Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka
Multisekcyjny przegląd doniesień mass mediów: Nowy trener – nowe otwarcie!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy.
W minionym tygodniu udało się rozegrać wszystkie zaplanowane spotkania z udziałem drużyn GieKSy. W ostatnią środę piłkarki wygrały mecz w ramach Pucharu Polski z Czarnymi II Sosnowiec 5:0 (1:0) i tym samym zakończyły mecze rozgrywane jesienią. Losowanie par kolejnej rundy (1/8) Pucharu Polski odbędzie się na początku grudnia. Piłkarze pokonali, najpierw rezerwy Śląska Wrocław 3:0 (1:0), a w niedzielę dotychczasowego wicelidera rozgrywek II ligi Wigry Suwałki 2:1 (1:1). Prasówkę po tych meczach znajdziecie odpowiednio TUTAJ oraz TUTAJ.
Siatkarze rozegrali dwa spotkana ze zmiennym szczęściem: w środę przegrali 2:3 z Cuprum Lubin w meczu zaległym z 5. kolejki. W sobotę pokonali 3:1 Ślepsk Malow Suwałki. Obecnie siatkarze, po dziewięciu rozegranych meczach zajmują szóste miejsce w tabeli z szesnastoma punktami. Siatkarze najbliższy mecz zagrają, na wyjeździe z Stalą Nysa, w niedzielę 29 listopada. Hokeiści również zagrali w meczach które były zaplanowane na ubiegły tydzień: w środę przegrali z KH Energą Toruń 0:1, następnie w piątek z Cracovią 3:4. Po tym spotkaniu funkcji trenera zrezygnował Piotr Sarnik. W jego miejsce został zatrudniony Andriej Parfionow. W niedzielnym spotkaniu, pod wodzą nowego trenera GieKSa wygrała z KH Energą Toruń 3:2, po dogrywce.
PIŁKA NOŻNA
czarnisosnowiec.eu – 1/16 PP. Czarni II Sosnowiec – GKS Katowice 0-5
Porażką zakończył się pojedynek naszego zespołu rezerw z ekstraligowym GKS Katowice. Oznacza to tym samym koniec pięknej przygody naszych młodych dziewczyn z tymi rozgrywkami.
Trzeba jednak pochwalić postawę podopiecznych Kamila Konopki, które rozegrały bardzo ambitne zawody. Od początku spotkania to zespół z Katowic osiągnął przewagę jednak to nasza drużyna stworzyła groźniejsze sytuacje bramkowe. W 32 minucie bardziej doświadczone rywalki wyszły na prowadzenie dzięki trafieniu Kasandry Parczewskiej w 32 minucie. Do przerwy to było wszystko na co pozwoliły nasze piłkarki przyjezdnym.
Po zmianie stron wciąż przewaga należała do „katowiczanek”. Do 65 minuty nie potrafiły one jednak sforsować szczelnej obrony naszego zespołu, wtedy to Weronika Kłoda pokonała Izabelę Sas strzałem głową z bliskiej odległości. W końcówce meczu nasza drużyna opadła chyba z sił i blok defensywny całkowicie się posypał czego efektem były kolejne zdobycze bramkowe ekstraligowca. Ostatecznie nasza drużyna przegrywa 0-5 i odpada z dalszej rywalizacji.
dziennikzachodni.pl – Budżet Katowic 2021: Wiemy ile przewidziano na nowy stadion GKS!
W projekcie uchwały Rady Miasta Katowice w sprawie uchwalenia budżetu miasta Katowice na 2021 rok znalazły się spore kwoty powiązane z budową nowego stadionu GKS.
22.153.611 zł to proponowany wydatek związany z budową nowego Stadionu Miejskiego w Katowicach na rok 2021. W planie działań na przyszły rok za tę kwotę zaplanowano „Rozpoczęcie budowy kompleksu sportowego obejmującego stadion miejski wraz z halą sportową oraz dwoma boiskami treningowym”. Na łączną kwotę składa się 7.153.611 środków własnych i 15.000.000 obligacji komunalnych. Całkowity koszt inwestycji określono na 245.753.599 zł.
1.350.000 przewidziano także na układ drogowy dla obsługi komunikacyjnej Stadionu Miejskiego. Za te pieniądze w 2021 roku ma się rozpocząć „opracowanie dokumentacji projektowej dla budowy układu drogowego dla obsługi komunikacyjnej Stadionu Miejskiego w Katowicach”.
sportdziennik.com – Stadion bez kredytu!
[…] Po poniedziałkowym posiedzeniu komisji budżetu rady miasta okazało się, że Katowice nie pozyskają 170-milionowego kredytu z Banku Rozwoju Rady Europy, o którego zaciągnięciu zadecydowali radni w grudniu ub. roku. Miał być jednym ze źródeł finansowania nowego stadionu.
– W związku z sytuacją „covidową”, Bank Rozwoju Rady Europy odmówił nam finansowania zadań inwestycyjnych, które wskazaliśmy w naszym wniosku. W tej chwili kredytowanie ukierunkowane jest na finansowanie obiektów służby zdrowia, dlatego nierealne, by w 2021 roku bank finansował nasze zadania inwestycyjne – tłumaczyła Danuta Lange, skarbnik miasta (jej wypowiedź przytacza portal infokatowice).
W Wieloletniej Prognozie Finansowej dla Katowic zapisano zatem, że obok środków własnych stadion zostanie zbudowany nie z kredytu, a obligacji rzędu 150 milionów złotych. – To dobre źródło finansowania zwrotnego. Z dwóch powodów: nie wymagają one przeprowadzenia procedury zamówień publicznych, a ponadto analizując oprocentowanie i koszty, są dość korzystne.
[…] W Wieloletniej Prognozie Finansowej zapisano, że stadion ma powstać w 2024 roku. Łącznie pochłonie 236 mln zł (150 mln z obligacji). Wydatki w 2021 roku kształtują się na poziomie nieco ponad 22 mln, z czego 15 mln to obligacje, a reszta – środki własne. Będzie to pierwszy etap budowy kompleksu sportowego w rejonie autostrady A4 (o realizacji drugiego jeszcze się nie mówi), obejmujący powstanie 15-tysięcznego stadionu, 3-tysięcznej hali i 2 boisk treningowych.
W tym roku zakończyła się burzliwa procedura projektowa, za którą odpowiadała firma RS Architekci. Miasto deklarowało, że jeszcze w IV kwartale tego roku ogłosi przetarg na generalnego wykonawcę, by roboty budowlane mogły ruszyć w II kwartale 2021.
„Chcemy ogłosić przetarg na wykonanie Stadionu Miejskiego w tym roku, a zmiana źródeł finansowania nie wpływa w żaden sposób na harmonogram realizacji tej inwestycji. Mimo koronawirusa w Katowicach proces inwestycyjny trwa, bo każde działanie inwestycyjne służy walce z ekonomicznymi skutkami pandemii. Nowe inwestycje to nowe miejsca pracy i zyski dla wielu firm.
Warto podkreślić, że przy aktualnych, rekordowo niskich stopach procentowych emisja obligacji jest wyjątkowo opłacalnym narzędziem pozyskania środków na inwestycje. Emisja obligacji nie wymaga stosowania trybu zamówień publicznych. Tym samym może służyć finansowaniu różnych zadań, także wcześniej niewskazanych” – napisała nam Ewa Lipka, rzecznik katowickiego Urzędu Miasta.
SIATKÓWKA
sportdziennik.com – GKS Katowice – Cuprum Lubin. Wysokie płoty
Goście z Lubina zaimponowali świetną grą blokiem i to główne źródło ich wygranej w Katowicach po tie-breaku.
To była twarda walka przez 2 godziny, ale zwycięsko zakończona przez siatkarzy z Lubina. Postawili wysokie płoty, przez które GKS nie potrafił się przebić – Cuprum zaliczyło aż 20 bloków przy tylko 5 gospodarzy. Gospodarze zaprezentowali się poniżej oczekiwań i popełnili za dużo błędów.
[…] Przed meczem rozniosła się wieść, że dwóch siatkarzy z Lubina zostało w hotelu, bo źle się poczuli. Niemniej goście w nieco uszczuplonym składzie, ale pojawili się w hali i od razu wysłali wyraźny sygnał, że nie zamierzają być dostarczycielami punktów. Ich głównym atutem była dobra gra blokiem – w tym elemencie wygrali 6-1 i cieszyli się z wygrania seta.
Trener Słaby doszedł do wniosku, że trzeba dokonać rotacji w składzie. Na boisku pojawił Wiktor Musiał, zastępując strzelbę nr 1 Jakuba Jarosza. Musiał dysponuje soczystym uderzeniem, ale również potrafi oszukać rywali i posłać piłkę za blok. To jednak goście cały czas prowadzili. Przy stanie 17:20 gospodarze zmniejszyli straty do „oczka”, ale tylko na chwilę. Goście w końcowych fragmentach drugiej odsłony byli skuteczniejsi. Środkowy Przemysław Smoliński popisał się kolejnym udanym blokiem, zaś chwilę potem Jarosz zepsuł zagrywkę. A Tavares z pola serwisowego „ustrzelił” Adriana Buchowskiego. Dzieło dokończył Smoliński, obijając blok GKS-u.
Powróciły koszmary przeszłości, bo przecież bilans meczów GKS-u z Lubinem jest 0-8. W III secie goście cały prowadzili, ale w ostatnich akcjach pokpili sprawę. Najpierw dwa razy zablokował ich Buchowski, a potem popełnili trzy błędy. Wojciech Ferens źle zaserwował, a decydujący punkt zdobył Buchowski, obijając blok. I w tym momencie mocno zaiskrzyło pod siatką. Atakujący gości Roland Jimenez ruszył do przodu, a za nim obie drużyny. Pod siatką pojawili się również trenerzy, by rozładować gorącą sytuację. Rozeszło się po kościach, choć wyglądało groźnie.
Nie od dziś wiadomo, że siatkarze GKS-u są specjalistami od potyczek 5-setowych. Tradycji stało się zadość, bo w kolejnej partii wszystko oscylowało wokół remisu. Miłosz Zniszczoł wyprowadził GKS na prowadzenie i tak już zostało do końca. Jarosz popisał się dwoma asami serwisowymi, a potem goście dołożyli dwa błędy własne.
Decydujące rozdanie zaczęło się obiecująco dla gospodarzy, którzy prowadzili do stanu 10:9. A potem pokpili sprawę własnymi błędami i przegrywali 11:14. Wprawdzie zdobyli 2 pkt, ale Penczew obił ręce Jarosza i wygraną zabrali goście do Lubina.
GKS Katowice – Cuprum Lubin 2:3 (23:25, 21:25, 25:23, 25:21, 13:15)
siatka.org – Katowiczanie mają patent na wygrywanie ze Ślepskiem
W meczu 14. kolejki PlusLigi GKS Katowice podejmował zespół Ślepska Malow Suwałki. Podobnie jak na inaugurację rozgrywek, górą byli katowiczanie, którzy zapisali na swoim koncie piątą wygraną w tym sezonie. To zwycięstwo nie było jednak łatwe – z czterech setów trzy były niezwykle zacięte i przyjezdnym niewiele brakowało, by doprowadzić do tie-breaka i wywieźć ze Śląska jakąś zdobycz punktową.
MVP: Jan Firlej
GKS Katowice – Ślepsk Malow Suwałki 3:1 (28:26, 23:25, 25:21, 25:23)
plusliga.pl – GKS Katowice – Ślepsk Malow Suwałki 3:1
[…] Pierwszy set był dobry i wyrównany. W pierwszej części minimalną przewagę mieli goście – 7:10, 11:14. Potem już grano piłka za piłkę. Wynik trzymał widzów do ostatniej piłki. GKS miał lidera w osobie Jakuba Jarosza, który utrzymywał atak na poziomie 60 procent i zdobył sześć punktów.
Drugiego seta udaną akcją zaczął Bołądź. Przez kilka akcji mieliśmy albo wynik remisowy, albo pół kroku z przodu byli przyjezdni. Po nieczysty odbiciu Kwasowskiego Ślepsk Malow prowadził 13:10 i minimalnej przewagi nie oddał do końca. Musiał miał jeszcze szansę doprowadzenia do stanu po 24, ale został zablokowany.
Dalej oglądaliśmy dobrą siatkówkę w wykonaniu obu zespołów. Tym razem losy partii rozstrzygnęły się trochę wcześniej niż w samej końcówce. GKS prowadził 20:19 i w ostatnich akcjach oddał rywalom tylko dwa punkty. W samej końcówce punktował Jakub Jarosz, a ostatni punkt gospodarze zdobyli po bloku na Walińskim.
Na początku czwartej partii groźne były zagrywki Bołądzia. Gospodarze wytrzymali presję przeciwnika. Potem goście znowu zaczęli nieznacznie przeważać, ale katowiczanie byli w stanie odpowiadać na ich punkty. I tym razem o końcowym wyniku decydowały ostatnie piłki i były one skuteczne w wykonaniu siatkarzy GKS-u.
HOKEJ
sportdziennik.com – GKS Katowice – Energa Toruń. Głową w mur
O Antonie Svenssonie, bramkarzu z Torunia, od początku jest głośno, zaś po dzisiejszym występie będzie on obiektem zainteresowania wielu naszych klubów.
To właśnie Szwed okazał się twardy jak skała i zaliczył 36 skutecznych interwencji. To on w głównej mierze oraz przytomność doświadczonego Jarosława Dołęgi sprawiły, że torunianie odnieśli zwycięstwo w arcyważnej potyczce. Kto wie, czy właśnie ta porażka GKS-u nie sprawiła, że stracili szansę na finałowy turniej Pucharu Polski.
Gospodarze od pierwszego gwizdka rzucili się do ataku i stwarzali groźne sytuacje, ale nie mogli pokonać szwedzkiego twardziela. Momentami przypominało to walenie głową mur. Gra toczyła się w tercji gości, ale nie było żadnych efektów. Kontra w ostatniej minucie II tercji w wykonaniu braci Michała i Kamila Kalinowskich oraz trafienie Dołęgi sprawiło, że goście schodzili do szatni zadowoleni. Wówczas nikt nie przypuszczał, że to zadecyduje o wyniku. Gospodarze grali w podwójnej przewadze (aż 96 sek.!), ale również jej nie wykorzystali.
Żeby hokeiści GKS-u Katowice załapali się jeszcze do gry w Pucharze Polski musiałyby nastąpić jakieś nadzwyczajne okoliczności.
GKS Katowice – KH Energa Toruń 0:1 (0:0, 0:1, 0:0)
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice – Cracovia 3:4. Zobaczcie zdjęcia z emocji w Satelicie
Hokeiści GKS Katowice przegrali z Cracovią, chociaż długo utrzymywali prowadzenie. Zespół gospodarzy nie ma już szans na wejście do czołowej czwórki, która wystąpi w finałowym turnieju Pucharu Polski.
Hokeiści GKS Katowice mają ostatnio kiepską passę i często tracą punkty. Cracovia też jednak nie błyszczy formą, więc piątkowe starcie stanowiło dużą niewiadomą. Dla gospodarzy stawką był cień nadziei na przedłużenie marzeń o grze w finałowym turnieju Pucharu Polski.
Gospodarze narzucili rywalom ostre tempo i przełożyli je na prowadzenie. Za wysiłek katowiczanie zapłacili jednak wysoką cenę tracąc dwa gole w ostatniej tercji.
Z powodu kontuzji kolana w drużynie GKS-u Katowice zabrakło Mikołaja Łopuskiego. Wyszedł jednak na lód ubrany „po cywilnemu”, aby wziąć udział w małej ceremonii. Przed meczem Grzegorz Pasiut, Filip Starzyński i Łopuski otrzymali od dyrektora sekcji hokeja Rocha Bogłowskiego pamiątkowe koszulki z okazji 100 występów w barwach GieKSy.
GKS Katowice – Cracovia 3:4 (1:0, 1:1, 1:3)
sportdziennik.com – Rezygnacja Piotra Sarnika
Piotr Sarnik, trener GKS-u Katowice, po przegranej z Comarch Cracovią 3:4, złożył rezygnacje i zarządu klubu ją przyjął.
Sarnik, pełniąc wcześniej funkcję asystenta, w grudniu 2019 r. przejął zespół w trudnym okresie po dezercji Risto Dufvy i awansował z nim do czołowej „4” w poprzednim, niedokończonym sezonie.
Zespół GKS-u w tym sezonie, podobnie jak w poprzednich, borykał się z wieloma problemami natury organizacyjnej. Niemal całą I rundę spędził na wyjeździe. Po dwóch przegranych na własnym lodzie z rzędu z Energą Toruń 0:1 oraz Comarch Cracovia Sarnikowi działacze podziękowali. Bo nie wierzymy w rezygnację trenera z pracy.
hokej.net – Oficjalnie. Parfionow trenerem GieKSy
Andriej Parfionow, zgodnie z naszymi wczorajszymi informacjami, został nowym trenerem GKS-u Katowice. 49-letni Rosjanin podpisał umowę, która będzie obowiązywała do końca obecnego sezonu.
Parfionow w przeszłości był trenerem Polonii Bytom i Podhala Nowy Targ, a także selekcjonerem reprezentacji Polski do lat 18 i 20. Sprawował też pieczę nad drużynami akademickimi: PPWSZ Podhale Nowy Targ oraz Academy 1928 KTH Krynica.
Po wyjeździe z Polski Parfionow pracował w chińskim KRS Heilongjiang, występującym na co dzień w młodzieżowej lidze KHL (MHL).
Z kolei w poprzednim sezonie 49-letni Rosjanin był asystentem Konstantina Kuraszewa w SKA-Niewie Sankt Petersburg z Wyższej Hokejowej Ligi.
– Stawiamy na ciężką pracę i dyscyplinę. Trener Parfionow świetnie wpisuje się w nasz pomysł prowadzenia drużyny. Oczywiście nie bez znaczenia jest fakt, że bardzo dobrze zna polski hokej i miał okazję już współpracować z wieloma naszymi zawodnikami – zaznaczył Roch Bogłowski, dyrektor sportowy GieKSy.
Asystentem Andrieja Parfionowa będzie Ireneusz Jarosz, który dziś formalnie jako pierwszy trener będzie prowadził zespół w starciu z KH Energą Toruń. Trenerem bramkarzy będzie Bartłomiej Nowak, a trenerem przygotowania fizycznego Anna Bieniec.
Nowy trener – nowe otwarcie!
Trzy porażki z rzędu i basta! Hokeiści GKS Katowice zrewanżowali się zespołowi KH Energa Toruń i po dogrywce wygrali 3:2. Bramkę na wagę zwycięstwa zdobył Patryk Wajda.
Zespół gospodarzy po raz pierwszy poprowadził dzisiaj nowy szkoleniowiec Andriej Parfionow, choć w oficjalnym protokole jako pierwszy trener katowiczan figurował Ireneusz Jarosz. Wszyscy liczyli na tzw. efekt „nowej miotły”, jednak w pierwszej odsłonie pojedynku wciąż w grze katowiczan oglądać można było stare błędy. Cóż z tego, że gospodarze stwarzali sobie świetne okazje do strzelenia gola, skoro razili nieskutecznością. Na bramkę Mateusza Studzińskiego strzelali między innymi Miika Franssila, Dominik Nahunko, Patryk Krężołek, Maciej Kruczek i Bartosz Fraszko. Żaden z nich nie potrafił jednak znaleźć sposobu na świetnie dysponowanego młodzieżowca w bramce „Stalowych Pierników”. Podobnie jak kilka dni temu goście pozwolili „GiekSie” się wyszumieć i w 16. minucie ukłuli raz a dobrze. Siergiej Kuzniecow z ostrego kąta posłał gumę do siatki obok Juraja Šimbocha. Na przerwę goście schodzili z jednobramkową przewagą.
Druga tercja to dalsze bicie głową w mur przez gospodarzy. Katowiczanie nie umieli postawić przysłowiowej „kropki nad i”, bo albo strzały hokeistów „GieKSy” były niecelne albo na przeszkodzie stawał kapitalnie interweniujący Mateusz Studziński, któremu w 30. minucie po strzale Patryka Wajdy w sukurs przyszedł słupek. Gospodarzom w zdobyciu wyrównującej bramki z pewnością nie pomagały łapane wykluczenia. Trzeba jednak przyznać, że sędziowie solidarnie odsyłali na ławkę zawodników obu drużyn. Co rusz iskrzyło między zawodnikami, a do spięć najczęściej dochodziło pod bramkami obydwu zespołów. Jeśli chodzi o poczynania ofensywne gości na uwagę z pewnością zasługują próby Andrieja Czwanczikowa, Kamila Kalinowskiego, a zwłaszcza Jegora Fieofanowa, który w 23. minucie ostemplował słupek bramki Juraja Šimbocha. Mimo starań obydwu drużyn wynik nie uległ w tej części gry zmianie.
Kiedy w 41. minucie na 2:0 podwyższył Kamil Kalinowski wydawało się, że po raz kolejny „Stalowe Pierniki” wywiozą ze stolicy Górnego Śląska komplet punktów. Wkrótce jednak okazało się, że to były miłe złego początki. W 45. minucie kontaktową bramkę zdobył Mateusz Michalski, wykorzystując doskonałe podanie Bartosza Fraszki. Katowiczanie poszli za ciosem i w 47. minucie wyrównali, a strzelcem gola ponownie został Mateusz Michalski, który zachował największą przytomność umysłu w zamieszaniu pod bramką Mateusza Studzińskiego. Mecz zaczął się niemalże od początku. Obydwie drużyny rzuciły na szalę wszystko co najlepsze i poszły na totalną wymianę ciosów – w przenośni i dosłownie: za nadmierną ostrość w grze w 56. minucie na ławkę solidarnie powędrowali Artiom Smirnow i Bartosz Fraszko. Spięcie między obydwoma zawodnikami wyniknęło z coraz ostrzejszej gry torunian – wcześniej za bezmyślny atak łokciem karę odsiadywał Dmitrij Kozłow. Mimo dogodnych sytuacji po obu stronach wynik nie uległ zmianie i sędziowie zarządzili dogrywkę.
Dodatkowy czas gry „Stalowe Pierniki” rozpoczęły we czwórkę, ponieważ na ławce przez 23 sekundy przebywał jeszcze Patryk Wajda. Katowiczanie przetrwali osłabienie i obydwa zespoły stanęły do rywalizacji w trzyosobowych składach. Gospodarze uskrzydleni strzeleniem dwóch bramek grali z polotem i fantazją, a ukoronowaniem ich świetnej postawy był zwycięski gol strzelony w 4. minucie dogrywki przez Patryka Wajdę.
[…] GKS Katowice – KH Energa Toruń 3:2 (0:1, 0:0, 2:1, d. 1:0)
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze