktualne mistrzynie Polski, corner nie przyniósł jednak zmiany rezultatu. W 52. minucie spotkania swoją akcję pod polem karnym rywalek konstruowały zawodniczki z Katowic, straciły piłkę przed “szesnastką”, sędzia Anna Wesołowska nie odgwizdała przewinienia mimo licznych protestów zespołu przyjezdnego. Błyskawiczną kontrę przeprowadziły wrocławianki, piłka trafiła do Aleksandry Żurek, której strzał był minimalnie niecelny, było bardzo blisko podwyższenia prowadzenia. Po tej sytuacji czerwoną kartką ukarany został jeden z członków sztabu szkoleniowego GKS-u. W 57. minucie gry w polu karnym Weroniki Klimek znalazła się Marcelina Buś, kibice WKS-u domagali się rzutu karnego, tymczasem to zawodniczka z Wrocławia w tej sytuacji dopuściła się przewinienia. Dwie minuty później w dogodnej sytuacji znalazła się Dżesika Jaszek, niewiele zabrakło do doprowadzenia do wyrównania. Na Kłokoczycach dzieje się dzisiaj niesamowicie dużo!
W 65. minucie gry wrocławianki wykonywały rzut rożny, dośrodkowanie Kamili Czudeckiej bez problemu złapała jednak Weronika Klimek. W 68. minucie meczu świetnie w pole karne Anny Bocian dośrodkowywała Anita Turkiewicz, piłka trafiła na głowę Dżesiki Jaszek, która świetnym uderzeniem głową umieściła ją w siatce. Radość została jednak szybko zgaszona przez sędzię asystentkę Nicolę Stoklosę, która słusznie uniosła w górę chorągiewkę, sygnalizując pozycję spaloną. W 71. minucie meczu rewelacyjną okazję na doprowadzenie do remisu miała Dżesika Jaszek, zabrakło jednak centymetrów, aby z najbliższej odległości skierowała piłkę do bramki rywalek. Kilkadziesiąt sekund później dość szczęśliwie w polu karnym piłka znalazła się pod nogami Anity Turkiewicz, która strzałem wewnętrzną częścią stopy pokonała Annę Bocian. Ten gol gwarantuje nam niesamowicie interesującą końcówkę spotkania!
Do końca dzisiejszego meczu bliżej zdobycia trzeciej bramki były piłkarki WKS-u Śląska Wrocław, przy czym podkreślić też trzeba, że swoje szanse miały również katowiczanki. Oby jak najwięcej takich spotkań w Orlen Ekstralidze i nie tylko, na takie spotkania czekamy na wszystkich boiskach, na których występują kobiety. Coś wspaniałego! Z przebiegu całego spotkania pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest to remis ze wskazaniem na Śląsk, żal, że ten mecz się już zakończył.
sportdziennik.com – Oczekiwanie zakończone
GKS Katowice w końcu się odblokował. Po ponad dwóch miesiącach wygrał spotkanie. Czy to oznacza powrót na właściwe tory?
Spotkanie z GKS-em Tychy nie było dla katowiczan łatwą przeprawą. Przede wszystkim obie drużyny starały się nie stracić bramki, przez co kibice nie oglądali zbyt porywającego widowiska. Długo wydawało się, że żadna ze stron nie zdobędzie w tej rywalizacji gola, jednak w końcu nadeszło przełamanie. Przełamanie, na które czekali przede wszystkim kibice ze stolicy województwa śląskiego. Bramkę zdobył Sebastian Bergier, napastnik GieKSy. Jak się później okazało, było to jedyne trafienie w tym meczu, które ostatecznie pozwoliło cieszyć się ze zwycięstwa ekipie z Bukowej. – Najważniejsza jest wygrana. Czekaliśmy na wygraną ponad 2 miesiące. Wszystko ułożyło się w spotkaniu jak należy. Strzeliliśmy jedną bramkę, nie straciliśmy żadnej i mamy 3 punkty – skomentował krótko pojedynek zdobywca bramki.
Trudno jest sobie wymarzyć lepszy moment na przełamanie niż w meczu derbowym. Na trybunach czuć było nie tylko zniecierpliwienie miejscowych fanów, ale przede wszystkim widoczna była atmosfera piłkarskiego święta. Kibice z Katowic przygotowali specjalną oprawę okraszoną pirotechniką. To spowodowało przy okazji uatrakcyjnienie sportowych zmagań, które w głównej mierze toczyło się w ślimaczym tempie. Wsparcie dla zespołu było słyszalne przez całe spotkanie, choć nie zabrakło również obelg pomiędzy dwoma ekipami kibicowskimi – fani z Tychów wypełnili w niedzielę sektor gości.
Dla tyszan był to mecz wyjątkowy nie tylko z powodów derbowych, ale również absencji w zespole. W trakcie meczu zabrakło nawet pierwszego trenera Dariusza Banasika, który pauzował za kartki. – Do tego meczu przystąpiliśmy w eksperymentalnym zestawieniu. W poprzednim meczu dostaliśmy sporo żółtych kartek, wypadło nam dwóch podstawowych środkowych obrońców. Dodatkowo mieliśmy ograniczone możliwości, jeśli chodzi o pracę w sztabie – trzech trenerów nie mogło uczestniczyć w tym spotkaniu – powiedział podczas konferencji prasowej Bernard Kapuściński, na co dzień drugi trener GKS-u Tychy, który w niedzielę w ramach zastępstwa był głównym opiekunem zespołu.
Katowicka GieKSa wykorzystała to, że tyszanie do meczu przystąpili osłabieni. Choć zwycięstwo nie było przekonujące, to ostatecznie w futbolu liczy się to, który zespół strzelił więcej bramek. W tym przypadku podopieczni trenera Rafała Góraka byli lepsi od swoich przeciwników. Głównym bohaterem spotkania był wcześniej wspomniany Bergier. Jak na napastnika przystało, był tam, gdzie być powinien. Znalazł dla siebie miejsce w polu karnym i wykorzystał zamieszanie pod bramką Macieja Kikolskiego, dzięki czemu strzelił 5. bramkę w sezonie.
– Dla napastnika to jest najważniejsze. Buduje każda bramka oraz każda asysta. W momencie, gdy uda się do tego zanotować 3 punkty, jest to wymarzony dzień – stwierdził po spotkaniu snajper GKS-u. Czy jego gol, a w konsekwencji zwycięstwo przyniesie przełamanie w zespole po dwumiesięcznym rozbracie ze zwycięstwami? – Miejmy nadzieję! Trochę punktów nam uciekło, ale też można powiedzieć, że szczęście nam nie dopisywało. Teraz mam nadzieję, że karta się odwróci i pójdziemy w dobrą stronę – podkreślił Bergier. Sytuacja katowiczan wcale nie jest tak fatalna, jak mogłoby się wydawać. Po długiej przerwie od zwycięstw teraz są na 11. pozycji w tabeli, a do strefy barażowej tracą jedynie 4 punkty. Więc, choć to zadziwiające, wciąż są w kontakcie z czołówką.
Pewna bariera została przekroczona. GieKSa w końcu pokonała swoje demony. Teraz z pewnością czeka ją trudniejsze zadanie. Nie sztuką jest wygrać jeden mecz i znów czekać miesiącami na kolejne 3 punkty. Jak mówi Sebastian Bergier, podczas okresu porażek i remisów nadzieja w zespole nie umarła. – Z tygodnia na tydzień staraliśmy się podchodzić do naszej sytuacji ze spokojem. Wiadomo, że w głowach trochę siedziało to, że nie mogliśmy zwyciężyć. Teraz wierzę, że zwycięstwo doda nam pewności siebie i pójdziemy do przodu – mówił snajper GKS-u.
SIATKÓWKA
sportdziennik.com – Jastrzębie po raz piąty
Siatkarze Jastrzębskiego Węgla utrzymali miano drużyny niepokonanej i wygrali derbowe spotkanie wyjazdowe z GKS-em Katowice 3:1.
Po pierwszym secie wydawało się, że mecz będzie trwał godzinę z prysznicem. Jednak później gospodarze zagrali zdecydowanie lepiej i przy odrobinie szczęścia mogli się pokusić o urwanie jeszcze jednego seta.
Siatkarze z Jastrzębia byli zdecydowanym faworytem i potwierdzili to w pierwszym secie. Zaczęli z wysokiego „C” i szybko zbudowali przewagę. Pierwszy czas trener Grzegorz Słaby wziął już przy 1:5. Przy 1:7 miejsce Łukasza Kozuba na pozycji rozgrywającego zajął Piotr Fenoszyn, który w tym sezonie debiutuje w PlusLidze. Przewaga gości była przygniatająca. Przy stanie 5:20 na parkiecie pojawił się duet przyjmujących Marcin Waliński – Wiktor Mielczarek. Ten pierwszy pokazał się z dobrej strony, trzy razy skutecznie zaatakował i dwa razy zablokował. On w końcowych fragmentach zdobył tyle samo punktów co koledzy przez 3/4 seta. Na finiszu katowiczanie trochę podreperowali konto punktowe, ale o tej odsłonie należało jak najszybciej zapomnieć. Kolosalna różnica była w skuteczności w ataku (25% – 52%).
Waliński, rzecz jasna, pozostał na boisku, zaś jego koledzy dołączyli do jego poziomu gry. I obserwowaliśmy zupełnie inny przebieg gry. Tym razem gospodarze grali jak równy z równym, choć goście posiadali nieznaczną przewagę. Jednak końcowe fragmenty były niezwykle emocjonujące, a w roli głównej wystąpił Waliński. Dwa razy doprowadzał do remisu, natomiast chwilę później wyprowadził GKS na prowadzenie 24:23. Jednak po analizie wideo okazało się, że Benjamin Toniutti popełnił błąd przełożenia rąk na drugą stronę siatki. I gospodarze doprowadzili do remisu w meczu. A w kolejnej odsłonie nadal stawiali silny opór. Przegrywali zaledwie punktem (19:20) i zanosiło się znów na emocjonującą końcowkę. Gospodarze podjęli ryzyko w polu serwisowym i w rezultacie popełnili trzy błędy. Przez to goście mieli ułatwione zadanie. Partię zakończył Moustapha M’Baye. Kolejna odsłona miała podobny przebieg, ale ostatecznie goście w końcowych fragmentach znów byli skuteczniejsi. Gospodarze, poza pierwszym setem, grali dobrze, zaś pierwszoplanową postacią był niewątpliwie Waliński.
GKS Katowice – Jastrzębski Węgiel 1:3 (14:25, 25:23, 22:25, 22:25)
HOKEJ
hokej.net – Monto: Czekają nas trudne spotkania
– Jeżeli chodzi o Polskę, jak dotąd najwięcej czasu spędziłem w Katowicach i bardzo lubię to miasto, dobrze mi się tutaj żyje i mogę się dzięki temu w pełni skupić na zawodowej grze w hokeja – tak o życiu w Katowicach wypowiedział się Joona Monto, na łamach oficjalnego serwisu GKS-u Katowice. Wkrótce podopiecznych Jacka Płachty czekają występy w Pucharze Kontynentalnym.
Przypomnijmy, że mistrzowie Polski są obecnie jedyną, niepokonaną drużyną do tej pory w lidze. W 17 spotkaniach zaksięgowali 48 punktów i stracili zaledwie 3 „oczka”.
– Doskonale zdajemy sobie sprawę, że mierzymy się w lidze z bardzo dobrymi zespołami, ale i nasza drużyna ma w sobie wielką jakość. Mówiąc szczerze, chyba nikt z nas nie spodziewał się, że będziemy w stanie wygrać tyle meczów z rzędu i tym bardziej nas to cieszy, bo to imponująca seria. Było w tym sezonie kilka spotkań, w których byliśmy na granicy porażki, ale zawsze znajdowaliśmy sposób na to, by zmienić scenariusz spotkania– powiedział Joona Monto.
– Musimy przełożyć te zwycięstwa na pewność siebie i świadomość, że możemy dokonać wiele, ale jednocześnie przyda się trochę pokory. Musimy być nadal głodni zwycięstw i dobrej gry. Nie możemy powiedzieć, że we wszystkich naszych wcześniejszych meczach graliśmy idealnie przez 60 minut, a do tego trzeba dążyć, choć to trudne– dodał.
Coraz bliżej są też spotkania w ramach trzeciej rundy Pucharu Kontynentalnego, który odbędzie się w dniach 17-19 listopada, a mistrzowie Polski zmierzą się w nim w grupie F z SG Cortina, Herning Blue Fox oraz FTC Budapeszt.
– To będzie inne doświadczenie niż rozgrywanie meczów w polskiej lidze, ale czuję, że jesteśmy dobrze przygotowani na wyzwanie międzynarodowe, jakie nas czeka we Włoszech, a najważniejsze jest to, że jedziemy tam z przeświadczeniem, że stać nas na wygrywanie. Ciężko powiedzieć, czego dokładnie się spodziewać w Cortina d’Ampezzo. Zmierzymy się z trzema zespołami o wysokiej jakości gry i z klasowymi zawodnikami w swoich składach– stwierdził 29-letni środkowy.
– Czekają nas trudne spotkania, ale myślę, że nasze niedawne doświadczenie gry w Hokejowej Lidze Mistrzów powinno zaprocentować także w tym roku, kiedy będziemy występować w Pucharze Kontynentalnym. Taki kilkudniowy zagraniczny wyjazd i możliwość reprezentowania Polski i Katowic w europejskich pucharach będzie ciekawą przygodą dla całej naszej drużyny– dodał.
Dla Fina jest to już trzeci sezon rozgrywany w GKS-ie Katowice. W tym czasie rozegrał 126 spotkań ligowych, w których zaksięgował 81 punktów za 24 bramki i 57 asyst.
– Jeżeli chodzi o Polskę, jak dotąd najwięcej czasu spędziłem w Katowicach i bardzo lubię to miasto, dobrze mi się tutaj żyje i mogę się dzięki temu w pełni skupić na zawodowej grze w hokeja. Pierwsze skojarzenie związane z Katowicami? Restauracje – jest tutaj wiele miejsc, gdzie można zjeść bardzo doby posiłek i spotkać się w miłej atmosferze ze znajomymi czy rodziną, która odwiedza mnie w Polsce– przyznał katowicki napastnik.
– Polska ma wiele miast, które mogą być ciekawe dla turystów z całej Europy, takie jak Kraków, Gdańsk czy Warszawa. Z tego, co wiem, sporo moich rodaków odwiedza Polskę podczas wakacji czy urlopów i bardzo sobie chwali ten kraj jako bezpieczne, dobre do życia miejsce pełne atrakcji historycznych. Sam nie mam okazji do częstych podróży po Polsce za wyjątkiem wyjazdów na mecze, ale kiedy tylko mam nieco więcej wolnego czasu, staram się poznawać różne miejsca–zakończył.
wkatowicach.eu – Hokeiści GieKSy szykują się na Puchar Kontynentalny. Mistrzowie Polski zagrają we Włoszech
GKS Katowice, jako Mistrz Polski w hokeju na lodzie, ma prawo do reprezentowania naszego kraju w rozgrywkach Pucharu Kontynentalnego. Mecze trzeciej rundy tych rozgrywek z udziałem hokeistów z Katowic zaplanowano na dni 17-19 listopada.
Coraz mniej czasu pozostaje hokeistom z Katowic na przygotowania do rywalizacji w Pucharze Kontynentalnym. Mistrzowie Polski z GKS-u Katowice rozpoczną swój udział w tych rozgrywkach od trzeciej rundy, zaplanowanej na dni 17-19 listopada. GieKSa znalazła się w grupie F, której mecze będą rozgrywane we włoskiej miejscowości Cortina d’Ampezzo.
Rywalami hokeistów z Katowic na tym etapie rozgrywek będą:
duński zespół Herning Blue Fox,
włoski klub SGC Hafro Cortina
oraz zwycięzca grupy D z drugiej rundy Pucharu – Ferencvaros.
Turniej finałowy nadchodzącej edycji Pucharu Kontynentalnego zostanie rozegrany w dniach 12-14 stycznia 2024 r. Wezmą w nim udział po dwie najlepszej drużyny z grup E i F. Przypomnijmy, że GKS Katowice po raz ostatni brał udział w rozgrywkach Pucharu Kontynentalnego w sezonie 2018/2019 i zajął trzecie miejsce w końcowej klasyfikacji tych rozgrywek, ustępując drużynom Arłan Kokczetaw i Belfast Giants.
GKS Katowice w Pucharze Kontynentalnym – terminarz meczów
17.11.2023 16:30 GKS Katowice – Ferencvárosi TC
18.11.2023 20:30 GKS Katowice- SG Cortina
19.11.2023 16:30 GKS Katowice – Herning Blue Fox
Od początku tego sezonu, Mistrzowie Polski ulegli rywalom tylko raz, jednak nie był to mecz ligowy, ale spotkanie o Superpuchar Polski z GKS-em Tychy. Tyszanie zdobyli trofeum na własnym lodowisku, jednak w wyścigu po tytuł hokejowego Mistrza Polski GKS Katowice nie ma sobie równych. GieKSa wygrała wszystkie 17 spotkań w Tauron Hokej Lidze i jest liderem tabeli.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.
-
Sponsorzy 1 tydzień temuMówią, że nie da się obejrzeć wszystkiego na tym turnieju?
-
Hokej 2 tygodnie temuPotwierdzone kolejne odejścia
-
Sponsorzy 5 dni temuPeszko o mundialu: “Trzeba tylko wstać rano!”. Miliony do zgarnięcia u naszego sponsora!
-
Piłka nożna 2 tygodnie temuSzymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy


Najnowsze komentarze