Piłka nożna Prasówka
Media: Cios w doliczonym czasie
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Wisła Płock 1:0 (0:0).
weszlo.com – GieKSa postanowiła trzymać w napięciu do samego końca
Ależ wycierpieli się kibice GKS-u Katowice w trakcie tego spotkania. Widzieli, że GieKSa chce grać, że próbuje, że atakuje, że kultura gry jest po jej stronie, ale bije głową w mur i z każdą minutą traci wiarę w sens swoich działań. Aż do ostatniej akcji meczu, gdy zespół ze Śląska wykorzystał jeden z dziesięciu rzutów rożnych, jakie miał w tym meczu.
GieKSa chciała atakować. I atakowała. Miała inicjatywę po swojej stronie i znacznie większe posiadanie piłki. Typowy obrazek z tego meczu: płocczanie głęboko się cofają, najwyżej ustawieni piłkarze są na mniej więcej czterdziestym metrze i nie pressują. GKS podaje, kradnie przestrzeń, czasem wbiega w okolice pola karnego, ale kończy na niczym.
Znamienne, że najgroźniej w pierwszej połowie było w momencie, gdy Jędrych huknął z ponad trzydziestu metrów.
W drugiej z kolei, aż do ostatniej akcji w meczu, golem zapachniało tylko po wrzutce Wdowiaka, która zmieniła swój kierunek po rykoszecie.
GieKSa otrzymałaby większe noty za styl, bo jej ruchy były płynne, przemyślane, efektowne. Akcja, w której Nowak najpierw odwraca się z piłką, oszukując kilku gości z Płocka, a później robi ruletę, to wielka klasa. Niedoszły reprezentant Polski jak zwykle imponował formą – dał kilka ciekawych piłek do kolegów, był bliski trafienia bezpośrednio z rzutu rożnego (zmylił bramkarza, ale piłkę z linii wybił Haglind-Sangre). Na niewiele się to jednak zdawało.
Z czasem GieKSa zaczęła gasnąć, jakby zaczynała sobie uświadamiać, że tak dobrze zorganizowanej defensywie nie wciśnie żadnego gola. Wisła z kolei, kiedy już przechwyciła piłkę, potrafiła szybko przedostać się pod bramkę rywala. I też nabiła sporo okazji, a najbliżej było w ósmej minucie, gdy po stracie katowiczan w środku pola Sekulski trafił w słupek.
I wtem dochodzimy do ostatniej akcji meczu. Rzut rożny, pierwsza próba się nie udaje, ale piłka wraca w pole karne i trafia pod nogi Nowaka. Ten z całej siły kopie w tłok znajdujący się w polu bramkowym, tam największym refleksem wykazuje się Klemenz, który dokłada nogę. Mamy 1:0, GieKSa uratowana, sędzia kończy mecz.
W pierwszej połowie nieźle oglądało się te zawody. Druga była już cięższa dla widzów. Mimo wszystko skończyło się wynikiem, który należy uznać za sprawiedliwy. Jeśli doprowadzasz do dziesięciu rzutów rożnych w meczu, to trudno się dziwić, że przeciwnik jeden z nich wykorzystuje.
gol24.pl – Wisła Płock załatwiona w ostatniej minucie rywalizacji. GKS Katowice wyszarpał trzy punkty po kolejnej asyście Bartosza Nowaka
Derby Nowaków – Bartosz Nowak kontra Wiktor Nowak – otworzyły 27. wielkanocną kolejkę PKO Ekstraklasy. GKS Katowice wyszarpał jednobramkowe prowadzenie w samej końcówce po trafieniu Lukasa Klemenza, po kolejnej asyście tego rewelacyjnego pierwszego, a Wisła Płock (0:1) może sobie pluć w brodę, gdy zmarnowała dogodną okazję zaledwie chwilę wcześniej.
Szczególnie w znakomite okazje w pierwszym meczu 27. kolejki obfitowała pierwsza połowa zarówno dla jednych i drugich. Już zresztą w 4. minucie Dominik Kun w szeregach przyjezdnych pokusił się o strzał na bramkę, który jednak minimalnie minął słupek prostokąta strzeżonego przez bramkarza gospodarzy Rafała Strączka, a ledwie chwilę później za słabe uderzenie oddał kapitan Łukasz Sekulski.
Pół godziny gry nie dotrwał z kolei dobrze wyglądający w pierwszych minutach i niezwykle aktywny, głodny gry Said Hamulić, który po jednym z kontaktów z rywalem nabawił się kontuzji, a następnie wściekły musiał opuścić boisko.
Przed przerwą gospodarze na Nowej Bukowej przejęli inicjatywę. O kąśliwy strzał z dystansu pokusił się zawodnik rozgrywający swój 80. mecz od pierwszej minuty z rzędu w PKO Ekstraklasie – środkowy obrońca Arkadiusz Jędrych.
W drugiej połowie tempo nieco siadło, a gra była po obu stronach mocno szarpana i długimi momentami trudno było o klarowną sytuację, którą można było przechylić szalę na swoją korzyść.
Aż w końcówce rewelacyjny Bartosz Nowak posłał precyzyjne dośrodkowanie w pole karne, a Lukas Klemenz wpisał się na listę strzelców po raz szósty w tym sezonie. Wcześniej Wisła Płock za sprawą Wiktora Nowaka zmarnowała dogodną okazję na gola. Dla pomocnika GieKSy to już z kolei jedenasta asysta.
dziennikzachodni.pl – Kibice GKS Katowice na mecz z Wisłą Płock przyszli prosto ze święcenia. Po nim śpiewali „Wesołych Świąt”. Bo ich zespół wygrał!
Ponad 12.000 kibiców pojawiło się na meczu GKS Katowice – Wisła Płock. Duża część z nich przyszła na stadion prosto ze święcenia pokarmów. Do domów też poszli w świątecznych nastrojach.
Kibice GKS Katowice na „świątecznym” meczu z Wisłą Płock stworzyli kapitalną atmosferę. W sumie na trybunach zasiadło 12.268 osób, w tym około 200-osobowa grupa sympatyków gości.
Emocji nie brakowało, sytuacje podbramkowe miały miejsce pod obiema bramkami, a wszystko co najważniejsze wydarzyło się w ostatniej akcji spotkania. To wtedy Lukas Klemenz strzelił gola na wagę zwycięstwa.
Kibice GKS-u po ostatnim gwizdku sędziego chóralnie zaśpiewali życzenia „Wesołych Świąt”.
wisla-plock.pl – Cios w doliczonym czasie
W 27. kolejce PKO Bank Polski Ekstraklasy ulegliśmy GKS-owi Katowice 0:1 po golu Lukasa Klemenza z 3. minuty doliczonego czasu gry.
Spotkanie od pierwszych minut mogło się podobać oglądającym je kibicom. Szybko dobrą okazję mieli Nafciarze, gdy po wysokim odbiorze i szybkiej wymianie podań naciskany pod bramką Łukasz Sekulski wycofał piłkę do Dominika Kuna, a ten bez przyjęcia uderzył tuż obok bramki. Po drugiej stronie indywidualnie odpowiedzieć próbował Ilya Shkuryn, z którym poradzili sobie nasi defensorzy. W 9. minucie po podaniu Saida Hamulicia Sekulski dobrze odwrócił się z obrońcą na plecach, a jego strzał wylądował na słupku. Z ostrego kąta próbował jeszcze dobijać Quentin Lecoeuche, ale trafił tylko w boczną siatkę. Już za chwilę po dośrodkowaniu z prawej strony niecelnie główkował Marcin Wasielewski, a na to odpowiedzieliśmy kolejnym groźnym atakiem – z piłką o włos minął się Hamulic, strzał Kyriakosa Savvidisa został zablokowany, a przy próbie Marcusa Haglind-Sangre czujność zachował Rafał Strączek. Gieksa nie pozostawała dłużna i już za moment gospodarze wykonywali dwa rzuty rożne – po jednym obejrzeliśmy nieudaną główkę, a przy drugim bezpośrednio zaskoczyć nas próbował Bartosz Nowak i tu wybiciem z linii bramkowej wykazał się Sangre! Szybko przenieśliśmy się w drugie pole karne, gdzie na piąty metr dogrywał Zan Rogelj, a Hamulicia na wprost bramki w ostatniej chwili uprzedził Alan Czerwiński. Za moment wprost w ręce dobrze ustawionego Rafała Leszczyńskiego główkował Shkuryn.
W 27. minucie boisko z powodu kontuzji musiał opuścić Hamulic, a w jego miejsce pojawił się Deni Jurić. Po pół godziny gry nieco więcej zagrożenia zaczęli tworzyć gracze z Katowic i tak oto najpierw niepilnowany Nowak technicznym strzałem trafił do koszyczka Leszczyńskiego, a za moment nasz bramkarz zaliczył ładną paradę przy mocnym strzale Arkadiusza Jędrycha z trzydziestu kilku metrów. Nie trzeba było długo czekać, a piłka spadła pod nogi Bartosza Nowaka, który huknął z półwoleja, na szczęście ciut za wysoko. Potem również i nasz Nowaczek zdecydował się na strzał z dystansu, a piłka po rykoszecie przeszła nad poprzeczką. Pod koniec pierwszej połowy Shkuryn doszedł jeszcze do główki, ale naciskany uderzył lekko i w sam środek.
Kilka minut po zmianie stron Damian Rasak przymierzył z dystansu, ale na drodze piłki stanął Nemanja Mijusković. W ramach wymiany ognia sporo miejsca przed polem karnym chciał wykorzystać Wiktor Nowak, ale jego próba okazała się niecelna. W kolejnych akcjach swoje okazje mieli Marcin Kamiński (główkował za wysoko), Deni Jurić (świetnie obrócił się z dwoma rywalami na plecach, jego strzał zbity obok słupka), czy Łukasz Sekulski (główkował z ostrego kąta po rzucie rożnym wprost do koszyczka Strączka). Gracze w żółtych koszulkach mogli odpowiedzieć, gdy w 55. minucie piłkę po dośrodkowaniu podbił jeden z naszych defensorów i od gola samobójczego uratował nas słupek, a w 57. minucie zabrakło centymetrów, żeby Mateusz Wdowiak na wślizgu wbił futbolówkę do pustej bramki.
Po godzinie gry tempo ataków nieco spadło, a więcej było gry w środku pola. W 69. minucie bez przyjęcia sprzed pola karnego daleko od celu przymierzył Lukas Klemenz, a potem dwukrotnie blokowane były strzały Rasaka i Borjy Galana z dystansu. W 80. minucie po 197 dniach nieobecności spowodowanej kontuzją na placu gry pojawił się Jime. Hiszpan szybko mógł wpisać się na listę strzelców, gdy w kontrataku dostał dobre podanie od Nowaka, ale w kluczowym momencie potknął się o murawę. Piłka trafiła jeszcze do drugiego z rezerwowych, Diona Gallapeniego, ale dobrze kąt skrócił Strączek i akcja nie przyniosła nam prowadzenia. W końcówce dwa strzały oddał Jurić (jeden zablokowany, drugi głową nad poprzeczką), a niezłą okazję miał też Wiktor Nowak, którego strzał z półwoleja obronił bramkarz. Niestety ostatnie słowo należało do gospodarzy, którzy w 3. minucie doliczonego czasu gry przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę za sprawą Klemenza, który z bliska umieścił piłkę w siatce.
eska.pl – Niewiarygodny finisz na Stadionie Miejskim
W emocjonującym spotkaniu Ekstraklasy piłkarskiej GKS Katowice pokonał Wisłę Płock 1:0, zapewniając sobie cenne trzy punkty w ostatniej akcji meczu. Starcie było trzecim w tym sezonie pomiędzy GKS Katowice a Wisłą Płock, a kibice zgromadzeni na Stadionie Miejskim byli świadkami dramatycznego rozstrzygnięcia.
[…] Było to trzecie starcie obu ekip w bieżącym sezonie, po remisie 1:1 w lidze oraz zwycięstwie GKS 4:2 po dogrywce w 1/32 finału Pucharu Polski. Wisła Płock przyjechała na Górny Śląsk po serii dwóch zwycięstw w Ekstraklasie, natomiast podopieczni trenera Rafała Góraka odnotowali dwie porażki z rzędu, co wpływało na ich pozycję w tabeli.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.


Najnowsze komentarze