Piłka nożna Prasówka
Katowiczanie po 19 latach wrócili do Ekstraklasy!
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania Arka Gdynia – GKS Katowice. GieKSa dzięki zwycięstwu 1:0 (1:0) awansowała do PKO BP Ekstraklasy.
1liga.org – GKS Katowice z awansem, Resovia ze spadkiem
GKS Katowice w ostatniej kolejce Fortuna 1 Ligi wygrał z Arką Gdynia i zapewnił sobie bezpośredni awans do PKO Ekstraklasy. Resovia Rzeszów to z kolei ostatni spadkowicz.
W ostatniej kolejce o bezpośredni awans rywalizowały bezpośrednio ze sobą drużyny Arki Gdynia i GKS Katowice. W pojedynku w Gdyni lepsi okazali się podopieczni Rafała Góraka, którzy po pięknej bramce pokonali rywali i dzięki lepszemu bezpośredniemu bilansowi mogli cieszyć się z drugiego miejsca w tabeli.
dziennikzachodni.pl – Katowiczanie po 19 latach wrócili do Ekstraklasy!
W rozegranym 26 maja meczu 34. kolejki Fortuna 1. Ligi Arka Gdynia przegrała z GKS Katowice 0:1. Podopieczni trenera Rafała Góraka dzięki świetnej końcówce sezonu wywalczyli bezpośredni awans do PKO Ekstraklasy i po 19 latach przerwy wracają do elity.
Mecz w Gdyni był pięknym podsumowaniem sezonu Fortuna 1. Ligi. Bezpośrednie starcie dwóch kandydatów do awansu wyłoniło drużynę, która mogła cieszyć się z promocji do PKO Ekstraklasy. Zwycięsko z tej konfrontacji wyszli katowiczanie, którzy po 19 latach wrócili do grona najlepszych.
Rozpędzony GKS odniósł piątą z rzędu ligową wygraną zrównując się po ostatniej kolejce punktami z tracącą siły na finiszu rozgrywek Arką. Gdynianie triumfowali tylko w dwóch z sześciu ostatnich spotkań i przez gorszy bilans bezpośrednich meczów oddali katowiczanom drugie miejsce w tabeli dające bezpośrednią promocję do elity.
Bohaterem meczu okazał się Adrian Błąd. 33-letni pomocnik katowiczan w 26 minucie popisał się kapitalnym uderzeniem z dystansu, po którym precyzyjnie uderzona piłka tuż przy słupku wpadła do siatki. Błąd nie manifestował radości po tej bramce, bo w sezonie 2016/27 przez rok grał w Arce i nawet zdobył z tym klubem Puchar Polski.
Mecz w Gdyni lepiej zaczęła Arka. W szeregach gospodarzy aktywny był ich najlepszy strzelec Karol Czubak, który kilka razy zagroził bramce Dawida Kudły. Największe niebezpieczeństwo groziło jednak katowiczanom ze strony Olafa Kobackiego. 22-letni pomocnik, który w tym sezonie strzelił już 13 goli, za pierwszym razem został w ostatniej chwili zablokowany przez obrońcę, a za drugim trafił w słupek.
Po zmianie stron Arka starała się odrobić straty, ale goście mądrze wybijali ją z gry. Gdy już gdynianom udawało się oddać strzały na bramkę GKS to bez problemu radził sobie z nimi Kudła. Najwięcej strachu napędził katowiczanom Czubak, lecz po jego główce piłka minęła światło bramki.
Katowiczanie szukali swoich szans w kontrach. Po jednej z nich do siatki rywali trafił Sebastian Bergier, ale napastnik GieKSy był na pozycji spalonej i sędzia nie uznał gola. Później świetną okazję do podwyższenia wyniku miał Jakub Arak, ale w tej sytuacji sędzia również odgwizdał offsajd. W doliczonym czasie gry rezerwowy napastnik GKS miał jeszcze lepszą okazję, lecz z 5 m trafił w Pawła Lenarcika. W ostatniej akcji meczu na pole karne zawędrował nawet bramkarz Arki, ale katowiczanie utrzymali prowadzenie i po końcowym gwizdku oszaleli ze szczęścia.
Fani GKS Katowice powitali piłkarzy pod Spodkiem. Wielka feta w środku nocy
Piłkarze GKS Katowice po 19 latach ponownie zagrają w gronie najlepszych. Na wracającą z meczu z Arką z Gdyni drużynę pod Spodkiem czekali kibice GieKSy, którzy urządzili zawodnikom trenera Rafała Góraka wielką fetę w środku nocy.
[…] Kibice GieKSy czekali na świętujących powrót do elity piłkarzy i w środku nocy zgotowali im huczne powitanie. Autobus z zawodnikami wracającymi do Katowic z Gdyni po meczu z Arką zatrzymał się pod Spodkiem, a fani odpalili race i powitali zawodników głośnymi śpiewami. Atmosfera była naprawdę gorąca. W niebo poszybowały nawet sztuczne ognie, a piłkarze i sam szkoleniowiec nie ukrywali wzruszenia takim powitaniem.
To była pierwsza, ale nie ostatnia feta, jaka odbyła się pod Spodkiem z okazji awansu piłkarzy do PKO Ekstraklasy., Klub zaprasza wszystkich kibiców GieKSy na plac przed legendarną halą w poniedziałek 27 maja na godz. 17. Wówczas będzie okazja, by wspólnie z zawodnikami cieszyć się z historycznego powrotu katowiczan do grona najlepszych po 19 latach przerwy.
sportowefakty.wp.pl – Wracają do ekstraklasy po 19 latach przerwy!
W spotkaniu trzydziestej czwartej – ostatniej – kolejki Fortuna I ligi GKS Katowice pokonał na wyjeździe Arkę Gdynia 1:0 i po 19 latach przerwy awansował do PKO Ekstraklasy. Natomiast gdynianie wystąpią w barażach.
Niedzielnie stracie w Gdyni zapowiadało się bardzo ciekawie, gdyż zarówno Arka, jak i GKS miały szansę na wywalczenie bezpośredniego awansu do PKO Ekstraklasy (zespół z Katowic do uzyskania przepustki potrzebował tylko i wyłącznie wygranej).
Sam początek rywalizacji należał do gospodarzy, którzy co chwilę gościli pod polem karnym katowiczan. Już w 3. minucie groźnie uderzał Olaf Kobacki, ale został zablokowany. Na boisku było sporo agresywnej walki, przez co mnożyły się faule z obydwu stron.
Z czasem inicjatywę zaczęli przejmować piłkarze z Katowic, którzy swoją przewagę udokumentowali bramką w 26. minucie meczu. Wówczas Marcin Wasielewski zagrał piłkę do Adriana Błąda, który fantastycznie z lewej nogi przymierzył sprzed pola karnego. Futbolówka wpadła do siatki obok próbującego interweniować Pawła Lenarcika.
Wówczas to GKS Katowice był pewny występu w Ekstraklasie w kolejnym sezonie. Wobec tego miejscowym zawodnikom zaczęło się spieszyć, lecz podopieczni Rafała Góraka nie pozwalali rywalom na zbyt wiele i ostatecznie więcej goli przed przerwą już nie padło.
Po zmianie stron katowiccy piłkarze w zasadzie kontrolowali boiskowe wydarzenia, skupiali się przede wszystkim na defensywie i tylko od czasu do czasu wyprowadzali kontrataki. Po jednej z takich kontr w 78. minucie Sebastian Bergier trafił do siatki, ale wcześniej był na pozycji spalonej i sędzia tego gola nie uznał.
Arka próbowała, ale nic z tego nie wychodziło i ostatecznie GKS dowiózł do końca to cenne zwycięstwo, awansując tym samym do PKO Ekstraklasy.
weszlo.com – Arka znów wyłożyła się na ostatniej prostej. GieKSa wraca do Ekstraklasy!
Prawie dwadzieścia lat oczekiwali kibice GKS-u Katowice na powrót do Ekstraklasy i wreszcie doczekali się swojego dnia triumfu! Fenomenalna szarża podopiecznych Rafała Góraka w rundzie wiosennej została zwieńczona w najpiękniejszy możliwy sposób – wyjazdowym zwycięstwem nad Arką Gdynia, które pozwoliło katowiczanom wskoczyć rzutem na taśmę na drugie miejsce w pierwszoligowej tabeli. Natomiast przed „żółto-niebieskimi” rywalizacja w barażach, ale nie ma co ukrywać – po zakończeniu dzisiejszego meczu gdynianie leżą na deskach. I trudno będzie im się otrząsnąć na tyle szybko, by udźwignąć ciężar baraży.
Z punktu widzenia czysto sportowych emocji, trudno było sobie wyobrazić lepszy scenariusz, niż starcie Arki Gdynia z GKS-em Katowice w ostatniej kolejce zmagań na zapleczu Ekstraklasy. Gospodarze – z przewagą własnego boiska i trzema punktami zaliczki, ale targani wątpliwościami i sfrustrowani po ostatniej porażce w derbach Trójmiasta. Z kolei goście – rozpędzeni, pozytywnie nakręceni całą rundą wiosenną, no ale zmuszeni do tego, by od pierwszego gwizdka z otwartą przyłbicą walczyć o pełną pulę na terenie przeciwnika.
Z ogromnym apetytem wyczekiwaliśmy na ten mecz. I nie ukrywamy, że spodziewaliśmy się niezapomnianego widowiska. Bo w takich okolicznościach poziom piłkarski nierzadko schodzi na dalszy plan, a presja powoduje, że na boisku dzieją się cuda.
Na długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego Bartosza Frankowskiego dało się zresztą wyczuć wiszące nad Gdynią napięcie. Na stadionie przy ulicy Olimpijskiej pojawiła się mocna delegacja z Katowic, która już podczas rozgrzewki starła się zaznaczyć swoją obecność na trybunach. Oczywiście gospodarze natychmiast odpowiedzieli własnym zrywem dopingu. Oczekiwanie na mecz dłużyło się wszystkim niemiłosiernie.
I trzeba przyznać, że było na co czekać, bo pierwsza połowa nie zawiodła. Jasne, nie była to może piłkarska uczta – na boisku co chwilę trzeszczały kości po bezpardonowych starciach, a arbiter główny nieustannie wzywał na murawę masażystów. No ale, jako się rzekło, tego można się było spodziewać. Natomiast zawodnicy Arki zrobili naprawdę wiele, by wyjść na prowadzenie już w pierwszych minutach gry. Zepchnęli przyjezdnych do głębokiej defensywy i nacierali raz za razem, kreując sobie całkiem groźne sytuacje w polu karnym GKS-u. Zastanawialiśmy się wówczas, czy „żółto-niebiescy” planują cisnąć na tej intensywności przez cały mecz, czy to tylko zryw wynikający z przedmeczowej pompki. No i okazało się, że raczej to drugie, bo katowiczanie po przetrwaniu początkowej zawieruchy zaczęli przejmować inicjatywę i odgryzać się coraz to niebezpieczniejszymi akcjami w okolicach szesnastki gdynian.
Tylko że goście swój lepszy okres w meczu zdołali spuentować trafieniem. Zresztą całkiem efektownym – w 26. minucie do siatki trafił Adrian Błąd, no i nagle to sytuacja ekipy z Katowic stała się komfortowa, a gospodarzom zaczęły puszczać nerwy.
[…] Co gorsza dla Arki, w drugiej odsłonie meczu przebieg gry wcale nie uległ zmianie. Wręcz przeciwnie – spotkanie stało się totalnie chaotyczne, co oczywiście skrzętnie wykorzystywali goście, kradnąc sekundy kiedy tylko się dało. Doprowadzało to oczywiście „żółto-niebieskich” do furii, ale nie potrafili oni przekuć tych emocji na cokolwiek konstruktywnego. Rozczarowywali właściwie wszyscy ofensywni piłkarze gdyńskiej ekipy, może z wyjątkiem Tornike Gaprindaszwilego, który po wejściu z ławki narobił trochę zamieszania na skrzydle. Ale, no właśnie, było to tylko zamieszanie. Indywidualne zrywy, mniej lub bardziej desperackie. Nie było w tym wszystkim zespołowego planu.
Tymczasem GieKSa robiła swoje. Twarda, nieustępliwa postawa w środkowej strefie boiska, wytrącanie rywali z równowagi i czyhanie na kontry. Plus nieustanne prośby o interwencję medyczną, które jeszcze bardziej zakłócały ten i tak przecież mocno szarpany mecz.
[…] „Żółto-niebiescy” parokrotnie zagrozili bramce katowiczan, ale też nie przesadzajmy – Dawid Kudła nie miał wielkich powodów do nerwowości. Generalnie większość uderzeń w tym meczu lądowała bezpiecznie w jego koszyczku, bo znakomicie się ustawiał.
W ogóle jeśli chodzi o – ujmijmy to – emocjonalne podejście do dzisiejszego spotkania, to po zawodnikach GKS-u widać było pełen spokój i koncentrację na realizacji przedmeczowych założeń. Doskonałą robotę w tym aspekcie wykonał trener Rafał Górak. Choć nim samym akurat ewidentnie targały ogromne emocje, które uwidaczniały się tym mocniej, im bliżej było ostatniego gwizdka arbitra. Szkoleniowiec prawie wyszedł z siebie, gdy jego zawodnicy w doliczonym czasie gry nie wykorzystali dwustuprocentowej szansy na drugie trafienie.
Po zakończeniu spotkania Górak mógł jednak wznieść ręce w geście triumfu, podobnie jak jego podopieczni i wszyscy kibice GKS-u Katowice. Trwająca blisko dwie dekady tułaczka Gieksy po niższych ligach dobiega dzisiaj końca i ekipa z Górnego Śląska może świętować awans do Ekstraklasy. Awans, dodajmy, w pełni zasłużony, bo katowiczanie w rundzie wiosennej punktowali wręcz fenomenalnie, kilka meczów wygrali z ogromnym przytupem, no a dzisiaj dowiedli swojej wyższości nad bezpośrednim konkurentem w wyścigu o drugą lokatę.
wkatowicach.eu – GKS Katowice w Ekstraklasie! Wielki powrót po 19 latach
GIEKSAKLASA! Mamy to! GKS Katowice przechodzi do Ekstraklasy po zwycięskim meczu z Arką Gdynia.
[…] GKS na samym finiszu rozgrywek wyprzedził Arkę w tabeli i ostatecznie zakończył je na drugim miejscu, które premiowane jest bezpośrednim awansem do PKO BP Ekstraklasy. Wygrana wywołała euforyczną radość piłkarzy oraz grupy ponad 700 kibiców, która dopingowała GieKSę na stadionie w Gdyni.
[…] Katowice są szczęśliwe! Spełniło się marzenie wielu kibiców, na które przyszło czekać długich 19 lat. W pierwszej kolejności składam gratulacje na ręce trenera Rafała Góraka, jego sztabu oraz piłkarzy, którzy ciężką pracą i ambitną postawą zapracowali na awans. Tego sukcesu nie byłoby bez zaangażowania władz Miasta Katowice w odbudowę GieKSy. Kieruję także podziękowania w stronę wszystkich, którzy walczyli o to, by po spadku w 2005 r. przywrócić Klubowi dawny blask. Dziękuję też wszystkim kibicom, którzy nieustannie wspierali GKS w walce o awans. Przed nami sporo wyzwań związanych z grą w PKO BP Ekstraklasie, ale podchodzimy do nich z wielkim optymizmem – mówi prezes GKS-u Katowice, Krzysztof Nowak.
[…] Mamy to! GKS Katowice w Ekstraklasie. Nasi piłkarze po wyjazdowej wygranej z Arką Gdynia 1:0 zapewniają sobie awans. To efekt konsekwentnego działania całego klubu, ale i kibiców, którzy wspierają naszych zawodników, budowanie wielkiej GieKSy to wieloletni projekt. Niedawno świętowaliśmy sukcesy piłkarek, hokeistów i szachistów, od dzisiaj możemy pochwalić się również piłkarską drużyną w Ekstraklasie – skomentował awans piłkarzy prezydent Katowic, Marcin Krupa.
sport.tvp.pl – GKS Katowice awansował do PKO BP Ekstraklasy! Wielki powrót po 19 latach przerwy
Zrobili to! Piłkarze GKS-u Katowice wracają do PKO BP Ekstraklasy. Czterokrotny wicemistrz Polski zapewnił sobie awans po wyjazdowej wygranej z Arką Gdynia 1:0. Kibice zespołu gości czekali na to prawie dwadzieścia lat.
[…] Drużyna prowadzona przez Rafała Góraka skromne prowadzenie utrzymała do ostatniego gwizdka sędziego. Ostatecznie katowiczanie pokonali gospodarzy 1:0 i po dziewiętnastu latach przerwy ponownie zagrają na poziomie PKO BP Ekstraklasy.
dziennikbałtycki.pl – Arka Gdynia nie obroniła miejsca dającego awans do PKO Ekstraklasy. GKS Katowice świętował na stadionie w Gdyni
[…] Warunki, bez oglądania się na innych, były znane długo przed pierwszym gwizdkiem. Remis lub wygrana Arki będzie powodem do świętowania w Gdyni. Jakiekolwiek potknięcie będzie z kolei oznaczało radość GKS-u. Katowiczanie przyjechali nad morze niesieni czterema kolejnymi zwycięstwami. To dodawało im wielkiej pewności siebie.
I widać było tę pewność na murawie. GieKSa „nie pękła”, grała mądrze taktycznie i naciskała w odpowiednich momentach. Gdynianie, odwrotnie, znów zaczęli się potykać. Po kilku pierwszych minutach naporu wycofali się, aby próbować szans w budowaniu ataku pozycyjnego. Okazji chcieli też szukać w kontratakach. Po jednej z takich akcji Olaf Kobacki urwał się z lewej strony i przymierzył po długim słupku, ale trafił właśnie w niego, a nie do siatki. To była 23 minuta meczu w Gdyni. Trzy minuty później potężnym uderzeniem popisał się Adrian Błąd. Doświadczony pomocnik, który w sezonie 2016/2017 grał w ekstraklasowej Arce, tym razem nie miał dla niej litości, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie.
Ten wynik premiował ekipę trenera Rafała Góraka. Arka musiała odpowiedzieć trafieniem. Była jednak nadal nieporadna. Nie mogąc stworzyć nic w środkowej strefie boiska, zaczęła próbować dalekim przerzutami uruchamiać Karola Czubaka i spółkę. Te zagrania na niewiele się jednak zdawały, bo katowiczanie cały czas byli czujni.
[…] Wraz z upływem czasu w coraz gorszym położeniu byli zawodnicy trenera Wojciecha Łobodzińskiego. Nieco ożywienia na prawym skrzydle wprowadził Tornike Gaprindaszwili, który pojawił się w 60 minucie. Wciąż brakowało jednak zdecydowanego akcentu. GKS w drugiej odsłonie niedzielnego spotkania już nie był taki rozpędzony, zadowalając się rozbijaniem akcji.
Najciekawiej zrobiło się w ostatnich minutach. Martin Dobrotka w jednej z akcji padł na murawę, sygnalizując kontuzję. Stało się to już w momencie, kiedy limit zmian w zespole gospodarzy został już wykorzystany. Arkowcy nie mieli nic do stracenia, ale ich próby podejścia pod bramkę rywali kończyły się niepowodzeniem.
Swoją szansę na podwyższenie miał jeszcze Jakub Arak. Rezerwowy GKS-u znalazł się tuż przed Pawłem Lenarcikiem, ale górą był bramkarz żółto-niebieskich, który złapał piłkę dosłownie na linii bramkowej.
Po ostatnim gwizdku sędziego GKS Katowice rozpoczął świętowanie awansu na boisku w Gdyni, gdzie wspierała go grupa 720 kibiców.
– Jest tyle emocji we mnie i tyle rzeczy, że długo by opowiadać. To, że jestem szczęśliwy, to chyba jasne – mówił po spotkaniu Rafał Górak, trener GKS-u Katowice, z którym pracuje od pięciu lat i przeszedł niesamowitą drogę po słabej rundzie jesiennej.
sport.fakt.pl – Kibice przeprosili swoje mamy. Nie mieli innego wyjścia. Co takiego przeskrobali?
GKS Katowice, pokonując w meczu wyjazdowym Arkę 1:0, wywalczył bezpośredni awans do Ekstraklasy. GieKSa w najwyższej klasie rozgrywkowej po raz ostatni grała w 2005 r. Na trybunach zespół gości wspierała spora grupa kibiców. Przed wyjazdem do Gdyni fani przeprosili swoje mamy.
Ostatnia kolejka I ligi rozgrywana była 26 maja w Dniu Matki. GKS Katowice o bezpośredni awans do Ekstraklasy walczył w Gdyni. Kibiców „Gieksy” nie mogło zabraknąć na miejscu w tak ważnym dla ich klubu dniu.
Zanim ruszyli w podróż do Trójmiasta, wykonali na dworcu zdjęcie z transparentem. „Przepraszamy nasze mamy lecz o awans dzisiaj gramy” – brzmiał umieszczony na nim napis.
katowickisport.pl – GKS Katowice wraca do ekstraklasy!
To był jeden z najważniejszych meczów GKS-u Katowice w XXI wieku. Podopieczni Rafała Góraka mieli szanse na bezpośredni awans do ekstraklasy.
[…] I mecz zaczął się dla katowiczan w sposób wymarzony. Pięknego gola zza pola karnego strzelił Adrian Błąd. Przyjął podanie Marcina Wasielewskiego, przymierzył i uderzył w samo okienko. Katowiczanie grali lepiej, a fani szaleli. Ze względu na daleki wyjazd, który decydował o losie ich drużyny, przeprosili… swoje mamy, które zostawili w domach w dniu ich święta.
Później katowiczanie mądrze się bronili i czekali na kontry. Na kwadrans przed końcem Sebastian Bergier pokonał bramkarza gdynian, ale sędzia dopatrzył się spalonego.
GKS Katowice wrócił do ekstraklasy po 19 latach. Po ostatnim spadku musiał odbudowywać się od czwartej ligi, bo nie dostał licencji. Wrócił na zaplecze i z niego spadł. Rafał Górak, który pracuje przy Bukowej od pięciu lat napisał historię.
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością
W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.
Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.
Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.
Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.
Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.
Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.
W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.
W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.
W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.
Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.
A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.
Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.
Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.
W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.


Najnowsze komentarze