Piłka nożna
Królestwo Prażnovskyego
Obrona GKS Katowice w rundzie jesiennej spisywała się bardzo różnie – podobnie jak poszczególni zawodnicy. Były okresy, kiedy była to zapora nie do przejścia, jak i takie, gdy rywale hasali sobie po boisku jak chcieli i manewrowali naszych defensorów. Prześledźmy, jak to wyglądało na poszczególnych pozycjach.
Prawa obrona
Dominującym zawodnikiem na prawej flance formacji defensywnej był Alan Czerwiński. Zawodnik od początku sezonu prezentował wysoką formę i w zasadzie jego pozycja nie była zagrożona. Może nie stricte od samego początku, bo jednak ligowe mecze z Wigrami i Zagłębiem nie najlepiej mu wyszły. Za to pucharowe starcie z Wigrami było już bardzo dobrym występem prawego obrońcy. Kolejne spotkania – z Arką i Kluczborkiem to były występy na naprawdę wysokim poziomie i choć w Gdyni GKS przegrał – Alan był jednym z najlepszych zawodników. Słabiej było w Pruszkowie, ale tam zawiódł cały zespół. W meczu z Miedzią zawodnik nie grał, wrócił natomiast na pojedynek z Bełchatowem i nie był to jego dobry występ. Bełchatów mu niespecjalnie leży. Gorzej było jednak w meczu z Sandecją, gdyż już na początku miał współudział przy straconej bramce, a całe spotkanie należało uznać za słabe. Niestety po udanym początku sezonu pozostało tylko wspomnienie, ale Alan cały czas grał, bo nie miał go kto zastąpić. Słabe występy zawodnika zbiegały się z kiepskimi wynikami zespołu. Co prawda tak rażących błędów jak kiedyś nie popełniał, ale stał się bezbarwny. Dopiero w Bytowie coś drgnęło, w poprawnie rozegranym meczu piłkarz zaliczył asystę. Ze Stomilem natomiast dwa razy fatalnie podawał do przeciwnika, na sytuacje stuprocentowe.
Od meczu z Chojnicami Alan powrócił do wysokiej formy. Zaczął bardzo dobrze grać w ofensywie, czego efektem były asysty w meczach z Chojniczanką i Dolcanem. Do końca rundy spisywał się poprawnie i wiele już mu nie mogliśmy zarzucić.
Gdy Alan pauzował w meczu z Miedzią, jego miejsce na prawej stronie zajął Łukasz Pielorz. Nie był to dobry mecz tego zawodnika, ale też trenerzy wyrządzają mu niedźwiedzią przysługę wystawiając na pozycji prawego obrońcy.
Stoperzy
Od początku sezonu wiadomo było, że problem ze stoperami będzie. Mieliśmy bowiem pewniaka Mateusza Kamińskiego, ale zagadką pozostawał partner w środku obrony dla Kamyka. Adrian Jurkowski wiadomo jaki jest, a pozostałe opcje – np. z Łukaszem Pielorzem, Povilasem Leimonasem czy Sławomirem Dudą byłyby wyciąganiem zawodników z linii pomocy.
Oczywiście Kamyk tym pewniakiem był – przynajmniej jeśli chodzi o obecność na boisko, bo jeśli chodzi o postawę – nie zawsze. W pierwszych meczach partnerował mu Jurkowski i obaj spisywali się solidnie – GKS nie stracił bramki. Z Zagłębiem Sosnowiec bardzo słabo zagrał Kamiński, który zaliczył kilka fatalnych zagrań. Z Wigrami w Pucharze Polski obaj znów zagrali bardzo dobrze. Wszystko załamało się w meczu z Arką. Tragiczny wprost występ Adriana Jurkowskiego, który przez cały mecz kiksował, podawał do przeciwnika, był zagrożeniem dla naszego zespołu. Zawodnik jednak miejsca w zespole nie stracił. Znów bardzo zły występ zanotował w Pruszkowie, gdzie raził nerwowością. Mateusz Kamiński przy tym też nie grał super dobrze, ale aż takich kiksów nie popełniał.
Gorzej było z Miedzią. Mateusz mając na koncie żółtą kartkę wdał się w pyskówkę z arbitrem. Co prawda potem krążyła wersja, że kartka była za faul, ale ani trochę z kontekstu sytuacji to nie wynikało. W Bełchatowie trudna sytuacja przydarzyła się Jurkowskiemu. Już w 10. minucie za faul taktyczny dostał czerwoną kartkę. Próbował ratować sytuację po fatalnym błędzie Leimonasa.
To właśnie Litwin wyszedł na stoperze w meczu z Sandecją i już w 2. minucie strzelił samobójczą bramkę, która paść wcale nie musiała. Miał też udział przy jeszcze jednej bramce. Ogólnie był to fatalny występ Povilasa. W Grudziądzu do składu wrócił Jurkowski i bardzo źle zachował się przy straconej bramce, gdy tyłem ciała odwrócił się do zagrożenia.
Od tego czasu wiele na środku obrony się zmieniło. Bardzo przeciętna postawa Kamińskiego uchodziła płazem przy dużo słabszych kolegach. Od meczu z Cracovią w składzie GKS pojawił się jednak Oliver Prażnovsky i to on zaczął wyznaczać standardy w defensywie. Zbiegło się to niestety z obniżką formy Mateusza, który z Cracovią grał fatalnie i zawalił dwie bramki. Na tym tle Prażnovsky spisywał się bardzo dobrze. Zarówno w destrukcji, jak i rozegraniu piłki od tyłów. W zasadzie zawodnik z marszu stał się liderem defensywy. Również z Rozwojem Słowak zagrał dobrze, przy bardzo słabej postawie Kamyka, który znów w prostych sytuacjach dał się manewrować rywalom.
Prażnovsky stał się numerem jeden, a dodatkowo strzelał bramki, jak w Bytowie czy z Rozwojem. Jeszcze w jednym z meczów grał w parze z Jurkowskim, ale od czasu przyjścia trenera Brzęczka utworzył żelazny duet z Kamińskim.
Od meczu z Chojniczanką ta dwójka spisywała się świetnie, pewnie i była zaporą nie do przejścia. Wydatnie pomagali Kuchcie w tym, aby śrubował rekord bez straty bramki. Fenomenalny mecz Prażnovsky rozegrał w Głogowie – można powiedzieć, że był to niemal idealny występ stopera. Ostatnie trzy mecze były już średnie, ale Olivier zanotował w Suwałkach asystę przy akcji bramkowej.
W meczu z Zawiszą Słowaka zabrakło i znów do składu wskoczył Jurkowski. To był bardzo dobry występ tego zawodnika.
Lewa obrona
Tutaj oczywiście od początku sezonu monopol na grę miał Rafał Pietrzak. Już w poprzednich latach ten zawodnik nie miał absolutnie żadnego zmiennika, co powodowało, że nawet gdy notował rażące błędy – to i tak było wiadomo, że w kolejnym meczu zagra.
Pierwsze dwa mecze były bardzo dobre, zawodnik sporo udzielał się w ofensywie. Niestety spotkanie z Zagłębiem – jak całego zespołu – było bardzo mizerne. Potem bywało raz lepiej, raz gorzej, ale fatalny występ – z odpuszczeniem przy sytuacjach bramkowych – w Pruszkowie. Słabo było również z Miedzią, coś drgnęło natomiast w Bełchatowie, gdzie wypracował bramkę. Kolejne odpuszczenie rywala miało miejsce w meczu z Sandecją, a z Rozwojem w lidze hasał gdzieś w środku boiska, zamiast pilnować swojej strony – mowa o bramce Wróbla. Dobrze, że w tym meczu oraz w kolejnym w Bytowie notował asysty po stałych fragmentach gry, bo generalnie w tym sezonie wykonywał je bardzo źle. Także i ze Stomilem zaliczył asystę przy golu Szołtysa. Niestety coś mu strzeliło na koniec do głowy, sfaulował brutalnie rywala, dostał czerwoną kartkę i musiał pauzować. I tutaj zaczęły się dla niego schody.
Na lewą obronę wskoczył Adrian Frańczak i przynajmniej w defensywie zaczął się dużo lepiej spisywać niż Pietrzak. Mecze w Chojnicach i z Dolcanem były tego dowodem. Gdy Pietrzak wrócił do gry w Głogowie był najgorszym zawodnikiem i tradycyjnie zaczął odpuszczać swój rejon boiska. Nieco lepiej było z Zawiszą, ale znów w Płocku grał fatalnie i doszło do niespodziewanej rzeczy i zmiany tego zawodnika w trakcie meczu – monopol na grę został utracony. Znów do gry na lewej stronie wkroczył Frańczak i spisał się poprawnie aż do końca rundy, a Pietrzaka trener zaczął w końcu próbować w pomocy.
Podsumowanie
Prawa obrona jest na ten moment zarezerwowana dla Alana Czerwińskiego. Zawodnik zrobił bardzo duży postęp, gra agresywnie, twardo, nie boi się wślizgów i zdecydowanie można powiedzieć, że wyrobił się jako obrońca. Oczywiście zdarzają się słabsze okresy i przypomnienie złych występów, ale nie ma już tak niezrozumiałych zachowań, jak kiedyś.
Gorzej z lewą obroną, bo z Rafała Pietrzaka jest żaden obrońca i Rafał na boisku się z tym nie kryje, niejednokrotnie olewając defensywne obowiązki. Ma za to usposobienie ofensywne i szkoda, że musiały wieki minąć, aby któryś z trenerów odsunął zawodnika od obrony. Wstawienie tam Adriana Frańczaka okazało się dobrym pomysłem i mamy nadzieję, że tak zostanie, a Pietrzak pokaże swoją przydatność w ofensywie.
W środku obrony rządzi Oliver Prażnovsky. To w ogóle staje się lider tej drużyny. Drugim stoperem jest Mateusz Kamiński, który jednak musi stabilizować formę na dłużej, bo okresy słabości w jego wykonaniu są bardzo złe. Ta dwójka jednak daje nadzieję na zaryglowanie bramki i zobaczymy, jak będzie dalej. Spokoju nie gwarantuje Adrian Jurkowski, ale trzeba przyznać, że w większości meczów, w których grał – spisał się nieźle.
Hokej
Kompromitacja w Tychach
W 20. kolejce THL nasza drużyna wyruszyła do Tychów żeby zmierzyć się z miejscowym GKS-em.
Pierwszą tercję rozpoczęliśmy od szarpanej gry w tercji neutralnej. Dopiero w 4. minucie strzał na bramkę Fucika zdołał oddać Wronka, ale jego uderzenie nie sprawiło problemów bramkarzowi gospodarzy. W 7. minucie miejscowi wyszli na prowadzenie. W drugiej połowie pierwszej odsłony nasza drużyna stanęła przed szansą wyrównania wyniku za sprawą liczebnej przewagi. Pomimo oddania kilku groźnych strzałów, to żaden z naszych zawodników nie zdołał pokonać Fucika. W 19. minucie fantastyczną interwencją popisał się Eliasson ratując nas przed utratą drugiej bramki. Chwilę przed syreną kończącą pierwszą tercję Eliasson ponownie zachował czujność i pewnie obronił kolejne strzały gospodarzy.
Drugą tercję rozpoczęliśmy od zdecydowanego ataku na bramkę Fucika, blisko zdobycia bramki był Wronka i Varttinen. W 24. minucie gospodarze zdobyli drugą bramkę, wykorzystując liczebną przewagę. Kilkanaście sekund później gospodarze ponownie podwyższyli. W 25. minucie nastąpiła zmiana bramkarza w naszej drużynie. W 28. minucie czwartą bramkę dla drużyny gospodarzy zdobył Drabik, wykorzystując bierną postawę naszych obrońców. W 33. minucie w sytuacji sam na sam z Fucikiem znalazł się Dupuy, ale jego strzał był za lekki, by pokonać bramkarza gospodarzy. Na sam koniec drugiej odsłony gospodarze po raz piąty wbili krążek do naszej bramki.
Trzecią odsłonę rozpoczęliśmy od kilku strzałów na bramkę Fucika. Jednak to gospodarze ponownie znaleźli drogę do naszej bramki, zdobywając szóstą bramkę w tym meczu. Minutę później po raz siódmy do bramki trafił Viinikainen. Na sam koniec meczu bramkę honorową dla naszej drużyny zdobył Jonasz Hofman.
GKS Tychy – GKS Katowice 7:1 (1:0, 4:0, 2:1)
1:0 Filip Komorski (Valtteri Kakkonen, Rafał Drabik) 06:16
2:0 Alan Łyszczarczyk (Rasmus Hejlanko, Valtteri Kakkonen) 23:23, 5/4
3:0 Mark Viitianen (Dominik Paś) 24:18
4:0 Rafał Drabik (Szymon Kucharski, Mateusz Bryk) 27:48
5:0 Mateusz Gościński (Hannu Kuru, Olli Kaskinen) 38:56
6:0 Hannu Kuru (Juuso Walli, Bartłomiej Pociecha) 45:23
7:0 Olli-Petteri Viinikainen (Alan Łyszczarczyk, Rasmus Hejlanko) 47:54
7:1 Jonasz Hofman
GKS Tychy: Fucik, Lewartowski – Viinikainen, Bryk, Łyszczarczyk, Komorski, Knuutinen – Kaskinen, Kakkonen, Jeziorski, Kuru, Heljanko- Walli, Pociecha, Karkkanen, Paś, Viitanen – Bizacki, Ubowski, Drabik, Kucharski, Gościński.
GKS Katowice: Eliasson, Kieler – Maciaś, Hoffman, Wronka, Pasiut, Fraszko – Varttinen, Verveda, Anderson, Monto, Dupuy – Runesson, Lundegard, Michalski, McNulty, Hofman Jo. – Chodor, Dawid, Hofman Ja.
Felietony Piłka nożna
Komu nie zależało, by zagrać?
Gdy wyjrzałem dziś za okno z pokoju hotelowego, zobaczyłem szron na pobliskich dachach. I tyle. Śniegu nie było ani grama, jedyne, co mogło nas przyprawiać o lekkie dreszcze to przymrozek i konieczność spędzenia tego meczu w tak niskiej temperaturze. Wiadomo jednak, że podczas dobrego widowiska można się porządnie rozgrzać i emocje sportowe niwelują jakiekolwiek atmosferyczne niedogodności. Głowiłem się, jak to jest, że w różnych rejonach Polski mamy atak zimy, a przecież okolice bieguna zimna, które teoretycznie najbardziej są narażone na popularny biały puch, tym razem są wolne od tego.
Gdy jechałem autobusem na mecz i zaczęło lekko prószyć – a było to o godz. 10.30 ani przez myśl nie przeszło mi, jak to się wszystko skończy. Po prostu – śnieg zaczął sobie padać, nie był to jakiś armagedon, a i same opady śniegu, choć były wyraźne, nie przypominały tych, które znamy z przeszłości.
Po wejściu na stadion zobaczyłem taką właśnie oprószoną murawę – niezasypaną. Białawo-zieloną lub zielonkawo-białą. Typowy widok, gdy mamy pierwsze opady śniegu w roku lub też szron po mroźnej nocy. Białe gunwo (że tak zejdziemy z romantycznej wersji o puchu) ciągle jednak z białostockiego nieba spadało. I w pewnym momencie rzeczywiście murawa stała się dość biała. Nie przeszkodziło to jednak obu drużynom oraz sędziom rozgrzewać się. Kibice wypełniali stadion, zwłaszcza ci z Jagiellonii jeszcze przed meczem głośno dopingując swój zespół. Sympatycy GieKSy powoli zaczęli wchodzić na sektor gości i też dali znać o sobie. Przyznam, że nie myślałem w ogóle o tym, że mecz może się nie odbyć. Nie miałem takiego konceptu w głowie.
Za łopaty wzięło się… kilka osób. Zaczęli odśnieżać pola karne. Wyglądało to tak, że na jednym skrzydle stało trzech chłopa i sami nie wiedzieli, jak się za to zabrać. „Gdzie kucharek sześć…” – powiedziałem Miśkowi. A na drugim skrzydle szesnastki jeden jegomość odśnieżył na kilka metrów szerokość pola karnego, pokazując, że „da się”. A tamci deliberowali. Do tej pory odśnieżone były tylko linie i wspomniany kawałek. Na drugim polu karnym natomiast jakiś artysta „odśnieżał” w taki sposób, że zagarniał, wręcz zdrapywał śnieg, zamiast go nabierać na łopatę. Nie trzeba być śnieżnym omnibusem, żeby wiedzieć, że średnio efektywna jest to metoda. Po niedługim czasie wszyscy położyli na to lachę i sobie poszli czy tam przestali działać.
Dopiero kilka minut przed meczem zorientowałem się, że sędzia się dziwnie zachowuje, wychodzi i sprawdza. Załączyłem Canal+, by nasłuchiwać wieści i tam było jasne, że arbiter Wojciech Myć sugerował, iż szanse na rozegranie tego spotkania są dość marne. Potem wyszedł na boisko jeszcze raz, ze swoimi asystentami i patrzyli, jak zachowuje się piłka. W moim odczuciu ta rzucana i turlana przez nich futbolówka reagowała normalnie, z odpowiednim odbiciem czy brakiem większego oporu przy toczeniu się po ziemi. Do końca miałem nadzieję, że mecz się odbędzie.
Sędzia jednak zadecydował inaczej. W wywiadzie dla Canal+ powiedział, że ze względu na zdrowie zawodników, a także ograniczoną widoczność – podejmuje decyzję o odwołaniu meczu. Podał też argument, że do pomarańczowej piłki przykleja się śnieg i tak jej nie widać. A linie, które zostały odśnieżone i tak za chwilę zostałyby zasypane.
Mecz się nie odbył.
Odniosę się więc najpierw do słów sędziego, bo już one są dla mnie kuriozalne. Odśnieżone linie po 40 minutach (także już po odwołaniu meczu) nadal były widoczne. I nie zanosiło się specjalnie na to, że mają zostać momentalnie zasypane. Nawet jeśli – to chwila przerwy w meczu lub po prostu w przerwie między dwiema połowami – pospolite ruszenie do łopat i gotowe. A argument o piłce to już kuriozum do kwadratu. Na Boga – przecież śnieg to nie jest jakiś klej czy oleista substancja. I nawet jeśli w statycznej sytuacji klei się do piłki, to jest ona cały czas KOPANA. Dla informacji pana Mycia – to powoduje drgania w futbolówce, a to (plus odbijanie się od ziemi) z piłki przyklejony kawałek śniegu strząsa. Więc naprawdę nie mówmy takich głodnych kawałków na głos, bo tylko wzmacniamy opinię o sędziach taką, a nie inną.
Trener Siemieniec już po decyzji mówił dla Canal Plus, że z punktu widzenia logistyki w rundzie jesiennej, nie na rękę jest im nie grać, w domyśle, że ten mecz trzeba będzie jeszcze gdzieś wcisnąć. Tylko przecież WIADOMO, że tego spotkania nie da się rozegrać jesienią, bo przecież po ostatnim meczu ligowym Jaga gra dwa razy w Lidze Europy plus jeszcze w środku grudnia zaległy mecz z Motorem. Więc z GKS musieliby zagrać tuż przed świętami, a przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie przedłuży rundy GieKSie o dwa tygodnie z powodu zaległego meczu. Niech więc trener Adrian nie robi ludziom wody z mózgu. Poza tym trener powiedział, że ze względu na stan boiska, była to jedyna i słuszna decyzja i trudno nie było odnieść wrażenia, że z powodu napiętego terminarza właśnie TERAZ, dłuższy oddech dla Jagiellonii to najlepsze, co może ich spotkać…
A Rafał Górak? Bardzo dyplomatycznie mówił, że rozumie decyzję sędziów, ale chyba trzy razy podczas wywiadu dał do zrozumienia, jakie miał zdanie… Panowie za zamkniętymi drzwiami rozmawiali, każdy dał swoje argumenty. Trener zwrócił uwagę, że ze względu na szczelnie wypełniony sektor gości mogło to wyglądać inaczej. Że białe linie widać i przy dobrej woli organizatora, boisko można byłoby doprowadzić do stanu używalności. Że taki wyjazd bez meczu to dodatkowe koszty dla klubu. Jakbym więc miał typować, to pewnie wyglądało to tak „ej Rafał, wiesz, jak jest, jaką mamy sytuację, wiem, że nie jest to wam na rękę, ale zgódź się na przełożenie meczu, odwdzięczymy się dobrym winkiem”… Być może więc ze względu na solidarność kolegów po fachu i gentelmen’s agreement, szkoleniowiec, mimo że wolałby zagrać – nie oponował.
No i właśnie. To jest pytanie – czy komuś zależało, żeby wykorzystać opady i meczu nie rozegrać? Powiem wprost – reakcja organizatora meczu na tę „zimę” jest mocno zastanawiająca i nie wiem, czy Jagiellonia nie powinna z tego tytułu ponieść konsekwencji. Powtórzę – klub nie zrobił absolutnie nic, żeby ten mecz rozegrać. Począwszy od prognoz – przecież atak zimy w Polsce był już wczoraj, więc nie można było nie zakładać, że podobna sytuacja powtórzy się w Białymstoku. A jeśli tak, to przygotowuje się zastępy ludzi – choćby na wszelki wypadek – do tego, żeby boisko odśnieżyć. Pamiętacie, co było w zeszłym sezonie w meczu Radomiaka z Zagłębiem? Momentalnie, w ciągu kilku minut płyta po nawałnicy zrobiła się biała. Tam też było ryzyko przerwania i odwołania meczu. Ale ludzie robili, co w swojej mocy, odśnieżali, jak tylko się da i spotkanie zostało dokończone. Wczoraj w Rzeszowie kompletnie zasypany stadion został odśnieżony i mecz również się odbył. A w Białymstoku? Nie było chętnych czy nie miało ich być? Mogli nawet tych żołnierzy wziąć, co to zawsze są na trybunach. Cokolwiek. A tutaj kilku ludzi z łopatą zaczęło nieskładnie machać, ale chyba ktoś im powiedział, że to bez sensu – no i przestali.
Nie będę wnikał, czy na takim boisku można grać czy nie. Jak bardzo wpływa to na zdrowie zawodników. Wiem, że w przeszłości takie mecze się odbywały i nikt nie płakał i nie zasłaniał się ani zdrowiem, ani terminarzem. GieKSa taki mecz rozgrywała z Arką Gdynia – pamiętny z niewykorzystanym karnym Adamczyka – i jakoś się dało. Nie jest to może najbardziej estetyczne widowisko, ale mecz jest rozegrany i jest z głowy.
Natomiast tu nie chodzi o to, czy na zaśnieżonym boisku można grać. Chodzi o to, że nikt nie zajął się odśnieżaniem. Dlatego cała ta sytuacja ostatecznie wydaje mi się po prostu skandaliczna. Dosłownie godzinkę śnieg poprószył – bez jakiejś większej nawałnicy – i odwołujemy mecz.
I tak – piłkarze pojechali sobie na drugi koniec polski, by pobiegać na murawie stadionu Jagiellonii. Klub zapłacił za hotel, wyżywienie, przejazd. Teraz będzie to musiał zrobić drugi raz – najpewniej na wiosnę. Kibice zrywali się o drugiej w nocy, niektórzy pewnie nawet nie poszli spać, by stawić się na zbiórkę w ciemnych Katowicach. Jechali w tak wielkiej liczbie przez cały kraj – też przecież zapłacili za bilety i przejazd. I dostali w bambuko, bo paru osobom nie chciało się wyjść i doprowadzić boisko do jako takiego stanu.
Uważam, że PZPN czy Ekstraklasa, czy kto tam zarządza tym całym grajdołkiem, nie powinien przyzwalać na taką fuszerkę. To jest kupa kasy i czas wielu ludzi, którzy zdecydowali się do Białegostoku przyjechać. To po prostu jest nie fair.
Nieraz bywały jakieś sytuacje czy to z pogodą, czy wybrykami kibiców i kapitanowie lub trenerzy obu drużyn zgodnie mówili – gramy/nie gramy. Była ta wyraźna jednogłośność. A czasem spór. Grano nawet po zapaści Christiana Eriksena – choć tam akurat uważam, że ta decyzja była fatalna (choć z drugiej strony to Euro, więc logistyka dużo trudniejsza). Tutaj zabrakło determinacji, żeby mecz rozegrać. Rozumiem trenera Góraka, że podszedł dyplomatycznie do sprawy. Ja tego protokołu dyplomatycznego trzymać nie muszę i wysuwam hipotezę, że komuś na rękę był ten niezbyt wielki opad śniegu.
Dotychczas wielokrotnie pisałem i mówiłem, że cenię Jagiellonię i Adriana Siemieńca za to, jak łączą ligę i puchary. Byłem pod wrażeniem, że rok temu Jaga nie przełożyła spotkania z GKS na jesień, gdy sama była pomiędzy meczami z Ajaxem – trener gospodarzy dzisiejszego niedoszłego pojedynku mówił, że poważna drużyna musi umieć grać co trzy dni. Tym razem jednak w obliczu meczu z KuPS i końcówki ligi, takie zdanie przestało już zobowiązywać.
Nam nie pozostaje nic innego, jak przygotować się do sobotniego spotkania z Pogonią. Oby piłkarze GKS również wykorzystali fakt, że nie będą mieli Jagi w nogach i jak najlepiej mentalnie i fizycznie przygotowali się do spotkania z Portowcami. A z Jagiellonią i tak się już niedługo zmierzymy, bo za jedenaście dni w Pucharze Polski.
Kups!
Piłka nożna
Mecz z Jagiellonią odwołany!
W związku z atakiem zimy w Białymstoku i niezdatnymi według sędziego warunkami do gry mecz Jagiellonia Białystok – GKS Katowice został odwołany.



Najnowsze komentarze