Piłka nożna Prasówka
Media o meczu: Radomiak bez argumentów w starciu z GKS-em
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania Radomiak Radom – GKS Katowice 0:1 (0:1).
weszlo.com – GieKSa jak… GieKSa. Jałowe ataki Radomiaka nic nie dały
Wszystko fajnie Radomiaku, ale z takimi strzałami to ty możesz sobie najwyżej pokiwać palcem w bucie. Na nic wszelkie wygibasy i parę fajniejszych wymian, skoro przy tym wszystkim umyka cały sens gry w piłkę. Może gdybyś grał dziś w dziesięć podań, to szanse na sukces byłyby większe, ale nie – chodziło o strzelanie goli. Na takich zasadach lepsi byli goście z Katowic.
Oni zagrali swój klasyczny mecz – z rzutu wolnego wrzucił Nowak, piłkę do siatki wpakował, choć na raty, Jędrych i potem fajrancik. Bo nie ma powodów do zmartwień, gdy rywal uprawia sztukę dla sztuki, a jego wszelkie pomysły na przełamanie obrony są szybko i boleśnie weryfikowane. Miękkie wrzutki Wilsona-Esbranda czy Grzesika z pierwszej połowy? Na nic. Parę rajdów Luquinhasa, który z piłką przy nodze wygląda zawsze super? Na nic. Chęć założenia wysokiego pressingu? Na nic, bo podopieczni Rafała Góraka nie mają problemu z tym, żeby Strączek wybił piłkę daleko na połowę rywali, nawet za cenę straty jej posiadania.
Wszystko to takie… po prostu, GieKSa zagrała swój klasyczny mecz.
Nie umniejsza to im jednak w żadnym razie. Katowiczanie mają swój styl, mają swój plan na mecz i mają punkty, notując czwarte zwycięstwo w rundzie wiosennej. Może i sporą część spotkania musieli się bronić i w drugiej połowie wydawało się, że stoją zdecydowanie za blisko własnej bramki, ale jeśli czują się z tym dobrze, to nie nam na to narzekać. Nie ma to nic wspólnego z efektownym futbolem, ale jest wystarczająco efektywne.
Najlepsza sytuacja Radomiaka przyszła chyba w 72. minucie, kiedy Romario Baro świeżo po wejściu na boisko znalazł się w polu karnym i nawet uderzył, tylko piłka przelała mu się na zewnętrzną część stopy i nie można było liczyć na celny strzał.
W ogóle wejście Portugalczyka na boisko rozruszało trochę akcję. To on oddał jeden z dwóch celnych strzałów gospodarzy – z rzutu wolnego, z ostrego kąta, sprawdził czujność Strączka. Wcześniej sam zresztą wywalczył ten rzut wolny. Był tu i tam, ciągle pod grą, odmieniany w ustach komentatorów przez wszystkie przypadki. Ale i to na nic.
GieKSa to GieKSa. Sama miała zresztą swoje momenty pod bramką rywali:
dobrą okazję stworzył Wdowiakowi Zrelak,
sam Zrelak próbował strzału z woleja,
każda wrzutka Nowaka siała solidne spustoszenie.
Dziś możemy z całą stanowczością powiedzieć, że ekipa Rafała Góraka zaczyna być przewidywalna, ale w dobrym sensie tego słowa. Wiadomo, co chce grać i potrafi to grać. Punktuje solidnie i potwierdza, że nie tak łatwo przeciwstawić się jej taktyce.
Katowiczanom pomógł jednak trochę gospodarz meczu, powiedzmy sobie szczerze. Piłkarze Radomiaka doszli do kilku przyzwoitych okazji, lecz ich wykończenie kulało. Grali w piłkę, tak się przynajmniej mówi. Tylko z tej gry nie wyszło nic – z piętnastu strzałów tylko dwa leciały w światło bramki Strączka. Golkiper gości radził sobie nieźle, rozegrał fajne zawody, ale jego interwencje polegały głównie na zapobieganiu, a nie efektownych paradach po kolejnych bombach radomian.
W drugiej połowie Radomiak chciał bardziej, wyglądał lepiej, można nawet zaryzykować tezę, że dominował. Ale przegrał i nic mu po tych wszystkich pięknych słowach. Brawa dla GieKSy.
gol24.pl – GKS Katowice wywiózł trzy punkty z Radomia. Radomiak w drugiej połowie fatalnie pudłował
GKS Katowice wygrał w 24. kolejce PKO Ekstraklasy z Radomiakiem (1:0) po golu z końcówki pierwszej połowy, kiedy najprzytomniej w polu karnym gospodarzy zachował się Arkadiusz Jędrych. Tym samym zespół Rafała Góraka, który kilka dni temu wyrzucił po karnych Widzew z Pucharu Polski, przeskoczył niedzielnego rywala o jedną lokatę.
Piłkarze GKS-u Katowice w odróżnieniu od gospodarzy lepiej weszli w mecz 24. kolejki, a do efektownej próby przewrotką doszedł już w pierwszych minutach napastnik gości Adam Zrelak. Ratować Radomiaka Radom musiał też Filip Majchrowicz, który wyciągnął się niczym struna przy uderzeniu z ostrego kąta.
Z każdą minutą rumieńców nabierały jednak ataki podopiecznych odbywającego karę za czerwoną kartkę z meczu przeciwko Koronie Kielce Goncalo Feio. Luquinhas nadawał kolorytu i jakości kolejnym akcjom Zielonym, ale za każdym razem brakowało jednego – skuteczności pod bramką.
Przed przerwą efektownie próbował skończyć swoją sytuację Elves Balde, który złożył się do widowiskowych nożyc, ale minął się z piłką i kolejna akcja Radomian spaliła na panewce.
W 45. minucie decydujący cios zadał Arkadiusz Jędrych, który nie dał szans Majchrowiczowi przy dobitce i zapakował piłkę absolutnie pod ladę, pod poprzeczkę i poza zasięgiem golkipera. Uszczęśliwiając tym samym swoich kibiców, którzy bez problemu wypełnili sektor gości (około 750 kibiców).
W drugiej połowie gospodarze próbowali dobrać się do skóry półfinalisty STS Pucharu Polski. Swoich okazji nie wykorzystał przede wszystkim Romario Baro, który minimalnie spudłował.
cozadzien.pl – Radomiak bez argumentów w starciu z GKS-em. Katowiczanie wygrali przy Struga
[…] Oba zespoły przystąpiły do tego spotkania mając w nogach mecze rozgrywane w środku tygodnia. We wtorek GKS grał w STS Pucharze Polski z Widzewem i do wyeliminowania Łodzian potrzebował 120 minut i rzutów karnych. Radomiak z kolei w czwartek rozegrał zaległy ligowy mecz z Arką Gdynia. Po zwycięstwie nad ekipą z Pomorza Zieloni przesunęli się na ósme miejsce i odskoczyli na siedem „oczek” od strefy spadkowej. GieKSa przed meczem w Radomiu traciła do podopiecznych Goncalo Feio dwa punkty.
Jednego z goli we wspomnianym meczu z Arką zdobył dla Radomiaka Capita Capemba. Okazało się, że była to dla niego ostatnia bramka w barwach radomskiego klubu – Angolczyk odchodzi do amerykańskiej MLS, do Sportingu Kansas City. Jego odejście potwierdził już w piątek na konferencji prasowej trener Goncalo Feio, a zawodnik nie znalazł się w kadrze na starcie z GieKSą. Będzie to rekordowy wychodzący transfer dla Radomiaka.
Niedzielny (8 marca) mecz GieKSa zaczęła mocno. Pierwsze minuty należały do podopiecznych Rafałą Góraka, którzy mogli objąć prowadzenie w trzeciej minucie, gdyby nieco lepiej złożył się do strzału Adam Zrelak. Radomiak po sennym początku nieco się przebudził. W 11. minucie centrował z prawej strony Zie Ouattara, ale z piłką w polu karnym nieznacznie minął się Maurides. W 23. minucie Zieloni mieli rzut wolny przy narożniku pola karnego. Piłkę w kierunku bramki posłał Rafał Wolski, jednak dobrze głową we własnym polu karnym interweniował Adam Zrelak. Brakowało konkretów i strzałów obu stron. W 30. minucie próbował Luquinhas, ale piłka minęła słupek bramki Rafała Strączka.
I gdy wydawało się, że do przerwy już nic się wydarzy, to w 45. minucie rzut wolny z okolic środka połowy boiska miał GKS. Do piłki podszedł Bartosz Nowak. Pochodzący z Radomia zawodnik gości miękko wrzucił w pole karne, a tam znalazł się kompletnie niepilnowany Arkadiusz Jędrych i najpierw uderzył w słupek prawą nogą, a potem dobił lewą – ale już trafił i Katowiczanie objęli prowadzenie. Gospodarze w pierwszej połowie nie oddali ani jednego celnego strzału.
Tempo gry w drugiej połowie było bardzo spokojne. Radomiak nie wyglądał na zespół, który przegrywa i musi odrabiać straty. Pierwszy celny strzał w tym meczu Zieloni oddali dopiero w 66. minucie. Z dystansu przymierzył Luquinhas, ale to uderzenie było zbyt lekkie i bez problemów poradził sobie z nim Strączek. W 73. minucie akcję stworzyli zmiennicy – z lewego skrzydła dośrodkował Vasco Lopes, a zewnętrzną częścią stopy uderzył Romario Baro – piłka jednak minęła słupek bramki GieKSy.
Miejscowi mieli co prawda optyczną przewagę, jednak kompletnie nic z niej nie wynikało. Brakowało realnego zagrożenia pod bramką ekipy ze Śląska. W 80. minucie niecelnie główkował Abdoul Tapsoba. W końcu, w 85. minucie zrobiło się groźnie w polu karnym gości. Z rzutu wolnego piłkę mocno wstrzelił Baro, ale na posterunku był dobrze interweniujący Strączek. Potem dobitka Lopesa została zablokowana. Zieloni nie zdołali sforsować defensywy gości. W 90. minucie raz jeszcze próbował Lopes – znowu jednak strzał został zablokowany.
katowice.naszemiasto.pl – Cenne punkty GieKSy. Zwycięstwo z Radomiakiem daje awans w tabeli. Kibice GKS Katowice w świetnych humorach
Zespół GKS Katowice spektakularnie uciekł ze strefy spadkowej, a po wygranej z Radomiakiem w Radomiu poszedł ostro w górę tabeli.
Po ligowej wygranej z Górnikiem i pucharowej z Widzewem piłkarze GKS Katowice znaleźli się na wyraźnej fali wznoszącej. W przypadku zwycięstwa Katowiczanie mieli szansę znaleźć się w górnej połowie tabeli. Radomiak z kolei wiosną zalicza drogę przez mękę, a w niedzielnym spotkaniu na ławce zabrakło nie tylko Goncalo Feio, który ponosi konsekwencje czerwonej kartki, ale i jego dwóch asystentów.
Katowiczanie zaczęli mocno i sparaliżowali poczynania ofensywne gospodarzy, którzy przez pierwsze 45 minut nie oddali celnego strzału. Zespół Rafała Góraka miał dwie takie próby i tuż przed przerwą objął prowadzenie. Rzut wolny wykonał niezawodny Bartosz Nowak, podanie poszło do Arkadiusza Jędrycha, który najpierw nie trafił czysto w piłkę, ale ta odbiła się od słupka i wróciła do kapitana GieKSy, a ten strzelił piątego gola w obecnym sezonie.
– Pierwsza połowa nie była idealna, ale na takim boisku ciężko o takie. Każda bramka do szatni to jednak bardzo pozytywny bodziec – opowiadał strzelec gola.
Po zmianie stron GKS zaczął grać wyżej i agresywniej. Rafał Górak po nieco ponad kwadransie dokonał trzech zmian. Radomianie też jednak nie próżnowali i w miarę upływu minut zaczęli dociskać Katowiczan do przedpola Rafała Strączka.
Bramkarz musiał więc solidnie dołożyć się do czwartego w tym sezonie wyjazdowego zwycięstwa. Stanął jednak na wysokości zadania i ekipa z Górnego Śląska zgarnęła pełną pulę, wspinając się na dziewiąte miejsce w tabeli PKO Ekstraklasy.
Rafał Górak nie może być jednak całkiem zadowolony. Czwarte żółte kartki zobaczyli Alan Czerwiński i Arkadiusz Jędrych, więc nie będą mogli zagrać w sobotę na Nowej Bukowej przeciwko Lechii Gdańsk.
radom24.pl – Asysta słupka! Radomiak po kuriozalnym golu przegrał z GKS Katowice
Z dużymi apetytami po zwycięstwie nad Arką Gdynia, zasiedli kibice Zielonych do oglądania meczu z GKS Katowice. W meczu 24. kolejki Radomiak jednak uległ gościom, długimi okresami bijąc głową w mur.
Radomiak przystąpił do meczu już bez Capity Capemby, który odchodzi do Sportingu Kansas City. W składzie Zielonych zabrakło też Cristosa Donisa, który został kontuzjowany w poprzednim meczu przeciw Arce Gdynia.
Zieloni po czwartkowym meczu z Arką mieli też o 48 godzin mniej odpoczynku od GKS, który grał mecz Pucharu Polski z Widzewem we wtorek.
W 4. minucie obrońcy Radomiak zgubili piłkę przed własnym polem karny, na szczęście Wdowiak i Nowak taż się pogubili, a gdy doszło wreszcie do strzału, Zrelak mocno przestrzelił.
Zaraz potem Radomiak odpowiedział kontrą, ale efekt był taki, że po dośrodkowaniu Grzesika zablokowany przez Czerwińskiego Maurides zgłosił uraz barku. Gdy tylko Brazylijczyk wrócił na plac gry miał ponownie swoją okazję po dograniu Wilson-Esbrand, lecz jego główkę złapał Strączek.
Pierwszy kwadrans bardzo wyrównany. Widać było, że Radomiak chciałby oddać pole do rozgrywania GKS, nie podchodząc do pressingu, ale Katowiczanie wybierali wtedy grę długimi podaniami.
W 16. minucie na strzał zdecydował się Balde, ale nie była to udana próba. Chwilę potem po drugiej stronie boiska, podobnie zza pola karnego uderzał Wdowiak, ale Majchrowicz pełnie obronił.
Rafał Wolski wykonywał rzut wolny w 23. minucie, po faulu na Wilsonie-Esbrandzie, lecz jego celny i mocny strzał został wybity przez jednego z obrońców na rzut różny.
Swoją szansę w 30. minucie zwietrzył Luquinhas, który w pełnym biegu dopadł do piłki po wybiciu jej przed pole karne przez jednego z obrońców Katowiczan. Bomba Brazylijczyka przeleciała jednak metr od spojenia bramki GKS.
Po półgodzinie gry nic w ocenie meczu się nie zmieniło – to nadal było wyrównane spotkanie, może ze wskazaniem na Radomiaka, który częściej był przy piłce.
W 35. minucie w świetnej sytuacji w polu karnym znalazł się Grzesik, jednak zamiast zdecydować się na strzał, szukał jeszcze podaniem kolegów, zagrał jednak niecelnie.
Dieguez znany jest z ostrej gry. Udowodnił to, kiedy niepotrzebnie w środku boiska sfalował Wdowiaka, za co zobaczył żółtą kartkę. Siódmą w sezonie. Niedługo potem Czerwiński niesportowo powstrzymał Balde, ale tym razem sędzia Kos nie sięgnął po kartonik.
Ostatni kwadrans pierwszej połowy był najbrzydszy do tej pory w tym meczu. Gra była często przerywana faulami. W końcu po jednym z nich, w ostatniej minucie regulaminowego czasu padła kuriozalna bramka dla GKS. Nowak wykonywał rzut wolny z ponad 40 metrów. Dieguez, wyblokowany przez Czerwińskiego na linii pola karnego, padł na ziemię. Dzięki temu niepokojony Jędrych odbił piłkę czubkiem, ta trafiła w słupek i wróciła do niego, aby dobił ją do pustej bramki. Majchrowicz był zupełnie zdezorientowany.
Radomiak, znany z szybkiej gry, w pierwszej połowie tego nie pokazał. Na pewno bramka do szatni wiele zmieniła w taktycznym podejściu obu zespołów do drugiej połowy, ale z realizacją Zielonym szło ciężko. Być może wpływ na to ma jeszcze zmęczenie po meczu z Arką. Bo gdy po przerwie kibice spodziewali się szturmu na bramkę gości, nic takiego miejsca nie miało.
Natomiast to GKS podszedł wyżej, wcześniej próbując odbierać piłkę gospodarzom na ich połowie. Jedynym uzyskiem dla nich było to, że w 51. minucie żółtą kartką ukarany został Czerwiński, gdy kopnął od tyłu Grzesika.
Pierwszą bardziej składną akcję oglądaliśmy w 58 minucie. Gdy po akcji Luquinhasa, dośrodkowywał Balde, ale zbyt wysoko, by do piłki doskoczył dobrze ustawiony Maurides. 30 cm niżej i byłaby 100-procentowa szansa.
Po pierwszym kwadransie gry można było powiedzieć tylko tyle, że się odbył, a na jego koniec z boiska zeszli Maurides i Balde, a ich miejsce zajęli Tapsoba i Lopes.
W 62. minucie groźnie kontratakował GKS, ale gdy piłka trafiła do Nowaka, jego podanie w pole karne zostało wybite. Po tej akcji trener Górak przeprowadził w swym zespole trzy zmiany, ściągając z boiska m.in. Czerwińskiego, który wyraźnie pracował na drugie „żółtko”, ale tym czasem zobaczył ją Wolski.
Po długim fragmencie bezowocnych zabiegów z obu stron, wreszcie celnie uderzał Luquinhas, ale zbyt lekko i zbyt blisko Strączka, aby go zaskoczyć.
W 73. minucie przed szansą stanął Baro, który chwilę wcześniej zastąpił Wolskiego. Portugalczyk wykorzystał błąd obrony gości, uderzył dobrze z pierwszej piłki, ale minimalnie niecelnie. Gdyby trafił, Strączek byłby bez szans.
Po zmianach zaordynowanych przez trenerów, to Radomiak zdobył przewagę. GKS cofał się coraz bardziej, ale Zieloni nie kreowali sobie zbyt dobrych sytuacji, często niecelnie podając w decydujących momentach akcji. Blisko skierowania piłki w światło bramki był w 80. minucie Tabsoba, ale zabrakło mu centymetrów.
W 85. minucie Baro bardzo dobrze uderzył z rzutu wolnego, ale świetnie zmierzającą pod poprzeczkę piłkę obroni Strączek. Dobitka Lopesa, została zablokowana przez obrońców. Reprezentant Republiki Zielonego Przylądka miał jeszcze dwie szanse w regulaminowym czasie, ale znów był blokowany.
Damian Kos doliczył 4 minuty, w których nic szczególnego się nie wydarzyło, oprócz tego, że to GKS był bliżej zdobycia gala, po akcji Galana.
Piłkarsko lepszy Radomiak, na murawie, którą mamy obecnie przy Struga 63 nie był w stanie zamienić tego atutu na bramki i punkty. Plus krótki okres regeneracji po meczu z Arką sprawiły, że Zieloni przypominał drużyny z poprzedniego meczu.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?


Najnowsze komentarze