Felietony Piłka nożna
Jaga ma Ajax, my mamy Jagę
Już jutro święto na Bukowej. Po raz ostatni Bukowa gościła aktualnego Mistrza Polski 20 lat i… 3 dni temu. 21 sierpnia 2004 katowiczanie zmierzyli się z Wisłą Kraków. Przegraliśmy 0:3, a gdyby starszych kibiców zapytać, kto wtedy strzelił gole dla Białej Gwiazdy, nawet strzelając nie mieliby problemów z prawidłowym wytypowaniem autorów trafień. Jakiś tam Żurawski, jakiś tam Frankowski. W tamtych czasach karali nas regularnie, a Żuraw już wyjątkowo upodobał sobie Bukową, przy której strzelił osiem bramek. Na Bukowej też chyba wpadł w największy szał, w przerwie słynnego meczu wygranego przez naszą drużynę 1:0, kiedy to w wywiadzie dla Canal Plus spokojny i stonowany przecież Żuraw pomstował wzburzony na sędziego.
To były piękne czasy, kiedy GKS grał w Ekstraklasie i mogliśmy cieszyć się meczami na najwyższym poziomie. Przez 19 lat banicji tego futbolu na salonach nie mieliśmy, ba – nawet coroczne kompromitacje w Pucharze Polski, przeplatane z rzadka (bardzo rzadka) jakimś awansem powodowały, że na nasz stadion przyjeżdżały jednak drużyny z ekstraklasy przeciętne. Podbeskidzie, Zawisza, Cracovia, Warta. Trochę lepsze – Pogoń czy Jagiellonia. Ale nigdy ekipy z topu. Dziwny traf chciał, że również po niemal 20 latach w końcówce sezonu przyjechał do nas aktualny zdobywca Pucharu Polski – Wisła Kraków. Choć to trochę naciągane, bo to był wręcz świeżo upieczony zdobywca – zdobywca „elekt”. I tych Wiślaków GieKSa zmiotła z powierzchni ziemi, niejako przyzwyczajając krakowian do tego, co ich czeka w spotkaniach z Rapidem Wiedeń czy Cercle Brugge.
Trzy miesiące po zdobywcy pucharu przyjeżdża mistrz. Jagiellonia Białystok. Zespół, który pewnie (choć nie bez problemów pod koniec) wygrał Ekstraklasę w poprzednim sezonie, grając najładniejszą piłkę w całej lidze. Zespół, na którego w ostatnich tygodniach zwrócone są oczy całej piłkarskiej Polski – a to ze względu na walkę o Ligę Mistrzów i obecnie – Ligę Europy. Piłkarze Adriana Siemieńca mają już za sobą dziewięć meczów w tym sezonie. Zaczęło się spektakularnie – od pięciu zwycięstw z rzędu. Z Poniewieżem zespół wygrał w cuglach, m.in. po klasycznym hat-triku Jesusa Imaza na wyjeździe. W lidze zespół pewnie pokonał u siebie Puszczę i Stal oraz w wielkich trudach – ale wygrał w Radomiu 3:2. I seria posypała się. W dużej mierze przez klasę kolejnych rywali, ale też niefrasobliwość – głównie w obronie – piłkarzy z Białegostoku. Norweski Bodo Glimt okazał się zbyt silny i po wyrównanym meczu u siebie Jaga poległa na wyjeździe 1:4. Potem w strzelaninie w lidze z Cracovią przegrała 2:4. No i przedwczoraj – z rywalem już z naprawdę wysokiej półki – Ajaxem Amsterdam nasi rywale polegli 1:4, a mogli wyżej, ale w końcówce Sławomir Abramowicz obronił rzut karny. Cztery porażki z rzędu, trzy ostatnie mecze z czterema straconymi bramkami. Brzmi dość strasznie, a przecież Jagiellonię w kolejny czwartek czeka rewanż w Amsterdamie.
W tym wszystkim, całej pucharowo-ligowej przeplatance mistrza swój udział będzie mieć GKS Katowice. W czasach ekstraklasowych mieliśmy już takie sytuacje i wracając do wspomnianego meczu z Wisłą przegranego 0:3, to był on rozgrywany trzy dni przed spotkaniem Białej Gwiazdy z Realem w Madrycie. Fajny kontrast musieli mieć piłkarze i kibice – sobota Bukowa, środa Santiago Bernabeu. Sobota – Sławik, Bartnik, Agafon, Gorszkow, Kęska. Środa – Figo, Beckham, Zidane, Raul, Ronaldo. Takie rzeczy tylko w piłce.
No i tym razem Jagiellonii pomiędzy starciami z Hendersonem, Berghuisem i Bergwijnem przyjdzie się zmierzyć z naszymi, swojskimi Rogalą, Galanem, Błądem czy Zrelakiem.
Może nie powinno nas to interesować najbardziej, ale jednak ma duże znaczenie, jak do tego spotkania podejdzie trener rywali Adrian Siemieniec. Pierwszy „sukces” już został osiągnięty – Jagiellonia zadecydowała, że nie przełoży tego meczu, co swego czasu wydawało się pewne. Sam Siemieniec jednak w wywiadach mówił, że jeśli chcą być poważną drużyną, muszą sobie radzić z grą co trzy dni. A to będzie udziałem Jagiellonii przez całą jesień, bo zagrają w fazie grupowej Ligi Konferencji (nie ma co liczyć, że odrobią straty z Ajaxem).
Druga kwestia jest taka, czy w obliczu praktycznie przegranego dwumeczu z Holendrami, szkoleniowiec nie postawi na żelazny pierwszy skład w Katowicach. Mogliśmy się bowiem łudzić, że w przypadku korzystnego wyniku w pierwszym meczu z Ajaxem, na rewanż trener będzie oszczędzał najlepszych zawodników.
Jakkolwiek Jagiellonia ma za sobą kilka nieudanych meczów, to dla nas jest to jeden z najtrudniejszych możliwych rywali. I najbardziej istotne jest to, jaką koncepcję na ten mecz ma Rafał Górak i oczywiście, jak ta koncepcja będzie realizowana. W poprzednich felietonach pisałem – i nadal to utrzymuję – że wiadomo, że… nic nie wiadomo. Wszystkie mecze GKS są tak różne, że poza wspomnianym już niedawno aspektem, że nie odstajemy mocno od rywali, nie da się wyciągnąć wspólnego mianownika. Bo porównując chociażby mecze z Rakowem i Motorem, to w tym pierwszym, z teoretycznie lepszym przeciwnikiem, GieKSa zagrała bardzo dobrze, z pressingiem, walecznie i dobrze technicznie, a z lublinianami… szkoda gadać. Mecz meczowi więc nierówny. Do tego pomiędzy było spotkanie z Piastem, w którym GieKSa zagrała średnio, ale z dwoma błyskami.
Szkoleniowiec rotuje składem, zmienia, kombinuje, szuka. I tutaj będzie podobnie, ale czy uda mu się znaleźć optymalne rozwiązanie? Niektórzy zawodnicy nieco zawodzą, ale nie na tyle, by ich odstawić, inni trochę się chcą wyróżniać, ale nie na tyle, by zaklepać sobie miejsce w wyjściowej jedenastce.
Nie pozostaje nam nic innego, jak wyczekiwać tego święta piłkarskiego. To mecz z cyklu tych, na które czeka się dwadzieścia lat. I zarówno jego przebieg, jak i wynik mogą (choć nie muszą) być momentem przełomowym w sezonie. Katowiczanie nie są bez szans, pokazali, że w piłkę grać potrafią, a Ekstraklasa nie jest taka straszna. I choć zespół ma już na koncie zwycięstwo, warto przytoczyć sytuację z sezonu 2000/01, kiedy to w pierwszych dziewięciu kolejkach piłkarze Bobo Kaczmarka nie umieli odnieść zwycięstwa (pięć remisów 0:0!), a w dziesiątej spektakularnie pokonali Legię Warszawa 1:0 po golu w doliczonym czasie gry Moussy Yahai z rzutu karnego. Sezon zakończyliśmy na ósmym miejscu.
Cieszmy się więc z tego święta, Ekstraklasa to nasza Liga Mistrzów, a teraz przyjeżdża zwycięzca ubiegłorocznej edycji. I tutaj każdy wynik jest możliwy.
Legendy Ekstraklasy, pogromca Włochów, pogromca Interu, mistrz Portugalii
Adrian Dieguez, hiszpański strzelec gola w meczu z Ajaxem (ale także samobója w pierwszym spotkaniu z Bodo), zaliczył ongiś 15 meczów w La Liga w barwach Alaves i SD Huesca, zagrał także kilkanaście meczów w Pucharze Króla, z których na pewno zapamiętał szalone spotkanie w barwach Fuenlabrady z Mallorką, kiedy to w dogrywce strzelił gola, poprawił w konkursie rzutów karnych, które jego drużyna wygrała 9:8.
Jatmir Haliti to szwedzki Kosowianin, mający za sobą jeden występ w reprezentacji. W poprzednim sezonie występował w AIK Sztokholm.
Na Transfermarkt Joao Moutinho jest już wyceniany prawie tak samo, jak jego starszy o 11 lat, nazywający się tak samo słynny rodak, występujący obecnie w Bradze (700 tys. vs 800 tys. euro). Zawodnik wcześniej występował w MLS w barwach Los Angeles FC i Orlando City, z którym zdobył Puchar USA. W Spezii rozegrał dziewięć meczów w Serie A i Serie B, ale były to raczej ogony.
Dusan Stojinović były młodzieżowy reprezentant Słowenii, w 2020 roku zdobył mistrzostwo swojego kraju w barwach NK Celje.
Tomas Silva jeszcze w zeszłym sezonie był podstawowym zawodnikiem Vizeli w portugalskiej ekstraklasie, warto jednak odnotować jego symboliczny udział w zdobyciu tytuły mistrza kraju w barwach Sportingu Lizbona, kiedy to w meczu z Maritimo w ostatniej kolejce dostał 24 minut szansy na pokazanie się fetującej publiczności.
Darko Curlinov to 25-krotny reprezentant Macedonii Północnej i autor 4 goli w kadrze. Zawodnik zagrał dwa mecze na Euro 2020 (przeciwko Ukrainie i Holandii), ale jego najważniejszym meczem być może na zawsze pozostanie historyczne zwycięstwo z Włochami na wyjeździe w barażu o Mundial 2022 (zagrał cały mecz). Jeśli chodzi o karierę klubową, zawodnik wygrywał ligi na… drugim poziomie rozgrywkowym w barwach Schalke (2021/22) i Burnley (22/23). W Bundeslidze jednak dane mu zagrać było zaledwie w 16 meczach w barwach VFB Stuttgart, a w Premiership nie wystąpił.
Nene, Portugalczyk w barwach Santa Clary zaliczył 69 meczów w portugalskiej ekstraklasie.
Aurelien Nguiamba były juniorski i młodzieżowy reprezentant Francji w Spezii zaliczył trzy występy w Serie A.
Michal Sacek to mistrz i zdobywca Pucharu Czech w barwach Sparty Praga, dla której rozegrał ponad dwieście meczów. Zawodnik pograł trochę w pucharach, notując m.in. takie wyniki jak 4:1 na wyjeździe z Celtikiem, zmierzył się także z oboma mediolańskimi klubami, a z Interem jako piłkarz prażan wygrał 3:1.
Afimico Pululu to natomiast piłkarz z Angoli, który w przeszłości grał w FC Basel (83 mecze, 5 goli), ma na koncie Puchar Szwajcarii, grał w Lidze Europy. Zaliczył też osiem występów w Bundeslidze w barwach Greuther Furth.
Jagiellonia ma w kadrze trzech zawodników, którzy mają na koncie ponad dwieście meczów w ekstraklasie. Jesus Imaz (202E, 81 goli) to wybitny snajper, który wcześniej grał w Wiśle Kraków. Gdy dodamy, że taka liczba meczów została osiągnięta w ciągu siedmiu sezonów, mamy informację, że Hiszpan po prostu gra prawie wszystko. Przez półtora sezonu grał w Wiśle Kraków, potem już przeszedł do Jagi. W karierze strzelił np. pięć goli Lechowi, siedem Legii, był też autorem kluczowego trafienia decydującego o Mistrzostwie Polski, w 90. minucie meczu w Gliwicach w przedostatniej kolejce poprzedniego sezonu. W przeszłości zawodnik grał w drugiej lidze hiszpańskiej.
Po cichu dwusetkę zebrał Jarosław Kubicki (216E, 16 goli), były piłkarz Zagłębia Lubin i Lechii Gdańsk, z którym zdobył Puchar Polski.
No i legenda Jagiellonii i Ekstraklasy, czyli Taras Romańczuk (303E, 28 goli). Urodzony na Ukrainie zawodnik w Polsce zaczynał w Legionovii, ale od 10 lat gra już w Jadze. Zawodnik pamięta mecz z 2018 w Pucharze Polski przy Bukowej, kiedy to goście wygrali 1:0 po golu w 120. minucie (swoją drogą ten mecz pamięta również Lukas Klemenz, który grał w Jagiellonii oraz Adrian Błąd – piłkarz GKS). Oprócz obecnego sezonu Taras grał w Jagą w pucharach, choćby w szalonym meczu z Rio Ave (4:4), w którym strzelił dwie bramki. Zawdonik wystąpił cztery razy w reprezentacji Polski, jedynego gola strzelając… z Ukrainą w sparingu przed Euro. Wystąpił także w dogrywce barażu z Walią oraz pierwszym meczu Euro 2024 z Holandią.
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?


Najnowsze komentarze