Piłka nożna Prasówka
Media o meczu: Szok tlenowy
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat dzisiejszego meczu Jagiellonia Białystok – GKS Katowice.
weszlo.com – Jagiellonia – GKS
Jagiellonia walczy o pozycję lidera PKO BP Ekstraklasy. GKS chce na dobre oddalić się od strefy spadkowej, nad którą ma w tym momencie zaledwie 1 oczko zapasu. Bardzo ważne spotkanie dla obu zespołów w kontekście miejsca w tabeli.
Jaga po 2 ligowych porażkach wróciła na zwycięską ścieżkę przed przerwą reprezentacyjną za sprawą niesamowitego Oskara Pietuszewskiego. Bramka młodego skrzydłowego zapewniła zwycięstwo w Szczecinie, a trzeba przyznać, że Pogoń postawiła twarde warunki wiceliderowi ligi. W tym momencie, dzięki remisowi Górnika z Wisłą Płock, Duma Podlasia posiada wielki komfort, ponieważ ma do rozegrania zaległe spotkanie i mecz 16. kolejki przed sobą. Podopieczni Siemieńca mają wszystko we własnych rękach.
GKS piął się w górę, był na fali i po mistrzowsku przerżnął derby z Piastem. Coś, co nie miało prawa się wydarzyć, patrząc nie tylko na dotychczasową formę obu zespołów, ale także na jakość prezentowaną przez GieKSę w ostatnich tygodniach, wydarzyło się. Katowiczanie mimo wszystko zanotowali spory progres względem początku sezonu i muszą go potwierdzić w kolejkach poprzedzających przerwę zimową.
Wydaje się, że nie będą jednak mieli za dużo do powiedzenia w Białymstoku. Jagiellonia jest zespołem, który w tym momencie ma wszystkie karty po swojej stronie i na pewno nie odpuści walki o fotel lidera. Imaz i spółka okupują 2. miejsce nie bez powodu. GieKSa jest dobra, ale Jaga lepsza.
[…] Jaga odbudowała się po serii słabszych rezultatów zapoczątkowanych przez fatalne sędziowanie Bartosza Frankowskiego. Wygrana z Pogonią przyszła w dramatycznych okolicznościach, ale pokazała, że Duma Podlasia ma instynkt zwycięzcy. GieKSa nadal nie jest zbyt pewna w swoich poczynaniach. Wydawało się, że po serii wygranych weszła na optymalne tory, jednak porażka z Piastem znów zaburzyła pozytywny obraz zespołu.
sport.tvp.pl – Jagiellonia Białystok zagra z GKS Katowice. Adrian Siemieniec: czasami nie mamy czasu na trening
Przed Jagiellonią Białystok ostatnia prosta do zakończenia roku piłkarskiego. Żółto-czerwonych czeka maraton ośmiu meczów, w tym trzech spotkań domowych. Szkoleniowiec Jagi Adrian Siemieniec przyznaje, że pomocna w przygotowaniu zespołu do zakończenia rundy była przerwa reprezentacyjna.
Jagiellonia Białystok od momenty, gdy rywalizuje na trzech frontach, czyli w rozgrywkach ligowych, Pucharze Polski i Lidze Konferencji, mierzy się często z brakiem czasu na standardowe treningi piłkarskie. Sztab szkoleniowy klubu często ma czas wyłącznie na odprawę i rozruch. Z pomocą przychodzą wówczas przerwy reprezentacyjne.
Przed tygodniem żółto-czerwoni rozegrali mecz sparingowy z pierwszoligową Pogonią Grodzisk Mazowiecki, którą pokonali 5:1. Piłkarze otrzymali też kilka dni wolnego, a ostatnie dni spędzili na doszkoleniu tych elementów gry, w których konieczną poprawę zauważył trener Adrian Siemieniec.
[…] Teraz przed żółto-czerwonymi próba wskoczenia na fotel lidera PKO BP Ekstraklasy. Jagiellonia traci do Górnika Zabrze dwa punkty, ale ma przed sobą jeszcze zaległy mecz ligowy z Motorem Lublin. Zanim jednak spotkanie z Motorem, to białostoczanie zmierza się w rozgrywkach PKO BP Ekstraklasy z GKS Katowice.
– My przez okres przygotowań naprawdę proporcjonalnie mało rozmawiamy o przeciwniku, a dużo rozmawiamy o sobie i staramy się pracować mocno nad swoim sposobem gry, nad pracą nad swoimi deficytami i też nad tym, by pewne rzeczy rozwijać, urozmaicać, dokładać. Bo co nie zmienia faktu, że nie ma tego procesu za dużo, no to trzeba pamiętać o tym, że klub i drużyna muszą się rozwijać, muszą iść do przodu i nie wystarczy tylko dbać o to, żeby fajnie być przygotowanym do meczu, ale też musimy rozwijać drużynę i rozwijać piłkarzy w tym czasie. Natomiast element analizy przeciwnika to jest element przygotowania do meczu i takie przygotowania też w tym kierunku poczyniliśmy – mówił Siemieniec.
– Jeżeli chodzi o GKS Katowice, no to myślę, że jak ktoś obserwuje polską Ekstraklasę, pracę trenera Góraka i to, jak ten zespół funkcjonuje zarówno w Ekstraklasie, jak i funkcjonował na poziomie pierwszej ligi, to jedno słowo się nasuwa… To konsekwencja, powtarzalność, ciągłość procesu. Myślę, że najlepszą wizytówką dla GKS-u jest to, że doskonale wiemy, czego się po nich spodziewać. Myślę, że to jest chyba najlepszy komplement, jaki można użyć w kierunku drużyny i trenera, który pracuje z tą drużyną. No bo to dobrze świadczy o procesie, dobrze świadczy o konsekwencji działania i o kierunku. I chyba tak bym to pozostawił, nie wchodząc w szczegóły związane z organizacją gry. Bo to, co powiedziałem, jeżeli ktoś obserwuje polską Ekstraklasę, to doskonale wie, jaką drużyną jest GKS Katowice i jakiej drużyny może się spodziewać w niedzielę w Białymstoku – zakończył szkoleniowiec.
jagiellonia.net – Szok tlenowy
Jagiellonia Białystok spotkała się dotychczas z GKS Katowice równo 10 razy i wszystkie te mecze miały miejsce na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce (kiedyś I liga, teraz „ekstraszkapa”).
Bilans, jeśli chodzi o wyniki, jest nieznacznie korzystniejszy dla katowiczan, którzy triumfowali 4-krotnie, a „Jaga” była w tych pojedynkach górą 3 razy. W tylu samo spotkaniach padł remis. Wprost tragicznie dla „Żółto-Czerwonych” przedstawia się natomiast bilans bramkowy tych potyczek – 16:6 dla katowiczan. Jest to głównie wynikiem jednego spotkania rozegranego w sezonie 1992/93, kiedy to nasz klub żegnał się z I ligą. W rozgrywanym w Katowicach meczu przegraliśmy aż 1:7, czyli „GieKSa” zaaplikowała nam w nim niemal połowę wszystkich strzelonych „Jadze” bramek!
W ubiegłym sezonie pierwsze starcie Jagiellonii, ówczesnego mistrza Polski, z beniaminkiem z Katowic miało miejsce przy Bukowej w stolicy Górnego Śląska. Dodajmy – starej Bukowej, bo w trakcie rozgrywek „GieKSa” przeniosła się na nowy, imponujący stadion Arena Katowice (przy ul. Nowa Bukowa 1), mogący pomieścić trochę ponad 15 000 widzów. Niestety, pożegnanie białostoczan z historycznym „Blaszokiem” nie było udane. „Jaga” przechodziła na tym etapie rozgrywek mały kryzys i przerżnęła mecz koncertowo 1:3. Gola dla naszej drużyny zdobył niezawodny Afi, a dla gospodarzy jedna z bramek padła po strzale Oskara Repki. Widać, że pomocnik ten lubi strzelać gole „Jadze”, bo w tej rundzie w Białymstoku uczynił to 2-krotnie, będąc już zawodnikiem „Madalieros” z Częstochowy! Na wiosnę wzięliśmy na katowiczanach skromny rewanż, wygrywając 1:0 po golu wracającego po kontuzji Tarasa Romanczuka. Aha, w tym spotkaniu zagrał przeciwko gospodarzom niejaki Dawid Drachal :-)! I o mały włos w II połowie nie wpisał się na listę strzelców. Mam nadzieję, że zrobi to w najbliższą niedzielę, ale do przeciwnej bramki :-)!
W ubiegłych rozgrywkach katowiczanie, zwani popularnie „Blaszokami”, stanowili jedną z pozytywnych niespodzianek ligi, zajmując z 49 punktami na koniec rozgrywek 8. miejsce, czyli o jedno niżej od innego beniaminka – Motoru Lublin (tyle samo punktów, ale lepszy bilans spotkań bezpośrednich). Prezentowali przy tym ładny i odważny futbol, który zyskiwał im sympatię w niemal całym kraju. W tym sezonie coś się jednak w Katowicach „zatło”. „Blaszoki” są aktualnie na 13. miejscu w tabeli (razem z „Papricones”, „pykniętych” 2 tygodnie temu w Szczecinie przez naszych dzielnych Jagiellończyków) z bilansem 5 zwycięstw, 2 remisów i 8 „zbiorów w cymbał”. W bramkach 21:27. Należy jednak przypomnieć, iż tak „wysoką” lokatę zawdzięczają też temu, że na wstępie rozgrywek gdańska Lechia została ukarana odjęciem 5 punktów. Gdyby nie to, „GieKSa” byłaby w tabeli bezpośrednio nad strefą spadkową! A tak pięknie miało być, wywiady miały być, wizyty w zakładach pracy…
Co więc poszło u naszych niedzielnych przeciwników nie tak? Otóż DLA mnie się wydaje, że nie tak poszły u nich transfery. Przede wszystkim szeregi katowiczan opuścili zawodnicy, którzy pod koniec sezonu niemal samotnie ciągnęli za uszy ich ofensywę. Mam na myśli wspomnianego Repkę i Sebastiana Bergiera, który teraz robi to samo, ale dla „Czerwonoarmiejców” z łódzkiego Widzewa. Oprócz nich ze zdrowym śląskim powietrzem pożegnali się Filip Szymczak (powrót do poznańskich „Ishaków”) i Dawid Drachal, który chyba przechodzi w związku z tą sytuacją szok tlenowy na Podlasiu ;-). Może cała jego była drużyna także przeżyje szok tlenowy po przybyciu do Białegostoku ;-)? Niby tych odejść było więcej, ale umówmy się, że nie byli to „kopacze” stanowiący o sile „GieKSy” w sezonie minionym.
To jednak połowa problemu. Bo drugą stanowią ci, którzy powstałą wyrwę mieli załatać. No ale jak usiłuje się to uczynić za pomocą piłkarza Rosołka – Macieja zresztą – to gratulacje. Albo „proroka” Ilyi, Shkurina zresztą… Za niego katowiczanie musieli (będą musieli?) zapłacić „zabużanom” nawet 700 000 „jurków”! Taki Filip Rejczyk wielkim „talentem” był. I nawet kiedyś, z tego co pamiętam, to Jagiellonią wzgardził, przenosząc się do „Kapibarojadów” z Wrocławia. I jakoś tej wielkości potwierdzić po raz kolejny, tym razem już w „GieKSie”, nie może! Fajnie prezentował się kiedyś Aleksander Paluszek, także pozyskany z „Breslau”. I Kacper Łukasiak, który przybył z grodu „pana Krzysztofa Jarzyny”. Tylko co z tego, skoro całe to „fajnie”, co dotyczy tych piłkarzy, odnosi się do minionych sezonów lub do pobożnych życzeń ich menedżerów? Tak po prawdzie jedynym transferem na zdecydowany plus było wykupienie Mateusza Kowalczyka z Brøndby IF. Zawodnik ten był wcześniej do GKS wypożyczony i nawet chodziły słuchy o możliwości jego zawitania do Białegostoku. No ale nie za milion „jurków”, które podobno „GieKSa” za niego „wybecelowała”!
W kadrze GKS ciągle nie brakuje solidnych piłkarzy, ale może też i liga troszkę się nauczyła ich dość „siermiężnego” systemu gry? Dość powiedzieć, że w ostatniej kolejce katowiczanie zebrali „bęcki” 1:3 na własnym stadionie od „przepotężnego” Piasta, dla którego był to dopiero drugi wygrany mecz w bieżących rozgrywkach! Na kogo musimy jednak uważać? Skoro lubią nam gole strzelać nasi byli zawodnicy, to z całą pewnością może to zrobić Lukas Klemanz, który ostatnio ochoczo ładuje do każdej bramki, pod którą się znajduje. A że jako obrońca dość często znajduje się pod własną… Przy SFG trzeba też koniecznie uważać na innego środkowego obrońcę – Arkadiusza Jędrycha.
Pomoc GKS oparta jest na trójce doświadczonych zawodników. Prym w tej formacji wiodą Hiszpan Borja Galán, Marcin Wasilewski i – oczywiście – najgroźniejszy zawodnik w całej ekipie z Katowic – Bartosz Nowak (4 gole i 5 asyst w tym sezonie). Potężnym uderzeniem z dystansu dysponuje ten, który raz ukąsił nas w ubiegłym roku w Katowicach, czyli „bezbłędny” Adrian Błąd. W ataku natomiast zazwyczaj biega Słowak Adam Zrelak (2 bramki i asysta). Trenerem katowiczan od 2019 roku (!!!) jest Rafał Górak, który ze śląską ekipą zaliczył wszelkie możliwe awanse w drodze do „ekstraklapy”. Szacun.
Do niedawna „piętą achillesową” Jagiellonii była gra w meczach rozgrywanych po przerwie na spotkania reprezentacji. Wprawdzie kilku naszych piłkarzy (Pietuszewski, Drachal, Mazurek, Rallis) udało się na zgrupowania swoich zespołów narodowych, ale trzon Jagiellonii pozostał w Białymstoku, gdzie – w ramach gry kontrolnej – rozprawił się bezlitośnie 5:1 z Pogonią „Grodziszcze” Mazowieckie, było nie było wiceliderem I ligi. Z powodu żółtych kartek w niedzielę w naszych szeregach nikt nie będzie pauzował, więc cała kadra powinna być do dyspozycji trenejro. Tak więc jakoś w tę „reprezentacyjną klątwę” nie chce mi się wierzyć.
Ja wiem, że każdego przeciwnika trzeba doceniać i że jeszcze nikt przed meczem nie wygrał, a wielu przegrało, piłka jest okrągła, a bramki są dwie i takie tam inne… Ale gramy w swoim DOMU przy Słonecznej i mamy wypoczętych piłkarzy, którzy właśnie pokazali, że wiedzą, jak się strzela bramki słabszym drużynom. Dużo bramek. Za nimi stanie żółto-czerwona ściana, która da im dodatkową moc rykiem niemal 20 tysięcy gardeł!
zagranie.com – Będzie niespodzianka?
[…] Jagiellonia Białystok w ostatnich tygodniach nie miała aż tak dobrej formy, ale dalej jest to drużyna, która nie ma większych kryzysów. Zdarzy im się stracić punkty, ale ostatecznie i tak wychodzą potem na prostą i nie gubią aż tyle co inne ekipy. Jest to bardzo istotne w kontekście ligowej tabeli, bo takie zespoły jak Lech, Legia czy Pogoń nie są nawet blisko bycia w top 4. Jagiellonia mierzy się z zespołami, które raczej nie utrzymają tak dobrej formy przez cały sezon, bo zarówno Górnik jak i Wisła Płock mają raczej ograniczony potencjał. Jagiellonia tak naprawdę rywalizuje na ten moment tylko i wyłącznie ze sobą, bo jako jedyna ekipa z czołówki ma możliwości by utrzymać formę przez cały sezon, co trener Siemienic pokazywał już nie raz. Jagiellonia u siebie radzi sobie bardzo dobrze i w lidze przegrali jedynie 2 spotkania, a wygrali aż 5.
[…] GKS Katowice walczyć w tym sezonie będzie raczej jedynie o utrzymanie lub o solidną pozycję w środku tabeli. Na ten moment mają jedynie punkt przewagi nad strefą spadkową, a w dole tabeli jest spory ścisk. Warto zwrócić też uwagę, na takie ekipy jak Pogoń, Widzew czy Legia, które mają po 17 punktów i raczej nie będą się biły na koniec sezonu o utrzymanie. GKS Katowice musi zacząć w takim razie zdobywać punkty, żeby realnie nie wpaść do strefy spadkowej, z której czasem naprawdę jest ciężko wyjść. Piast czy Lechią są w tej strefie od dłuższego czasu i dalej walczą o to by wyjść na prostą. W GKS Katowice główną postacią jest Bartosz Nowak, który ma już udział przy 9 bramkach ligowych w tym sezonie. Jest to centralna postać całej ofensywny, na której GKS w tym sezonie po prostu stoi. Gdyby nie ten zawodnik, to drużyna niemal na pewno byłaby w tym momencie w strefie spadkowej. Strzelili w tym sezonie 21 bramek, ale stracili aż 27. Przy tak słabej obronie będzie im bardzo ciężko się utrzymać, dlatego muszą nadrabiać w ataku. Co ciekawe, spory udział przy bramkach w tej drużynie mają środkowi obrońcy. Klemenz ma 4 bramki, Zrelak ma 2, a Alan Czerwiński ma 3 asysty. GKS Katowice na wyjazdach wygrał tylko 2 spotkania i ma bilans bramkowy 10:14.
[…] GKS Katowice nie radzi sobie zbyt dobrze w tym sezonie, ale ostatnio mają formę zwyżkową. Wygrali aż 4 z 5 ostatnich spotkań i teoretycznie wyglądają całkiem nieźle. Grali jednak na bardzo przeciętnych rywali. Jagiellonia będzie na zdecydowanie wyższym poziomie, a do tego mają przewagę własnego boiska. W poprzednim sezonie Jagiellonia wygrała bezpośrednie spotkanie 1:0, ale rywal nie miał też zbyt wielu okazji. GKS Katowice oddał 1 strzał celny w tamtym starciu i w głównej mierze byli raczej bezradni. GKS Katowice w ostatnim czasie pokonał ŁKS, Termalice, Korone czy Motor. W ostatniej kolejce przegrali natomiast z Piastem Gliwice. Myślę, że Jagiellonia będzie dla nich po prostu zbyt niewygodnym rywalem, zwłaszcza patrząc na to jak słabą ma defensywę ekipa z Katowic.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.
-
Sponsorzy 2 tygodnie temuMówią, że nie da się obejrzeć wszystkiego na tym turnieju?
-
Hokej 2 tygodnie temuTygodniowy przegląd mediów: GKS Katowice z brązem
-
Felietony 5 dni temuJednym okiem na „Okiem rywala”
-
Sponsorzy 6 dni temuPeszko o mundialu: “Trzeba tylko wstać rano!”. Miliony do zgarnięcia u naszego sponsora!


Najnowsze komentarze