Dołącz do nas

Piłka nożna

Katowicka młodzież w defensywie dała radę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Po bramkarzach przyszła kolej na analizę naszej linii defensywnej. GKS Katowice w rundzie jesiennej stracił 20 bramek w 18 meczach oraz 2 gole w Pucharze Polski (oba po stałych fragmentach gry). Nasi obrońcy grali zmiennie, raczej trzymali poziom, choć początek jesieni był dużo gorszy w ich wykonaniu niż późniejsza faza. Trzeba powiedzieć, że skład defensywy był raczej stabilny – zwłaszcza jeśli chodzi o środkowych obrońców. Na prawej stronie również nie zachodziły prawie w ogóle zmiany, na lewej było trochę wymian pomiędzy dwoma zawodnikami.

Środek obrony
Wydawało się, że duet stoperów będą tej jesieni tworzyć żelaźni na tej pozycji zawodnicy – Adrian Napierała i Mateusz Kamiński. Bardzo szybko jednak doszło do weryfikacji takiego stanu rzeczy – na skutek kontuzji Napierały. Zawodnik początkowo wystąpił tylko w Pucharze Polski z Wigrami, potem z Flotą i w części meczu z Sandecją, w którym przedwcześnie musiał opuścić boisko. Z Wigrami od początku wyglądało to bardzo słabo, a Adrian popełnił kilka bardzo poważnych błędów, które tylko dzięki Łukaszowi Budziłkowi nie zakończyły się bramkami. W pozostałych dwóch spotkaniach spisał się poprawnie. Do składu wrócił na nieszczęśliwy mecz w Bełchatowie, gdzie wszyscy bez wyjątku obrońcy spisali się fatalnie. Trochę lepiej, ale też bez rewelacji było w kolejnym meczu z Miedzią Legnica. Po tym spotkaniu Adrian już się w składzie GKS nie pojawił, gdyż musiał się skupić na leczeniu urazu.

Przez większą część jesieni partnerem Kamińskiego musiał więc być młody Adrian Jurkowski. Zawodnik, który na tym szczeblu (pierwszej ligi) zagrał wcześniej tylko 7 meczów w barwach ŁKS Łódź został rzucony na głęboką wodę. I trzeba powiedzieć, że jak na młokosa poradził sobie bardzo dobrze. Oczywiście błędy się zdarzały, ale patrząc na jego grę nie można było powiedzieć, że odstaje, że musi się jeszcze wiele uczyć (choć wiadomo, że musi). Zawodnik terminował w GKS już wiosną, ale jego obecność ograniczyła się tylko do treningów. W Katowicach (a dokładnie w Krakowie) zobaczyliśmy go pierwszy raz w meczu z Okocimskim. Już w tym debiucie mógł nawet strzelić gola dla GKS, ale przestrzelił w bardzo dobrej sytuacji. Pierwsze mecze były średnie, natomiast naprawdę dobrą formę zawodnik uchwycił wraz z przyjściem trenera Kazimierza Moskala. Co prawda w Łęcznej jeszcze nie wyglądało to za specjalnie, ale seria meczów przy Bukowej z ROW, Arką i Dolcanem pokazała potencjał zawodnika. Pewne interwencje oraz brak możliwości „pogrania sobie” rywali powodowały, że mogliśmy traktować go już nie tylko jako zmiennika, ale także pełnoprawnego członka pierwszej jedenastki. Były jednak też gorsze momenty, jak na przykład utrata bramki w Chojnicach, gdzie bardzo prostym zwodem „na raz” dał się zwieść rywalowi, podobna pomyłka zdarzyła się pod koniec rundy ze Stomilem, czego efektem również była bramka dla rywali. Jak cały zespół – rozegrał świetne zawody z Olimpią Grudziądz. Mecz w Niecieczy był nawet niezły, choć akurat wtedy sam zawodnik przyznał, że nie jest zadowolony ze swojej postawy. Rzeczywiście końcówka rundy była dla niego mniej udana, ale też nie można powiedzieć, że była jakaś bardzo zła – ot czasem forma jest nieco lepsza, innym razem nieco gorsza. Na pewno dobrym meczem nie było spotkanie z Tychami, ale w przekroju całej rundy Adrianowi należy postawić duży plus. Współpraca z Mateuszem Kamiński układała się bardzo dobrze. Jako mankamenty można u młodego stopera zauważyć zbyt częste wybijanie długiej piłki do przodu (choć w ostatnich meczach było tego dużo mniej!) oraz momentami nerwowość w swoim polu karnym, gdy jest zamieszanie lub akcja rywala. Zawodnik bywa „elektryczny”, ale są takie mecze – jak z Olimpią – gdzie pokazuje duży spokój. Piłkarz podchodzi w pole karne przy stałych fragmentach i dochodzi do sytuacji bramkowych – tak było we wspomnianym debiucie, gole mógł strzelać także Kolejarzowi czy Olimpii. Na razie w seniorach piłkarz jeszcze bramki w swojej karierze nie strzelił, a trafienie zaliczył jedynie w Młodej Ekstraklasie. Co tu dużo mówić – Jurkowski jest młodym, perspektywicznym i już dobrym zawodnikiem. Mamy tylko nadzieję, że wiosną pokaże co najmniej to samo. I wydaje się – po rozmowach z nim – że sodówka mu nie grozi, jest to ułożony chłopak i chyba… będą z niego ludzie.

Mateusz Kamiński od początku do końca rundy był podstawowym zawodnikiem i grał od pierwszej do ostatniej minuty, z wyjątkiem spotkania z Chojniczanką, kiedy to pauzował za żółte kartki. W początkowej fazie sezonu średnie mecze przeplatał słabymi. Dobrze wyglądała jego gra z Wigrami, Sandecją czy Podbeskidziem, natomiast w spotkaniu z Okocimskim dał się w doliczonym czasie gry ograć rywalowi, który strzelił bramkę. To był okres, gdzie do zawodnika przyczepialiśmy się głównie o to, że kryje zawodników na radar. Tak było choćby w meczu z Bełchatowem, gdzie piłkarz zagrał chyba jeden z najgorszych meczów w karierze i nie było go blisko rywali, którzy strzelali bramki, tak było w Łęcznej, gdy również pilnując zawodnika „na odległość” nie zapobiegł utracie bramki czy w końcu z ROW-em Rybnik, gdy po prostu biegł obok Idrissy Cisse i nie zrobił nawet ruchu, by go spróbować zablokować. Wkrótce było już jednak lepiej. Zawodnik przestał popełniać błędy, zaczął grać pewnie i być jednym z czołowych zawodników zespołu. Gdy już krył rywala normalnie, potrafił zaliczać bardzo dobre interwencje łącznie ze „sprzątaniem” piłek sprzed nosa rywali. Mecze z Arką i Dolcanem były bardzo dobre w wykonaniu stopera. Więcej niż „bardzo dobrych” było jednak meczów „solidnych”, z drobnymi błędami, ale za drugą część rundy nie możemy się do obrońcy przyczepić. To z czego znamy zawodnika i z poprzednich sezonów, to to, że w większości meczów jeden mniej lub bardziej poważny klops mu się przytrafia, ale ostatnio nie miało to konsekwencji. Słabszy mecz z Tychami, ale tak jak pisaliśmy – tyczyło się to całej defensywnej gry zespołu. Tydzień później zaliczył ekstra występ z Wisłą. Gdyby nie słaby początek sezonu należałoby powiedzieć, że była to bardzo dobra runda. Tak powiemy, że była tylko dobra, ale z nadzieją. Jeśli zawodnik na stałe poprawi kwestie krycia, to będzie jeszcze lepiej. I niech utrzyma skuteczność pod bramką rywala – jedna bramka na rundę to minimum, ale zawsze jest – i tak było w spotkaniu z Olimpią. Miał kilka sytuacji na zdobycie goli jesienią, ale brakło nieco szczęścia.

W meczu z Chojniczanką Kamińskiego zastąpił Kamil Cholerzyński i spisał się poprawnie, ale również miał swój udział przy straconej bramce. To jednak był epizod, zawodnik w tej rundzie regularnie grał w pomocy.

Boczni obrońcy
Jeśli chodzi o prawą stronę, to szybko Dominika Sadzawickiego wygryzł – i to na stałe – Alan Czerwiński. Zawodnik ten wyjściowo miał „równe szanse” w rywalizacji z młodym Sadzą, jednak to na Dominika na początku postawił trener Rafał Górak. Niestety młody obrońca nie radził sobie z szybkimi i ruchliwymi piłkarzami Wigier Suwałki, a w inauguracji ligowej bardzo zawiódł w meczu z Flotą, mając spory udział w straconej bramce. Piłkarz zasiadł na ławce, a pojawił się na boisku w końcówce meczu w Bełchatowie (już przy stanie 5:0), zagrał cały mecz z Miedzią i większość w Łęcznej (w obu przypadkach przeciętnie). Mogliśmy go jeszcze raz ujrzeć – poprzez pauzę Czerwińskiego za żółte kartki – w Chojnicach, ale znów dla niego było to pechowe spotkanie, bo mimo że rozgrywał solidne zawody – odniósł kontuzję i musiał w przerwie opuścić boisko. Dla Sadzawickiego na pewno nie była to dobra runda, grał mało – a gdy grał, było słabo. Wydaje się jednak, że mógł dostać ciut więcej szans. Trener Moskal jednak postawił na stabilizację, dlatego Sadza musi bardzo, bardzo dużo pracować, aby wrócić do składu i grać choćby tak, jak wiosną.

Jeśli chodzi o Alana Czerwińskiego to miał w poprzednim sezonie kilka bardzo słabych występów, choć bywały też poprawne. Teraz wrócił do składu w meczu drugiej kolejki z Sandecją. Wahania formy – to jest to, co można powiedzieć w przypadku tego zawodnika. Z Sandecją zaczął bardzo dobrze, z Okocimskim było niewiele gorzej – i kolejny fajny mecz z Podbeskidziem, okraszony bardzo dobrą asystą do Przemysława Pitrego już w dogrywce. Wszystko się załamało w Bełchatowie, gdzie zawodnik zagrał fatalnie i miał udział przy 3-4 straconych bramkach. Alan trafił na szybkich braci Maków i w pojedynkach 1 na 1 zupełnie sobie nie radził. Po tym spotkaniu trafił na ławkę rezerwowych. Wrócił do składu na mecz z ROW i znów uchwycił dobrą formę. Imponował walecznością, ciągiem do przodu, a gdy w jednej z kontr po rzucie rożnym dla Arki wystrzelił ze swojego pola karnego, można było odnieść wrażenie, że nie dogoniłby go nawet Usain Bolt. To był dobry okres zawodnika, rozegrał 4 pozytywne mecze z rzędu, lekka obniżka przyszła w meczu z Puszczą, gdzie m.in. sprokurował rzut karny. W meczu z Zawiszą było znów widać, że szwankują pojedynki 1 na 1 z szybszymi rywalami, które Alan dość często przegrywał (podobnie ze Stomilem i Kato) – doceńmy jednak postęp i w tym zakresie, bo nieraz w tym rundzie nawet gdy został minięty, efektownym wślizgiem potrafił jeszcze wybić piłkę spod nóg rywala. Mimo wszystko jednak ten aspekt gry w destrukcji jest jeszcze do poprawy. Kapitalne spotkanie prawy obrońca zagrał z Olimpią, tu akurat w destrukcji było dobrze, a z przodu – bardzo dobrze, akcje na obieg, ścinanie do środka, w końcu strzał w poprzeczkę. Końcówka sezonu była niezła, ze słabszymi momentami. Bardzo słaby mecz z Tychami i w pierwszej połowie z Wisłą dawał sygnał, że mamy poważną obniżkę formy. Po przerwie spotkania z płocczanami Alan zagrał o dwie klasy lepiej i był jednym z najlepszych na boisku. Z Flotą na koniec – dobre spotkanie. Nie da się ukryć, że Alan zrobił postęp w grze defensywnej, ale wiele musi jeszcze poprawić, zwłaszcza mankamenty, o których piszemy. Natomiast jest to zawodnik z inklinacjami ofensywnymi i trzeba powiedzieć, że tutaj jest wyraźny progres. Uruchamia się do przodu bardzo często, rozgrywa piłkę z prawym pomocnikiem, centruje w pole karne. Przy czym ma zaletę, której wielu zawodników na skrzydle (i w ogóle wśród polskich piłkarzy) nie posiada – stara się popatrzeć, zagrać celowo i precyzyjnie, często po ziemi, a nie grać na aferę. Zwłaszcza w końcówce mieliśmy kilka jego bardzo przemyślanych i dobrych podań w obręb szesnastki. To na pewno może się podobać. Zawodnik co jakiś czas dochodzi do sytuacji bramkowych, ale na razie nie zaznał szczęścia. Czasem brakuje mu nieco opanowania w polu karnym, ale to akurat przyjdzie z czasem. Jeśli zawodnik ustabilizuje formę i nie będzie zaliczał takich klopsów jak z Bełchatowem czy Tychami – może być z niego naprawdę duży pożytek. W porównaniu z wiosną jednak możemy powiedzieć, że jest na spory plus.

Jeśli chodzi o lewą flankę, to pozycję tę zdominowało praktycznie dwóch zawodników – Bartłomiej Chwalibogowski i Rafał Pietrzak. Początkowo to Chwalibogowski miał pewne miejsce w składzie. Grał średnio, bez fajerwerków, ale też jakichś większych błędów. Miał współudział przy straconej bramce z Okocimskim. Po tym meczu na dość pokerową zagrywkę zdecydował się trener Górak i na Puchar Polski z Podbeskidziem wybiegł Rafał Pietrzak, który wcześniej zagrał tylko 20 minut z Flotą. Tym razem rzucony na głęboką wodę – przez pełne 120 minut spisał się bardzo dobrze. Nie wiadomo dlaczego Pietrzak został tak nagle wystawiony z Podbeskidziem, dlatego tym większe było zdziwienie, gdy znów zasiadł na ławce w Bełchatowie, a do składu powrócił Chwalibogowski. To był bardzo zły mecz w wykonaniu Bartłomieja. Słabą wówczas formę obrońca potwierdził w meczu z Miedzią. W związku z tym już nowy trener Moskal w meczu z Łęczną postawił na Pietrzaka, który rozegrał przeciętny mecz, ale po raz pierwszy pokazał to, z czego go znamy ze sparingów – czyli mocne i celne dośrodkowania. Pietrzak miejsca w składzie nie oddał (na dłużej) praktycznie już do końca rundy. Na początku spisywał się solidnie, choć był zamieszany w utratę bramki w meczu z Dolcanem. Był zawodnikiem od czarnej roboty, brakowało nam włączania się do ofensywy. Dopiero w meczu z Puszczą zaczął się nieco bardziej angażować do przodu. Bardzo nas dziwiło, dlaczego ten zawodnik w tamtym spotkaniu nie wykonywał rzutów rożnych, które były regularnie marnowane przez kolegów. Na ciężką próbę Pietrzak został wystawiony w Chojnicach. Jego stronę upodobali sobie rywale i próbowali „podwajać” tę flankę powodując spore zamieszanie w głowie obrońcy. Na szczęście po jakimś czasie animusz chojniczan opadł i Pietrzak mógł grać swoje. Ten początek jednak najwyraźniej nie spodobał się trenerowi, gdyż na pucharowy mecz z Zawiszą nieoczekiwanie wystawił Chwalibogowskiego. Zawodnik bardzo przeciętnie spisał się z bydgoszczanami, za to kapitalnie zagrał trzy dni później z Olimpią. Było go pełno na lewej stronie, współpracował z pomocnikami, obiegał, dogrywał. To był świetny mecz, a kolejny dobry zaliczył z Niecieczą, z jedną bardzo ofiarną interwencją, która zapobiegła utracie gola. Mimo to na mecz ze Stomilem do składu powrócił Pietrzak, który grał średnio, ale w pewnym momencie jakoś się zatracił i miał kilka fatalnych minut z poważnymi błędami na swojej stronie. Wydawało się, że piłkarz jest do zmiany, ale na koniec zaliczył kapitalne dośrodkowanie (asysta II stopnia), po którym katowiczanie zdobyli drugą bramkę. Mecz z Tychami był dość słabiutki, za to walka z Wisłą Płock była klasowa, cały czas w pamięci jest jego pogoń za rywalem przez pół boiska, czyli to co kochają kibice. Pietrzak utrzymał pozycję do końca rundy.

Jako że artykuł dotyczy podsumowania formacji, a nie zawodników, nie rozpisujemy się o występach tych piłkarzy na innych pozycjach, bo np. Bartłomiej Chwalibogowski miał kilka spotkań w pomocy (m.in. gol w meczu z Arką), podobnie jak Rafał Pietrzak (świetna zmiana i asysta w meczu z Olimpią). Na lewej stronie obrony wydaje się jednak, że mocniejszą pozycję ma na tę chwilę Pietrzak. Szkoda Chwalibogowskiego, ale jak na tak doświadczonego zawodnika wahania formy są zbyt duże – potrafił zagrać świetnie, ale też i słabo. Zarówno trener Górak, jak i Moskal szukali dla niego pozycji, ale nie on może zagościć na dłużej w jedenastce.

Podsumowanie
Formacja obrony wydaje się na tę chwilę mieć stały skład. Są to Alan Czerwiński i Rafał Pietrzak po bokach oraz Adrian Jurkowski i Mateusz Kamiński w środku. Przede wszystkim jest to obrona bardzo młoda z dwoma 21-latkami (Pietrzak, Jurkowski) i jednym 20-latkiem (Czerwiński). Pieczę nad nimi trzyma też niestary Mateusz Kamiński (25 lat). Trzeba powiedzieć, że jak na takich młokosów, to linia obrony spisuje się więcej niż przyzwoicie. Nie wiadomo jeszcze do końca, jak z talentem i umiejętnościami, ale na pewno jest przyszłościowo. Przede wszystkim i Pietrzak, i Czerwiński mają dryg do gry ofensywnej, a Jurkowski… może do liderowania? (już w ŁKS był kapitanem). Każdy zawodnik musi wyeliminować swoje mankamenty, czasem jest to niefrasobliwość, a czasem typowo piłkarskie sprawy. Jeśli tak się stanie, to GKS ma szansę stworzyć naprawdę bardzo dobrą defensywę na lata.

Problemem jednak pozostają zmiennicy. GKS praktycznie nie ma alternatywy dla środkowych obrońców. Nie wiadomo w jakiej dyspozycji będzie na wiosnę Napierała, na razie jedyną możliwością zastąpienia Jurkowskiego czy Kamińskiego jest Cholerzyński, który musi sobie przypominać czasy gry na stoperze. Jeśli chodzi o bocznych to zarówno Sadzawicki jak i Chwalibogowski muszą mocno pracować. Bartłomiej nad wspomnianymi wahaniami formy (aby ich nie było), a Sadza o powrót do składu.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Michele

    9 września 2014 at 08:41

    If you are going for most excellent contents like me, simply visit this web
    site daily since it provides feature contents, thanks

    Here is my blog post: minecraft games free

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa bawi się w Opalenicy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.

Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.

Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.

„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.

To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.

Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.

No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.

I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.

Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.

Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!

Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.

Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.

Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.

PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Dawid Kudła GKS!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.

Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.

Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.

Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.

Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.

Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.

Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.

GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.

Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.

W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.

W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.

Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.

Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.

Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.

A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Gabriel Kobylak 2028

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GKS Katowice zdecydował się na transfer definitywny Gabriela Kobylaka z Legii Waszawa. 24-letni bramkarz podpisał z nami umowę do końca czerwca 2028 roku. Kontrakt zawiera opcję przedłużenia o kolejny sezon.

Kobylak występował w podkarpackich drużynach młodzieżowych (Zgoda Zarszyn, Orzeł Bażanówka, Ekoball Sanok i Karpaty Krosno). W 2018 roku trafił do Legii, gdzie najpierw grał w rezerwach a następnie został wypożyczony do Puszczy Niepołomice (2020-22) oraz Radomiaka Radom (2022/23 i wiosna 2024). Po sezonie 2023/24 wrócił do Legii Warszawa, ale nie przebił się na stałe do pierwszej jedenastki. Ze stołeczną drużyną zdobył Puchar i SuperPuchar Polski. 

W ostatnim sezonie wystąpił w 8 spotkaniach (6 w rezerwach Legii w III lidze, 1 w Lidze Konferencji i 1 w Pucharze Polski). Na poziomie Ekstraklasy ma rozegrane 47 spotkań, a na jej zapleczu – 50. Ma także skromne doświadczenie pucharowe – wystąpił w 6 meczach w Lidze Konferencji (w tym 1 w eliminacjach).

Życzymy powodzenia w naszych barwach!

Foto: GKSKatowice.eu

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga