Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Monto: Kibice Katowic byli absolutnie najlepsi w Polsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ostatniego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.

Po zakończeniu sezonu 2021/22 w sekcjach piłki nożnej, siatkarskiej i hokejowej trwają ruchy/rozmowy kadrowe w przed startem nowego sezonu.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – U-17: Kasprowicz odkrył karty

Selekcjoner Reprezentacji Polski do lat 17 odkrył karty. Na zgrupowanie w Pruszkowie powołał dwadzieścia cztery piłkarki.  Najliczniejsze groni reprezentuje Akademię Piłkarską LG.

Zgrupowanie rozpoczyna się 6 czerwca i potrwa dwa dni. Kadra Marcina Kasprowicza przygotowuje się do wrześniowych Eliminacji Mistrzostw Eurpy, podczas których zagra z Hiszpanią, Grecją oraz Belgią.

Najliczniejszą grupę piłkarek tworzą zawodniczki Akademi Piłkarskiej LG Gdańsk i jest ich aż cztery, trzy przedstawicielki ma Warta Poznań, po dwie GKS Katowice, SWD Wodzisław Śląski oraz Śląsk Wrocław.

Z GieKSy powołane zostały (przyp. red.):

[…] Anna Krakowiak, Zuzanna Witek (GKS Katowice)

 

U-19: Katarzyna Barlewicz powołała zawodniczki na zgrupowanie w Pruszkowie

Katarzyna Barlewicz selekcjonerka reprezentacji Polski U-19 powołała zawodniczki na zgrupowanie w Pruszkowie, które odbędzie się w dniach 13-16 czerwca.

Na liście powołanych zawodniczek znalazło się, aż siedem przedstawicielek TME UKS SMS Łódź. W gronie powołanych zalazło się po 3 przedstawicielki klubów BTS Rekord Bielsko-Biała, GKS Górnik Łęczna oraz SWD Wodzisław Śląski.

Zgrupowanie ma na celu przegląd kadry przed zbliżającymi się kwalifikacjami Mistrzostw Europu, w którym przyjdzie się Polkom zmierzyć Francją, Irlandią oraz Irlandią Północną.

Z GieKSy powołana została (przyp. red.):

[…] Kinga Seweryn (GKS Katowice)

 

sportdziennik.com – Podsumowanie sezonu GieKSy. Życie zaczyna się w październiku

Katowiczanie jako beniaminek skończyli sezon na 8. miejscu, uplasowali się najwyżej spośród licznego grona przedstawicieli woj. śląskiego, zarobili pieniądze w PJS, a w mieście zaczęto budować stadion.

Za GKS-em rok tyleż trudny, co udany i pozwalający z pewną dozą optymizmu patrzeć w przyszłość.

Gdy GieKSa po dwóch latach II-ligowej mordęgi wróciła na zaplecze ekstraklasy, typowaliśmy ją nawet w „Sporcie” do miana czarnego konia tych rozgrywek. Kalkulowaliśmy: skład niezły, latem wzmocniony, drużyna siłą rzeczy płynąca na pewnej fali po awansie, ukierunkowana na ładny futbol, a jednocześnie nieobciążona taką presją, jaka nieraz w poprzednich latach na niej ciążyła.

Początek rundy jesiennej mógł utwierdzić nas w tym przekonaniu, bo do zwycięstw z Resovią czy Sandecją brakło bardzo niewiele, a gdy w 5. kolejce po thrillerze pokonała Zagłębie Sosnowiec, wyciągając wynik ze stanu 0:2 na 3:2, trener Rafał Górak promieniał i mówił, że to był rock and roll; że byli jak AC/DC.

Tyle tylko, że życie zmusiło do szybkiego przestrojenia się. Ten rock and roll nobilitował przede wszystkim rywali. Po 10 kolejkach GKS miał na koncie 1 zwycięstwo, 7 punktów, 23 stracone bramki i zamykał tabelę. Szkoleniowiec wspominał po czasie, że w trakcie meczu w Opolu (porażka 2:4) zdał sobie sprawę, że prowadzi zespół na rzeź i już zaczął w głowie układać plan, jak odbić się od dna. Kończył się wrzesień…

Co było potem – katowiccy kibice dobrze wiedzą. Drużyna zaczęła grać w ustawieniu z trójką środkowych obrońców, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Gdyby ułożyć I-ligową tabelę liczoną od października, GieKSa uplasowałaby się w niej na 4. miejscu, ustępując jedynie Miedzi, Arce i Widzewowi, czyli zespołom, które zakończyły ten sezon w top3! Z 24 meczów przegrała ledwie 5.

Choć na pierwszą wygraną poza Bukową przyszło jej czekać aż do ostatniej jesiennej kolejki (2:1 w Bielsku-Białej), to tak wyśrubowała wyjazdową serię, że przebiła nawet wyczyn drużyny „Bobo” Kaczmarka sprzed 20 lat, która w ekstraklasie punktowała w 8 kolejnych spotkaniach w roli gości. GKS na wyjeździe nie przegrał od listopada (0:1 w Łodzi), uzbierało się tego już 9 występów.

Mimo to, o utrzymanie można było obawiać się jeszcze w kwietniu, kiedy odbywał się „domowy tryptyk”. Można było marzyć, że trzy domowe spotkania pozwolą doskoczyć do środka tabeli, pomarzyć jeszcze o podłączeniu się rzutem na taśmę do walki o baraże, ale nic z tego.

W konfrontacjach z Polkowicami, Widzewem i Odrą zespół nie zdobył ani jednego punktu, zrobiło się gorąco, na kolejny mecz – tuż po świętach – do Olsztyna jechał z nożem na gardle. Wygrał 1:0 po małym horrorze i obronionym przez Dawida Kudłę rzucie karnym, łącznie w ostatnich 7 kolejkach zgromadził aż 17 punktów, dlatego skończył w ósemce, nad przeciwnikami mierzącymi w baraże, jak ŁKS, Podbeskidzie czy Tychy, choć sam ani przez moment o udziale w play offach nie mógł myśleć. Utrzymanie zapewnił sobie w 32. kolejce. Trener Górak mówił, że to wykonanie planu 3-letniego: awansu do I ligi i następnie utrzymania w niej. Za rok ma ono być przypieczętowane znacznie szybciej, a co da to GieKSie – dopiero się okaże.

Drużynie z Bukowej służy stabilność. Prezes Marek Szczerbowski darzy dużym zaufaniem trenera Góraka i dyrektora Roberta Góralczyka. To oczywiście niesprawdzalne, ale śmiemy twierdzić, że w „starej” GieKSie szkoleniowiec przez te 3 lata, odkąd po spadku do II ligi wrócił do Katowic, straciłby posadę kilkukrotnie. Po przegranym barażu w pierwszym sezonie II-ligowym. Po słabym początku drugiego sezonu. W momencie dużego „covidowego” kryzysu wiosną ub. roku, gdy awans wyślizgiwał się z rąk. Wreszcie – po 10 kolejkach sezonu minionego, albo po trzech domowych porażkach poniesionych tej wiosny.

Mógł jednak pracować, wyprowadzać drużynę na prostą, a w międzyczasie, zimą, przedłużył kontrakt aż do połowy 2024 roku. Być może znalazłby się trener, pod którego wodzą GKS rozwijałby się szybciej – pewnie tak. Ale nie można zauważyć, że teraz też czynione są kolejne kroki do przodu, a ten dość młody zespół, którego najstarszym zawodnikiem jest 32-letni Arkadiusz Woźniak, po prostu się rozwija.

Utrzymanie było tyleż obowiązkiem, co jest sukcesem. W takim sezonie, z tyloma wirażami, w takim klimacie – podczas gdy wskutek zadymy z Widzewem drużyna cztery ostatnie mecze gra na zamkniętym dla publiczności stadionie, a kibice stawiają taczki prezesowi Szczerbowskiemu i domagają się jego dymisji – naprawdę można było wyobrazić sobie dużo bardziej rozpaczliwą walkę o uniknięcie spadku. GKS nie dość, że utrzymał się, to jeszcze zajął najwyższe w swej historii miejsce w Pro Junior System. Za 6. lokatę zarobi 400 tysięcy złotych brutto. Zapewnili mu ją młodzieżowcy Patryk Szwedzik i Filip Szymczak. Przykład tego drugiego – autora 11 bramek – dowodzi, że Katowice to niezmiennie dobre miejsce dla piłkarzy Lecha Poznań, by ich kariery nabierały rozpędu.

Jeszcze dzieje się to przy Bukowej, ale jest szansa, że już niebawem – na Załęskiej Hałdzie, gdzie od października buduje się nowy stadion. Kto wie, czy to właśnie nie jest najważniejsze wydarzenie, jakie odnotować trzeba, podsumowując sezon zarządzanego przez miasto GKS-u.

[…] PLUS

Dawid Kudła

Nie miał w ostatnich latach w życiu lekko, oczyszczono go z zarzutów o gwałt, w Górniku Zabrze trudno było mu liczyć na regularne występy. GieKSa przed rokiem wyciągnęła do niego rękę, a on odwdzięczył się. Zagrał w 31 z 34 meczów, a gdyby nie świetny występ w Olsztynie, kto wie, jak potoczyłaby się końcówka sezonu.

MINUS

Filip Kozłowski

Bez jego 12 goli trudno byłoby wyobrazić sobie ubiegłoroczny awans z II ligi. Na wyższym szczeblu napastnik, który dla Rafała Góraka grał przed laty w Elanie Toruń, nie dawał już liczb. Przegrał rywalizację z młodzieżowcami Filipem Szymczakiem czy Patrykiem Szwedzikiem. Mimo to uzbierał 30 występów, ale tylko w jednym – październikowym z Puszczą Niepołomice – wpisał się na listę strzelców. Od kilku dni wiadomo, że żegna się z GieKSą.

90minut.pl – Bartosz Jaroszek na dłużej w GKS-ie Katowice

Bartosz Jaroszek podpisał nowy kontrakt z GKS-em Katowice, który będzie obowiązywał do 30 czerwca 2024 roku.

28-letni pomocnik w minionym sezonie Fortuna I ligi rozegrał 28 spotkań i strzelił jedną bramkę.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Jakub Szymański: najważniejsze jest regularne granie

Pierwsze podejście do poważnej siatkówki zakończyło się niepowodzeniem, bo koledzy ze szkoły go nie akceptowali. Później Jakub Szymański usłyszał zdanie, które siedziało w nim przez lata. Natomiast sześć lat temu był głównym bohaterem głośnej afery. Wszędzie pisano, że uderzył przeciwnika. A jak było naprawdę? Dziś Szymański jest objawieniem PlusLigi, znalazł się nawet na pierwszej liście selekcjonera kadry Nikoli Grbicia.

Jakim siatkarzem pan chciał być?

Jakub Szymański: Jako młody człowiek wzorowałem się trochę na reprezentancie Włoch – Iwanie Zajcewie. Imponowała mi jego dynamika, zagrywka i najście do ataku. Miałem go na tapecie w telefonie, a kiedyś zrobiłem sobie nawet irokeza w jego stylu, choć nie tak odważnego. W szkole natomiast, gdy poproszono nas na języku polskim, żebyśmy opisali swojego idola, ktoś napisał pracę o piosenkarzach, inna osoba o bramkarzu Bayernu Manuelu Neuerze, a ja wybrałem Michała Winiarskiego.

Grał pan też w piłkę, prawda?

– GKS Sadownik Waganiec – tak nazywa się klub piłkarski, w którym trochę pogrywałem. Przychodziłem na zajęcia, później mi się odechciewało. I tak w kółko. Występowałem na prawej pomocy. Mieliśmy specyficznego trenera, który skrzydłowym kazał biegać najdalej 10 m od linii bocznej. Rozstawiał nawet na zajęciach pachołki, których nie można było minąć, biegnąc do środka. Taki sposób gry był bardzo męczący. Szła piłka, robiłem rajd i później przez pół meczu musiałem odpoczywać. Do tego w pewnym momencie brat zaczął coraz częściej pytać: „Dlaczego nie jeździsz na siatkówkę”? Wolał, żebym uprawiał tę dyscyplinę sportu.

Słyszałem, że pana pierwsze zagrania w najwyższej lidze nie należały do najłatwiejszych.

– Graliśmy z AZS-em Olsztyn. Na zagrywce u przeciwników stanął Jan Hadrava i męczył nas zagrywką. Trener wprowadził mnie na boisko i od razu serwis poleciał w moją stronę. Przyjąłem piłkę tak, że poleciała prosto w naszego trenera czy prezesa. Drugą przyjąłem wysoko – poszybowała w stronę drugiego sędziego. Straciliśmy kolejny punkt. Trzecie przyjęcie w końcu było perfekcyjne, ale myślę, że więcej w tym było przypadku niż umiejętności. W debiucie trzęsły mi się ręce. Myślę, że nie byłem jeszcze wtedy gotowy sportowo, by być takim profesjonalistą.

W sezonie 2017/2018 Kielce spadły z ligi, a ja chciałem odejść, ale poinformowano mnie, że nie mogę, bo tak jest skonstruowany kontrakt. Już w tamtym roku były problemy z wypłatami. Po spadku zespół stracił sponsorów, do tego ktoś zapomniał podpisać się na pewnych dokumentach, przez co klub utracił też dofinansowanie. Brakowało pieniędzy, drużyna nie była prowadzona przez odpowiednich ludzi i po kolejnym sezonie upadła. Dobrze, że miałem wtedy ofertę z GKS-u Katowice. Przekazano mi, że moja rola będzie identyczna, jak w Kielcach, czyli na początku nie będę raczej podstawowym graczem, ale w Katowicach od razu poczułem, że zaczynam się szybciej rozwijać. Dlatego dziś jestem, tu gdzie jestem.

Jak w ogóle dowiedział się pan o tym, że znajduje się na wstępnej liście nowego trenera kadry Nikoli Grbicia?

– Wcześniej słyszałem jakieś plotki, że lista może być ogromna, a ja mogę się na niej znaleźć. Pamiętam, że rozmawiałem z wujkiem, gdy wracałem autem z siłowni do domu. „Odświeżam Facebooka, tak samo stronę związku, ale na razie nic nie ma” – mówił. Rozłączyłem się, wszedłem do mieszkania, po kilku minutach widzę, że dzwonił. „Ja pierdzielę, Kuba, jesteś na liście. Niesamowita sprawa” – usłyszałem. Odpowiedziałem: „Nie no, przestań. W konia mnie robisz”. Nie wierzyłem w to, ale po chwili, gdy przychodziły mi wszędzie powiadomienia i rozdzwonili się bliscy, wiedziałem, że to jednak prawda. To była jednak wstępna lista, a nie lista zawodników, którzy zagrają w Lidze Narodów. Myślałem, że skoro mam ćwiczyć w Spale, to zagram też w tych rozgrywkach. Pojechałem do Warszawy na badania i tam znalazłem nową listę. Nie było mnie na niej. Czterej zawodnicy, których też zabrakło, nie pojechali w ogóle do Spały. Ja tam byłem, pewnie dlatego, że obok mnie przebywało tam tylko dwóch przyjmujących: Bartłomiej Lipiński i Bartosz Kwolek. Ćwiczyłem z kadrą przez dwa tygodnie. Usłyszałem, że kończę w tym roku swój udział w zgrupowaniach reprezentacji. Pewnie tylko kontuzja mogłaby sprawić, żebym znów się tam pojawił, ale nikomu źle nie życzę.

Kilkanaście dni temu przedłużył pan kontrakt z GKS-em do 2024 roku. Długo się pan nad tym zastanawiał?

– Trochę tak, ale dla mnie najważniejsze jest regularne granie, a tu mam na to szansę. W Katowicach powstała grupa ludzi, która dobrze się rozumie, jesteśmy też wspierani przez zarząd i miasto. Myślę, że żeby regularnie grać, musiałbym pójść do zespołu na podobnym poziomie. W lepszym niekoniecznie bym się przebił.

 

HOKEJ

hokej.net – Fraszko: Czekają nas bardzo trudne spotkania

– Czekają nas bardzo trudne spotkania, w których będzie ciężko o sprawienie niespodzianki, ale w hokeju wszystko jest możliwe – tak losowanie Hokejowej Ligi Mistrzów skomentował Bartosz Fraszko, skrzydłowy GKS-u Katowice.

[…] GKS Katowice w minionym sezonie sięgnęli po złoto w rozgrywkach Polskiej Hokej Ligi i w nadchodzącym sezonie zadebiutują w Hokejowej Lidze Mistrzów. Katowiczanie trafili do grupy D, gdzie zagrają ze szwedzką ekipą Rögle Ängelholm, która wygrała rozgrywki w ubiegłym sezonie, wicemistrzem Szwajcarii Zürich Lions oraz wicemistrzem międzynarodowej ICE Hockey League AV19 Székesfehérvár.

– Podkreślałem już to w poprzednim sezonie, że kluczowy był dla nas fakt, że zespół był złożony z dobrze grających Polaków, prezentujących wysoką jakość, a do tego doszli gracze z zagranicy – może nie było ich wielu, ale pokazaliśmy, że liczy się przede wszystkim jakość, a nie ilość – zaznaczył wychowanek Sokołów Toruń.

– Rozmawiałem już z paroma chłopakami zaraz po losowaniu grup i nie wiem, jak reszta zapatrywała się na ostateczny rezultat losowania, ale ja celowałem w to, by zagrać z drużynami ze Szwecji i Szwajcarii. Tak się stanie, z czego się cieszę. Czekają nas bardzo trudne spotkania, w których będzie ciężko o sprawienie niespodzianki, ale w hokeju wszystko jest możliwe. Drużyna z Węgier wydaje się w naszym zasięgu, dlatego dobrze będzie powalczyć o punkty w tej grupie – dodał.

Hokeiści GKS-u Katowice w sezonie 2018/19 wystąpili już w europejskich Pucharach. Zdobyli wówczas brązowy medal w Pucharze Kontynentalnym.

– Nie miałem okazji grać w Lidze Mistrzów, ale patrząc na poziom tych rozgrywek i to, jak prezentują się w nich czołowe kluby Europy, możemy się spodziewać, że będzie to zdecydowanie trudniejszy turniej niż Puchar Kontynentalny, w którym zrobiliśmy fajny wynik i pozostawiliśmy po sobie dobre wrażenie. Myślę jednak, że w poprzednim sezonie byliśmy mocniejszą drużyną niż wtedy w Belfaście i mam nadzieję, że utrzymamy nasz wysoki poziom gry w kolejnym sezonie, co pozwoli nam powalczyć o niespodzianki w Europie – stwierdził.

Dla Bartosza Fraszki miniony sezon był bardzo udany. Razem z Grzegorzem Pasiutem i Patrykiem Wronką siali postrach w całej lidze, a indywidualnie w 56 meczach zdobył 63 punkty.

– Tak się akurat złożyło, że trafiłem z niezłą formą na mecze play-off w Oświęcimiu, natomiast prawda jest taka, że przez uraz tak naprawdę grałem jedną ręką i w serii finałowej po prostu starałem się dać z siebie jak najwięcej dla drużyny i radzić sobie na lodzie mimo tego, że nie byłem w stanie pokazać stu procent swoich możliwości. Natomiast w fazie zasadniczej… nie wiem, czy to była jakaś reguła, ale faktycznie, w Oświęcimiu grało mi się dobrze, strzeliłem tam kilka ważnych bramek i mam nadzieję, że taka tendencja się utrzyma także na kolejny sezon – powiedział napastnik GKS-u Katowice.

Jakie cele na przyszły sezon stawia sobie 27-latek?

– Na pewno chciałbym zagrać lepiej niż w ostatnim sezonie i ustabilizować swoją formę, by prezentowała się równo i dobrze przez całe rozgrywki. Drużynowo jako mistrz Polski i klub z dużymi aspiracjami możemy walczyć wyłącznie o najwyższe cele, a do tego będziemy chcieli wywalczyć jak najwięcej w Lidze Mistrzów. Ale o tym pomyślimy później, na razie czekamy do sierpnia na pierwsze zajęcia na lodzie – zakończył.

 

Michalski opuszcza GKS Katowice. Dołączy do Comarch Cracovii!

Mateusz Michalski, zgodnie z naszymi wcześniejszymi informacjami, pożegnał się z GKS-em Katowice. 30-letni wkrótce zostanie zaprezentowany jako nowy zawodnik Comarch Cracovii.

 

Lehtonen zostaje w GieKSie. Przedłużył kontrakt o rok

To z pewnością dobra informacja dla kibiców GKS-u Katowice. Nową roczną umowę z ekipą mistrza Polski podpisał dziś Matias Lehtonen.

Fiński środkowy w poprzednim sezonie należał do czołowych zawodników katowickiego klubu. Imponował walecznością, dobrze pracował po obu stronach tafli, a trener Jacek Płachta ustawiał go w formacjach specjalnych. Okazał się najlepiej punktującym zagranicznym graczem GieKSy i bardzo dobrze współpracował z Antonem Erikssonem.

W 38 meczach fazy zasadniczej zdobył 24 punkty, na które złożyło się 9 bramek i 15 asyst. Natomiast w 15 meczach fazy play-off strzelił 4 gole i zanotował 9 kluczowych zagrań.

– Nie mieliśmy wątpliwości, że Matias powinien pozostać w składzie na kolejny sezon. Jego wkład w wyniki decydujących meczów ostatniego sezonu jest nie do przecenienia. Matias imponował pod początku sezonu swoim zaangażowaniem, walecznością na lodzie i współpracą z partnerami w linii ataku – powiedział Roch Bogłowski, dyrektor sekcji hokeja na lodzie GKS-u Katowice.

– Ponadto ten zawodnik ma już doświadczenie występów w Hokejowej Lidze Mistrzów, co jest dla nas ważne w kontekście nadchodzących międzynarodowych wyzwań – dodał.

Wcześniej umowy z GKS-em Katowice przedłużyli bramkarz John Murray, obrońcy Jakub Wanacki i Mateusz Rompkowski oraz występujący w ataku Mateusz Bepierszcz i Joona Monto.

 

Wajda podjął decyzję

Doświadczony defensor Patryk Wajda podjął decyzję, w jakim klubie zagra w przyszłym sezonie. 34-letni obrońca, który w poprzednim sezonie z GKS-em Katowice świętował mistrzostwo Polski nie narzekał na brak ofert.

Na początku maja informowaliśmy, że pozyskaniem „Wajdzika” zainteresowana jest Comarch Cracovia. W barwach „Pasów” występował już w latach 2006-2018 i zdobył z nimi 8 medali mistrzostw Polski, w tym pięć złotych, dwa srebrne i jeden brązowy.

Jednak już dziś wiemy, że nie nastąpi wielki powrót do Krakowa, gdyż na ten transfer zgody nie wyraził profesor Janusz Filipiak, właściciel krakowskiego klubu.

Skorzystali z tego działacze katowickiej GieKSy, którzy chcą zatrzymać doświadczonego defensora i w najbliższych dniach ma on złożyć podpis pod nowym kontraktem.

W poprzednim sezonie Wajda rozegrał 56 ligowych spotkań, w których zdobył 12 punktów za 3 gole i 9 asyst. Na ławce kar spędził zaledwie 8 minut, a w klasyfikacji plus/minus wypadł na +19.

 

Monto: Kibice Katowic byli absolutnie najlepsi w Polsce

Joona Monto po udanej, rocznej przygodzie z GKS-em Katowice postanowił zostać w naszym kraju rok dłużej i rywalizować z katowiczanami w Hokejowej Lidze Mistrzów. – Gra w takich rozgrywkach to wyjątkowa sprawa i nie mogę się doczekać występów w najbardziej prestiżowych rozgrywkach w Europie – przyznał.

Fiński napastnik po mistrzowskim sezonie z GKS-em Katowice postanowił podpisać nową, roczną umowę z katowiczanami i wciąż reprezentować ich barwy.

– Tak, to była z mojej strony łatwa decyzja, nie myślałem właściwie o żadnej innej opcji na przyszły sezon niż pozostanie w Katowicach. Wszystko w Klubie funkcjonowało bardzo dobrze i spędziłem w Polsce naprawdę bardzo dobry czas – zaznaczył wychowanek Jää-Ahmat.

27-latek w minionym sezonie w 57 spotkaniach zdobył 31 punktów za 7 bramek i 24 asysty. Na ławce kar spędził z kolei 28 minut, a w klasyfikacji plus/minus wypadł na +14.

– Nie miałem żadnych oczekiwań, kiedy przylatywałem do raz pierwszy do Polski, ale zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony wszystkim, co tu zobaczyłem i przyznam, że spędziłem tutaj świetny rok. W Katowicach żyje się bardzo dobrze, a do tego hokej stoi tutaj na zdecydowanie wyższym poziomie, niż myślałem. Występuje tutaj naprawdę wielu znakomitych graczy i widać, że poziom całej dyscypliny w Polsce rośnie powoli z roku na rok – przyznał.

Monto nie był jednak jedynym Finem w ekipie ze stolicy Śląska. Oprócz niego było jeszcze trzech innych Finów tj. Miro-Pekka Saarelainen, Matias Lehtonen oraz Kalle Valtola. Łącznie natomiast było siedmiu obcokrajowców w barwach Katowic.

– Wiadomo, że każdy w drużynie różni się w czymś od swoich kolegów, ale stworzyliśmy świetną grupę, która dogadywała się ze sobą na lodzie i poza nim. Wszyscy mieliśmy jasno określone role i czuliśmy się ważni dla zespołu, niezależnie od tego, czy chodziło o Polaków czy graczy zagranicznych. Bawiłem się z tymi chłopakami naprawdę dobrze – wyjawił 27-letni napastnik.

Katowiczanie dzięki zwycięstwu w finale nad Re-Plast Unią Oświęcim otrzymali przepustkę do gry w Lidze Mistrzów. Tam zmierzą się w grupie D, gdzie zagrają ze szwedzką ekipą Rögle Ängelholm, która wygrała rozgrywki w ubiegłym sezonie, wicemistrzem Szwajcarii Zürich Lions oraz wicemistrzem międzynarodowej ICE Hockey League AV19 Székesfehérvár.

– Gra w takich rozgrywkach to wyjątkowa sprawa i nie mogę się doczekać występów w najbardziej prestiżowych rozgrywkach w Europie. Zresztą możliwość występów w europejskich pucharach była jednym z czynników, które wpłynęły na moją decyzję o pozostaniu w GKS-ie. Czeka nas starcie z obrońcą tytułu, do tego bardzo ciekawe mecze z reprezentantem ligi szwajcarskiej. Nie ma co ukrywać, czekają nas wymagające spotkania, ale damy z siebie sto procent. Doświadczymy innych stylów hokeja, zagramy z najlepszymi drużynami w Europie i to jest naprawdę wspaniała sprawa dla każdego sportowca – stwierdził Fin.

– Na sam koniec chciałbym jeszcze raz podziękować wszystkich kibicom za ostatni sezon, byliście absolutnie najlepsi w Polsce! Teraz macie okazję pokazać całej Lidze Mistrzów i hokejowej Europie, jak się kibicuje w Katowicach i wiem, że ją wykorzystacie. Korzystajcie z wakacji, do zobaczenia już niedługo – nie mogę się już doczekać pierwszych oficjalnych meczów w nowym sezonie –zakończył.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Kato

    10 czerwca 2022 at 08:55

    Kiedy info gdzie gramy?
    Gdzie będziemy reprezentować godnie GIEKSE na arenie międzynarodowej.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Od Krakowa do Warszawy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Poznaliśmy terminarz Ekstraklasy na sezon 2026/27. GKS Katowice rozpocznie zmagania w niedzielę 26 lipca od meczu z Wisłą w Krakowie, a zakończy 22 maja z Legią w Warszawie.

Terminarz pierwszej kolejki zostanie podany po losowaniu europejskich pucharów (17 czerwca), ale już wiemy, że w Krakowie zagramy w niedzielę 26 lipca (do ustalenia została godzina). Z racji tego, że Arena Katowice jest jednym ze stadionów, na których rozgrywane będą Mistrzostwa Świata Kobiet U-20, to jesienią zagramy trzy mecze wyjazdowe z rzędu, z czego dwa bliskie (Zabrze i Gliwice). Nim GieKSa rozpocznie zmagania ligowe to w czwartek 23 lipca czeka nas pierwszy mecz w II rundzie eliminacyjnej do Ligi Konferencji.

Kluby uczestniczące w rozgrywkach UEFA będą mogły przełożyć dwa mecze ligowe: jeden podczas rund kwalifikacyjnych Q1–Q3 oraz jeden w okresie pomiędzy rundą play-off a fazą ligową. Na 5. kolejkę, pomiędzy fazą play-off europejskich pucharów, zaplanowano nasz domowy mecz z Wisłą Płock, który w razie przełożenia odbędzie się najwcześniej 15-16 września. Pozostałe terminy rezerwowe to 15-16 i 19-20 grudnia oraz 2-3 i 9-10 lutego. Przypomnijmy także, że GieKSa jako drużyna reprezentująca Polskę w Europie, rozgrywki Pucharu Polski rozpocznie dopiero od 1/16 finałów, które zaplanowano na 28 października.

Jesienią zostanie rozegranych 18 spotkań, z czego połowa na wyjeździe. Na wiosnę zaplanowano 16 kolejek i tutaj też połowę zagramy w delegacji. Tym razem Wielkanoc (28 marca) wypada w trakcie przerwy na reprezentację. Nie będzie też żadnej kolejki rozgrywanej w środku tygodnia (poza terminami rezerwowymi).

Terminarz GKS Katowice w Ekstraklasie w sezonie 2026/27 (dokładne daty i godziny spotkań zostaną dopiero ustalone):

1. kolejka, 26 lipca 2026 Wisła Kraków – GKS Katowice
2. kolejka, 1 sierpnia 2026 GKS Katowice – Radomiak Radom
3. kolejka, 8 sierpnia 2026 GKS Katowice – Wieczysta Kraków
4. kolejka, 15 sierpnia 2026 Motor Lublin – GKS Katowice
5. kolejka, 22 sierpnia 2026 GKS Katowice – Wisła Płock
6. kolejka, 29 sierpnia 2026 Górnik Zabrze – GKS Katowice
7. kolejka, 5 września 2026 Piast Gliwice – GKS Katowice
8. kolejka, 12 września 2026 KGHM Zagłębie Lubin – GKS Katowice
9. kolejka, 19 września 2026 GKS Katowice – Cracovia
10. kolejka, 10 października 2026 Raków Częstochowa – GKS Katowice
11. kolejka, 17 października 2026 GKS Katowice – Pogoń Szczecin
12. kolejka, 24 października 2026 Korona Kielce – GKS Katowice
13. kolejka, 31 października 2026 GKS Katowice – Widzew Łódź
14. kolejka, 7 listopada 2026 Jagiellonia Białystok – GKS Katowice
15. kolejka, 21 listopada 2026 GKS Katowice – Lech Poznań
16. kolejka, 28 listopada 2026 Śląsk Wrocław – GKS Katowice
17. kolejka, 5 grudnia 2026 GKS Katowice – Legia Warszawa
18. kolejka, 12 grudnia 2026 GKS Katowice – Wisła Kraków
19. kolejka, 30 stycznia 2027 Radomiak Radom – GKS Katowice
20. kolejka, 6 lutego 2027 Wieczysta Kraków – GKS Katowice
21. kolejka, 13 lutego 2027 GKS Katowice – Motor Lublin
22. kolejka, 20 lutego 2027 Wisła Płock – GKS Katowice
23. kolejka, 27 lutego 2027 GKS Katowice – Górnik Zabrze
24. kolejka, 6 marca 2027 GKS Katowice – Piast Gliwice
25. kolejka, 13 marca 2027 GKS Katowice – KGHM Zagłębie Lubin
26. kolejka, 20 marca 2027 Cracovia – GKS Katowice
27. kolejka, 3 kwietnia 2027 GKS Katowice – Raków Częstochowa
28. kolejka, 10 kwietnia 2027 Pogoń Szczecin – GKS Katowice
29. kolejka, 17 kwietnia 2027 GKS Katowice – Korona Kielce
30. kolejka, 23 kwietnia 2027 Widzew Łódź – GKS Katowice
31. kolejka, 1 maja 2027 GKS Katowice – Jagiellonia Białystok
32. kolejka, 8 maja 2027 Lech Poznań – GKS Katowice
33. kolejka, 15 maja 2027 GKS Katowice – Śląsk Wrocław
34. kolejka, 22 maja 2027 Legia Warszawa – GKS Katowice

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga