Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu z Wisłą: GKS Katowice z piekła do nieba w dwie minuty.

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Piłkarze GieKSy po meczu – horrorze pokonali wczoraj Wisłę Puławy 2:1, przegrywając do przerwy 0:1. Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mass mediów, które wybraliśmy dla Was.

 

 

sportowefakty.wp.pl – Grzegorz Goncerz zamienił piękny sen w koszmar

 

[…] Przed rozpoczęciem tej kolejki gospodarze legitymowali się serią sześciu spotkań bez porażki, a w starciu z beniaminkiem chcieli przedłużyć dobrą serię. Ślązacy podkreślali, że wprawdzie zmierzą się z beniaminkiem I ligi, ale nieobliczalnym.

Doskonale przekonali się o tym już w 11. minucie. Konrad Nowak idealnie podał do Dawida Pożaka, który z bliska wpakował piłkę do siatki. Goście wykorzystali swoją pierwszą szansę na bramkę, przez co GieKSa musiała gonić wynik.

[…] Na boisku dominowali gospodarze, ale nie umieli potwierdzić tego trafieniem. Wyraźnie zawodziła ich celność. Przełamanie przyszło po przerwie. W 59. minucie Goncerz dostał podanie od Mikołaja Lebedyńskiego i dał GieKSie wyrównanie. Zaś trzy minuty później Ślązacy już prowadzili, gdyż Goncerz pewnie wykorzystał rzut karny.

Piłkarze Wisły byli zszokowani tak szybką utratą prowadzenia. Mimo to wciąż starali się walczyć z rywalami, którzy wyraźnie dostali wiatru w żagle, a ich obrona była nie do przejścia.

 

 

kswislapulawy.pl – 3 punkty zostały w Katowicach

 

Po meczu pełnym walki i zaangażowania piłkarze puławskiej Wisły, którzy jako pierwsi objęli prowadzenie w spotkaniu musieli uznać wyższość rywali ze Śląską i wrócili do domu bez punktów.

Początek spotkania okazała się dla naszej ekipy wprost wymarzony, bo już w 11 minucie po strzale Dawida Pożaka objęliśmy prowadzenie i od tego momentu zaczęła się twarda walka. W której wiślacy pokazali charakter, a Nazar Penkovets w asyście obrońców odpierali kolejne ataki GKSu.

Pojawiła się też szansa na podwyższenie wyniku, ale śląscy obrońcy nie dali się zaskoczyć. Pierwsza połowa zakończyła się prowadzeniem Wisły 1:0, ale w statystkach strzałów na bramkę prowadził GKS 20 do 3.

 

 

katowickisport.pl – Do przerwy 0:1. A potem kapitan załatwił sprawę w 120 sekund!

 

Ostatnie wyniki katowiczan – ale przede wszystkim gra prezentowana w potyczkach z Zagłębiem, Zniczem i Podbeskidziem – kazały upatrywać zdecydowanego faworyta piątkowego starcia w gospodarzach.

Co prawda stawiano lekki znak zapytania przy tej tezie ze względu na brak w składzie GieKSy kontuzjowanego lidera środka pola, Tomasza Foszmańczyka, ale 11 bramek straconych przez beniaminka w ostatnich czterech grach ligowych rodziło u miejscowych nadzieję, że coś prędzej czy później do puławskiej siatki wpaść musi.
Zamiast wspomnianego „Fosy”, na „dziesiątce” mecz zaczął Grzegorz Goncerz, mając przed sobą debiutującego przy Bukowej Mikołaja Lebedyńskiego. Nie on jednak, a właśnie pracujący między 40. a 10. metrem przed bramką gości „Gonzo” najczęściej strzelał w I połowie na wiślacką bramkę. Nic jednak – wbrew wspomnianej nadziei GieKSiarzy – wpaść nie chciało.

[…] GKS „załatwił sprawę” w 120 sekund. Najpierw Lebedyński wystawił piłkę Goncerzowi tak, że z 14 metrów chybić nie można było, za chwilę zaś kapitan skutecznie uderzył z rzutu karnego. To było potwierdzenie – i ukoronowanie – zdecydowanej przewagi gospodarzy! Już do końcowego gwizdka trwał zresztą katowicki huragan, a marzeniem puławian było tylko uniknięcie kolejnych strat. Co im się zresztą udało, ale o odwrócenie losów gry myśleć w żaden sposób nie mieli prawa,choć… w 94 min strzał rozpaczy Tomasza Sedlewskiego trafił w poprzeczkę!

 

 

sportslaski.pl – „GieKSa” z fartem, „Gonzo” killer!

 

Ten mecz długo nie układał się piłkarzom GKS-u Katowice. Gospodarze szybko stracili gola a później mimo przewagi nie potrafili trafieniem odpowiedzieć gościom z Puław. Wystarczyło jednak by na kilka minut przebudził się Grzegorz Goncerz i przy Bukowej mogą cieszyć się z kompletu punktów.

[…] Co ciekawego?
– Mecz z trybun obserwował prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Zbigniew Boniek. Sternik piłkarskiej centrali stracie GKS-u z Puławami obserwował w towarzystwie rządzącego GKS-em Wojciecha Cygana.

[…]- Puławianie mecz kończyli w dziesiątkę. W końcówce za dyskusję z arbitrem drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną ukarany został Piotr Darmochwał. Rezerwowy Puław na boisku spędził niespełna kwadrans!

 

 

gol24.pl – GKS Katowice z piekła do nieba w dwie minuty. Co za comeback z Wisłą Puławy!

 

[…] W meczu 8. kolejki zespół Jerzego Brzęczka przegrywał od 11 minuty z Wisłą Puławy. Po przerwie zaczął jednak grać znacznie lepiej i ekspresowo odrobił straty. W 60 minucie wyrównał Grzegorz Goncerz. Krótko potem ten sam zawodnik ustalił z rzutu karnego wynik na 2:1. Kiedy schodził z boiska, publiczność żegnała go brawami. Na stojąco. Z trybun spotkanie obejrzał prezes PZPN Zbigniew Boniek
Od początku spotkania było widać, jak dużej pewności siebie nabrali zawodnicy GKS-u po ostatnich wygranych. W pierwszych minutach zamknęli przeciwnika na własnej połowie i długo wymieniali futbolówkę. Wydawało się, że bramka dla gospodarzy to kwestia minut. Tymczasem ku zaskoczeniu wszystkich zgromadzonych przy Bukowej to podopieczni Roberta Złotnika objęli prowadzenie.
[…] Gospodarzy chyba nieco zamroczyło, gdyż przez kilka minut po stracie gola oddali inicjatywę Wiśle. Ta z kolei była bliska podwyższenia w 20. minucie. Konradowi Szczotce zabrakło niewiele by pokonać Nowaka. Od tego momentu podopieczni Jerzego Brzęczka rzucili się do ataków i po pierwszej połowie mogli odczuwać naprawdę ogromny niedosyt. Kibice GKS-u przynajmniej trzykrotnie widzieli już piłkę siatce, ale za każdym razem – po uderzeniach Prokicia, Goncerza czy też Abramowicza piłkę z okolic linii bramkowej wybijali defensorzy gości. Napór GKS-u trwał w najlepsze także w drugiej części gry. Chwilę po wznowieniu gry swoją szansę miał Mikołaj Lebedyński, ale to co najlepsze w tym meczu dla gospodarzy miało dopiero nadejść. W 60. minucie GKS wyrównał za sprawą swojego kapitana Grzegorza Goncerza, który mocnym strzałem nie dał szans Penkovetsovi. Kibice GieKSy nie zdążyli się jeszcze na dobre nacieszyć wyrównaniem, a po chwili już mogli świętować po raz drugi. Tym razem Goncerz pokonał bramkarza z rzutu karnego, który sędzia podyktował za zagranie piłki ręką przez obrońcę z Puław.

To były dwie minuty, które wstrząsnęły Wisłą. Do momentu utraty gola goście naprawdę nie grali źle. Co prawda przez większość meczu gracze beniaminka głównie się bronili, ale gdy już znaleźli się z piłką na połowie rywala, to mogli imponować spokojem, a także zaawansowaniem technicznych. To wszytko wyglądało świetnie do 30 metra od bramki Nowaka.

 

 

polsatsport.pl – GKS Katowice umocnił się na podium, dramatyczna sytuacja Stali Mielec

 

[…] Pomimo świetnej passy w ostatnich tygodniach w Katowicach obawiano się przyjazdu Wisły Puławy. W zespole beniaminka występuje bowiem Sylwester Patejuk, który z 6 trafieniami przewodzi klasyfikacji najlepszych strzelców 1 ligi. Wychowanek Hutnika tym razem bramki nie strzelił, ale Wisła postawiła twarde warunki i kibice GKS-u do końca musieli drżeć o wynik.
Mecz stał na wysokim poziomie i fani nie mogli narzekać na nudę. Goście objęli prowadzenie już w 11. minucie. Potem do ataku ruszyli gospodarze, ale nie potrafili wykorzystać świetnych okazji. Na kolejnego gola w tym meczu kibice musieli poczekać do 60. minuty, gdy na listę strzelców wpisał się kapitan „Gieksy” – Grzegorz Goncerz, kilka minut później ten sam zawodnik podwyższył na 2:0. Wisła mogła jeszcze wyrównać w ostatniej akcji meczu, ale po dobrym uderzeniu piłka zatrzymała się na poprzeczce.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Galeria Hokej

Kibice podziękowali hokeistom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kibice GieKSy mieli okazję spotkać się z hokeistami na Arenie Katowice. Nasza drużyna w przeciągu pięciu lat zdobyła dwa złote i trzy srebrne medale. Zapraszamy do fotorelacji.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga