Piłka nożna Prasówka
Media o GieKSa-Korona: W piłce czasami wygrywa słabszy
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Korona Kielce. GieKSa przegrała 1:2 (1:1).
cksport.pl – Korona wreszcie odwróciła wynik spotkania i wygrała przy Bukowej! Błanik znów superrezerwowym
[…] Już w pierwszej minucie dobrą akcję na lewym skrzydle przeprowadził Mariusz Fornalczyk, lecz jego zagranie w pole karne na rzut rożny wybił jeden z defensorów gospodarzy. W kolejnych akcja to przyjezdni zostali zepchnięci do głębokiej defensywy, jednak skutecznie radzili sobie z wszystkimi próbami ofensywnymi rywali. Niestety, tylko do piętnastej minuty. Wówczas po dobrze rozegranej akcji w bocznym sektorze boiska Bartosz Nowak wprowadził podaniem Lukasa Klemenza w pole karne, a ten pokonał Xaviera Dziekońskiego.
„Koroniarze” próbowali odpowiedzieć, ale strzał Jewgienija Szykawki z 24. minuty minął bramkę katowiczan. Siedem minut później kapitalnym rajdem popisał się Wiktor Długosz, który wpadł w pole karne i został sfaulowany przez Alana Czerwińskiego. Wojciech Myć podyktował „jedenastkę”, której nie wykorzystał Pedro Nuno. Arbiter nakazał ponowne wykonanie rzutu karnego, gdyż Dawid Kudła podczas interwencji popełnił błąd odrywając stopę od linii. Powtórka Portugalczyka była już skuteczna i na tablicy wyników przy Bukowej było 1:1.
W 45. minucie do piłki w polu karnym Korony dopadł Bartosz Nowak, ale Pau Resta ofiarnie zablokował groźny strzał zawodnika „GieKSy”. Swoich sił spróbował po chwili Mariusz Fornalczyk, jednak jego strzał poszybował daleko obok bramki miejscowych. Do przerwy rezultat nie uległ już zmianie.
Po zmianie stron aktywniejsi byli podopieczni Jacka Zielińskiego. Najpierw dobrą dwójkową akcję Długosz – Fornalczyk zablokował Arkadiusz Jędrych, a po chwili wychowanek Korony sprawdził czujność golkipera „złoto-zielono-czarnych” celnym strzałem z dystansu.
W odpowiedzi Borja Galan łatwo zwiódł Dominicka Zatora, ale jego podanie na szczęście nie dotarło do żadnego z kolegów. W 56. minucie groźny strzał oddał Adrian Błąd i piłkę z trudem odbił Dziekoński. Ten sam duet zmierzył się ponownie pięć minut później i znów górą był młodzieżowiec.
W 70. minucie po kolejnej bardzo dobrej akcji Wiktora Długosza niecelnie uderzał Mariusz Fornalczyk, który był blisko i na wprost bramki, ale nie trafił między słupki. Kwadrans później przed świetną okazją stanął Adam Zrel’ák, trafił jednak w stopę Miłosza Trojaka i piłka poszybowała wysoko ponad poprzeczką. Chwilę później po dośrodkowaniu aktywnego Galana główkował Jędrych, ale świetną paradą popisał się Dziekoński. W kolejnej akcji słowacki napastnik wpadkował piłkę do bramki przyjezdnych jednak był na pozycji spalonej.
Kilkadziesiąt sekund później zakotłowało się w polu karnym „GieKSiarzy” po zagraniu Huberta Zwoźnego i do piłki dopadł Dawid Błanik. Wprowadzony kilkanaście minut wcześniej skrzydłowy pokonał Dawida Kudłę i wyprowadził „żółto-czerwonych” na prowadzenie 2:1. Podopieczni Rafała Góraka próbowali wyrównać, ale skutecznie w destrukcji spisali się gracze gości i ostatecznie Korona dowiozła upragnione zwycięstwo.
dziennikzachodni.pl – Kibice GKS Katowice przeżyli szok na meczu z Koroną Kielce. Zespół z Bukowej przegrał, chociaż powinien wysoko wygrać
Piłkarze GKS Katowice narzucali rytm gry i atakowali raz za razem. Nawet pierwsi strzelili gola, a jednak zeszli z boiska pokonani przez Koronę Kielce. Kibice nie mogli uwierzyć w to, co zobaczyli.
Pierwszy w historii Ekstraklasy mecz GKS Katowice z Koroną Kielce miał sporą stawkę dla obu zespołów.Goście wciąż balansują na granicy strefy spadkowej, natomiast gospodarze liczyli na punkty dające awans do górnej połowy tabeli. Patrząc na jesienne występy obu zespołów to piłkarze Rafała Góraka – chociaż nigdy by się do tego zapewne nie przyznali – byli faworytami tego poniedziałkowego starcia.
Katowiczanie z tej roli wywiązywali się od pierwszej akcji. Zepchnęli Koronę na jej połowę i szukali sposobu na przedarcie się przez linie obrony. Udało się już po kwadransie. Ambitny AdrianBłąd odebrał piłkę przy linii bocznej i w ten sposób zaczął akcję, którą zamknęła wymiana podań z „klepki” między Bartoszem Nowakiem i Lukasem Klemenzem, dzięki czemu stoper znalazł się sam na sam z Xavierem Dziekońskim i dał GieKSie prowadzenie.
W 32 minucie stało się jednak coś szokującego. Piłkę sprzed własnej bramki wybił Dziekoński i ta po kilkudziesięciu metrach spadła przedWiktorem Długoszem. Po lewej stronie kielczanina biegł Alan Czerwinski, po prawej Lukas Klemenz, ale ten pierwszy próbował interweniować dopiero w polu karnym i sędzia Wojciech Myć zinterpretował to zagranie jako faul. Po długiej analizie VAR to potwierdził i Pedro Nuno stanął przy punkcie jedenastu metrów. Jego strzał odbił Dawid Kudła, który utonął w objęciach kolegów, ale wyciągnął go z nich sędzia i nakazał powtórkę jedenastki. Tym razem golkiper został na linii i był bardzo blisko ponownej obrony, ale nie na tyle, by nie dać się pokonać.
Rafał Górak z kolei miał inny kłopot i jeszcze przed wznowieniem gry musiał zmienić kontuzjowanego Mateusza Kowalczyka, a wprzerwie kolejnego poszkodowanego Bartosza Nowaka. W dużej mierze był to efekt utraty kontroli nad meczem przez arbitra, który zresztą schodząc na przerwę wysłuchał wielu mocnych słów z trybun.
Drugą połowę GKS rozpoczął jak pierwszą, tyle, że nie zdobył gola. Za to stracił trzeciego kontuzjowanego piłkarza – do listy pechowców dołączył Lukas Klemenz. W ostatnich minutach gospodarze przeprowadzali szturm za szturmem, Adam Zrelak trafił nawet do siatki, ale ze spalonego. Za to w kolejnej akcji Korona… zdobyła gola! Fatalne zachowanie obrońców pozwoliło Dawidowi Błanikowi na poprawkę własnego strzału i przedziwna porażka GKS-u stała się faktem. Po meczu cieszyła się drużyna, która długimi fragmentami walczyła tylko o przetrwanie, a remis wydawał się szczytem jej marzeń.
weszlo.com – W piłce czasami wygrywa słabszy. Korona zdobyła stadion przy Bukowej
Przed tym sezonem do Ekstraklasy awansowały trzy zespoły: Lechia Gdańsk, GKS Katowice i Motor Lublin. O ile ci pierwsi w obecnych rozgrywkach najczęściej się kompromitują i nieprzypadkowo zajmują przedostatnie miejsce, o tyle GKS i Motor pokazują, że można nie mieć wielkich pieniędzy i potencjału, ale grać odważnie i strzelać gole. Zespół z Lublina rozbił w weekend 4:2 Pogoń Szczecin. GKS co prawda przegrał dziś 1:2 z Koroną Kielce, ale momentami, zwłaszcza w pierwszej połowie pokazywał fajne granie. Szkoda tylko, że ten zespół traci tak dużo, gdy na boisku nie ma Bartosza Nowaka. Korona wygrała, dzięki golowi w końcówce, ale miała dziś przy Bukowej sporo szczęścia.
[…] U siebie zespół Rafała Góraka pokonał już Jagiellonię Białystok i Pogoń, a teraz chciał wywalczyć trzy punkty na Koronie Kielce. Początek meczu wskazywał na to, że może się udać. Ostatecznie nie wyszło, nie zgarnął nawet punktu, choć kibice obejrzeli spotkanie zdominowane przez swoich ulubieńców.
Bartosz Nowak to dla nas przykład świetnego ruchu transferowego. Mogłoby się wydawać, że to gość, który powinien występować w większym klubie, tymczasem działaczom GKS-u udało się sprawić, że ofensywny pomocnik trafił właśnie do klubu z Bukowej. Świetny technicznie, zaskakujący rywali, z dobrym uderzeniem. Nie może dziwić, że Nowak stał się liderem GKS-u. Dziś swoją klasę pokazał przy akcji bramkowej. Ale nie tylko on.
Lukas Klemenz, jeden z trzech środkowych obrońców zespołu Góraka, w 2015 roku był wypożyczony do Korony. Dziś rano powiedział żonie, że strzeli gola byłemu klubowi. I jak zapowiedział, tak zrobił. I to w jakim stylu. Klemenz podłączył się do akcji ofensywnej i pobiegł w pole karne rywali. Piłkę świetnie, w swoim stylu, odegrał mu Nowak i chwilę później obrońca gospodarzy trafił do siatki.
W pierwszej połowie najbardziej na boisku podobał nam się Nowak, który, oprócz asysty, szukał niesztampowych zagrań i kilka z nich mogło przynieść zagrożenie pod bramką gości. Niestety, pomocnik nie wyszedł już na drugą połowę, ze względu na naciągnięty mięsień czworogłowy uda. A ten, który go zastąpił – Mateusz Mak – był najgorszy na murawie.
GKS atakował i wydawało się, że kontroluje mecz, ale do czasu. Jeszcze przed przerwą nastąpił błysk Korony – swoją szybkość pokazał Wiktor Długosz, który szarżował w pole karne GKS-u, po czym został powalony na ziemię przez Alana Czerwińskiego. Ale właśnie – powalony? Powtórki nie pokazują jednoznacznie faulu, a jeżeli już delikatny kontakt miał miejsce, niewykluczone, że nastąpił tuż przed linią pola karnego. Sędziowie długo sprawdzali całą sytuację na wozie VAR, ale ostatecznie Wojciech Myć podtrzymał decyzję o przyznaniu karnego. Do piłki podszedł Pedro Nuno i za pierwszym razem jego strzał obronił Dawid Kudła. Powtórki pokazały jednak, że bramkarz zbyt wcześnie ruszył przed linię bramkową. Powtórka i tym razem gol, choć Kudła bliski był kolejnej skutecznej interwencji.
W drugiej połowie długo nie oglądaliśmy goli. GKS miał inicjatywę, przeważał, ale gdy na murawie nie było Nowaka, w jego grze brakowało elementu zaskoczenia. Czasami poszarpał Adrian Błąd, coś pokazał kilka razy Borja Galan, parę niezłych zagrań miał Adam Zrelak. Ale to tyle. Można było odnieść wrażenie, że dla Korony ten remis nie jest zły, a gospodarzom brakuje i trochę argumentów, i trochę determinacji.
Choć w końcówce przycisnęli – groźnie uderzali Zrelak i Arkadiusz Jędrych. Słowak trafił nawet do siatki, ale był na pozycji spalonej. Gdy wydawało się, że GKS ostatecznie, podobnie jak w meczu ze Śląskiem, podzieli się u siebie punktami z rywalem, to Korona niespodziewanie wyprowadziła decydujący cios. Gola na 2:1, po błędzie Bartosza Jaroszka, strzelił Dawid Błanik.
Wynik wynikiem, w piłce nożnej nie zawsze wygrywa lepszy zespół. Dziś zwyciężył ten piłkarsko słabszy. Mimo wszystko i tak podtrzymujemy to, od czego zaczęliśmy – chcemy w Ekstraklasie właśnie takich beniaminków, jak zespoły z Katowic i Lublina.
echodnia.eu – Korona Kielce pokonała GKS Katowice 2:1 w meczu PKO BP Ekstraklasy. To bardzo ważne zwycięstwo drużyny Jacka Zielińskiego
[…] W 4 minucie po rzucie rożnym uderzał Arkadiusz Jędrych, ale Pau Resta zablokował ten strzał.
W 15 minucie Lukas Klemenz przeprowadził dwójkową akcję z Bartoszem Nowakiem. Wyszedł sam na sam i strzałem w krótki róg pokonał Xaviera Dziekońskiego.
Bramkarz Korony nie był bez winy przy tym trafieniu. Strzał był w krótki róg, niezbyt mocny, a futbolówka przeszła pod nogami Xaviera Dziekońskiego. Warto przypomnieć, że Lukas Klemenz ma na koncie występy w Koronie. W sezonie 2014/2015 ten urodzony w Niemczech zawodnik zaliczył dziesięć spotkań w kieleckim zespole w ekstraklasie.
W 24 minucie po dośrodkowaniu Dominicka Zatora główkował Jewgienij Szykawka, ale piłka przeszła metr obok słupka bramki strzeżonej przez Dawida Kudłę.
W 32 minucie Wiktor Długosz dostał prostopadłe podanie, wszedł odważnie między dwóch zawodników GKS. W polu karnym został popchnięty przez Alana Czerwińskiego i sędzia Wojciech Myć podyktował rzut karny. Później przez trzy minuty trwała jeszcze analiza VAR, a za ten system odpowiedzialni byli w tym spotkaniu Daniel Stefański i Michał Obukowicz. Decyzja została podtrzymana – rzut karny!
W 35 minucie Korona wykonywała rzut karny. Strzelał Pedro Nuno, ale Dawid Kudła obronił. Bramkarz GKS przed oddaniem strzału wyszedł jednak z bramki i dlatego jedenastka została powtórzona.
W 37 minucie Pedro Nuno jeszcze raz wykonywał rzut karny. Uderzył w lewy róg bramki Dawida Kudły. Bramkarz GKS wyczuł intencje strzelca, ale uderzenie było precyzyjne, przy słupku i piłka wpadła do bramki. A więc 1:1!
Do przerwy w Katowicach było 1:1. W pierwszej połowie obydwie drużyny oddały po jednym celnym strzale, miały więc stuprocentową skuteczność.
-Dzisiaj rano powiedziałem, że strzelę gola. Miałem przygotowaną specjalną cieszynkę i udało się – mówił w przerwie Lukas Klemenz, strzelec gola dla gospodarzy w wywiadzie dla Canal+.
-Cieszę się, że moja szybkość przydała się drużynie. Trudno mi oceniać, czy był karny, ja czułem kontakt i cieszę się, że Pedro Nuno doprowadził do wyrównania – powiedział Wiktor Długosz dla stacji Canal+.
Do drugiej połowy Korona przystąpiła z jedną zmianą. Za Pedro Nuno wszedł Martin Remacle. W 48 minucie z 20 metrów uderzył Wiktor Długosz, ale Kudła odbił piłkę.
W 56 minucie mocny strzał oddał Adrian Błąd, Xavier Dziekoński nie bez problemu obronił to uderzenie. W 69 minucie po bardzo dobrym dograniu Wiktora Długosza w dogodnej sytuacji znalazł się Mariusz Fornalczyk, ale nieczysto uderzył w piłkę. W 81 minucie z 18 metrów uderzył Martin Remacle, ale Kudła końcami palców wybił piłkę na rzut rożny.
W 86 minucie Adam Zrelak zdobył bramkę dla GKS, ale nie została uznana, ponieważ napastnik GKS był na spalonym.
W 88 minucie po akcji prawą stroną piłka trafiła do Dawida Błanika. Uderzył lewą nogą z woleja z kilkunastu metrów i pokonał Dawida Kudłę! Wielka radość w Koronie!
W końcówce gospodarze przycisnęli. Kilka razy było gorąco na polu karnym Korony. Ale wynik nie uległ zmianie. Podopieczni trenera Jacka Zielińskiego wygrali 2:1, zdobywając bardzo ważne punkty!
przegladsportowy.onet.pl – Jak w kalejdoskopie! Gol w 88. minucie wszystko zmienił
Korona Kielce wyszarpała wygraną w Katowicach! Drużyna Jacka Zielińskiego przegrywała już po kwadransie gry, ale odwróciła losy spotkania. Zwycięską bramkę w 88. minucie zdobył Dawid Błanik, który chwilę wcześniej pojawił się na boisku. Akcję wcześniej do siatki trafili gospodarze, ale ich gol nie został uznany.
GKS Katowice rywalizuje z Motorem Lublin o miano najlepszego beniaminka pierwszej tercji sezonu. Mimo dobrego początku niewykluczone, że będą jeszcze musieli walczyć o utrzymanie w lidze. Przeciwnikiem w tej rywalizacji z pewnością będzie Korona Kielce, więc drużynie z Górnego Śląska zależało, by zdobyć trzy punkty w pojedynku ze Scyzorami na własnym terenie.
GKS był zdecydowanie lepszy w pierwszym kwadransie, czego zwieńczeniem była akcja z 15. minuty. Bartosz Nowak świetnie dojrzał lukę w defensywie rywali i posłał podanie do wchodzącego w pole karne Lukasa Klemenza. Stoper zachował się niczym rasowy napastnik, choć zadania specjalnie nie utrudniał mu Xavier Dziekoński.
Bohaterem pierwszej połowy mógł być bramkarz gospodarzy — Dawid Kudła. Alan Czerwiński sfaulował Wiktora Długosza, a po długiej analizie VAR sędzia Wojciech Myć wskazał na jedenasty metr. Do piłki podszedł Pedro Nuno. Portugalczyk drobił kroki przed oddaniem strzału, a Kudła nie wytrzymał narastających emocji. Obronił uderzenie, ale wyszedł z linii bramkowej. Przy powtórzonej jedenastce znów wyczuł rywala, jednak tym razem strzał był zbyt celny.
Druga połowa również była zacięta, choć groźniejsze sytuacje zaskakująco stwarzali goście. W decydujących momentach brakowało im jednak skutecznego dogrania. Plany Rafała Góraka niweczyły kontuzje. Jeszcze w pierwszej części spotkania zejść musiał powołany niedawno do kadry Michała Probierza Mateusz Kowalczyk. Po przerwie na boisko nie wyszedł asystent Bartosz Nowak, a następnie urazu doznał strzelec gola Lukas Klemenz.
W końcówce spotkania znów ożywili się gospodarze i nawet trafili do siatki. W 86. minucie Adam Zrelak zdobył jednak bramkę, będąc na spalonym, więc sędziowie słusznie nie uznali gola. Wszystko zmieniło się jak w kalejdoskopie, bowiem już w następnej akcji to Koroniarze poszli z akcją. Na raty bramkę zdobył Dawid Błanik, który pojawił się na boisku niecały kwadrans wcześniej.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze