Piłka nożna Prasówka
Media o meczu z Widzewem: GieKSa rozbita
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Widzew Łódź – GKS Katowice. GieKSa przegrała 0:3 (0:1).
widzewtomy.net – Widzew Łódź – GKS Katowice 3:0 (1:0)
Po bardzo dobrym spotkaniu Widzew Łódź pokonał GKS Katowice 3:0. Bramki dla czerwono-biało-czerwonych strzelali Sebastian Bergier, Fran Alvarez oraz trafienie samobójcze dołożył Mateusz Kowalczyk.
[…] Trener Górak natomiast zdecydował się na dwie roszady. Poza kadrą znalazła się legenda GKS-u, Adrian Błąd, a w jego miejsce wskoczył Marcel Wędrychowski. W środku pola doszło do szokującej zmiany, ponieważ Kacpra Łukasiaka zastąpił Konrad Gruszkowski, dla którego środkowa pomoc nie jest nominalną pozycją.
Pierwsze dziewięć minut było dosyć spokojne. Konkretami nie wykazali się ani gospodarze, ani goście.
[…] Łodzianie dobrze wyszli spod pressingu – głównie za sprawą genialnego balansu ciała Shehu. Piłka jak po sznurku przeszła z lewej do prawej, gdzie był Akere. Nigeryjczyk dograł piłkę w pole karne w kierunku Fornalczyka, ale skrzydłowy Widzewa był dobrze kryty. Pierwszy celny strzał należał jednak do podopiecznych Rafała Góraka. Wywiązało się małe zamieszanie pod bramką Maćka Kikolskiego i jeden z graczy „Gieksy” oddał niesygnalizowany strzał. Poradził sobie z nim debiutujący golkiper czerwono-biało-czerwonych.
18. minuta i genialne długie podanie na Bergiera posłał Kikolski. Napastnik zgrał piłkę do Akere, a ten prostopadłym podaniem uruchomił Shehu. Albańczyk pomknął prawą stroną i miękko dośrodkował futbolówkę na dalszy słupek, a tam był Bergier, który wpakował piłkę głową do niemalże pustej bramki. Widzew wyszedł na prowadzenie i zaczął przejmować inicjatywę. Minuta dwudziesta trzecia i rzut rożny dla łodzian. Piłka dograna na Kozlovskyego, a z linii wybijał ją Klemenz. Na szesnastym metrze złapał ją jeszcze Shehu, który wystawił futbolówkę Akere, ale ten niestety bardzo niecelnie uderzał.
Ależ było groźnie w trzydziestej drugiej minucie! Ruszył prawą stroną Akere, który genialnie minął Klemenza. Nigeryjski skrzydłowy dogrywał piłkę płasko na około dziesiąty metr, ale był tam defensor „Gieksy”. Futbolówka dosyć niefortunnie się od niego odbiła i prawie trafiła do bramki strzeżonej przez Kudłę. Nie połapał się w tym trochę Sebastian Bergier, który gdyby był bardziej czujny, to dołożyłby nogę i zanotowałby drugi dublet w tym sezonie. Trzydziesta szósta minuta i genialne podanie w kierunku Fornalczyka posłał Visus. Skrzydłowy podał krótko do Shehu, ten następnie do Selahiego, który od razu zagrał do Alvareza. Hiszpan strzelał z okolic szesnastego metra, ale został zablokowany. Nieco odważniej zaatakował GKS pod koniec pierwszej połowy, ale nic konkretnego z tego nie wyniknęło i do przerwy Widzew Łódź schodził z jednobramkowym prowadzeniem.
Ależ ruszyli widzewiacy! Dośrodkowanie Alvareza, a do główki wyskoczył Fornalczyk, który nieznacznie się pomylił. Widzewiacy dalej utrzymywali futbolówkę pod bramką gości i Hiszpan miał kolejną okazję do dośrodkowania piłki. Ta ponownie wylądowała na dalszym słupku i do bramki wbił ją Juljan Shehu. Wydawało się, że Widzew wyszedł na dwubramkowe prowadzenie, ale mieliśmy jeszcze interwencję VAR. Po chwili bramka została anulowana – jeden z graczy czerwono-biało-czerwonych zagrał piłkę ręką. 54. minuta i kolejna okazja dla podopiecznych Zeljko Sopicia. Z piłką w polu karnym znalazł się Shehu, który zszedł na prawą nogę i oddał strzał zza zasłony. Końcówkami palców interweniował Kudła. W pięćdziesiątej dziewiątej minucie pierwsza akcja GKS-u w drugiej połowie. Piłka zagrana do Wasielewskiego, a ten dograł ją płasko w pole karne, w które wbiegał Galan. Hiszpan oddał strzał z pierwszej piłki, ale było to bardzo niecelne uderzenie.
W sześćdziesiątej szóstej minucie dobrze uprzedził rywala Selahi, który do spółki z Alvarezem odebrał piłkę w środku pola. Przytrzymał ją następnie Bergier i zagrał do Fornalczyka, który miał z lewej strony sporo miejsca. Polski skrzydłowy wpadł w pole karne, zszedł na prawą nogę i oddał mocny strzał, który niestety powędrował nad poprzeczką. To była dobra próba. Znacznie bliżej zdobycia gola widzewiacy byli w 72. minucie. Dośrodkowywał piłkę z rzutu rożnego na dalszy słupek Alvarez, w kierunku Żyry. Defensor zgrał futbolówkę do środka, a tam był Gallapeni, który oddał strzał głową, ale fenomenalną, instynktowną interwencją popisał się Kudła.
Ostatni kwadrans spotkania zrobił się bardzo fizyczny, choć wszystko zmieniło się w osiemdziesiątej siódmej minucie. Z kontrą ruszyli czerwono-biało-czerwoni. Z lewej strony piłkę płasko dogrywał Alvarez, a Kowalczyk wbił ją do własnej bramki. Trzy minuty później po prawej stronie rozpędził się Angel Baena, który w swoim stylu zszedł na prawą nogę, dośrodkował piłkę, a akcję zamykał Fran Alvarez, który ustanowił wynik tego meczu na 3:0!
weszlo.com – Jedni mają Shehu, a drudzy Rosołka. Widzew miażdży GKS!
Nikt tak naprawdę nie wie, jak długo zajmie budowa wielkiego Widzewa i – przede wszystkim – jak dużo będzie to kosztować, ale takie mecze jak dzisiaj pokazują, że jest w tej drużynie spory potencjał. Wiadomo, rywal był, jaki był (GKS może mieć problemy z utrzymaniem), ale gospodarzy po prostu oglądało się więcej niż przyjemnie.
Rozmach, jakość, dobre tempo, skuteczność. Naprawdę w grze Widzewa było dziś wszystko i przeciwnik nie miał większych szans. Tak, na początku trochę podszczypywał, potem jeszcze Rosołek miał patelnię, ale jeśli zebrać całe 90 minut do kupy – przepaść.
[…] A GKS… Ech. Póki co nie ma śladu po drużynie, która była tak miłym zaskoczeniem rok temu. To nie jest jedyny problem, ale opieranie ataku na Rosołku to po prostu nieporozumienie. Facet nie umie strzelać goli, co wydaje się być pewnym kłopotem dla napastnika. Czasem mu coś wpadnie, ale częściej – nie wpadnie. Dzisiaj zmarnował patelnię z 10-11 metrów, kiedy wystarczyło tylko odpowiednio dostawić nogę. A on dostawił ją tak, że piłka przeleciała sporo nad bramką.
Gorzej, że zastąpić Rosołka też specjalnie nie ma kim, a jeśli Bartosz Nowak nie wymyśli czegoś z niczego – dzisiaj na nic nie wpadł – to GKS nie istnieje.
dziennikzachodni.pl – GieKSa rozbita. Strzelanie zaczął Sebastian Bergier
[…] Mecz Widzewa z GieKSą oczywiście ma kibicowskie podteksty. Kibice Widzewa żyją w przyjaźni z fanami Ruchu Chorzów, a GKS Katowice i Niebiescy jak pies z kotem. Sympatycy GKS-u Katowice w sobotę liczyli jednak przede wszystkim na dobrą grę swej drużyny, którą głośno wspierali z trybun łódzkiego stadionu.
GKS pojechał do Łodzi po dwóch meczach na Nowej Bukowej, którymi zaczynał nowy sezon. Drużyna trenera Rafała Góraka przegrała z Rakowem Częstochowa i zremisowała z Zagłębiem Lubin 2:2, choć do przerwy było 2:0 dla gości. Widzew najpierw pokonał u siebie Zagłębie 1:0, a następnie przegrał w Białymstoku z Jagiellonią 2:3. Oba gole dla łodzian w tym meczu zdobył Sebastian Bergier, który latem zamienił GieKSę na Widzew. W sobotę był w wyjściowym składzie przeciw swojej byłej drużynie
Początek należał do GieKSy, która przejęła inicjatywę i Widzew był w opałach. W 13. minucie zza pola karnego z woleja huknął Maciej Rosołek i Maciej Kikolski z trudem odbił piłkę. Goście nie zamienili jednak swojej przewagi na gola i w 18. minucie sami dostali „gonga”. Łodzianie przeprowadzili kontrę i na koniec Juljan Shehu zagrał na piąty metr do Bergiera, który „szczupakiem” posłał piłkę do siatki. Były napastnik katowiczan nie manifestował radości z szacunku do swej byłej drużyny.
– Wiele zawdzięczam GieKSie. Miałem w tym zespole najlepszy czas w karierze. Teraz zrobiłem następny krok, którym jest Widzew – mówił Bergier w TVP Sport. – Nie mogłem ostatnio trenować, wróciłem jednak i cieszę się, że dobrze wykonałem swoją pracę. Mam problem z mięśniem przywodzicielem, ale wkrótce wszystko będzie w porządku – dodał napastnik, który z tego powodu opuścił boisko w 69. minucie.
Zdobyta bramka nakręciła gospodarzy, którzy natarli z pasją na bramkę GieKSy i ciągle kotłowało się w polu karnym katowiczan. Widzew momentami grał zbyt koronkowo, chcąc chyba wjechać do bramki. Katowiczanie wybronili się w tym trudnym momencie, a w doliczonym czasie pierwszej połowy dali sygnał, że jeszcze mogą być groźni w drugiej części.
Po wyjściu z szatni piłkarze GKS-u zaatakowali, ale w 47. minucie piłka znalazła się w katowickiej bramce. Trafił z bliska Shehu. Radość gospodarzom popsuł VAR dopatrując się zagrania ręką zawodnikowi Widzewa (piłka odbiła na wysokości rękawka koszulki Albańczyka).
Łodzianie atakowali. GKS szukał szczęścia w kontrach i w 59. minucie miał swoją okazję – Marcin Wasielewski zagrał ze skrzydła na środek pola karnego do Rosołka, który strzelił bez przyjęcia, posyłając piłkę nad poprzeczką.
W 71. minucie Widzew miał szasnę na 2:0. Dion Gallapeni główkował z bliska po rzucie rożnym i Dawid Kudła uratował GKS, bo jakimś cudem odbił piłkę, którą z pola bramkowego wybił Aleksander Buksa. Dwie minuty później Wasielewski padł w polu karnym Widzewa (atakował go Gallapeni), ale sędziowie nie dopatrzyli się faulu.
W 87. minucie Shehu poczarował w środku pola i zagrał na skrzydło do Frana Alvareza. Ten wbiegł w pole karne i chciał odegrać, ale podanie przeciął Mateusz Kowalczyk i wpakował piłkę do własnej bramki. Alvarez trzy minuty później dobił GieKSę… Obrona gości znów się nie popisała.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze