Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Klasyk imienia „Poldiego”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Górnik Zabrze. GieKSa przegrała 1:2 (1:0), spotkanie było rozgrywane w ramach rozgrywek Pucharu Polski.

 

dziennikzachodni.pl – Fortuna Puchar Polski: GKS Katowice – Górnik Zabrze 1:2

Od początku meczu na Bukowej GKS wyglądał na zespół bardziej zdeterminowany. Górnik prezentował się pasywnie, gra toczyła się głównie w środku pola, ale to gospodarze szukali słabego punktu w defensywie ekipy Bartoscha Gaula, mając świadomość, że jest to w obecnym sezonie formacja przyciągająca nieszczęścia.

Tradycji stało się zadość w 36 minucie. Katowiczanie przycisnęli i wywalczyli rzut rożny. Po dośrodkowaniu Rafała Figiela Dawid Brzozowski potężnym strzałem trafił dokładnie w łączenie słupka z poprzeczką, odbita piłka wpadła w pole karne, gdzie zapanował chaos i kolejną próbę uderzenia Emil Bergstroem podbił ręką. Analiza VAR trwała cztery minuty, ale wątpliwości nie było żadnych. Karę z jedenastu metrów pewnie wymierzył kapitan Arkadiusz Jędrych. Desperacki szturm ekstraklasowców w ostatnich sekundach zamknął fatalnym kopnięciem będący bez formy Paweł Olkowski.

Druga połowa przyniosła kontynuację energiczniejszej gry Górnika. W 51 minucie Łukasz Podolski kopnął potężnie piłkę w poprzeczkę, ale sześć minut później poprawił celownik i po rozegraniu z rzutu rożnego idealnie strzelił z okolic narożnika pola karnego i Dawid Kudła musiał skapitulować.

Drużynie Rafała Góraka mecz zaczął całkowicie wymykać się spod kontroli. W 67 minucie poziom komplikacji podniósł się maksymalnie, bo Patryk Szwedzik w środku boiska brutalnie sfaulował Blaża Vrhovca (zmiennika Jonatana Koetzkego, który w 17 minucie doznał kontuzji biegnąc samotnie z piłką), a Tomasz Wajda przy pomocy VAR-u żółtą kartkę zamienił na czerwoną.

GKS zaczął marzyć o dogrywce. Nadzieje prysły w 86 minucie, a w roli głównej raz jeszcze wystąpił Podolski. Znów rzut rożny, znów czający się na piłkę były mistrz świata i znów świetny strzał, tym razem sprzed pola karnego, tuż nad murawą i po dość spokojnym przetrwaniu ostatnich minut awans zabrzan stał się faktem.

 

Kibice GKS Katowice i Górnika Zabrze razem kibicowali zza płotu, a piłkarze im dziękowali

Kibice GKS Katowice bojkotują domowe mecze swojego zespołu, a tym razem dołączyli do nich zaprzyjaźnieni fani Górnika Zabrze. Mecz 1/16 Fortuna Pucharu Polski obie grupy oglądały zza ogrodzenia, gdzie zgromadziło się kilkaset osób w potężnej asyście policji. Po meczu piłkarze poszli im podziękować. Zobaczcie zdjęcia.

Kibice GKS Katowice bojkotują domowe mecze swojego zespołu, a do ich akcji przyłączyła się tym razem zaprzyjaźniona Torcida, W efekcie kilkuset fanów obu drużyn mecz 1/16 Fortuna Pucharu Polski oglądało zza ogrodzenia.

Doping słyszalny był jednak tylko przez kilka pierwszych kilkanaście minut, gdy kibice na przemian skandowali nazwy swoich klubów. Potem dominowała cisza. Obyło się także bez pirotechniki, za to kibiców pilnowały liczne oddziały służb porządkowych.

Po meczu piłkarze poszli podziękować fanom, a Łukasz Podolski… kazał ochroniarzom otworzyć furtkę.

 

sportdziennik.com – Klasyk imienia „Poldiego”

Lukas Podolski, mieszkający niemalże naprzeciwko stadionu przy Bukowej, właśnie tu zdobył swoje pierwsze bramki w sezonie, przesądzając, że to zabrzanie zamknęli w czwartek wieczorem grono uczestników 1/8 finału Pucharu Polski.

Bojkot prowadzony przez kibiców GieKSy w geście niezadowolenia z rządów prezesa Marka Szczerbowskiego chyba jeszcze nie bolał tak mocno, jak w czwartek wieczorem. Kierując się w stronę Bukowej na 45 minut przed „Śląskim Klasykiem” między GKS-em a Górnikiem, tylko przebijający się blask jupiterów sygnalizował, że ma tu miejsce mecz, jakiego dawno w Katowicach nie było. „Blaszok”, zamiast wypełnić się zaprzyjaźnionymi fanatykami obu klubów, pozostał pusty.

Trybuna główna świeciła co prawda pustkami nieco mniej niż podczas spotkań ligowych – oficjalna frekwencja wyniosła 1145 widzów, najwięcej w tym sezonie – ale i tak otoczka sprawiała przygnębiające wrażenie. Zamiast muzyki z głośników, publice przygrywała Orkiestra Dęta Katowice, a w czasie meczu dobrze słyszalne było boisko, choćby komenda sędziego Tomasza Wajdy: „Ani kroku dalej”!, adresowana do wyrzucającego aut Bartosza Jaroszka.

Górnik, będący po trzech z rzędu porażkach, przystąpił do tego meczu z czterema zmianami w składzie, w którym pojawili się Aleksander Paluszek, Mateusz Cholewiak, Paweł Olkowski i Jean Mvondo. Do jedenastki GieKSy natomiast, mającą serię 7 spotkań bez przegranej, wskoczyli Dawid Brzozowski, rodowity zabrzanin Marcin Urynowicz i Marko Roginić, zastępujący na szpicy Jakuba Araka, pauzującego za czerwoną kartkę obejrzaną jeszcze w barwach Rakowa Częstochowa. Nim rozbrzmiał pierwszy gwizdek, a grupka kibiców rozpoczęła doping spod płotu, trener Rafał Górak otrzymał z rąk dyrektora Roberta Góralczyka oprawioną w ramę pamiątkową koszulkę z okazji 200 meczów w GKS-ie (czwartkowy miał już nr 202).

Szkoleniowiec zapowiadał w „Sporcie”, że zdecydowanym faworytem tego meczu są zabrzanie, ale po pierwszej połowie prowadziła GieKSa. I to zasłużenie. Przesądził o tym okres między 35 a 41 minutą. Najpierw Dawid Brzozowski kropnął z dystansu w spojenie – to byłby gol jak marzenie – a chwilę później powalczył o piłkę w polu karnym, którą w stronę bramki uderzył Urynowicz. Ręką zablokował ją Emil Bergstroem. Sędzia Tomasz Wajda przez 4 minuty „varował” tę sytuację i ostatecznie uznał winę Szweda, a „jedenastkę” na gola bez trudu zamienił kapitan I-ligowca Arkadiusz Jędrych.

Górnik podkręcił tempo dopiero po stracie tej bramki; dopiero w końcówce I połowy było wyraźnie widać, kto tu gra w ekstraklasie, a kto na jej zapleczu. Wcześniej zabrzanie mieli tylko przebłyski – jak ładna akcja zainicjowana przez Lukasa Podolskiego, kontynuowana przez Kanjiego Okunkiego, a zakończona strzałem Mateusza Cholewiaka, obronionym przez Dawida Kudłę. Albo jak Okunki z łatwością mijający Jędrycha, którego zaasekurował jednak Michał Kołodziejski. Trenerowi Gaulowi delikatnie plany pokrzyżował uraz Jonatana Kotzkego, którego już w 18 minucie zastąpić musiał Blażem Vrhovcem.

II połowa była popisem Lukasa Podolskiego. Wcześniej w tym sezonie nie strzelił gola (w 9 występach), a w czwartek – aż dwa. Co ciekawe, „Poldi” mieszka w apartamentowcu zlokalizowanym niemal dosłownie naprzeciwko stadionu przy Bukowej, był tu już w tym sezonie w roli widza, wrzucał zdjęcia z balkonu, nawiązywał też do bojkotu. Tego wieczoru mógł uśmiechnąć się, że dobrze mieć sąsiada… Co prawda w 50 minucie jego bomba z lewej nogi zatrzymała się na poprzeczce, ale potem nie było już zmiłuj. 37-latek trafiał z godną mistrza świata maestrią – z dystansu, mocno, oczywiście lewą nogą. W obu przypadkach – po rzutach rożnych. Było na co popatrzeć.

Te bramki dokumentowały dominację zabrzan, z jaką mieliśmy do czynienia po przerwie. Oni grali, GieKSa głównie biegała za piłką, co spotęgowało jeszcze zdarzenie z 67 minuty. Tym razem VAR okazał się dla katowiczan niełaskawy. Żywiecki arbiter najpierw ukarał co prawda Patryka Szwedzika tylko żółtą kartką za wślizg w środku pola w Blaża Vrhovca, ale po seansie przed monitorem odesłał ofensora GieKSy pod prysznic. Szwedzik marnie zareklamował się zabrzanom, którzy latem myśleli o jego transferze.

Mając w perspektywie niedzielny mecz w Grodzisku z Wartą, goście chcieli uniknąć dogrywki – trener Gaul dokonał na ostatni kwadrans potrójnej zmiany – i na 3 minuty przed końcem za sprawą „Poldiego” dopięli swego, przerywając serię porażek. Katowiczanie zaś, którzy przerwali dobrą serię, ale swojej postawy wstydzić się nie musieli – nim za 9 dni spotkają się derbowo z Ruchem, w poniedziałkowy wieczór podejmą Stal Rzeszów, której trener Daniel Myśliwiec był wczoraj przy Bukowej.

 

roosevelta81.pl – Droga przez mękę. Podolski załatwił sprawę

[…] Górnik Zabrze pokonał po ciężkim meczu GKS Katowice i awansował do 1/8 finału Pucharu Polski. Dla „Trójkolorowych” przez większą część meczu była to prawdziwa droga przez mękę. Na szczęście Górnik miał tego dnia Lukasa Podolskiego, który dwoma pięknym golami załatwił awans.

[…] Pierwsza połowa w wykonaniu Górnika była katastrofalna. Zabrzanie oddali gospodarzom inicjatywę, którzy bez większego respektu wyszli na boisko. Dopiero w 12 min. goście postraszyli katowiczan. Świetnym podaniem do Okunukiego, popisał się Podolski. Japończyk odegrał jeszcze do Cholewiaka, ale ten uderzył zbyt lekko, by zaskoczyć Kudłę. Kilka chwil później sztab szkoleniowy Górnika zmuszony był dokonać pierwszej zmiany. Jonatan Kotzke z powodu urazu opuścił boisko, a pojawił się na nim Blaz Vrhovec. Obraz gry jednak nie ulegał zmianie, wciąż ton boiskowym wydarzeniom nadawali miejscowi. Górnik po raz kolejny przedostał się pod bramkę rywali po indywidualnej akcji Okunukiego, który w efektowny sposób poradził sobie z obrońcą, ale jego podanie w pole karne nie znalazło adresata. Nie zraziło to piłkarzy GKS-u, dążących do otwarcia wyniku. W 36 min, zabrzanom jeszcze dopisało szczęście, gdy Brzozowski uderzeniem zza szesnastki trafił w spojenie bramki Bielicy. Za moment Bergstrom zagrał ręką, a sędziowie zinterpretowali to jako przewinienie. Rzut karny na gola zamienił Jędrych. W doliczonym czasie tej części Górnik ruszył w końcu bardziej zdecydowanie do przodu, brakowało jednak dobrego wykończenia. Na przerwę zawodnicy obu drużyn udali się przy zasłużonym prowadzeniu GKS-u.

Druga odsłona przyniosła zgoła odmienne oblicze Górnika. „Trójkolorowi” od początku zaatakowali, by jak najszybciej odrobić straty. Podobały się szczególnie dwójkowe akcje duetu Podolski-Okunuki. W 51 min. Poldi zdecydował się na uderzenie z dystansu, niestety futbolówka ostemplowała tylko poprzeczkę. Potem Richard Jensen główkował minimalnie niecelnie po rzucie rożnym. W końcu zabrzanie dopięli swego. Ponownie Podolski spróbował z dystansu i tym razem piłka znalazła drogę do siatki. Kilka chwil później Poldi popisał się długim, precyzyjnym zagraniem do Cholewiaka. Mateusz jednak nie opanował piłki, będąc w szesnastce rywali. W 62 min. Bielica popełnił błąd przy wyjściu do dośrodkowania, sytuację ratował, wybijając futbolówką sprzed linii, Vrhovec. Od 67 min. Górnik miał ułatwione zadanie, ponieważ za ostre wejście w nogi jednego z zabrzan, Szwedzik otrzymał czerwoną kartkę. Przewaga zabrzan jeszcze wzrosła, katowiczanie ograniczyli się już tylko do obrony. Kolejne próby zabrzan, albo mijały bramkę Kudły, albo dobrze interweniował golkiper GieKSy. W 87 min. ponownie Podolski wział w sprawy w swoje ręce, a właściwie lewą nogę. Mocny strzał z ok. 18 metrów znów zakończył swój lot w katowickiej bramce.

 

sportowefakty.wp.pl – Trzy gole w Śląskim Klasyku. Podolski uratował Górnika Zabrze

Do przerwy w meczu 1/16 finału Fortuna Pucharu Polski pomiędzy GKS-em i Górnikiem pachniało niespodzianką. Katowiczanie prowadzili 1:0, ale po zmianie stron dwa gole dla zabrzan zdobył Lukas Podolski.

Po latach kibice ponownie mogli pasjonować się Śląskim Klasykiem. Niestety protest kibiców sprawił, że zamiast piłkarskiego święta na trybunach czuć było stypę. Stawką meczu był awans do kolejnej rundy rozgrywek Fortuna Pucharu Polski. W ostatnim czasie lepszy czas przeżywają katowiczanie, którzy walczą o awans do PKO Ekstraklasy. W niej serię porażek notują zabrzanie.

W 1. połowie będący faworytem do wygranej goście niewiele zrobili, aby napocząć rywala. Godną odnotowania była jedynie sytuacja z 12. minuty, kiedy Lukas Podolski zagrał w uliczkę do Mateusza Cholewiaka. Strzał z pola karnego nogami odbił Dawid Kudła.

W kolejnych minutach bardziej podobać mogły się śmiałe próby ataku katowiczan. W 36. minucie potężnie z dystansu uderzył Dawid Brzozowski. Piłka uderzyła w spojenie słupka z poprzeczką!

Pięć minut później GieKSa objęła prowadzenie. Po analizie VAR sędzia uznał, że Emil Bergstroem umyślnie zagrał ręką i podyktował rzut karny, który na gola zamienił Arkadiusz Jędrych.

Stracony gol obudził zabrzan, którzy zaatakowali. W 51. minucie potężnie z dystansu uderzył Lukas Podolski. Piłka trafiła w poprzeczkę. Poprawiał Kanji Okunuki, ale bramkarz pewnie interweniował.

Sześć minut później były reprezentant Niemiec przymierzył po raz kolejny. Tym razem z ok. 15 metrów w samo okienko. Kudła nie miał szans.

Po słabszym okresie w końcu pozbierali się katowiczanie. Kilka razy pod bramką Daniela Bielicy zrobiło się groźnie. Nadzieje GieKSy na awans zminimalizował w 67. minucie Patryk Szwedzik. Gracz gospodarzy ostro zaatakował rywala. Sędzia najpierw zawodnikowi miejscowych pokazał żółtą kartkę, ale po analizie VAR wyrzucił go z boiska.

Grając w przewadze zabrzanie ruszyli do ataku. Aktywny był Okunuki, ale gola nie zdobył. W końcu szkoleniowiec Górnika zdjął Japończyka z boiska.

Goście szukali zakończenia rywalizacji w regulaminowym czasie. Udało im się to na trzy minuty przed końcem. Po raz kolejny precyzyjnym uderzeniem popisał się Podolski. Po tym ciosie gości gospodarze nie byli w stanie się podnieść.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga