Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Niespodzianka w Szczecinie. Lider gubi punkty czyli tygodniowy przegląd mediów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Piłkarki GieKSy w kolejnym spotkaniu rundy wiosennej sezonu 2022/23 przegrały na wyjeździe z Pogonią Szczecin 0:3 (0:0). W następnym spotkaniu drużyna zmierzy się z Górnikiem Łęczna, dziewiętnastego marca o godzinie 10:30. Najbliższy przeciwnik naszej drużyny jest obecnie liderem Orlen Ekstraklasy, na wiosnę dwa spotkania wygrał i jedno zremisował. Piłkarki spadły na drugie miejsce w tabeli, do sobotnich przeciwniczek tracą jeden punkt. Drużyna męska w 23 kolejce Fortuna I Ligi zremisowała z Sandecją Nowy Sącz 1:1 prowadząc do przerwy 1:0. Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Kolejny mecz ligowy zespół rozegra w sobotę z Resovią, na Bukowej. Początek spotkania o godzinie 20:00.

Siatkarze w minionym tygodniu rozegrali dwa spotkania ligowe, ze Stalą Nysa i Czarnymi Radom, w których wygrali po 3:0. Najbliższy mecz zespół rozegra u siebie, w czwartek z Treflem Gdańsk, o godzinie 17:30. Drużyna zajmuje dwunaste miejsce w tabeli, bez szans na awans do rundy play-off. Zespół ma do rozegrania jeszcze trzy spotkania.

Hokeiści wygrali w siódmym meczu ćwierćfinałowym z JKH GKS-em Jastrzębie 5:2 i awansowali do półfinału. W półfinale rozgrywek przeciwnikiem jest Cracovia Kraków. Drużyna zdążyła rozegrać na wyjeździe dwa spotkania, w których przegrała 2:5 oraz wygrała po dogrywce 2:1. Następne dwa mecze zostaną rozegrane w Satelicie, dzisiaj i jutro (13 i 14 marca) od godziny 18:30. Kolejne spotkanie zostały zaplanowane na 17 marca (na wyjeździe). W zależności od stanu rywalizacji zarezerwowane są terminy w dniach 19 (w Katowicach) i 21 marca (wyjazd). Do finału rozgrywek awansuje drużyna, która wygra cztery spotkania.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Niespodzianka w Szczecinie. Lider gubi punkty

Lider zawitał do Szczecina na spotkanie z tamtejszą Pogonią. Podopieczne Karoliny Koch chciały podtrzymać passę niepokonanych w tym sezonie. Szczecinianki chciały się zrewanżować za porażkę z poprzedniej rundy.

Pierwsza połowa nie dostarczyła wielu emocji. Katowiczanki zmarnowały najlepszą okazję do prowadzenia, gdy w 43. minucie Anita Turkiewicz nie wykorzystała rzutu karnego podyktowanego za faul na Klaudii Maciążce. Druga połowa rozgrzała zmarzniętą publiczność. W 52. minucie Natalia Oleszkiewicz wykorzystała błąd Joanny Olszewskiej i pokonała strzałem Kingę Seweryn. Szczecinianki poszły za ciosem wynikiem czego była druga bramka w 58. minucie bezpośrednio z rzutu wolnego przy totalnym braku komunikacji w linii obrony katowiczanek. Perfekcyjnym uderzeniem popisała się Emilia Zdunek i podwyższyła stan rywalizacji. Katowiczanki podłamane takim obrotem sprawy próbowały zmienić obraz meczu jednak póki co nie przełożyło się to na wynik. W 82. minucie ponownie Zdunek wpisuje się na listę strzelczyń, ustalając wynik spotkania. Szczecinianki w pełni zrewanżowały się GKS-owi za jesienną porażkę.

 

sportdziennik.com – Wiele rzeczy boli

Rozmowa z Dariuszem Wolnym, byłym piłkarzem Odry Opole i GKS Katowice.

Jaki był Marian Dziurowicz?

Dariusz WOLNY: – Różnie o nim mówiono, ale na okres jego prezesury przypadają największe sukcesy katowickiego GKS-u.

Gorzej, gdy wynik nie układał się po jego myśli…

Dariusz WOLNY: – Tak, wiem po sobie, że potrafił być mało przyjemny. Przy niekorzystnym wyniku pojawiał się z papierosem w szatni, a piłkarze wręcz chowali głowy między kolanami. Żeby tylko, prostował się nawet papier toaletowy!

Nie znałem tego powiedzenia.

Dariusz WOLNY: – Ale nie ma w nim przesady! W chwilach złości nie oszczędzał nawet Romana Szewczyka, kapitana zespołu i reprezentanta kraju! Dziurowicz był charyzmatyczną postacią, albo było się z nim, albo przeciw niemu.

Dziś zmieniły się realia.

Dariusz WOLNY: – Śmiać mi się chce, gdy widzę bałagan w GKS-e. Klubem zarządzają nieodpowiednie osoby, podejmujące fatalne decyzje. Co więcej, próbują na siłę udowodnić swe racje, choć nie mają zbyt wielkiej wiedzy o sporcie! Konsekwencje ich działań są takie, a nie inne. Od dłuższego czasu nie potrafimy wybić się ponad przeciętność, a klub ledwo dyszy. Nie wygląda to najlepiej.

Ekstraklasa to odległa przeszłość, a całkiem niedawno przydarzył się absurdalny spadek do II ligi.

Dariusz WOLNY: – Proszę nie przypominać meczu z Bytovią, bo ciężko wytłumaczyć to, co się stało. Moim zdaniem Katowicom nie zależy na ekstraklasie. To nie przypadek, że klub z tak bogatą tradycją od dłuższego czasu pałęta się po pierwszej, a przez moment drugiej lidze. I co ciekawe osoby, którym nie do końca wiodło się na Bukowej dziwnym trafem dobrze radzą sobie w innych realiach. Narzekano na tak zwaną krakowską szkołę piłki i metody trenera Moskala, tymczasem z Łódzkim Klubem Sportowym wywalczył awans do ekstraklasy! Równie krytycznie oceniano pracę Wojciecha Cygana.

Który w znacznym stopniu przyczynił się do sukcesów Rakowa.

Dariusz WOLNY: – Między innymi dzięki jego pracy Raków krok po kroku zbliża się do niewyobrażalnego. Trzeba powiedzieć jasno i wyraźnie, że obecni katowiccy decydenci nie maja większego pojęcia o piłce!

Ale honoru Katowic bronią hokeiści!

Dariusz WOLNY: – I bardzo dobrze! Uwielbiam tę dyscyplinę, jeżdżę na mecze, ale wiadomo, że piłka jest mi najbliższa. Decydując się na przejście z Odry Opole nie kierowałem się pieniędzmi. Najważniejsza była marka klubu, a przede wszystkim możliwość gry w pucharach. Słyszało się przecież o meczach GKS-u z Rangersami, czytało gazety. Nie ukrywam, że po takiej lekturze głowa mi się trochę „zapalała”. Wspaniałe czasy. A co mamy dziś? Marazm. I systematyczne osuwanie w dół. Z przykrością muszę stwierdzić, że kolejne pokolenia zaprzepaściły dorobek poprzedników.

W debiucie głowa się nie „zapaliła”?

Dariusz WOLNY: – Było to spore przeżycie. Graliśmy na Cichej z Ruchem i chyba skończyło się bezbramkowym remisem.

Idealne przetarcie!

Dariusz WOLNY: – Wyjątkowy mecz! Trafiłem do innego świata, choć w Opolu też nie było najgorzej.

To również klub z bogatą historią.

Dariusz WOLNY: – Nie da się ukryć. Mimo wszystko w czasach mojej gry balansowaliśmy pomiędzy drugą, a trzecią ligą. Nie było szans, by powalczyć o coś więcej.

Bywa pan na Bukowej?

Dariusz WOLNY: – A skąd! Wiele bym dał, by obejrzeć mecz GKS-u z Legią, czy Lechem, ale to mało prawdopodobne. Oprócz tego nikt mnie nie tam zaprasza, pomijając różne okoliczności, jak kolejne rocznice meczu z Bordeaux. Dziwnym trafem to właśnie wtedy pojawiają się wspólne zdjęcia, czy pełne emocji relacje na Facebook’u… Na co dzień nikt nie pamięta o Wolnym, Kuczu, Janoszce czy innych piłkarzach z tamtego okresu. I jakoś się kręci… Swego czasu zaapelowałem, by nie traktowano mnie jak szmacianą lalkę, bo nie pozwolę sobie na pewne zachowania. Podobnie, jak na pozorne dbanie o historię moim i kolegów kosztem.

Przykre…

Dariusz WOLNY: – Ale prawdziwe! Proszę porozmawiać z Adamem Kuczem, czy Bogdanem Pikutą. Na pewno powiedzą to samo. Gdzie te czasy, gdy ekscytowaliśmy się ekstraklasą? Dziś na Bukowej pojawia się 500-1000 osób i niewiele wskazuje, by mogło się to zmienić.

A co z nowym stadionem?

Dariusz WOLNY: – Wiem tyle, ile wszyscy. I szczerze mówiąc, trochę zaczynam się martwić. Dużo mówiło się o budowie, prezentowano makiety, ale od dłuższego czasu nastała cisza…

U sąsiadów też zaczęło się od planów.

Dariusz WOLNY: – I oby pan nie wykrakał, bo dobrze wiemy co z nich wyniknęło.

Na Śląsku nie brakuje utalentowanej młodzieży. Chyba dotarliśmy do sedna?

Dariusz WOLNY: – Otóż to. Rachunek jest prosty – pieniądz plus agent. Nigdy nie zrozumiem takiej polityki. Sprowadzamy piłkarzy z innych regionów, zapewniamy godziwe warunki, a zapominamy o chłopcach ze Śląska! Tymczasem dla wielu gra w Katowicach byłaby zaszczytem! Gdzie tu logika? Niedawno rozmawiałem z Markiem Koniarkiem. Doszliśmy do wniosku, że brak ekstraklasy w Katowicach jest skandalem. Przy takim budżecie? Ale jak powiedziałem, najwyraźniej nie wszystkim zależy na awansie. Nie ma sensu kontynuować tego wątku. Uodporniłem się na marazm, szkoda nerwów.

Na boisku też ich nie brakowało.

Dariusz WOLNY: – Oczywiście, bo podczas meczu musisz liczyć tylko na siebie. Najbardziej irytowały niewykorzystane sytuacje.

Szczególnie po meczach z Bordeaux?

Dariusz WOLNY: – Wtedy posypały się gromy! Kilka okazji miałem też z Benfiką.

A w Lizbonie Adam Kucz zdobył bramkę z rzutu różnego!

Dariusz WOLNY: – Uderzył kapitalnie, z niesamowita rotacją. Piłka zdecydowanie przekroczyła linię bramkową, co zauważyli chyba wszyscy na stadionie.

Wszyscy oprócz sędziego.

Dariusz WOLNY: – Niestety.

Znany jest pan także z pracy szkoleniowej.

Dariusz WOLNY: – W niższych ligach trenerzy maja ograniczone pole do działania. Zawodnicy pracują na zmiany, bywa, że przychodzą na trening czy mecz po nocnej zmianie. W takich warunkach ciężko osiągnąć sukces.

A po kilku nieudanych meczach zwalnia się trenera.

Dariusz WOLNY: – To kolejny paradoks. Śląskie ligi to wylęgarnia talentów. Nie brakuje fajnych zawodników, ale nikt się nimi nie interesuje! Skoro wolimy podstarzałych obcokrajowców czy najemników…

A jak wspomina pan współpracę z Marianem Dziurowiczem w roli kierownika zespołu?

Dariusz WOLNY: – Bywało ciężko. Odpowiedzialna praca, stres. No i „Magnat”! Wie pan, gdy sekretarka informowała o przyjeździe Dziurowicza, to atmosfera w klubie robiła się gęsta! Robiło się bardzo nerwowo. Pamiętam sytuację, gdy polecił mi zwołanie zawodników po treningu. A ja najzwyczajniej w świecie … zapomniałem przekazać tę informację, przez co niektórzy zdążyli wyjechać ze stadionu.

Na szczęście skończyło się na strachu, Dziurowicz nie odnotował braku kilku piłkarzy. A jeśli już mowa o prezesach, miło wspominam współpracę z posłem Hajdukiem. Pracowałem bez presji, co odbijało się na jakości moich działań. Hajduk to pozytywna postać.

A Król?

Dariusz WOLNY: – Z nim także nie było problemów, wszystko opierało się na zasadach wzajemnego szacunku. Najgorsze wspomnienia związane są z Piotrem Dziurowiczem.

Dlaczego?

Dariusz WOLNY: – To w okresie jego rządów doznałem udaru. Piotr nie miał skrupułów, aby pozbawić mnie stanowiska. Jeszcze podczas pobytu w szpitalu wręczono mi wypowiedzenie.

A czy zainteresowano się pana losem po komplikacjach z sercem?

Dariusz WOLNY: – Sytuacja była niezręczna, bo kończył mi się kontrakt. Obiecywano mecz benefisowy, a dochód miał być przeznaczony dla mnie…

Skończyło się na obietnicach?

Dariusz WOLNY: – A jak pan myśli? Zostałem sam, z bodajże trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia. Stanęło na tym, że otrzymałem posadę kierownika zespołu. Trafiłem bardzo dobrze, pod opiekę Romka Laszczyka. Przy nim uczyłem się fachu i wypłynąłem na szersze wody w roli kierownika.

Czy zastanawia się pan co by było, gdyby…? W wyniku komplikacji przerwał pan karierę w wieku zaledwie 25 lat.

Dariusz WOLNY: – Po rozegraniu 113 spotkań w lidze. Być może pobiłbym osiągnięcie Jana Furtoka? Nie ukrywam, że było to moim celem. Furtok wyjechał z Katowic po zdobyciu bodaj 77 bramek, ja zatrzymałem się na 30. Ale to dawne dzieje, z upływem lat nabrałem niezbędnego dystansu. Skupiam się na tym, co tu i teraz, stąd wiele gorzkich słów podczas rozmowy. Powoli tracę wiarę w lepsze jutro dla GKS-u. Co więcej, wydaje mi się, że moglibyśmy „wałkować” pewne tematy przez kolejną godzinę, a i tak nie znaleźlibyśmy powodów do optymizmu. Szkoda zdrowia.

Za to w Chorzowie idzie ku lepszemu!

Dariusz WOLNY: – Odradzają się aż miło, choć ostatnie lata nie były dla Ruchu udane. Od pewnego czasu wszystko tam funkcjonuje jak w zegarku.

Z byłym piłkarzem u steru!

Dariusz WOLNY: – No właśnie. Z byłym piłkarzem, czującym szatnię i znającym klub od podszewki. Seweryn Siemianowski dobrze zna futbolowe realia, więc spogląda na Ruch fachowym okiem.

 

SIATKÓWKA

sportdziennik.pl – Patent siatkarzy GKS-u Katowice

Szósty mecz i szóste zwycięstwo, ale dopiero drugi za trzy punkty – taki bilans ma GKS Katowice ze Stalą Nysa.

Siatkarze trenera Grzegorza Słabego mają najwyraźniej patent na zespół z Nysy. Składy drużyn się zmieniają, Stal się wzmocniła, a „GieKSa” ciągle wygrywa. Stal marzenia o wygranej musi odłożyć do następnego sezonu…

Jedni i drudzy w tym sezonie grają już zupełnie inne cele. Gospodarzom już nic nie „grozi”, zaś goście mają jeszcze nadzieję na występy w play offie. GKS od początku postawił twarde warunki i grał niezwykle agresywnie, a, co najważniejsze, skutecznie Zespół z Nysy zaprezentował się mizernie. Zawodnicy z podstawowego składu zawodzili i trener Daniel Pliński w miarę upływu czasu tracił cierpliwość. Wymieniał poszczególnych siatkarzy i w końcu przy stanie stanie 7:13 pozostało tylko dwóch z wyjściowego składu. W roli atakującego pojawiał się Japończyk Kento Miyaura, zaś w przyjęciu Rafał Buszek. Obaj dobrze się zaprezentowali i zmobilizowali kolegów do nieco lepszej gry.

Gospodarze od początku prowadzili, bo solidnie prezentowali w polu serwisowym, w bloku – obronie, a i pozostałe elementy również bez zarzutu. Gospodarze sporo punktów po kontrach i goście byli zupełnie byli bezradni. Dopiero w trzeci secie siatkarze Stali wyszli na prowadzenie 9:8. Jednak gospodarze szybko opanowali sytuację, odrobili stratę z nawiązką. Ich zwycięstwo było pewne i nie podlegało żadnej dyskusji.

MVP: Gonzalo Quiroga

GKS Katowice – PSG Stal Nysa 3:0 (25:17, 25:19, 25:19)

siatka.org – GKS Katowice nie dał szans radomianom

Trwa fatalna passa radomian we własnej hali. W ramach 27. kolejki podopieczni Pawła Woickiego dość wyraźnie przegrali z GKS-em Katowice, a jedynie w trzeciej partii postawili się zdecydowanie lepiej dysponowanym rywalom. Tym samym siatkarzom z Katowic udało się zrewanżować za porażkę z pierwszej części sezonu zasadniczego.

Na początku spotkania Wiktor Nowak często posyłał piłki do swoich środkowych (5:3). Większość akcji kończyła się w pierwszym uderzeniu. Celne zagranie po prostej Damiana Domagały i mocna zagrywka Jakuba Szymańskiego sprawiły, że GKS wyszedł na prowadzenie 9:7 i pierwszy czas wykorzystał trener Woicki. Seria została przerwana dopiero gdy Szymański zaserwował w siatkę (8:11). Katowiczanie dobrze grali w obronie i wykorzystywali nadarzające się kontrataki. Gospodarze nie potrafili znaleźć sposobu na rywali, dodatkowo nie pomagali sobie popełniając kolejne błędy (13:18). W końcówce ze zmiennym szczęściem punktował Szymański. Pojedyncze zagrania Bartosza Firszta na niewiele się zdały. Atak Domagały po skosie i kontratak Gonzalo Quirogi dały ostatnie punkty gościom.

Drugiego seta otworzył atak przez środek Marcina Kani. W kolejnych akcjach obie drużyny skuteczne zagrania przeplatały z prostymi błędami (6:7). Nie brakowało przedłużonych wymian, gdy jedną z nich katowiczanie zamknęli blokiem na Schulzu, o czas poprosił trener Woicki (8:11). Po przerwie asa dołożył Domagała. Dystans szybko się powiększał. Katowiczanie wywierali presję zagrywką, kończyli kontrataki. Po asie Quirogi było już 16:9 dla GKS-u. Po podwójnej zmianie w szeregach gospodarzy Czarni zaliczyli serię przy zagrywkach Tammemy. Przy stanie 13:17 interweniował trener Słaby. W dalszej fazie seta szkoleniowiec radomian zdecydował się na powrót Schulza i Nowaka, katowiczanie odzyskali kontrolę nad grą. Chociaż w końcówce siatkarzom GKS-u zdarzyło się popełnić kilka błędów, po celnych zagraniach Domagały wygrali 25:19.

Od asa Szymańskiego rozpoczął się trzeci set. Gospodarze głównie za sprawą zagrań Pawła Rusina starali się utrzymać kontakt punktowy z rywalami. Swoje akcje kończyli katowiccy skrzydłowi. Radomianie nie odpuszczali i po kontrataku Firszta złapali kontakt punktowy. Przy stanie 13:14 interweniował trener Słaby. Gdy blok zatrzymał atak Domagały, na tablicy wyników pojawił się remis (16:16). W kolejnych akcjach trwała walka punkt za punkt, zespoły wymieniały się celnymi zagraniami (19:19). W końcówce katowiczanie nie poradzili sobie z odbiorem zagrywki Tammemy, drugą przerwę wykorzystał szkoleniowiec GKS-u (21:20). Kolejne ataki Firszta powiększyły dystans (23:21), ale w kolejnych akcjach ponownie do głosu doszli goście i po bloku na Lemańskim o czas poprosił trener Czarnych (23:23). O zwycięstwie w tym secie zdecydowała walka na przewagi. W niej skuteczniejsi byli goście, którzy cieszyli się ze zwycięstwa po ataku po skosie Quirogi.

MVP: Jakub Szymański

Cerrad Enea Czarni Radom – GKS Katowice 0:3 (16:25, 19:25, 25:27)

 

HOKEJ

sportdziennik.com – GKS Katowice gra dalej!

Katowiczanie, obrońcy tytułu mistrzowskiego, pozostali w grze i w siódmym, ostatnim meczu playoffowego ćwierćfinału zdołali pokonać JKH GKS Jastrzębie.

Tym razem byli skuteczni do bólu i wypunktowali rywali, a o wszystkim zadecydowała druga odsłona, w której nie obyło się bez kontrowersji i sztab gości kierował wiele pretensji pod adresem sędziów.

Oba zespoły wystąpiły bez swoich czołowych napastników: Bartosza Fraszki oraz Tuukki Rajamakiego, ale w 1. tercji uraczyły nas znakomitym widowiskiem. Jedni i drudzy nie zamierzali się oszczędzać i od początku rozgorzała twarda walka. Pod jedną i drugą bramką było gorąco, ale gospodarze gola uzyskali w najmniej oczekiwanym momencie. Goście przebywali w tercji rywala i jeden z nich trafił krążkiem w Mateusza Bepierszcza, który popędził sam na sam z Bence Balizsem. W tej potyczce Madziar był bez szans, bowiem doświadczony napastnik rodem ze stolicy uderzył niezwykle precyzyjnie. Bepierszcz już od dłuższego czasu znajduje się w wysokiej formie i podczas meczów jest nadzwyczaj aktywny.

Po prawie 2 min był już remis. Dominik Paś wygrał wznowienie, krążka dotknął Patryk Pelaczyk i skierował do Macieja Urbanowicza. Kapitan JKH uderzył idealnie i John Murray nawet nie zdążył zareagować. W 10 min goście przeżywali trudne momenty, bowiem grali w trójkę przeciwko piątce gospodarzy. Z tej opresji wyszli obronną ręką, bo katowiczanom zabrakło nieco spokoju, jednak w 14 min błąd w ustawieniu oraz „drzemka” Balizsa sprawiły, że Brandon Magee zdołał skierować krążek do siatki. Tuż przed syreną Juraj Simek miał okazję, ale posłał krążek obok bramki. Tercja była niezwykle wyrównana i takiej gry spodziewaliśmy po przerwie.

A tymczasem, jak się później okazało, druga odsłona miała kluczowe znacznie dla końcowego rezultatu. Gospodarze potrafili wykorzystać dwie przewagi liczebne. Najpierw Magee, a potem Bepierszcz ponownie wpisali się na listę strzelców. Po bramce tego ostatniego upłynęło zaledwie 36 sek. gdy Mateusz Rompkowski podwyższył na 5:2.

Jastrzębianie wcale nie zamierzali się rezygnować. Josef Mikyska w 33 min odrobił nieco strat, ale potem nastąpiło mocno uderzenie gospodarzy. Trener Robert Kalaber oraz jego współpracownicy mieli sporo pretensji do arbitrów, którzy szczodrze rozdawali kary. Jastrzębianie zaliczyli w tej odsłonie 10 min. Osłabienia wybijały JKH z rytmu i miały istotny wpływ na rezultat w tej tercji.

Emocje i tempo akcji opadły w ostatniej odsłonie. Gospodarze nie mieli interesu, by podejmować ryzyko i atakować. Przede wszystkim szanowali krążek i starali się go wypychać z własnej strefy. Owszem, goście próbowali atakować, ale ich animusz gasł w miarę upływu czasu. Na 3:05 min trener Kalaber wycofał bramkarza, ale ten manewr przyniósł rywalom gola „do pustaka”.

GieKSa nie będzie miała wiele czasu, by zregenerować się przed rozpoczynającym się w czwartek półfinałem z Comarch Cracovią. „Pasy” już od dłuższego czasu przygotowują się do tego starcia, a zespół GKS ruszy z marszu. Zapowiada się ciekawa konfrontacja.

 

Dżentelmeni na tafli

W sumie zanotowaliśmy zaledwie 6 minut kar, a pierwszą dopiero w 48 minucie!

W pierwszym półfinałowym spotkaniu Comarch Cracovii z GKS-em Katowice obie drużyny grały niezwykle delikatnie i starć przy bandzie unikały jak ognia. Żadnych kuskańców, utarczek słownych, a przecież czupurnych zawodników z jednej i drugiej strony nie brakuje. Momentami odnosiło się wrażenie, że to spotkanie towarzyskie. „Pasy” wygrały, ale rywaliacja między tymi zespołami zanosi na długą, bo katowiczanie na pewno nie odpuszczą.

GKS udał się do Krakowa bez chorych: obrońcy Aleksi Varttinena oraz napastnika Bartosza Fraszki, ale pojawił się doświadczony defensor Patryk Wajda, który uporał się z urazem łokcia. Gospodarze wystąpili w najsilniejszym składzie.

Początek zdecydowanie należał do gospodarzy, którzy z impetem ruszyli na bramkę Johna Murraya. Ten jednak nie dał się zaskoczyć. A potem gra się wyrównała i katowiczanie zaczęli konstruować akcje, by zaskoczyć Roka Stojanovicia. W 10 min świetną okazję sam na sam zmarnował Mathias Lehtonen, zaś w odpowiedzi Damian Kapica popędził na bramkę GKS-u, jednak też bez efektu. W 13 min samotnie pozostawiony Martin Kasperlik przymierzył, ale też nie zmienił rezultatu. Mimo wszystko jedni i drudzy grali nieco zachowawczo, choć w strzałach było 13-10.

Scenaiusz drugiej odsłony był podobny, bowiem gospodarze rzucili się do ataku i błąd w ustawieniu katowiczan we własnej strefie sprawił, że Patryk Wronka otrzymał krążek jak na tacy i nie miał problemu ze zdobyciem gola. Jednak sporą robotę wykonali jego koledzy z ataku, Damian Kapica i Wojtech Polak, którzy szybko wymienili krążek między sobą i ten ostatni przekazał go Wronce. Po stracie gola goście mieli chwilę zapaści, ale odzyskali rytm gry, jednak nadal starali się nie forsować szybkiego temp. W 28 min „Pasy” mogły podwyższyć wynik, gdy Roman Rac był sam na sam, ale Murray czekał do końca i odbił krążek. Potem jeszcze Polak (33 min) miał okazje, ale bramkarz GKS był czujny. W końcu odsłony Jakub Wanacki z głębi lodowiska zagrał krążek na niebieską linię do Shegkiego Hitosato. Japończyk wjechał w tercję i podał do Teemu Pulkkinena, który tuż przed Stojanoviciem pewnie posłał krążek do siatki.

Ostatnia tercja rozpoczęła się od mocnego uderzenia, bo Rac zdołał pokonać Murraya, zaś w 44 min po raz kolejny spudłował. Jednak Kapica stanął na wysokości zadania i podwyższył na 3:1. Gospodarze już nie forsowali tempa, a tymczasem w 55 min Mateusz Rompkowski precyzyjnym strzałem zmniejszył rozmiary porażki i do głosu doszli goście. Jednak Jakub Wanacki powędrował do boksu kar i Vojtech Tomi zdobył cenną bramkę. Na 95 sek. przed końcową syreną trener Jacek Płachta zdecydował się na wycofanie Murraya i po 24 sek. goście stracili kolejnego gola.

Hokeiści GKS-u pewnie odczuwali trudy ćwierćfinałowej rywalizacji, ale grali ekonomicznie i starali się wykorzystać swoje szanse. Przy odrobinie szczęścia mogli się pokusić przynajmniej o jeszcze jedno trafienie.

 

hokej.net – Katowiczanie wyrównują stan rywalizacji. Bramka Olssona na wagę zwycięstwa!

Hokeiści GKS-u Katowice wyciągnęli wnioski po wczorajszej porażce z Comarch Cracovią 2:5 i dziś pokonali “Pasy” 2:1 po dogrywce. “Złotego” gola dla GieKSy zdobył Hampus Olsson, a teraz rywalizacja półfinałowa przenosi się do Katowic.

Szkoleniowiec „Pasów” przed tym spotkaniem nie pokusił się o zmiany w swoim składzie względem wczorajszego meczu. Inaczej było jednak w przypadku katowiczan. Ze składu wypadł Marcin Kolusz, a na jego miejsce w drugiej formacji wskoczył Robert Mrugała. Z kolei jego miejsce w czwartej piątce zajął David Lebek. Zabrakło chorych Bartosza Fraszki i Aleksiego Varttinena.

Sam początek pierwszej tercji należał do gości, którzy często zagrażali bramce Cracovii. To jednak długo nie trwało i momentalnie inicjatywę przejęli gospodarze, którzy konstruowali naprawdę groźne akcje.

Było to widać zwłaszcza…. w osłabieniu. Gdy na ławce kar przebywał Jiří Gula katowiczanie mieli problem z założeniem zamka, a więcej z gry mieli krakowianie. John Murray był na posterunku, ale musiał się sporo napocić.

Chwilę później dogodną sytuację miał Damian Kapica, który pognał samotnie lewym skrzydłem i spróbował objechać bramkę i zapewne trafić od zakrystii przy słupku, ale krążek mu uciekł. Kolejną przewagę jednak goście już wykorzystali. Pięknym i soczystym strzałem spod niebieskiej popisał się Grzegorz Pasiut, który trafił w samo okienko.

W drugą odsłonę natomiast zdecydowanie lepiej weszli natomiast katowiczanie. Widać było, że mocne słowa w szatni skierowane przez Jacka Płachtę zadziałały i było widać poprawę w grze.

Goście dużo więcej czasu spędzali w tercji Cracovii i tworzyli groźne ataki. Najgroźniejszą akcję wykreował jednak Alan Łyszczarczyk. 25-letni napastnik, który dołączył do zespołu „Pasów” przed zamknięciem okienka transferowego, urwał się katowickim obrońcom i znalazł się w sytuacji sam na sam z Johnem Murrayem. Postanowił przełożyć sobie gumę na bekhend i z prawej strony uderzyć nad lewym parkanem bramkarza, jednak „Jasiek Murarz” zachował w tej sytuacji zimną krew i zdołał obronić to uderzenie.

Chwilę później katowiczanie próbowali kilkukrotnie zagrozić krakowskiej bramce, ale dobrze spisywał się w niej Rok Stojanovič. „Pasy” również próbowały wychodzić z groźnymi kontrami, ale w pewnych momentach się gubili. Najlepszą okazję mieli w 35. minucie podczas trójkowej kontry, lecz Erik Němec za długo zwlekał z oddaniem strzału i ta akcja zakończyła się fiaskiem.

Trzecia tercja nie rozpoczęła się jednak dla gości najlepiej, gdyż momentalnie na ławkę kar powędrował Robert Mrugała. Tego faktu krakowianie jednak nie wykorzystali, bo26 sekundach po zakończeniu kary dla gości sami złapali wykluczenie.

Chwilę później ponownie na ławkę kar udali się katowiczanie i tym razem gospodarze już zdołali ją wykorzystać. Jiří Gula zagrał na drugą stronę na niebieską do Alana Łyszczarczyka, który huknął z pełnego zamachu i trafił do siatki, wykorzystując fakt, iż John Murray był zasłaniany przez Damiana Kapicę.

Obraz gry jednak znacząco się nie zmienił i wciąż inicjatywę mieli krakowianie. Spotkanie było jednak coraz ostrzejsze, a eskalacja emocji nastąpiła w 52. minucie pod bramką Murraya, w której najaktywniejsi byli Joona Monto, Brandon Magee oraz RomaRác, którzy zostali ukarani dwuminutowymi karami.

Zwycięzca nie został wyłoniony w regulaminowym czasie gry, zatem sędziowie zarządzili dogrywkę. W niej lepsi okazali się katowiczanie. Hampus Olsson na bramkę zamienił liczebną przewagę trafiając do siatki przy samym słupku.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga