Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Katowiczanie po 19 latach wrócili do Ekstraklasy!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania Arka Gdynia – GKS Katowice. GieKSa dzięki zwycięstwu 1:0 (1:0) awansowała do PKO BP Ekstraklasy.

 

1liga.org – GKS Katowice z awansem, Resovia ze spadkiem

GKS Katowice w ostatniej kolejce Fortuna 1 Ligi wygrał z Arką Gdynia i zapewnił sobie bezpośredni awans do PKO Ekstraklasy. Resovia Rzeszów to z kolei ostatni spadkowicz.

W ostatniej kolejce o bezpośredni awans rywalizowały bezpośrednio ze sobą drużyny Arki Gdynia i GKS Katowice. W pojedynku w Gdyni lepsi okazali się podopieczni Rafała Góraka, którzy po pięknej bramce pokonali rywali i dzięki lepszemu bezpośredniemu bilansowi mogli cieszyć się z drugiego miejsca w tabeli.

 

dziennikzachodni.pl – Katowiczanie po 19 latach wrócili do Ekstraklasy!

W rozegranym 26 maja meczu 34. kolejki Fortuna 1. Ligi Arka Gdynia przegrała z GKS Katowice 0:1. Podopieczni trenera Rafała Góraka dzięki świetnej końcówce sezonu wywalczyli bezpośredni awans do PKO Ekstraklasy i po 19 latach przerwy wracają do elity.

Mecz w Gdyni był pięknym podsumowaniem sezonu Fortuna 1. Ligi. Bezpośrednie starcie dwóch kandydatów do awansu wyłoniło drużynę, która mogła cieszyć się z promocji do PKO Ekstraklasy. Zwycięsko z tej konfrontacji wyszli katowiczanie, którzy po 19 latach wrócili do grona najlepszych.

Rozpędzony GKS odniósł piątą z rzędu ligową wygraną zrównując się po ostatniej kolejce punktami z tracącą siły na finiszu rozgrywek Arką. Gdynianie triumfowali tylko w dwóch z sześciu ostatnich spotkań i przez gorszy bilans bezpośrednich meczów oddali katowiczanom drugie miejsce w tabeli dające bezpośrednią promocję do elity.

Bohaterem meczu okazał się Adrian Błąd. 33-letni pomocnik katowiczan w 26 minucie popisał się kapitalnym uderzeniem z dystansu, po którym precyzyjnie uderzona piłka tuż przy słupku wpadła do siatki. Błąd nie manifestował radości po tej bramce, bo w sezonie 2016/27 przez rok grał w Arce i nawet zdobył z tym klubem Puchar Polski.

Mecz w Gdyni lepiej zaczęła Arka. W szeregach gospodarzy aktywny był ich najlepszy strzelec Karol Czubak, który kilka razy zagroził bramce Dawida Kudły. Największe niebezpieczeństwo groziło jednak katowiczanom ze strony Olafa Kobackiego. 22-letni pomocnik, który w tym sezonie strzelił już 13 goli, za pierwszym razem został w ostatniej chwili zablokowany przez obrońcę, a za drugim trafił w słupek.

Po zmianie stron Arka starała się odrobić straty, ale goście mądrze wybijali ją z gry. Gdy już gdynianom udawało się oddać strzały na bramkę GKS to bez problemu radził sobie z nimi Kudła. Najwięcej strachu napędził katowiczanom Czubak, lecz po jego główce piłka minęła światło bramki.

Katowiczanie szukali swoich szans w kontrach. Po jednej z nich do siatki rywali trafił Sebastian Bergier, ale napastnik GieKSy był na pozycji spalonej i sędzia nie uznał gola. Później świetną okazję do podwyższenia wyniku miał Jakub Arak, ale w tej sytuacji sędzia również odgwizdał offsajd. W doliczonym czasie gry rezerwowy napastnik GKS miał jeszcze lepszą okazję, lecz z 5 m trafił w Pawła Lenarcika. W ostatniej akcji meczu na pole karne zawędrował nawet bramkarz Arki, ale katowiczanie utrzymali prowadzenie i po końcowym gwizdku oszaleli ze szczęścia.

 

Fani GKS Katowice powitali piłkarzy pod Spodkiem. Wielka feta w środku nocy

Piłkarze GKS Katowice po 19 latach ponownie zagrają w gronie najlepszych. Na wracającą z meczu z Arką z Gdyni drużynę pod Spodkiem czekali kibice GieKSy, którzy urządzili zawodnikom trenera Rafała Góraka wielką fetę w środku nocy.

[…] Kibice GieKSy czekali na świętujących powrót do elity piłkarzy i w środku nocy zgotowali im huczne powitanie. Autobus z zawodnikami wracającymi do Katowic z Gdyni po meczu z Arką zatrzymał się pod Spodkiem, a fani odpalili race i powitali zawodników głośnymi śpiewami. Atmosfera była naprawdę gorąca. W niebo poszybowały nawet sztuczne ognie, a piłkarze i sam szkoleniowiec nie ukrywali wzruszenia takim powitaniem.

To była pierwsza, ale nie ostatnia feta, jaka odbyła się pod Spodkiem z okazji awansu piłkarzy do PKO Ekstraklasy., Klub zaprasza wszystkich kibiców GieKSy na plac przed legendarną halą w poniedziałek 27 maja na godz. 17. Wówczas będzie okazja, by wspólnie z zawodnikami cieszyć się z historycznego powrotu katowiczan do grona najlepszych po 19 latach przerwy.

 

sportowefakty.wp.pl – Wracają do ekstraklasy po 19 latach przerwy!

W spotkaniu trzydziestej czwartej – ostatniej – kolejki Fortuna I ligi GKS Katowice pokonał na wyjeździe Arkę Gdynia 1:0 i po 19 latach przerwy awansował do PKO Ekstraklasy. Natomiast gdynianie wystąpią w barażach.

Niedzielnie stracie w Gdyni zapowiadało się bardzo ciekawie, gdyż zarówno Arka, jak i GKS miały szansę na wywalczenie bezpośredniego awansu do PKO Ekstraklasy (zespół z Katowic do uzyskania przepustki potrzebował tylko i wyłącznie wygranej).

Sam początek rywalizacji należał do gospodarzy, którzy co chwilę gościli pod polem karnym katowiczan. Już w 3. minucie groźnie uderzał Olaf Kobacki, ale został zablokowany. Na boisku było sporo agresywnej walki, przez co mnożyły się faule z obydwu stron.

Z czasem inicjatywę zaczęli przejmować piłkarze z Katowic, którzy swoją przewagę udokumentowali bramką w 26. minucie meczu. Wówczas Marcin Wasielewski zagrał piłkę do Adriana Błąda, który fantastycznie z lewej nogi przymierzył sprzed pola karnego. Futbolówka wpadła do siatki obok próbującego interweniować Pawła Lenarcika.

Wówczas to GKS Katowice był pewny występu w Ekstraklasie w kolejnym sezonie. Wobec tego miejscowym zawodnikom zaczęło się spieszyć, lecz podopieczni Rafała Góraka nie pozwalali rywalom na zbyt wiele i ostatecznie więcej goli przed przerwą już nie padło.

Po zmianie stron katowiccy piłkarze w zasadzie kontrolowali boiskowe wydarzenia, skupiali się przede wszystkim na defensywie i tylko od czasu do czasu wyprowadzali kontrataki. Po jednej z takich kontr w 78. minucie Sebastian Bergier trafił do siatki, ale wcześniej był na pozycji spalonej i sędzia tego gola nie uznał.

Arka próbowała, ale nic z tego nie wychodziło i ostatecznie GKS dowiózł do końca to cenne zwycięstwo, awansując tym samym do PKO Ekstraklasy.

 

weszlo.com – Arka znów wyłożyła się na ostatniej prostej. GieKSa wraca do Ekstraklasy!

Prawie dwadzieścia lat oczekiwali kibice GKS-u Katowice na powrót do Ekstraklasy i wreszcie doczekali się swojego dnia triumfu! Fenomenalna szarża podopiecznych Rafała Góraka w rundzie wiosennej została zwieńczona w najpiękniejszy możliwy sposób – wyjazdowym zwycięstwem nad Arką Gdynia, które pozwoliło katowiczanom wskoczyć rzutem na taśmę na drugie miejsce w pierwszoligowej tabeli. Natomiast przed „żółto-niebieskimi” rywalizacja w barażach, ale nie ma co ukrywać – po zakończeniu dzisiejszego meczu gdynianie leżą na deskach. I trudno będzie im się otrząsnąć na tyle szybko, by udźwignąć ciężar baraży.

Z punktu widzenia czysto sportowych emocji, trudno było sobie wyobrazić lepszy scenariusz, niż starcie Arki Gdynia z GKS-em Katowice w ostatniej kolejce zmagań na zapleczu Ekstraklasy. Gospodarze – z przewagą własnego boiska i trzema punktami zaliczki, ale targani wątpliwościami i sfrustrowani po ostatniej porażce w derbach Trójmiasta. Z kolei goście – rozpędzeni, pozytywnie nakręceni całą rundą wiosenną, no ale zmuszeni do tego, by od pierwszego gwizdka z otwartą przyłbicą walczyć o pełną pulę na terenie przeciwnika.

Z ogromnym apetytem wyczekiwaliśmy na ten mecz. I nie ukrywamy, że spodziewaliśmy się niezapomnianego widowiska. Bo w takich okolicznościach poziom piłkarski nierzadko schodzi na dalszy plan, a presja powoduje, że na boisku dzieją się cuda.

Na długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego Bartosza Frankowskiego dało się zresztą wyczuć wiszące nad Gdynią napięcie. Na stadionie przy ulicy Olimpijskiej pojawiła się mocna delegacja z Katowic, która już podczas rozgrzewki starła się zaznaczyć swoją obecność na trybunach. Oczywiście gospodarze natychmiast odpowiedzieli własnym zrywem dopingu. Oczekiwanie na mecz dłużyło się wszystkim niemiłosiernie.

I trzeba przyznać, że było na co czekać, bo pierwsza połowa nie zawiodła. Jasne, nie była to może piłkarska uczta – na boisku co chwilę trzeszczały kości po bezpardonowych starciach, a arbiter główny nieustannie wzywał na murawę masażystów. No ale, jako się rzekło, tego można się było spodziewać. Natomiast zawodnicy Arki zrobili naprawdę wiele, by wyjść na prowadzenie już w pierwszych minutach gry. Zepchnęli przyjezdnych do głębokiej defensywy i nacierali raz za razem, kreując sobie całkiem groźne sytuacje w polu karnym GKS-u. Zastanawialiśmy się wówczas, czy „żółto-niebiescy” planują cisnąć na tej intensywności przez cały mecz, czy to tylko zryw wynikający z przedmeczowej pompki. No i okazało się, że raczej to drugie, bo katowiczanie po przetrwaniu początkowej zawieruchy zaczęli przejmować inicjatywę i odgryzać się coraz to niebezpieczniejszymi akcjami w okolicach szesnastki gdynian.

Tylko że goście swój lepszy okres w meczu zdołali spuentować trafieniem. Zresztą całkiem efektownym – w 26. minucie do siatki trafił Adrian Błąd, no i nagle to sytuacja ekipy z Katowic stała się komfortowa, a gospodarzom zaczęły puszczać nerwy.

[…] Co gorsza dla Arki, w drugiej odsłonie meczu przebieg gry wcale nie uległ zmianie. Wręcz przeciwnie – spotkanie stało się totalnie chaotyczne, co oczywiście skrzętnie wykorzystywali goście, kradnąc sekundy kiedy tylko się dało. Doprowadzało to oczywiście „żółto-niebieskich” do furii, ale nie potrafili oni przekuć tych emocji na cokolwiek konstruktywnego. Rozczarowywali właściwie wszyscy ofensywni piłkarze gdyńskiej ekipy, może z wyjątkiem Tornike Gaprindaszwilego, który po wejściu z ławki narobił trochę zamieszania na skrzydle. Ale, no właśnie, było to tylko zamieszanie. Indywidualne zrywy, mniej lub bardziej desperackie. Nie było w tym wszystkim zespołowego planu.

Tymczasem GieKSa robiła swoje. Twarda, nieustępliwa postawa w środkowej strefie boiska, wytrącanie rywali z równowagi i czyhanie na kontry. Plus nieustanne prośby o interwencję medyczną, które jeszcze bardziej zakłócały ten i tak przecież mocno szarpany mecz.

[…] „Żółto-niebiescy” parokrotnie zagrozili bramce katowiczan, ale też nie przesadzajmy – Dawid Kudła nie miał wielkich powodów do nerwowości. Generalnie większość uderzeń w tym meczu lądowała bezpiecznie w jego koszyczku, bo znakomicie się ustawiał.

W ogóle jeśli chodzi o – ujmijmy to – emocjonalne podejście do dzisiejszego spotkania, to po zawodnikach GKS-u widać było pełen spokój i koncentrację na realizacji przedmeczowych założeń. Doskonałą robotę w tym aspekcie wykonał trener Rafał Górak. Choć nim samym akurat ewidentnie targały ogromne emocje, które uwidaczniały się tym mocniej, im bliżej było ostatniego gwizdka arbitra. Szkoleniowiec prawie wyszedł z siebie, gdy jego zawodnicy w doliczonym czasie gry nie wykorzystali dwustuprocentowej szansy na drugie trafienie.

Po zakończeniu spotkania Górak mógł jednak wznieść ręce w geście triumfu, podobnie jak jego podopieczni i wszyscy kibice GKS-u Katowice. Trwająca blisko dwie dekady tułaczka Gieksy po niższych ligach dobiega dzisiaj końca i ekipa z Górnego Śląska może świętować awans do Ekstraklasy. Awans, dodajmy, w pełni zasłużony, bo katowiczanie w rundzie wiosennej punktowali wręcz fenomenalnie, kilka meczów wygrali z ogromnym przytupem, no a dzisiaj dowiedli swojej wyższości nad bezpośrednim konkurentem w wyścigu o drugą lokatę.

 

wkatowicach.eu – GKS Katowice w Ekstraklasie! Wielki powrót po 19 latach

GIEKSAKLASA! Mamy to! GKS Katowice przechodzi do Ekstraklasy po zwycięskim meczu z Arką Gdynia.

[…] GKS na samym finiszu rozgrywek wyprzedził Arkę w tabeli i ostatecznie zakończył je na drugim miejscu, które premiowane jest bezpośrednim awansem do PKO BP Ekstraklasy. Wygrana wywołała euforyczną radość piłkarzy oraz grupy ponad 700 kibiców, która dopingowała GieKSę na stadionie w Gdyni.

[…] Katowice są szczęśliwe! Spełniło się marzenie wielu kibiców, na które przyszło czekać długich 19 lat. W pierwszej kolejności składam gratulacje na ręce trenera Rafała Góraka, jego sztabu oraz piłkarzy, którzy ciężką pracą i ambitną postawą zapracowali na awans. Tego sukcesu nie byłoby bez zaangażowania władz Miasta Katowice w odbudowę GieKSy. Kieruję także podziękowania w stronę wszystkich, którzy walczyli o to, by po spadku w 2005 r. przywrócić Klubowi dawny blask. Dziękuję też wszystkim kibicom, którzy nieustannie wspierali GKS w walce o awans. Przed nami sporo wyzwań związanych z grą w PKO BP Ekstraklasie, ale podchodzimy do nich z wielkim optymizmem – mówi prezes GKS-u Katowice, Krzysztof Nowak.

[…] Mamy to! GKS Katowice w Ekstraklasie. Nasi piłkarze po wyjazdowej wygranej z Arką Gdynia 1:0 zapewniają sobie awans. To efekt konsekwentnego działania całego klubu, ale i kibiców, którzy wspierają naszych zawodników, budowanie wielkiej GieKSy to wieloletni projekt. Niedawno świętowaliśmy sukcesy piłkarek, hokeistów i szachistów, od dzisiaj możemy pochwalić się również piłkarską drużyną w Ekstraklasie – skomentował awans piłkarzy prezydent Katowic, Marcin Krupa.

 

sport.tvp.pl – GKS Katowice awansował do PKO BP Ekstraklasy! Wielki powrót po 19 latach przerwy

Zrobili to! Piłkarze GKS-u Katowice wracają do PKO BP Ekstraklasy. Czterokrotny wicemistrz Polski zapewnił sobie awans po wyjazdowej wygranej z Arką Gdynia 1:0. Kibice zespołu gości czekali na to prawie dwadzieścia lat.

[…] Drużyna prowadzona przez Rafała Góraka skromne prowadzenie utrzymała do ostatniego gwizdka sędziego. Ostatecznie katowiczanie pokonali gospodarzy 1:0 i po dziewiętnastu latach przerwy ponownie zagrają na poziomie PKO BP Ekstraklasy.

 

dziennikbałtycki.pl – Arka Gdynia nie obroniła miejsca dającego awans do PKO Ekstraklasy. GKS Katowice świętował na stadionie w Gdyni

[…] Warunki, bez oglądania się na innych, były znane długo przed pierwszym gwizdkiem. Remis lub wygrana Arki będzie powodem do świętowania w Gdyni. Jakiekolwiek potknięcie będzie z kolei oznaczało radość GKS-u. Katowiczanie przyjechali nad morze niesieni czterema kolejnymi zwycięstwami. To dodawało im wielkiej pewności siebie.

I widać było tę pewność na murawie. GieKSa „nie pękła”, grała mądrze taktycznie i naciskała w odpowiednich momentach. Gdynianie, odwrotnie, znów zaczęli się potykać. Po kilku pierwszych minutach naporu wycofali się, aby próbować szans w budowaniu ataku pozycyjnego. Okazji chcieli też szukać w kontratakach. Po jednej z takich akcji Olaf Kobacki urwał się z lewej strony i przymierzył po długim słupku, ale trafił właśnie w niego, a nie do siatki. To była 23 minuta meczu w Gdyni. Trzy minuty później potężnym uderzeniem popisał się Adrian Błąd. Doświadczony pomocnik, który w sezonie 2016/2017 grał w ekstraklasowej Arce, tym razem nie miał dla niej litości, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie.

Ten wynik premiował ekipę trenera Rafała Góraka. Arka musiała odpowiedzieć trafieniem. Była jednak nadal nieporadna. Nie mogąc stworzyć nic w środkowej strefie boiska, zaczęła próbować dalekim przerzutami uruchamiać Karola Czubaka i spółkę. Te zagrania na niewiele się jednak zdawały, bo katowiczanie cały czas byli czujni.

[…] Wraz z upływem czasu w coraz gorszym położeniu byli zawodnicy trenera Wojciecha Łobodzińskiego. Nieco ożywienia na prawym skrzydle wprowadził Tornike Gaprindaszwili, który pojawił się w 60 minucie. Wciąż brakowało jednak zdecydowanego akcentu. GKS w drugiej odsłonie niedzielnego spotkania już nie był taki rozpędzony, zadowalając się rozbijaniem akcji.

Najciekawiej zrobiło się w ostatnich minutach. Martin Dobrotka w jednej z akcji padł na murawę, sygnalizując kontuzję. Stało się to już w momencie, kiedy limit zmian w zespole gospodarzy został już wykorzystany. Arkowcy nie mieli nic do stracenia, ale ich próby podejścia pod bramkę rywali kończyły się niepowodzeniem.

Swoją szansę na podwyższenie miał jeszcze Jakub Arak. Rezerwowy GKS-u znalazł się tuż przed Pawłem Lenarcikiem, ale górą był bramkarz żółto-niebieskich, który złapał piłkę dosłownie na linii bramkowej.

Po ostatnim gwizdku sędziego GKS Katowice rozpoczął świętowanie awansu na boisku w Gdyni, gdzie wspierała go grupa 720 kibiców.

– Jest tyle emocji we mnie i tyle rzeczy, że długo by opowiadać. To, że jestem szczęśliwy, to chyba jasne – mówił po spotkaniu Rafał Górak, trener GKS-u Katowice, z którym pracuje od pięciu lat i przeszedł niesamowitą drogę po słabej rundzie jesiennej.

 

sport.fakt.pl – Kibice przeprosili swoje mamy. Nie mieli innego wyjścia. Co takiego przeskrobali?

GKS Katowice, pokonując w meczu wyjazdowym Arkę 1:0, wywalczył bezpośredni awans do Ekstraklasy. GieKSa w najwyższej klasie rozgrywkowej po raz ostatni grała w 2005 r. Na trybunach zespół gości wspierała spora grupa kibiców. Przed wyjazdem do Gdyni fani przeprosili swoje mamy.

Ostatnia kolejka I ligi rozgrywana była 26 maja w Dniu Matki. GKS Katowice o bezpośredni awans do Ekstraklasy walczył w Gdyni. Kibiców „Gieksy” nie mogło zabraknąć na miejscu w tak ważnym dla ich klubu dniu.

Zanim ruszyli w podróż do Trójmiasta, wykonali na dworcu zdjęcie z transparentem. „Przepraszamy nasze mamy lecz o awans dzisiaj gramy” – brzmiał umieszczony na nim napis.

 

katowickisport.pl – GKS Katowice wraca do ekstraklasy!

To był jeden z najważniejszych meczów GKS-u Katowice w XXI wieku. Podopieczni Rafała Góraka mieli szanse na bezpośredni awans do ekstraklasy.

[…] I mecz zaczął się dla katowiczan w sposób wymarzony. Pięknego gola zza pola karnego strzelił Adrian Błąd. Przyjął podanie Marcina Wasielewskiego, przymierzył i uderzył w samo okienko. Katowiczanie grali lepiej, a fani szaleli. Ze względu na daleki wyjazd, który decydował o losie ich drużyny, przeprosili… swoje mamy, które zostawili w domach w dniu ich święta.

Później katowiczanie mądrze się bronili i czekali na kontry. Na kwadrans przed końcem Sebastian Bergier pokonał bramkarza gdynian, ale sędzia dopatrzył się spalonego.

GKS Katowice wrócił do ekstraklasy po 19 latach. Po ostatnim spadku musiał odbudowywać się od czwartej ligi, bo nie dostał licencji. Wrócił na zaplecze i z niego spadł. Rafał Górak, który pracuje przy Bukowej od pięciu lat napisał historię.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga