Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu: Przełamanie GKS-u Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mass mediów na temat wczorajszego spotkania Śląsk Wrocław – GKS Katowice 0:2 (0:2).

weszlo.com – Lodowaty prysznic dla Śląska. GKS Katowice wygrywa we Wrocławiu
No nie ułatwił sobie Śląsk Wrocław walki o utrzymanie w Ekstraklasie, choć przecież wydawało się ostatnio, że tę ekipę naprawdę stać na zakończenie sezonu nad kreską. Trzeba jednak przyznać, że GKS Katowice wygrał dzisiaj w stolicy Dolnego Śląska w stu procentach zasłużenie. Może i podopieczni Rafała Góraka nie pokazali futbolowych fajerwerków, ale w sumie to nie musieli. Twarda i bezkompromisowa postawa w pełni wystarczyła na pogubionych wrocławian.
W pierwszej połowie oglądaliśmy typowy Śląsk z rundy jesiennej. Czyli ten, który pędził na złamanie karku w kierunku 1. ligi. Wrocławianom właściwie nic na boisku nie wyszło. Jeśli już udało im się coś wykreować pod bramką GKS-u, to i tak popisowo to spartolili. Natomiast w defensywie rozdawali przeciwnikom prezenty i to często w prostych, wręcz statycznych sytuacjach. Ekipa z Katowic nie musiała nawet przesadnie podkręcać tempa, a Śląsk i tak się gubił. Aż przecieraliśmy oczy ze zdumienia, bo przecież dopiero co obsypaliśmy podopiecznych Ante Simundzy komplementami za ich kapitalną, przebojową postawę w meczu z Cracovią.
A dziś? Totalna mizeria, której nie można tak po prostu wytłumaczyć nieobecnością Petra Schwarza.
GKS najprostszymi metodami wytrącił gospodarzom wszelkie argumenty z ręki. Trochę pracy w wysokim i średnim pressingu, twarda walka w środkowej strefie boiska o drugie piłki, solidna organizacja w tyłach – tyle wystarczyło, by przejąć pełną kontrolę nad przebiegiem spotkania. Już w 19. minucie goście przypieczętowali swoją przewagę golem, gdy samobója – w drugim meczu z rzędu! – strzelił Aleks Petkow. No a tuż przed przerwą Oskar Repka podwyższył prowadzenie swojego zespołu, wykorzystując świetne dośrodkowanie z rzutu rożnego i katastrofalną wręcz bierność obrońców Śląska.
Zresztą słowo “bierność” chyba najtrafniej podsumowuje to, jak wrocławianie zaprezentowali się w pierwszej połowie. Nawet najbardziej kreatywni zawodnicy Śląska wyglądali na przygaszonych i stłamszonych, a GKS bezlitośnie to wykorzystał.
Po przerwie katowiczanie w sposób ewidentny nastawili się na obronę dwubramkowej zaliczki i skoncentrowali się już wyłącznie na kontratakach. To pozwoliło wreszcie gospodarzom na przejęcie inicjatywy, no i trzeba uczciwie zaznaczyć, że w paru sytuacjach zrobiło się gorąco pod bramką Dawida Kudły. Ale wciąż – to nie był ten sam Śląsk, który na przestrzeni ostatnich tygodni wielokrotnie udowadniał, że potrafi atakować z rozmachem i fantazją. A do tego trzeba dodać koszmarną nieskuteczność. Sam tylko Arnau Ortiz sknocił dwie wyśmienite sytuacje strzeleckie – gdyby lepiej nastawił celownik, losy tego starcia ułożyłyby się zupełnie inaczej.
Jednak nie było tak, że wyłącznie Śląsk marnował dogodne okazje bramkowe. GieKSa wyprowadziła po przerwie chyba z pięć lub sześć kontrataków, które wyglądało naprawdę niebezpiecznie. Ale zawsze czegoś przyjezdnym brakowało w końcowej fazie akcji – a to Bergier był zbyt powolny, a to Nowak źle przyjął, a to Drachal fatalnie uderzył lub wdał się w niepotrzebny drybling. Dlatego dzisiejszej porażki Śląska nie można sprowadzać wyłącznie do nieskuteczności – to argument obosieczny.
Prawda jest taka, że ten mecz od początku do końca toczył się zgodnie z życzeniem Rafała Góraka. Nawet się zrymowało.
[…] Natomiast beniaminek z Katowic znowu może być z siebie dumny. W tej chwili traci tylko dwa punkty do… Legii Warszawa. Wciąż może zatem marzyć o zakończeniu sezonu w TOP5.

sportowefakty.wp.pl – Brak kapitana rozbił Śląsk Wrocław. Przełamanie GKS-u Katowice
[…] W Wielką Sobotę do Wrocławia zawitał GKS Katowice, licząc na wyjazdowe zmartwychwstanie. Drużyna Rafała Góraka w tym roku poza własnym stadionem zapunktowała tylko raz.
Przed gośćmi stało trudne wyzwanie. Śląsk był rozpędzony, co potwierdzała passa pięciu kolejnych meczów bez porażki. Sytuację gospodarzy skomplikowała jednak nieobecność Petra Schwarza. Kapitan wrocławian, po ostatnim spotkaniu z Cracovią (4:2), przeszedł poważną operację i nie mógł pomóc drużynie.
Brak czeskiego pomocnika był widoczny gołym okiem. W pierwszej połowie Śląsk wyglądał na zagubiony – brakowało pomysłu, dynamiki i pewności z wcześniejszych występów.
Katowiczanie, być może spodziewając się większego oporu, momentami grali z wyjątkową swobodą. Do przerwy prowadzili 2:0 i trudno było to uznać za przypadek. Pierwsza bramka padła po znakomitej akcji Mateusza Kowalczyka, który łatwo ograł rywala i posłał piłkę w pole karne. Aleks Petkow interweniował niefortunnie, pakując futbolówkę do własnej bramki. Po raz drugi z rzędu w meczu o ligowe punkty.
Tuż przed zejściem do szatni goście podwyższyli prowadzenie. Oskar Repka wykorzystał precyzyjne dośrodkowanie Bartosza Nowaka z rzutu rożnego i strzałem głową pokonał bezradnego Rafała Leszczyńskiego.
Wcześniej bramkarz niepewnie interweniował po strzał Sebastiana Bergiera czy Adriana Błąda. W kilku kolejnych momentach uratował zespół, kiedy m.in. w świetnym stylu sparował strzał wspomnianego Bergiera. Śląsk kontakt bramkowy mógł złapać chwilę przed przerwą, ale Arnau Ortiz spudłował z pięciu metrów.
W 2. połowie coraz częściej zaczynali gubić się katowiczanie. Śląsk kontakt bramkowy mógł złapać w 54. minucie. Z kornera dograł Mateusz Żukowski, głową w boczną siatkę trafił Serafin Szota.
Mniej pracy niż w premierowej odsłonie miał Rafał Leszczyński. Skoncentrowany musiał być z kolei Dawid Kudła. Bramkarz nie musiał jednak wykazywać się swoim kunsztem, bezzębni wrocławianie nie byli w stanie mu poważniej zagrozić.
Śląsk mógł wrócić do gry na niewiele ponad kwadrans przed końcem. Jednak Arnau Ortiz kolejny raz przestrzelił w bardzo dobrej sytuacji. To wydawało się, że był decydujący moment. Gospodarze przestali wierzyć w możliwość odrobienia strat i przegrali 0:2.

dziennikzachodni.pl – Kibice GKS Katowice zobaczyli we Wrocławiu zwycięstwo nad Śląskiem i w świetnych humorach rozpoczęli święta
GKS Katowice przerwał fatalną serię wyjazdowych porażek, wypunktował we Wrocławiu Śląsk i sprawił prezent świąteczny swoim kibicom, którzy licznie wspierali zespół w stolicy Dolnego Śląska.
[…] Katowiczanie od początku narzucili swoje warunki gry. Gospodarze byli bezradni i w pierwszej połowie zostali trafieni dwa razy. W 19 minucie Mateusz Kowalczyk dośrodkował z lewej strony, a Aleks Petkow uprzedzając Lukasa Klemenza wpakował piłkę do własnej bramki. W 43 natomiast Oskar Repka głową zamknął dośrodkowanie Bartosza Nowaka z rzutu rożnego. Śląsk mógł jeszcze zmniejszyć dystans, jednakArnau Ortiz nie trafił z bliska w bramkę.
Dla Adriana Błąda i Sebastiana Bergiera był to mecz inny niż wszystkie. Ten pierwszy jest wychowankiem Zagłębia Lubin, ten drugi grał w Śląsku i ma mu coś do udowodnienia.
– Cieszę się, że mogłem pomóc Zagłębiu – z przewrotnym uśmiechem mówił w przerwie Błąd, za to Bergier był niepocieszony, bo aktywność nie została nagrodzona golem.
W drugiej połowie GKS zszedł na niższy poziom i to wrocławianie mieli więcej z gry. W drużynie gospodarzy bardzo widoczny był brak Petra Schwarza, który w wyniku urazu odniesionego w meczu z Cracovią musiał przejść operację jamy brzusznej. Bez niego rzuty wolne i rożne Śląska nie miały już tej precyzji. Katowiczanie spokojnie przetrwali ataki rywali i zasłużenie pokwitowali trzy punkty.
Humor jeszcze bardziej popsuł się jedynie Bergierowi, który za faul w ataku dostał żółtą kartkę eliminującą go z meczu z Legią Warszawa.

gazetawroclawska.pl – Śląsk bez goli, pomysłu i punktów
Śląsk Wrocław przegrał z GKS-em Katowice 0:2 w meczu 29. kolejki PKO Ekstraklasy. W Wielką Sobotę gole na Tarczyński Arena zdobywali Aleks Petkov, który kolejny raz pokonał własnego bramkarza i Oskar Repka.
Śląsk Wrocław do meczu z GKS-em Katowice przystępował bez kilku kontuzjowanych piłkarzy. O ile do nieobecności Marcina Cebuli, Jakuba Świerczoka, Petera Pokornego czy nawet Aleksandra Paluszka zdążyliśmy się już przyzwyczaić, o tyle pierwszy raz trener Ante Šimundža musiał radzić sobie bez swojego kapitana: Petra Schwarza.
Czech wskutek urazu, jakiego doznał w meczu z Cracovią, musiał przejść bardzo poważną operację i obecnie walczy o powrót do zdrowia w szpitalu. Wielkiej niespodzianki nie było i słoweński szkoleniowiec postawił na Tudora Băluţę. Reszta składu niczym nie różniła się od tej, która wygrała w Krakowie 4:2.
Warto dodać, że obie drużyny wyszły na rozgrzewkę w specjalnych koszulkach wspierających kapitana WKS-u. Dostał on także potężne wsparcie od kibiców, którzy przygotowali na tę okoliczność transparent z napisem „Petr buď silný – wracaj do zdrowia”.
Mecz nie zaczął się jednak dla gospodarzy zbyt dobrze. Szybko dostaliśmy odpowiedź na to, jak wielkim problemem może być brak Schwarza – WKS przez pierwsze 20 min praktycznie nie istniał i nawet kiedy udawało się wrocławianom przejąć piłkę, to w żaden sposób nie byli w stanie przedostać się z nią pod pole karne Dawida Kudły. Fazy przejściowe z obrony do ataku były czymś, w czym specjalizował się doświadczony Czech.
Katowiczanie atakowali ze sporym animuszem i w 19. min zostali za to wynagrodzeni. Mateusz Kowalczyk zabawił się na lewym skrzydle z Serafinem Szotą, a starający się przeciąć to zagranie Aleks Petkov interweniował tak pechowo, że wpakował piłkę do własnej bramki. To drugi mecz z rzędu z samobójczym trafieniem reprezentanta Bułgarii!
WKS nie był w stanie ruszyć po bramkę wyrównującą, bo zwyczajnie cały czas nie kreował okazji. „GieKSa” z kolei robiła swoje i w 43. min podwyższyła prowadzenie po rzucie rożnym. Dośrodkowanie Bartosza Nowaka na gola zamienił Oskar Repka, który zbyt łatwo urwał się Jehorowi Matsence.
Śląsk mógł odpowiedzieć tuż przed przerwą, ale Arnau Ortiz w niewytłumaczalny sposób z 7 metrów… nie trafił w bramkę. Dwubramkowe prowadzenie gości do przerwy było de facto najniższym wymiarem kary dla Trójkolorowych.
W przerwie trener Šimundža nie dokonywał zmian. Zmianie miała ulec gra jego piłkarzy, którzy faktycznie wyszli z większym animuszem, ale wciąż nie potrafili oddać celnego strzału.
GKS zaskakująco dobrze i ze sporą lekkością kontrolował grę, wymieniając dużo krótkich podań i nastawiając się na grę z kontrataku. Śląsk – podobnie jak w pierwszej połowie – najlepszą okazję miał po strzale Ortiza z czystej pozycji, ale Hiszpan znów nie trafił w bramkę!

gol24.pl – Kapitalny wyjazd kibiców GKS Katowice na Śląsk Wrocław
Tysiąc? Mało! Dwa tysiące? Zdaje się, że co najmniej. Kibice GKS Katowice w Wielką Sobotę zaliczyli nomen omen wielki wyjazd. W dużej liczbie dotarli do Wrocławia, by po ostatnim gwizdku razem z piłkarzami i trenerem świętować ogranie Śląska (zwycięstwo 2:0).
[…] Może i kibicom GieKSy nie udało się wypełnić wszystkich miejsc jak w marcu Lechowi Poznań (3331 osób), ale po zakończeniu meczu przynajmniej cieszyli się z kolejnych punktów i przełamania serii wyjazdowych porażek.
[…]- Przegrywamy na murawie oraz trybunach. Nie istnieliśmy na własnym stadionie. Brawa dla gości – napisał szczerze jeden z kibiców Śląska na portalu X.
Ultrasi GieKSy zaprezentowali flagowisko. Frekwencja na sobotnim meczu wyniosła w sumie 21 006 kibiców.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Galeria Hokej

Kibice podziękowali hokeistom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kibice GieKSy mieli okazję spotkać się z hokeistami na Arenie Katowice. Nasza drużyna w przeciągu pięciu lat zdobyła dwa złote i trzy srebrne medale. Zapraszamy do fotorelacji.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga