Piłka nożna Prasówka
Media o meczu z Puszczą: GKS czysty jak łza
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Puszcza Niepołomice 3:1 (0:1).
gazetakrakowska.pl – Nie udał się rewanż „Żubrom”, choć do przerwy było dobrze
[…] Puszcza tylko do przerwy grała dobrze i w walce o utrzymanie nie dopisuje do swojego dorobku żadnego punktu.
[…] W 3 min gospodarze mieli kapitalną szansę na objęcie prowadzenia – po zbyt krótkim wybiciu piłki przez Dawida Szymonowicza Dawid Drachal uderzał z kilku metrów, ale posłał piłkę nad poprzeczkę. Puszcza grała nerwowo i kolejną szansę gospodarze mieli w 6 min – Kewin Komar musiał bronić strzał Adriana Błąda.
Szybko jednak „Żubry” otrząsnęły się z letargu – Herman Barkouski przejął piłkę, po złym przyjęciu przez Łukasza Klemenza, ograł rywali i uderzył z linii 16 m – piłka odbiła się od słupka i wpadła do siatki! To drugi gol Białorusina, w drugim meczu z rzędu, to on bowiem zapewnił Puszczy remis z Rakowem.
Puszcza nabrała pewności siebie, przeniosła trochę ciężar gry spod własnej bramki. GKS nie ustawał jednak w wysiłkach – w 22 min Borja Galan strzelał groźnie, ale czujny był Komar. Po chwili uderzał Błąd – nad poprzeczką.
Trwała ofensywa – w 32 min szukał szczęścia Drachal, ale znów Komar był dobrze ustawiony. Goście „odgryźli się” w 38 – strzelał Craciun – piłkę zablokował Marcin Wasielewski, poprawka Janiego Atanasova była też nieskuteczna.
– Pamiętamy naszą ostatnią porażkę z GKS-em, chcieliśmy się zrewanżować, mocno wejść w mecz. Chcielibyśmy to utrzymać, a może i podwyższyć prowadzenie – stwierdził w przerwie Konrad Stępień.
Ledwo co zaczęła się II połowa, a już Komar musiał interweniować. Sebastian Bergier mijał rywali jak slalomowe tyczki, w końcu zdecydował się na strzał z 7 m, który świetnie obronił golkiper Puszczy. Chwilę później nie dał się pokonać Alanowi Czerwińskiemu.
Ten piłkarz podawał do Bergiera, który odepchnął Szymonowicza i z 5 m pokonał Komara. Była 59 min. Sędziowie sprawdzali tę sytuację na VAR-ze i uznali mocno kontrowersyjną bramkę.
Katowiczanie uwierzyli w to, że jeszcze są w stanie przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Niepołomiczanie przeszli jednak na obronę piątką graczy i dzielnie realizowali obronny scenariusz. Próbowali jeszcze sami też coś zrobić, ale np. Gieorgij Żukow, który wszedł do gry, chybił.
W 80 min gospodarze znów jednak zadali cios – Bergier znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem po podaniu Bartosza Nowaka. I spokojnie „podcinką” posłał piłkę nad Komarem do siatki.
Puszcza w doliczonym czasie gry jeszcze walczyła o korzystny wynik – miała rzut rożny, ale centrę Mateusza Cholewiaka wyłapał Dawid Kudła. W rewanżu po dynamicznym wejściu Wasielewskiego zrobiło się gorąco pod bramką gości i Michal Siplak tak niefortunnie interweniował, że skierował piłkę do własnej bramki.
weszlo.com – GKS czysty jak łza. Nie musiał faulować, żeby wygrać z Puszczą
Trener Rafał Górak zdecydował się dziś na godny pochwały challenge – za każdy krok wykonany podczas meczu z Puszczą jeden ze sponsorów zapłaci złotówkę na fundację Oko w Oko z Rakiem. Fajne? Fajne! O obfite ruchy szkoleniowca zadbali dodatkowo piłkarze, którzy ewidentnie grali lepiej, lecz długo – aż do ostatniego kwadransa – nie potrafili wyjść na prowadzenie. Można się było wkurzyć, widząc jak beztrosko GieKSa podchodzi do wykończenia akcji. I narobić ze zdenerwowania więcej kroków niż zwykle.
– Nie jestem przekonany, że o Puszczy dalej można mówić jako o rywalu specyficznym. Wydaje mi się, że Puszcza już okrzepła – mówił przed meczem szkoleniowiec GKS-u. Mimo tych słów, jego drużyna podeszła do starcia z niepołomiczanami z… niecodziennym nastawieniem.
Co jest największym atutem Puszczy? Wszyscy wiedzą, że stałe fragmenty.
Jaki był więc pomysł GieKSy? Za wszelką cenę nie faulować.
Zespół z Katowic był tak czysty, jakby reklamował proszek do prania. Skończył mecz z… zaledwie dwoma faulami. Takie liczby przewinień w naszej lidze praktycznie się nie zdarzają. Choć wiadomo – gdyby GKS miał nóż na gardle i walczył o utrzymanie, pewnie nie pozwoliłby sobie na tak luźne podejście do pojedynków z przeciwnikami. Taktyka się opłaciła, Puszcza nie miała z czego siać zamętu pod bramką rywala.
Ale to ona jako pierwsza wyszła na prowadzenie. W środku pola obciął się Klemenz (słaby mecz tego piłkarza) i na bramkę z kontrą pognało czterech zawodników gości czekających na podanie. Mimo to Barkowskij samemu zdecydował się kończyć indywidualną akcję. Wiadomo – gdyby nie trafił, pewnie czekałaby na niego wielka bura od trenera Tułacza. Na swoje szczęście zmieścił piłkę idealnie od słupka.
Puszcza schodziła na przerwę z jednobramkowym prowadzeniem, lecz nie był to wynik odzwierciedlający to, co dzieje się na boisku. Problemem GKS-u było to, że podchodził do wykreowanych przez siebie okazji z wielką beztroską. Jak Szymonowicz wybił piłkę prosto pod nogi Drachala, to ten niepotrzebnie szukał idealnego strzału, zamiast po prostu skorzystać z prezentu. Jak Serafin próbując uspokoić sytuację podał do tyłu, to Bergier i jego koledzy nie zachowali zimnej krwi. Jak Błąd dostał patelnię do strzału, to odpalił rakietę w kosmos. A jak znów Drachal popisał się znakomitą indywidualną akcją, to uderzył lekko i przewidywalnie.
A trener Górak… robił kroki.
Dopiero po przerwie GKS rozjechał swojego rywala, po raz pierwszy odwracając w tym sezonie wynik. Dwa gole zdobył Bergier, którego szkoleniowiec zostawił na boisku do niemalże samego końca, żeby popracował na hat-tricka (fajny gest). Przy pierwszym z trafień pomógł Szymonowicz. Został odstawiony przez napastnika, przewrócił się i bardzo domagał się odgwizdania faulu. VAR niczego się nie dopatrzył i jak na nasze oko – żadnego przewinienia nie było, zwykła próba przymuszenia sędziów do pochopnej decyzji.
Przy drugim cała defensywa Puszczy wyglądała jak jakaś agencja statystów. Błąd zagrał jednemu z nich pomiędzy nogami, a później cała reszta stała jak wryta patrząc jak Nowak z Bergierem wjeżdżają do bramki. Na koniec samobója strzelił sobie jeszcze Siplak. Komar obronił dziś łącznie siedem uderzeń.
Tak grającą GieKSę aż chce się oglądać. Dziś z perspektywy nowego stadionu robiło to dwanaście tysięcy widzów. Z taką grą o zapewnienie świetnej frekwencji na oddanym niedawno obiekcie nie powinno być żadnych problemów.
dziennikzachodni.pl – GieKSa drugi raz wygrała na Nowej Bukowej, choć przegrywała 0:1
[…] Przed meczem w Katowicach, tak jak na innych stadionach w naszym kraju w ten weekend, była minuta ciszy poświęcona zmarłemu Leo Beenhakkerowi – byłemu selekcjonerowi reprezentacji Polski.
GieKSiarze od początku ruszyli na rywala. W 3. minucie Dawid Drachal powinien trafić na 1:0, ale z siedmiu metrów kopnął piłkę nad poprzeczką. Trzy minuty później po nieporozumieniu piłkarzy Puszczy piłkę przejęli katowiczanie – Kewin Komar sparował strzał Adriana Błąda, a Bartosz Nowak uderzył koło słupka.
Niewykorzystane okazje szybko się zemściły, bo to Puszcza objęła prowadzenie w 10. minucie. Gierman Barkowskij zbiegł ze skrzydła, strzelił z 16 metrów, a piłka odbiła się od dalszego słupka i wpadła do bramki. Białorusin był też autorem gola dla Puszczy w meczu z Rakowem.
GKS potrzebował chwili, aby dojść do siebie po tym ciosie. W 22. minucie Komara spróbował zaskoczyć Borja Galan, ale bramkarz Puszczy pewnie obronił. Sześć minut później Błąd zamiast strzelić do bramki posłał piłkę „Panu Bogu w okno”. Potem Drachal przeprowadził rajd środkiem boiska, oddał strzał i Komar był na posterunku. W 43. minucie Sebastian Bergiel miał swoją okazję – nie zdołał z pięciu metrów pokonać bramkarza Puszczy, bo strzelił prosto w niego.
Bergiel na początku drugiej połowy miał kolejną sytuację i tym razem Komar znów był górą. Bramkarz Puszczy złapał też piłkę, gdy strzelał Alan Czerwiński.
Wreszcie ataki GieKSy przyniosły efekt. Bergier strzelił na 1:1. Z prawej strony podał Marcin Wasielewski. Napastnik gospodarzy przyjął piłkę i wpakował piłkę do siatki. Na stadionie była jeszcze niepewność, bo sytuację pod lupę wziął VAR . Gol został potwierdzony, co przyjęto z wielką radością.
Katowiczanie nie ustali w atakach i w 80. minucie Bergier wykorzystał sytuację oko w oko z bramkarzem posyłając nad nim piłkę techniczną podcinką. Prostopadłe podanie, które stało się asystą, posłał Bartosz Nowak.
W doliczonym czasie wynik ustalił Michal Siplak zaliczając samobója.
sportowefakty.wp.pl – Decydująca końcówka meczu w Katowicach
GKS Katowice przed własną publicznością jest nie do zatrzymania. Beniaminek w sobotnim spotkaniu 28. kolejki PKO Ekstraklasy zwyciężył z Puszczą Niepołomice 3:1. Decydująca okazała się końcówka spotkania.
Po piątkowym zwycięstwie KGHM Zagłębia Lubin, podopieczni trenera Tomasza Tułacza musieli sięgnąć po punkty w Katowicach, by również złapać dystans do strefy spadkowej i nie pozwolić bezpośrednim rywalom w walce o utrzymanie, odskoczyć zbyt daleko w tabeli.
Zadanie nie należało do najprostszych, bo GKS Katowice to drużyna, która całkiem nieźle punktuje na własnym obiekcie, a ostatni mecz przed własną publicznością przegrała w listopadzie ubiegłego roku z Koroną Kielce (1:2).
Puszcza rozpoczęła jednak w najlepszy możliwy sposób, bo zaledwie po 10 minutach od pierwszego gwizdka, na listę strzelców wpisał się Gierman Barkowskij. Białorusin otrzymał piłkę w bocznym sektorze od Konrad Stępnia i pomknął indywidualnie w kierunku bramki. Po zejściu do środka na lewą nogę, przymierzył tak, że Dawid Kudła nie miał szans na interwencję.
Napastnik Puszczy zaczyna rozkręcać się na boiskach PKO Ekstraklasy. Było to jego drugie trafienie z rzędu. Kilka dni wcześniej to właśnie on zapewnił wyrównanie swojej drużynie w ostatnich sekundach spotkania z Rakowem Częstochowa.
Warto zaznaczyć, że w pierwszej połowie był to jedyny strzał celny gości. Przeważali piłkarze GKS-u Katowice, ale w ich przypadku, piłka do bramki nie chciała długo trafić.
Dopiero po godzinie gry gospodarze przeprowadzili wreszcie skuteczny atak. Zapowiadało się spokojnie, natomiast Alan Czerwiński bardzo dobrze wypatrzył w polu karnym Sebastiana Bergiera. Napastnik GKS-u opanował piłkę w szesnastce i od razu posłał ją do siatki. Obrońcy Puszczy zostawili mu zdecydowanie zbyt dużo miejsca.
Dla piłkarzy z Niepołomic nawet remis pozostawał dobrym rezultatem, bo dla przyjezdnych liczą się teraz każde punkty. W końcowych minutach Puszcza pozwoliła jednak na to, by wypuścić cenną zdobycz z rąk. Ponownie do siatki trafił Sebastian Bergier, który w świetny sposób ograł golkipera po podaniu od Bartosza Nowaka.
Drugi gol zdecydowanie podciął skrzydła przyjezdnym, którzy i tak nie prezentowali się najlepiej w tym spotkaniu. W doliczonym czasie gry sami skierowali jeszcze piłkę do własnej bramki, a konkretniej za sprawą pechowej interwencji Michala Siplaka.
Katowiczanie wygodnie rozsiedli się w środku tabeli, zaś Puszcza Niepołomice choć wciąż pozostaje nad kreską, to po weekendzie może znaleźć się w strefie spadkowej.
gol24.pl – Napastnik GKS z dubletem. Kilka dni temu został ojcem
[…] Dubletem popisał się napastnik gospodarzy, Sebastian Bergier, który kilka dni temu został ojcem.
[…] Niewykorzystane sytuacje zemściły się bardzo szybko. W 10. minucie Gierman Barkowskij dostał piłkę na środku boiska, zupełnie nieatakowany popędził w stronę pola karnego miejscowych, wpadł w „szesnastkę” i płaskim strzałem – pokonał Dawida Kudłę.
Gol nieco ostudził zapędy GieKSy, która jednak wciąż atakowała. Nie przełożyło się to na wynik i do przerwy to Puszcza schodziła na przerwę z prowadzeniem. W przerwie tak ocenił pierwszą połowę Dawid Drachal:
– Uważam, że lepiej gramy. Stworzyliśmy sobie dogodne sytuacje do tego, żeby strzelić bramkę. Niestety, to się nie udało. Jeden nasz błąd i tracimy bramkę, której tak naprawdę mogliśmy zapobiec. Przed nami jest jeszcze druga połowa, więc mam nadzieję, że wynik da się odwrócić – mówił dla Canal+Sport.
Po zmianie stron gospodarze przy Nowej Bukowej, przycisnęli. Ostatecznie Sebastian Bergier zachował się najprzytomniej w polu karnym Puszczy, wbijając piłkę do siatki.
Chwilę trwała weryfikacja VAR, ale sędziowie (na czele z Piotrem Rzucidło) orzekli, że strzelec gola nie faulował przed oddaniem strzału Dawida Szymonowicza.
Cudownym (drugim) trafieniem popisał się na niespełna dziesięć minut przed końcem. Na wolne pole wypuścił Bergiera, Bartosz Nowak. Napastnikowi GieKSy nie pozostało nic innego, jak umieścić ją w sieci. Podciął piłkę nad bramkarzem Puszczy Niepołomice, który mógł tylko obserwować jak wpada mu za kołnierz.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.
Piłka nożna
Post scriptum do Rakowa i Lecha
Dwa wyjazdowe mecze za nami. Zapraszamy więc do tradycyjnego post scriptum. A potem już tylko Motor.
1. Na mecz z Rakowem, który miał być najważniejszym spotkaniem od dawna wybraliśmy się w 4 osoby – ja, Misiek, Kazik, Flifen. Jako że nie był to daleki wyjazd, mogliśmy wyjechać stosunkowo późno. Wiadomo – godzinka drogi i jesteśmy na miejscu.
2. Ciekawa zawsze jest to droga – wiadomo, najpierw autostrada, a potem jakieś lokalne drogi. Zawsze zastanawia się czy na tę ulicę Spalonienko czy jakoś tam wjeżdżają te wszystkie autoary przewożące piłkarzy.
3. Chyba nam ta mobilizacja mocno się udzieliła i organizm zareagował… odwrotnie. Bo dużo było… ziewania na trasie. Może tak czasem być, taka paradoksalna reakcja organizmu.
4. Ogólnie to widzieliśmy autokar Rakowa dojeżdżający na stadion. Oni też nie wiedzieli, w jakim widowisku przyjdzie im uczestniczyć.
5. O ile na poprzednich meczach w Częstochowie byliśmy dużo wcześniej, tym razem było to „zaledwie” jakieś półtorej godziny przed meczem. To spowodowało, że musieliśmy się z pewnymi ważnymi rzeczami sprężać.
6. Kazik chciał odpalić drona, żeby zrobić efektowne zdjęcia stadionu i pętli. Niestety jakieś zakłócenia w eterze spowodowały, że dron nie ruszył i musieliśmy zadowolić się zdjęciami naziemnymi. Potem drony latały nad stadionem i zrzucały piłki. Ciekawy pomysł.
7. Chcieliśmy szybko przemieścić się do budki z akredytacjami, ale… policja zablokowała główną ulicę. Casus podobnie jak na Cracovii. Bo zaraz mieli przyjechać kibice gości. Dlatego nie można było poruszać się wzdłuż ulicy.
8. Dodatkowo po przejściu na drugą stronę ulicy, też nie można było przejść. Policja więc kierowała przez jakiś park, potem przez jakieś domki i byliśmy naprzeciwko przejścia. Czekaliśmy, a wkrótce autokary z kibicami przejechały.
9. Szybko odebraliśmy akredytacje i mogliśmy wejść na stadion. Nie kombinowaliśmy już z VIP-ami tylko od razu udaliśmy się na nasze prawowite miejsca.
10. To znaczy, zanim poszliśmy na prasówkę, udaliśmy się do sklepiku klubowego. A potem już był jeden cel – tzw. gięta. Wiedzieliśmy, że przy jednym sektorze jest taka fajna krojona, z cebulką. Mieliśmy taki plan już od grudnia. Ale na następny sezon. Na Raków trafiliśmy jednak w Pucharze Polski.
11. W tym celu obeszliśmy ten stadion. Nie naśmiewając się, bo sami mamy nowy obiekt od niedawna, niektóre miejsca za trybunami wyglądają, jakby były przytwierdzone na trytytki. Ale są to trytytki mocne. Mnie się ostatecznie ten stadion podoba. W dobie tych wszystkich nowy – daje powiew dawnych czasów.
12. Obeszliśmy więc. Na koniec musieliśmy się wylegitymować, żeby wejść na miejsce sektorowe. I znaleźliśmy się pod kiełbasą.
13. No panie, powiem ci – klasyczek. Półtorej (?) chyba kiełby i mnóstwo cebulki takiej zgrillowanej, w duuuużych kawałach. Musztarda, bułeczka. Smakowite. Minusem był ogórek kiszony, który ani trochę nie był kwaśny.
14. Skierowaliśmy się z powrotem – już na sektor prasowy. To pierwszy stadion od powrotu do ekstraklasy, na którym zawitaliśmy po raz trzeci. Wiedzieliśmy więc co i jak – czym to się je. Nagrywka przedmeczowa i zajęliśmy miejsca. Takie bez stolików, ale z większą przestrzenią. Więc komputer wylądował na kolanach.
15. Najgorsze było podłączanie do kontaktu. Trzeba było uklęknąć i się schylić, co na tej kracianej posadzce przyprawiało o ból kolan. Ale dało radę i byliśmy podpięci.
16. Czekaliśmy na mecz. Gdzieś tam w międzyczasie mijałem Mateusza Borka i Grzegorza Mielcarskiego, którzy mieli komentować to spotkanie. Jeszcze nie wiedzieli, jakie emocje będą także ich udziałem.
17. Jakiż to był mecz. Mecz, który zapamiętamy na lata. To była wielka piłka. Dramaturgia, zwroty akcji i dla postronnego widza kapitalny mecz do oglądania. Objęliśmy prowadzenie po golu Jirki, a potem Jędrych podwyższył z rzutu karnego.
18. W przerwie więc mieliśmy dobre humory, ale czujność musiała być zachowana. To jeszcze przecież nie znaczyło, że meldujemy się w finale. Kibice Rakowa mieli się z pyszna. Ale ciągle wierzyli.
19. Początek drugiej połowy był jak nóż w serce. Jeszcze nie wybiła 49. minuta, a już mieliśmy wyrównanie. Stadion przy Limanowskiego w euforii, my nosy spuszczone na kwintę. Nadal jednak przecież to był remis, czyli dla obu stron podobna sytuacja. Ale morale lepsze miał Raków.
20. Wkrótce gospodarze mieli rzut karny. Przez chwilę byliśmy w radości, gdy Dawid Kudła obronił. Ale szybko Diaby-Fadiga dobił ten strzał. Sędzia VAR-ował tę kontrowersyjną sytuację i przy okazji potem poznaliśmy absurdalny przepis o niepostawieniu nogi na murawie. Nie znając go – widzieliśmy potężną kontrowersję.
21. To już był dramat. Przegrywaliśmy 2:3. Wydawało się, że w sposób bardzo frajerski przegramy ten półfinał. Ale Adam Zrelak w samej końcówce doprowadził do wyrównania i wprawił nas w euforię. To był drugi mecz z rzędu, kiedy strzeliliśmy gola w doliczonym czasie.
22. Dogrywka zapowiadała kolejne wielkie emocje. W drugiej połowie znów pokarał nas Rocha, choć ostatecznie okazało się, że to samobój Alana. Ale już ultra katem w tym sezonie jest dla nas Brunes, który w każdym z trzech meczów trafił do siatki.
23. I jeszcze raz wyrównaliśmy. Eman się nie certolił, tylko przywalił precyzyjnie z dystansu. Mateusz Borek godnie oddał to w komentarzu, fenomenalna euforyczna sytuacja i Eman ekspresyjnie cieszący się pod sektorem gości. Cudowny moment. Przyznam, że mimo porażki, potem oglądałem to wielokrotnie.
24. No i te nieszczęsne karne, które okazały się dla nas bezbarwne. Dwa pudła, a Raków strzelił wszystko. Odpadliśmy, a gospodarze cieszyli się z awansu do finału.
25. Zebraliśmy manatki, nagrałem nagrywkę i poszliśmy na konferencję prasową. Teraz inna droga prowadzi na salę konferencyjną, więc pani nie chciała nas wpuścić. Ale akurat przechodził Wojciech Cygan, który „po starej znajomości” pozwolił nam tędy przejść.
26. Na konferencji przynajmniej można było się posilić zupą i jakimiś przekąskami. Marne to było pocieszenie. Straciliśmy tak wielką szansę, było tak blisko i nasi piłkarze zrobili wszystko. Szkoda była wielka.
27. Wypowiedzieli się obaj trenerzy, a my po konferencji jeszcze zrobiliśmy swoje materiały. Internet huczał od kontrowersji. Pożegnał się z nami drugi trener Rakowa oraz rzecznik. Oni byli przeszczęśliwi.
28. Mieliśmy problem z wyjściem, bo brama była zamknięta. Jakiś gościu powiedział, że trzeba nacisnąć jakiś guzik, żeby otworzyła się furtka. Doszliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic.
29. W stolicy Górnego Śląska byliśmy gdzieś przed północą. Nie tym razem Narodowy. Ale czekał nas za trzy dni kolejny mecz. Bardzo ważny i bardzo trudny.
—–
30. Do Poznania to już większa logistyka. Wiadomo, trzeba wyjechać rano, a wrócić w nocy. Ale na szczęście nie bardzo rano. Dlatego też wyjazd mieliśmy zaplanowany na 11. Ostatecznie ruszyliśmy nieco spóźnieni.
31. Mecz opracowywaliśmy w cztery osoby: ja, Misiek, Kazik i Marcin, który dojechał we własnym zakresie i działał na miejscu.
32. Droga przebiegała spokojnie, ładna była pogoda, tylko trochę zimno, gdy wiało. Zrobiliśmy ze dwa postoje, by coś małego przekąsić i napić się herbaty lub kawy. Na większą szamkę upatrzyliśmy sobie jedną z knajpek nieopodal Bułgarskiej.
33. Mijaliśmy znów Tarczyński Arena we Wrocławiu. Czy dane nam tam będzie zawitać w przyszłym sezonie? Jest to całkiem możliwe, bo Śląsk spisuje się w pierwszej lidze bardzo dobrze.
34. W Poznaniu byliśmy przed 15, mieliśmy więc jak na nas czasu i dużo i mało. Ale zjeść było trzeba. Padło więc na „Burger Lokalnie”. Chłopaki wzięli loaded frytki, ja skusiłem się na burgera. Dość dziwny sposób płatności – blik przez telefon. Wiem oczywiście o takim sposobie, ale przyznam, że pierwszy raz się z tym spotkałem w knajpie.
35. Mieli dużo zamówień, więc trochę musieliśmy poczekać. Ponad pół godziny. Na telewizorze leciał mecz Parma – Napoli, a za oknem przejeżdżały zielone tramwaje. Cały czas miałem wrażenie, że to autokar GieKSy przejeżdża, a przecież jak wiemy – bardzo często go spotykamy na swojej drodze.
36. Po nasyceniu się ruszyliśmy do auta i udaliśmy się na stadion. Zapowiadana frekwencja ponad 35 tysięcy powodowała, że zastanawialiśmy się, czy uda nam się ominąć korki.
37. Jak się okazało, nie było żadnych problemów, ot jedne dłuższe światła na kilka razy i już byliśmy na ulicy Ptasiej, od której jest wjazd na parking. No to wjechaliśmy.
38. Kazik odpalił drona, który tu już nie odmówił posłuszeństwa. Ja przyznam, że pierwszy raz widziałem taką akcję, z patrzeniem się na obraz na żywo. Absolutnie fenomenalna sprawa i niesamowity widok oraz szybkość poruszania. Dzięki temu mamy z większości stadionu tak efektowne ujęcia.
39. Udaliśmy się po odbiór akredytacji. Poszło szybko i sprawnie, po czym mogliśmy pójść do bramy wejściowej już stricte na stadion. Jeść nie można.
40. Pamiętałem obiekt przy Bułgarskiej z poprzedniego sezonu, więc tu nie było żadnego błądzenia. Wiedzieliśmy, co jest gdzie. Najpierw więc poszliśmy do pomieszczenia pracy dziennikarzy i fotoreporterów. Były ciastka, nachosy i napoje. Chciałem zrobić herbatę, ale woda była letnia. Więc olałem.
41. Rozdzieliłem się z chłopakami i pojechałem windą na prasówkę. No i wyszedłem na trybuny i znów – wielkie wrażenie. No to jest potężny stadion. Wysokie trybuny, rozległe, a jednak bardzo dobrą widocznością. Piękny czterdziestotysięcznik. A jeszcze miał być niemal zapełniony.
42. Nagrałem więc przedmeczową nagrywkę, a zanim zająłem miejsce musiałem ogarnąć tę… herbatę. Tutaj znowu był wrzątek, ale nie było saszetek. Co prawda w drugim werniku była gotowa herbka, ale to nie to samo. Zjechałem więc na dół po szaszetki i wróciłem.
43. Warunki do pracy na Lechu są doskonałe. Widoczność to raz. Stanowiska – kapitalne. Duże blaty, dużo kontaktów, świetny internet. Pracowanie na tym obiekcie to czysta przyjemność. Wszystko się tam zgadza.
44. Trybuny powoli się wypełniały, a piłkarze rozgrzewali. Była siedemnasta, więc światło dzienne. Ostatnio byliśmy tu już tylko przy sztucznym oświetleniu.
45. Ale pamiętamy przecież ten stadion bardzo dobrze. Graliśmy tutaj przecież kilka razy z Wartą Poznań. Dla nas swego czasu świętem było uczestnictwo w takim spektakularnym meczu Zielonych, gdy dowodziła nimi pani Łykomska-Pyżalska. Wtedy kilkanaście tysięcy Warciarzy zrobiło show. Kibice GKS również. Wówczas przegraliśmy, ale tylko na takie „święta” mogliśmy liczyć. Z Wartą przy Bułgarskiej też wygrywaliśmy 1:0 czy remisowaliśmy 2:2 i… 3:3.
46. Mecz poprzedziła minuta ciszy ku czci Jacka Magiery. Była cisza i szacunek. A przecież ani z Lechem, ani z GKS Jacek Magiera nie był związany. Podoba mi się to trzymanie szalików w górze podczas takich upamiętnień. Jest to dla mnie wyraz absolutnego szacunku jako społeczność.
47. Potem już zaczęło się wielkie granie. Zastanawialiśmy się jak to będzie wyglądało po Częstochowie. Niepotrzebnie. GieKSa zaprezentowała się po prostu kapitalnie. Nie ustrzegając się błędów w defensywie. Ale dzięki temu mieliśmy świetny mecz. Kibice też swoje zaprezentowali.
48. Naprawdę ten uśmiech Markovića z rozciętym łukiem brwiowym jest epicki. Jego towarzysze również z jednej strony gratulujący, z drugiej troszczący się. Ranny wojownik na bitwie, ale święcący swój triumf. Można powiedzieć, że to bardzo pierwotne. Archetypowe.
49. Czy nie do tego została stworzona piłka nożna i sport w ogóle? Żeby te pierwotne instynkty związane z walką i rywalizacją rozwiązywać w uzgodniony i cywilizowany sposób? Używamy takich słów: taktyka, strategia, walka. Zwycięstwo i porażka.
50. W przerwie udałem się zobaczyć, co tam ciekawego do jedzenia w kuluarach. Jakaś meksykańska zupka była i kanapki. Też sympatycznie, można było lekko się posilić. Coś tam konsumowali też Mateusz Borek z Grzegorzem Mielcarskim, którzy drugi raz z rzędu mieli okazję komentować kapitalne widowisko z udziałem GieKSy.
51. Druga połowa to był już cios za cios. Poznański Kocioł przeżywał swoje euforie po wyrównujących bramkach i frustracje po golach straconych. A nasz sektor jeszcze dwukrotnie wybuchał radością po golach – najpierw Ilji, a potem Emana.
52. Co ciekawe, dla Ilji Szkurina nie była to pierwsza bramka w tym sezonie przy Bułgarskiej. Zawodnik trafił przecież w Superpucharze jeszcze w barwach Legii, gdy Wojskowi wygrali w Poznaniu 2:1. Strzelił na tę samą bramkę. Trochę ładniej – ale liczy się efekt.
53. Eman na razie strzela tylko na wyjeździe. Dublet w Niecieczy, gol w Częstochowie i teraz dwa trafienia w Poznaniu. Czekamy na pierwsze trafienie Norwega na Nowej Bukowej.
54. Ogólnie mecz przy 35 tysiącach kibiców to już naprawdę europejskie widowisko. A jeśli jeszcze piłkarze obu drużyn stworzyli spektakl, to trudno się dziwić zachwytom. Jeśli GieKSa gra w meczach, które są wizytówką ekstraklasy, to wiedz, że w Katowicach dzieje się coś dobrego.
55. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 3:3. Piłkarze GKS i kibice podziękowali sobie wzajemnie. Kibice Lecha wsparli swoich piłkarzy – docenili tę gonitwę.
56. Nagrywka i na konferencję prasową. Była ona wyjątkowo długa, bo trwała ponad 40 minut, zwłaszcza maglowali dziennikarze trenera Nilsa Frederiksena, z niebywale posępną miną. Szkoleniowiec nie był zadowolony po tym spotkaniu. Natomiast Rafał Górak mówił o pewnym niedosycie, ale też z szacunkiem podchodził do jednego punktu.
57. Jedynie tutaj pan podający mikrofon trochę wywierał presję, bo tak stał nad człowiekiem i po zadaniu pytania już sięgał, żeby mu oddać mikrofon. Powiedziałem mu więc, że jeszcze jedno pytanie chcę zadać. W sumie myślałem, żeby zadać cztery, ale stwierdziłem, że skoro stosuje taki wysoki pressing, to poprzestanę na dwóch.
58. Porobiliśmy jeszcze swoje materiały i w końcu zebraliśmy się. Czekała nas kilkugodzinna podróż powrotna do domu. Przejście przez lochy stadionu Lecha jest ciekawe.
59. Jeszcze zahaczyliśmy o kurczaki we Wrocławiu. Pierwszy raz spotkałem się w takim miejscu z tym, że wychodzi obsługa i mówi, co jeszcze jest dostępne, bo niedługo zamykają. Ale przynajmniej było świeżutkie, świeżo usmażone.
60. W Katowicach byliśmy o drugiej. Widzieliśmy, jak pod stadion wjeżdża autokar z naszymi piłkarzami.
61. To był bardzo intensywny dwumecz. Nim się jednak nie obejrzymy, to już w piątek zagramy z Motorem. Kupujcie bilety i dopingujemy tę kapitalną drużynę.



































































Najnowsze komentarze