Piłka nożna Prasówka
Media o meczu GieKSa-Wisła: Zabójczy kwadrans Wisły Kraków w Katowicach
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu GKS Katowice – Wisła Kraków 1:3 (0:0).
1liga.org – Zwycięski Bruk-Bet, Wisła i GKS Tychy
[…] Podrażnieni porażką w derbach z Zagłębiem Sosnowiec katowiczanie podejmowali niepokonaną w 2023 roku Wisłę Kraków. W 15. minucie przed szansą zapewnienia gospodarzom jednobramkowego prowadzenia stanął Dudziński, jednak piłka minęła słupek. Do przerwy żaden z zespołów nie zdołał znaleźć patentu na defensywę drużyny przeciwnej i do szatni zawodnicy schodzili przy stanie 0:0. Na początku drugiej odsłony zabójczą skutecznością popisał się Luis Fernandez, najpierw piłka po jego centrostrzale znalazła się w świetle bramki a sześć minut później Hiszpan okazał się pewnym egzekutorem jedenastki. Trzeciego gola dla Wisły zdobył Angel Rodado, a bramkę honorową dla katowiczan Jakub Arak.
sportowefakty.wp.pl – Zabójczy kwadrans Wisły Kraków w Katowicach
Wisła Kraków nie zwalnia. Piłkarze Białej Gwiazdy wygrali po raz czwarty z rzędu. Spadkowicz z PKO Ekstraklasy pokonał w Katowicach GKS 3:1, bramki zdobywając w przeciągu piętnastu minut.
Wisła Kraków po trzech wygranych z rzędu w Katowicach marzyła o przedłużeniu serii. Dla GKS-u, który ostatnio przegrał w Sosnowcu, potyczka z Białą Gwiazdą mogła być jedną z ostatnich szans na włączenie się do gry o pierwszą szóstkę.
W 1. połowie niewiele się działo. Drużyny nie były sobie w stanie stworzyć zbyt wielu szans. W 16. minucie uderzał Daniel Dudziński, w bramkę jednak nie trafił. Z kolei w 29. minucie w ostatnim momencie w polu karnym został zablokowany Marko Roginić.
Krakowianie starali się zagrażać gospodarzom po rzutach rożnych, ale brakowało gościom dokładności. Chwilę przed przerwą kolejną okazję dla GieKSy zmarnował Roginić.
Po zmianie stron Wiśle wystarczyło dziewięć minut, aby zapewnić sobie spokój. W 49. minucie dośrodkował Luis Fernandez, Angel Rodado starał się jeszcze skierować piłkę do bramki. Nie dotknął jej, ale piłka i tak znalazła się w bramce zaskoczonego Dawida Kudły.
Pięć minut później Hiszpan podwyższył wynik, wykorzystując rzut karny. Przewinił Daniel Tanżyna, które sfaulował późniejszego egzekutora „jedenastki”. To nie był koniec. W 64. minucie przełamał się Rodado, który uderzeniem głową wykończył precyzyjne dośrodkowanie.
Katowiczanie do gry wrócili pięć minut później. Rezerwowy Jakub Arak uprzedził obrońców i ładnym strzałem zdobył gola. Gospodarze poczuli, że w potyczce jeszcze nie wszystko stracone.
GieKSa szukała kontaktowego gola. Kilka razy pod bramką Mikołaja Biegańskiego zrobiło się niebezpiecznie, ale gospodarzy nie było stać na dogonienie Wisły, która znalazła się w strefie barażowej.
sportdziennik.com – Fernandez jak Żurawski. GieKSa rozbita przez „Białą gwiazdę”
Gospodarzy stać było jedynie na uratowanie honoru. „Hej Górak, gdzie jest ta GieKSa” – niosło się w drugiej połowie z „Blaszoka”.
Na wizytę Wisły czekano w Katowicach prawie dwie dekady. Od połowy lat 90. to rywal ogrywający GieKSę niemal zawsze i wszędzie. To nie zmieniło się mimo tak długiej przerwy od bezpośrednich starć. Przy Bukowej w najgorszych snach przewija się nieraz postać Macieja Żurawskiego, który potrafił zdobyć tu raz i pięć bramek. Dziś „Żurawa” już „Biała gwiazda” nie ma, ale ma w swoich szeregach kata GKS-u.
To Luis Fernandez. Hiszpan strzelił dwa gole w sierpniowym spotkaniu (2:1 dla Wisły), a kolejny dublet dołożył dzisiaj. Najpierw jego dośrodkowanie, mocne, dokładne, prawą nogą i dochodzące do bramki GieKSy, nie zostało przez nikogo przecięte ani przedłużone (najbliżej był Angel Rodado), dlatego zaskoczyło Dawida Kudłę. Potem Fernandez został nieodpowiedzialnie kopnięty w polu karnym przez Daniela Tanżynę i sędzia Jarosław Przybył bez żadnego wahania wskazał na 11. metr, z którego sprawiedliwość wymierzył sam poszkodowany. Szybko zrehabilitował się zatem za niewykorzystanego przed tygodniem karnego z Odrą Opole. Te dwa trafienia Fernandeza dzieliło ledwie 5 minut, na samym początku drugiej połowy. Było niemalże jasne, że losy meczu są przesądzone i GieKSa nie doczeka się pierwszego w 2023 roku zwycięstwa, z kolei krakowianie sięgną po czwarte z rzędu, wskakując do czołowej szóstki.
Prowadzenie Wisły było sprawiedliwe. Kontrolowała grę, zdecydowanie dłużej utrzymywała się przy piłce, tyle że w pierwszej połowie trafiła na opór mądrze grających katowiczan. Ci bronili się skutecznie, nie dopuszczali do klarownych okazji, a sami czyhali na odbiory, dlatego w polu karnym przeciwnika byli wręcz konkretniejsi. Marko Roginić, dobrze dysponowany Chorwat, zastępujący tym razem na szpicy Jakuba Araka, oddał przed przerwą bodaj cztery strzały. Ten najgroźniejszy zaś padł po jego podaniu, gdy nieznacznie pomylił się Daniel Dudziński. Gospodarze mieli prawo czekać na drugie 45 minut z nadziejami, ale Wisła, mająca w wyjściowym składzie ledwie 3 Polaków (bramkarza Mikołaja Biegańskiego oraz obrońców Igora Łasickiego i Bartosza Jarocha), szybko załatwiła sprawę. Dzięki dwóm bramkom, Fernandez może pochwalić się już piętnastoma, zrównując się z liderem klasyfikacji strzelców Karolem Czubakiem z Arki Gdynia.
Kończąc jeszcze wątek zasług Fernandeza, wspomnijmy o sytuacji z 15. minuty. W środku pola z Hiszpanem starł się Bartosz Jaroszek i wydawało się na podstawie telewizyjnych powtórek, że gdy Fernandez był już w parterze, został przez niego z premedytacją kopnięty, ale sędzia Przybył był innego zdania i nie pokazał Jaroszkowi nawet żółtej kartki,
Gdy w 64. minucie Rodado podwyższył na 0:3 (wrzucał Jaroch), kibice GieKSy zapytali: „Hej Górak, gdzie jest ta GieKSa?!”. Przy Bukowej mimo braku fanatyków gości (odwołanie Wisły od kary jednego meczu zakazu wyjazdowego za zachowanie w Gdyni zostanie rozpatrzone… dopiero wkrótce) czuć było atmosferę piłkarskiego święta. Sektory A, B i C „Blaszoka” wypełniły się dość szczelnie, ogólnie na trybunach zasiadło ponad 3,5 tysiąca widzów, co jak na katowickie standardy jest wynikiem rzadko ostatnimi czasy spotykanym; zwłaszcza pamiętając o zawieszonym niedawno bojkocie, który jest już przeszłością, tym bardziej zważywszy na zmiany w zarządzie spółki, powołanie nowego wiceprezesa Krzysztofa Nowaka (pewnie inaczej wyobrażał sobie pierwszy mecz piłkarzy w tej roli, a w piątek przegrali też hokeiści…) oraz perspektywę oficjalnego pożegnania prezesa Marka Szczerbowskiego.
Miejscowi fanatycy już w 37. minucie krzyknęli „k… mać, GieKSa grać”, ale mieli też swój moment radości i nadziei. Gdy w 69. minucie Jakub Arak, wprowadzony z ławki, trafił po dośrodkowaniu z prawej strony i złym zachowaniu defensywy Wisły na 1:3, gospodarze jeszcze odżyli. Napędziły ich zmiany, kilka razy w szesnastce krakowian zagotowało się, ale nic konkretnego z tego nie wynikło, dlatego katowiczan po końcowym gwizdku pożegnały pojedyncze gwizdy i męska rozmowa pod „Blaszokiem”.
GKS w poszukiwaniu pierwszego zwycięstwa uda się w przyszłej kolejce do Niepołomic, gdzie zmierzy się z Sandecją Nowy Sącz.
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice – Wisła Kraków 1:3. Luis Fernandez katem katowiczan
[…] Podobnie jak w pierwszym spotkaniu tych drużyn w Krakowie katem katowiczan okazał się Luis Fernandez. Hiszpan znów strzelił GieKSie dwie bramki.
[…] Piłkarze Wisły napędzeni trzema tegorocznymi zwycięstwami od początku meczu na Bukowej ruszyli do ataki i zepchnęli katowiczan do obrony. Krakowianie dłużej utrzymywali się przy piłce i częściej zagrażali bramce Dawida Kudły. Najgroźniej w polu karnym gospodarzy było po podaniu wzdłuż bramki Luisa Fernandeza, ale nikt z krakowian nie zdążył zamknąć tej akcji. Później z dystansu strzelał David Junca, lecz po rykoszecie piłka przeleciała nad poprzeczką.
Podopieczni trenera Rafała Góraka czekający na swoją pierwszą wygraną w rundzie wiosennej swoich szans szukali w kontrach. Najpierw dobrą okazję miał Daniel Dudziński, ale 20-latek minimalnie chybił celu. Potem trzy razy próbował Marko Roginić. Dwa strzały Chorwata blokowali obrońcy gości, a trzeci trafił w boczną siatkę.
Gospodarze przetrwali I połowę, lecz po przerwie krakowianie zadali decydujące ciosy. Katem katowiczan znów okazał się Luis Fernandez. Hiszpan podobnie jak w pierwszym meczu tych drużyn w Krakowie zdobył dwie bramki.
Najlepszy strzelec Fortuna 1. Ligi najpierw pokonał Kudłę centrostrzałem po nieudanym rzucie rożnym. Chwilę później był faulowany w polu karnym przez Daniela Tanżynę i sam wymierzył sprawiedliwość skutecznie wykonując jedenastkę. Fernandez w tym sezonie zdobył już w lidze 15 bramek.
Trzeciego gola dla krakowian strzelił na Bukowej inny z Hiszpanów grających w drużynie Białej Gwiazdy – Angelo Rodado. Napastnik z pomalowanymi na blond włosami głową posłał piłkę do siatki.
Trener Górak szybko dokonał w swoim zespole pięciu zmian starając się pobudzić swoich zawodników do walki. Katowiczanom udało się zdobyć honorową bramkę. Jej autorem był rezerwowy Jakub Arak. Później GieKSa miała jeszcze kilka okazji, lecz wynik nie uległ już zmianie.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


X
5 marca 2023 at 10:58
Jestem ciekaw co Górak powiedział chłopakom w przerwie.
*panowie mamy dobry wynik, utrzymajmy to i będzie gitowa*
W pierwszej połowie prawie każda piłka zagrana górą, nawet delikatnie podniesiona piłka, prawie na poziomie podania po ziemi zakończona stratą. Kolejny raz wychodzi, że nie potrafimy kontrolować piłki, przyjąć albo zagrać z pierwszej czegos co progresuje grę. Jedynie parę ciekawych akcji w meczu u siebie to nie przystoi klubowi GKS Katowice. Ja tu nie widziałem genu zwycięstwa tylko obsrane portki i grę na zero zero, a potem o jak najmniejszy wpierdol. Akcja z karnym pokazuje, że potrafimy stworzyć gola z niczego dla rywali. Podobnie z rzutu rożnego potrafimy dać akcje dla przeciwników.
Zero pomysłu, jedynie trójkąty grane na bokach, brak zaskoczenia, brak szybkości przy stanie 0:2, bramkarz czekający aż obrońcy rywali ustawią się dobrze w obronie, przy wrzutach z autu 10-15-20 sekund poczekalnia, aby rozegrać jeden z łatwiejszych elementów piłkarskiego rzemiosła…
Przegrywasz to staraj się przechytrzyć rywala, a nie odpoczywaj!
Jak ludzi zachęcić do przyjścia na mecz jak wiekszosc pilkarzy na boisku myśli o tym, żeby wrócić jak najszybciej na plejke
PAVULON
5 marca 2023 at 14:43
ZGADZAM SIE ONI NIEMAJA JAJ PANIENKI W RURECZKACH Z TOREBECZKAMI