Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu z Widzewem: GieKSa rozbita

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Widzew Łódź – GKS Katowice. GieKSa przegrała 0:3 (0:1).

 

widzewtomy.net – Widzew Łódź – GKS Katowice 3:0 (1:0)

Po bardzo dobrym spotkaniu Widzew Łódź pokonał GKS Katowice 3:0. Bramki dla czerwono-biało-czerwonych strzelali Sebastian Bergier, Fran Alvarez oraz trafienie samobójcze dołożył Mateusz Kowalczyk.

[…] Trener Górak natomiast zdecydował się na dwie roszady. Poza kadrą znalazła się legenda GKS-u, Adrian Błąd, a w jego miejsce wskoczył Marcel Wędrychowski. W środku pola doszło do szokującej zmiany, ponieważ Kacpra Łukasiaka zastąpił Konrad Gruszkowski, dla którego środkowa pomoc nie jest nominalną pozycją.

Pierwsze dziewięć minut było dosyć spokojne. Konkretami nie wykazali się ani gospodarze, ani goście.

[…] Łodzianie dobrze wyszli spod pressingu – głównie za sprawą genialnego balansu ciała Shehu. Piłka jak po sznurku przeszła z lewej do prawej, gdzie był Akere. Nigeryjczyk dograł piłkę w pole karne w kierunku Fornalczyka, ale skrzydłowy Widzewa był dobrze kryty. Pierwszy celny strzał należał jednak do podopiecznych Rafała Góraka. Wywiązało się małe zamieszanie pod bramką Maćka Kikolskiego i jeden z graczy „Gieksy” oddał niesygnalizowany strzał. Poradził sobie z nim debiutujący golkiper czerwono-biało-czerwonych.

18. minuta i genialne długie podanie na Bergiera posłał Kikolski. Napastnik zgrał piłkę do Akere, a ten prostopadłym podaniem uruchomił Shehu. Albańczyk pomknął prawą stroną i miękko dośrodkował futbolówkę na dalszy słupek, a tam był Bergier, który wpakował piłkę głową do niemalże pustej bramki. Widzew wyszedł na prowadzenie i zaczął przejmować inicjatywę. Minuta dwudziesta trzecia i rzut rożny dla łodzian. Piłka dograna na Kozlovskyego, a z linii wybijał ją Klemenz. Na szesnastym metrze złapał ją jeszcze Shehu, który wystawił futbolówkę Akere, ale ten niestety bardzo niecelnie uderzał.

Ależ było groźnie w trzydziestej drugiej minucie! Ruszył prawą stroną Akere, który genialnie minął Klemenza. Nigeryjski skrzydłowy dogrywał piłkę płasko na około dziesiąty metr, ale był tam defensor „Gieksy”. Futbolówka dosyć niefortunnie się od niego odbiła i prawie trafiła do bramki strzeżonej przez Kudłę. Nie połapał się w tym trochę Sebastian Bergier, który gdyby był bardziej czujny, to dołożyłby nogę i zanotowałby drugi dublet w tym sezonie. Trzydziesta szósta minuta i genialne podanie w kierunku Fornalczyka posłał Visus. Skrzydłowy podał krótko do Shehu, ten następnie do Selahiego, który od razu zagrał do Alvareza. Hiszpan strzelał z okolic szesnastego metra, ale został zablokowany. Nieco odważniej zaatakował GKS pod koniec pierwszej połowy, ale nic konkretnego z tego nie wyniknęło i do przerwy Widzew Łódź schodził z jednobramkowym prowadzeniem.

Ależ ruszyli widzewiacy! Dośrodkowanie Alvareza, a do główki wyskoczył Fornalczyk, który nieznacznie się pomylił. Widzewiacy dalej utrzymywali futbolówkę pod bramką gości i Hiszpan miał kolejną okazję do dośrodkowania piłki. Ta ponownie wylądowała na dalszym słupku i do bramki wbił ją Juljan Shehu. Wydawało się, że Widzew wyszedł na dwubramkowe prowadzenie, ale mieliśmy jeszcze interwencję VAR. Po chwili bramka została anulowana – jeden z graczy czerwono-biało-czerwonych zagrał piłkę ręką. 54. minuta i kolejna okazja dla podopiecznych Zeljko Sopicia. Z piłką w polu karnym znalazł się Shehu, który zszedł na prawą nogę i oddał strzał zza zasłony. Końcówkami palców interweniował Kudła. W pięćdziesiątej dziewiątej minucie pierwsza akcja GKS-u w drugiej połowie. Piłka zagrana do Wasielewskiego, a ten dograł ją płasko w pole karne, w które wbiegał Galan. Hiszpan oddał strzał z pierwszej piłki, ale było to bardzo niecelne uderzenie.

W sześćdziesiątej szóstej minucie dobrze uprzedził rywala Selahi, który do spółki z Alvarezem odebrał piłkę w środku pola. Przytrzymał ją następnie Bergier i zagrał do Fornalczyka, który miał z lewej strony sporo miejsca. Polski skrzydłowy wpadł w pole karne, zszedł na prawą nogę i oddał mocny strzał, który niestety powędrował nad poprzeczką. To była dobra próba. Znacznie bliżej zdobycia gola widzewiacy byli w 72. minucie. Dośrodkowywał piłkę z rzutu rożnego na dalszy słupek Alvarez, w kierunku Żyry. Defensor zgrał futbolówkę do środka, a tam był Gallapeni, który oddał strzał głową, ale fenomenalną, instynktowną interwencją popisał się Kudła.

Ostatni kwadrans spotkania zrobił się bardzo fizyczny, choć wszystko zmieniło się w osiemdziesiątej siódmej minucie. Z kontrą ruszyli czerwono-biało-czerwoni. Z lewej strony piłkę płasko dogrywał Alvarez, a Kowalczyk wbił ją do własnej bramki. Trzy minuty później po prawej stronie rozpędził się Angel Baena, który w swoim stylu zszedł na prawą nogę, dośrodkował piłkę, a akcję zamykał Fran Alvarez, który ustanowił wynik tego meczu na 3:0!

 

weszlo.com – Jedni mają Shehu, a drudzy Rosołka. Widzew miażdży GKS!

Nikt tak naprawdę nie wie, jak długo zajmie budowa wielkiego Widzewa i – przede wszystkim – jak dużo będzie to kosztować, ale takie mecze jak dzisiaj pokazują, że jest w tej drużynie spory potencjał. Wiadomo, rywal był, jaki był (GKS może mieć problemy z utrzymaniem), ale gospodarzy po prostu oglądało się więcej niż przyjemnie.

Rozmach, jakość, dobre tempo, skuteczność. Naprawdę w grze Widzewa było dziś wszystko i przeciwnik nie miał większych szans. Tak, na początku trochę podszczypywał, potem jeszcze Rosołek miał patelnię, ale jeśli zebrać całe 90 minut do kupy – przepaść.

[…] A GKS… Ech. Póki co nie ma śladu po drużynie, która była tak miłym zaskoczeniem rok temu. To nie jest jedyny problem, ale opieranie ataku na Rosołku to po prostu nieporozumienie. Facet nie umie strzelać goli, co wydaje się być pewnym kłopotem dla napastnika. Czasem mu coś wpadnie, ale częściej – nie wpadnie. Dzisiaj zmarnował patelnię z 10-11 metrów, kiedy wystarczyło tylko odpowiednio dostawić nogę. A on dostawił ją tak, że piłka przeleciała sporo nad bramką.

Gorzej, że zastąpić Rosołka też specjalnie nie ma kim, a jeśli Bartosz Nowak nie wymyśli czegoś z niczego – dzisiaj na nic nie wpadł – to GKS nie istnieje.

 

dziennikzachodni.pl – GieKSa rozbita. Strzelanie zaczął Sebastian Bergier

[…] Mecz Widzewa z GieKSą oczywiście ma kibicowskie podteksty. Kibice Widzewa żyją w przyjaźni z fanami Ruchu Chorzów, a GKS Katowice i Niebiescy jak pies z kotem. Sympatycy GKS-u Katowice w sobotę liczyli jednak przede wszystkim na dobrą grę swej drużyny, którą głośno wspierali z trybun łódzkiego stadionu.

GKS pojechał do Łodzi po dwóch meczach na Nowej Bukowej, którymi zaczynał nowy sezon. Drużyna trenera Rafała Góraka przegrała z Rakowem Częstochowa i zremisowała z Zagłębiem Lubin 2:2, choć do przerwy było 2:0 dla gości. Widzew najpierw pokonał u siebie Zagłębie 1:0, a następnie przegrał w Białymstoku z Jagiellonią 2:3. Oba gole dla łodzian w tym meczu zdobył Sebastian Bergier, który latem zamienił GieKSę na Widzew. W sobotę był w wyjściowym składzie przeciw swojej byłej drużynie

Początek należał do GieKSy, która przejęła inicjatywę i Widzew był w opałach. W 13. minucie zza pola karnego z woleja huknął Maciej Rosołek i Maciej Kikolski z trudem odbił piłkę. Goście nie zamienili jednak swojej przewagi na gola i w 18. minucie sami dostali „gonga”. Łodzianie przeprowadzili kontrę i na koniec Juljan Shehu zagrał na piąty metr do Bergiera, który „szczupakiem” posłał piłkę do siatki. Były napastnik katowiczan nie manifestował radości z szacunku do swej byłej drużyny.

– Wiele zawdzięczam GieKSie. Miałem w tym zespole najlepszy czas w karierze. Teraz zrobiłem następny krok, którym jest Widzew – mówił Bergier w TVP Sport. – Nie mogłem ostatnio trenować, wróciłem jednak i cieszę się, że dobrze wykonałem swoją pracę. Mam problem z mięśniem przywodzicielem, ale wkrótce wszystko będzie w porządku – dodał napastnik, który z tego powodu opuścił boisko w 69. minucie.

Zdobyta bramka nakręciła gospodarzy, którzy natarli z pasją na bramkę GieKSy i ciągle kotłowało się w polu karnym katowiczan. Widzew momentami grał zbyt koronkowo, chcąc chyba wjechać do bramki. Katowiczanie wybronili się w tym trudnym momencie, a w doliczonym czasie pierwszej połowy dali sygnał, że jeszcze mogą być groźni w drugiej części.

Po wyjściu z szatni piłkarze GKS-u zaatakowali, ale w 47. minucie piłka znalazła się w katowickiej bramce. Trafił z bliska Shehu. Radość gospodarzom popsuł VAR dopatrując się zagrania ręką zawodnikowi Widzewa (piłka odbiła na wysokości rękawka koszulki Albańczyka).

Łodzianie atakowali. GKS szukał szczęścia w kontrach i w 59. minucie miał swoją okazję – Marcin Wasielewski zagrał ze skrzydła na środek pola karnego do Rosołka, który strzelił bez przyjęcia, posyłając piłkę nad poprzeczką.

W 71. minucie Widzew miał szasnę na 2:0. Dion Gallapeni główkował z bliska po rzucie rożnym i Dawid Kudła uratował GKS, bo jakimś cudem odbił piłkę, którą z pola bramkowego wybił Aleksander Buksa. Dwie minuty później Wasielewski padł w polu karnym Widzewa (atakował go Gallapeni), ale sędziowie nie dopatrzyli się faulu.

W 87. minucie Shehu poczarował w środku pola i zagrał na skrzydło do Frana Alvareza. Ten wbiegł w pole karne i chciał odegrać, ale podanie przeciął Mateusz Kowalczyk i wpakował piłkę do własnej bramki. Alvarez trzy minuty później dobił GieKSę… Obrona gości znów się nie popisała.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Brzmi jak marzenie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jutro przyjdzie nam się zmierzyć w jednym z najważniejszych pojedynków w nowej historii GieKSy. Równać się może z tym chyba tylko pojedynek z Arką w Gdyni, który choć co prawda był zwykłym pojedynkiem ligowym – to fakt grania w ostatniej kolejce i zależności pomiędzy wynikiem, a awansem jednej z tych drużyn sprawiał, że był to po prostu istny finał sezonu. Arka była wówczas jak Brazylia w 1950, kiedy to w finale na Maracanie wystarczał Kanarkom remis. GieKSa wcieliła się w rolę Urugwaju, który musiał wygrać. I wygrał.

Od tamtego czasu GieKSa gra z dobrym skutkiem w ekstraklasie. I mimo, że jest to „nasza Liga Mistrzów”, to jednak rozgrywamy w niej powszednie mecze ligowe. Fakt, że wiele z nich to są piłkarskie i kibicowskie święta, ale pod względem ważności – są one zwykłymi meczami w najbliższej lidze. Jutro czeka nas mecz niezwykły. Mecz decydujący o czymś, o czym jeszcze niedawno jedynie mogliśmy marzyć w jakichś iluzorycznych majakach. Teraz Katowiczanie stają przed realną szansą. Szansą gry na Stadionie Narodowym o jedno z dwóch najważniejszych trofeów w polskiej piłce.

Zadanie jawi się z jednej strony jako bardzo trudne. Zagramy w końcu z jedną z najlepszych drużyn w ekstraklasie, z ekipą, która świetnie sobie radziła w europejskich pucharach. Stworzony przez Marka Papszuna Raków, pokonując podobne szczeble co GKS, stał się niespodziewanie klubem i drużyną na regularne podium. Byli mistrzem i zdobywcą pucharu.

Z drugiej strony jednak patrząc na ostatnią formę Rakowa, nie jest to drużyna nie do pokonania. Dalej ma bardzo dobrych zawodników, ale coś w tym zespole na wiosnę nie gra. Drużyna nie punktuje należycie, gra jest niemrawa. Na ten moment trener Tomczyk nie wniósł do tego zespołu czegoś mocnego i widocznego. Zadanie po Marku Papszunie miał trudne, ale mimo wszystko – Raków gra przeciętnie.

Dlatego jakbym miał zakwalifikować ten mecz, to powiedziałbym, że Raków jest faworytem, ale nie murowanym. Dałbym w szansach takie 65-35. Pamiętajmy też, że może być remis, a o wszystkim mogą decydować rzuty karne.

Od czasu awansu do ekstraklasy z Rakowem rozegraliśmy cztery mecze, z czego trzy przegraliśmy po 0:1. Nie był to jednak jakieś bardzo słabe spotkania w wykonaniu GieKSy. Najsłabszy był chyba mecz z 1. kolejki obecnego sezonu na Nowej Bukowej. Ale już w poprzednim sezonie u siebie i w grudniu w bieżącym na wyjeździe – to był już spotkania, które porażkami wcale się zakończyć nie musiały.

No dali nam przykład Katowiczanie, jak w Częstochowie zwyciężać mamy, w poprzednim sezonie. Po bardzo dobrym meczu GieKSa wygrała wówczas przy Limanowskiego 2:1. A Raków przecież wtedy był w dużo lepszej formie.

Mamy nadzieję, że zespół już się oswoił z meczami na wyjeździe z wielkimi. Dotychczas wyjąwszy wspomniany mecz z Rakowem, przegrywaliśmy. Na Legii, Lechu czy Jadze. Czas ten trend odwrócić, a szansa ku temu jest bardzo dobra, bo oprócz Rakowa, za chwilę gramy przecież przy Bułgarskiej.

Półfinał Pucharu Polski… Brzmi jak marzenie. Na razie nie ma co myśleć, co dalej. Trzeba się mocno skupić na czwartkowym meczu i po prostu realizować swój plan jak najlepiej. GieKSa to potrafi – pokazała to z Wisłą Płock. Niezależnie czy jest to oddanie piłki czy gra z nią. Ważne, żeby taktyka była dobrze dobrana i realizowana.

Ostatnim raz na tym szczeblu graliśmy 22 lata temu. Ponad dwie dekady. Tyle czasu nie znaczyliśmy nic w Pucharze Polski. Teraz GieKSa jest w najlepszej czwórce. Z nadzieją na więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga