Dołącz do nas

Piłka nożna

Ocena formacji – pomocnicy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przyszedł czas na najbardziej obszerny temat, czyli ocenę naszych pomocników. Niektórych zawodników ciężko było przypisać do konkretnej pozycji, ale postaram się podzielić to według tego, gdzie prawdopodobnie grali najwięcej.

Zaczniemy od tyłu, a tam najczęściej zabezpieczał nas Michał Gałecki. Zawodnik bardzo trudny do oceny, ze względu na swoją ,,niewidoczną rolę”. A jednak mimo tego, że czasem można odnieść wrażenie, że nie przekracza nawet połowy boiska, zdołał zdobyć dwa gole. Asystował także przy bramce Jędrycha w Stargardzie. Jest niewątpliwie ważnym elementem w układance trenera Góraka, a jak przyznał niedawno sam trener w jednym z wywiadów, został on sprowadzany raczej z myślą o ławce rezerwowych. Wyszło tak, że spędził na niej mecz tylko raz – w Polkowicach. Dodatkowo dwa razy zabrakło go w kadrze przez uraz, a zmieniony został również tylko dwa razy. Solidność to jego drugie imię, a jak się okazało w Bytowie – potrafi również błysnąć z przodu, choć w całej rundzie zaledwie cztery razy uderzał na bramkę rywala.

Jego zmiennikiem, a przez jakiś czas partnerem na boisku był Jakub Habusta. Czech jak zawodził z początku rundy wiosennej, aż w końcu został zastąpiony obok Rzoncy przez Poczobuta, tak i teraz początek miał bardzo słaby. Pamiętamy przede wszystkim fatalny mecz z Olimpią Elbląg, gdzie najpierw stracił piłkę na środku boiska, a potem spokojnie z poziomu murawy obserwował, jak rywal biegnie z nią na naszą bramkę. Z czasem niby było lepiej… ale zrobił dwa karne dla rywali i przy jednym dodatkowo otrzymał czerwoną kartkę. Oczywiście błędy przy tych sytuacjach popełniała cała drużyna, ale jednak mógł się zachować nieco lepiej. W pierwszym meczu ze Zniczem po niezłym strzale mógł zdobyć kontaktową bramkę, ale świetnie zachował się bramkarz. Oddał jeszcze dwa strzały we wspomnianym meczu z Olimpią, ale o ich jakości szkoda gadać. W lidze przebywał na boisku przez 514 minut.

Jako wciąż cofnięty, ale jednak bardziej ofensywnie nastawiony środkowy pomocnik występował Maciej Stefanowicz. Z Elany Toruń zabrał go ze sobą trener Górak, nazywając go najlepszym pomocnikiem ligi. Wydaje się, że wielu kibiców oczekiwało po nim więcej, ale to chyba dlatego, że spodziewali się po prostu czegoś innego. Widzieliśmy go jako głównego kreatora gry i choć kreatywności czy techniki odmówić mu nie można, to chciałoby się jednak więcej w tej kwestii. Zaskakująco dobrze radził sobie natomiast w destrukcji i czytaniu gry. Jeden z grona kontuzjowanych z początku sezonu, później trochę czekaliśmy na jego dojście do wysokiej formy piłkarskiej. Dwa gole, w tym jeden z karnego, łącznie nie licząc ,,jedenastki” oddał 10 strzałów, ale jakość nie powala – łącznie nazbierał 0,64xG.

W zeszłym sezonie tylko raz pojawił się na boisku w doliczonym czasie gry, w tym ma już łącznie 406 minut. Rola Patryka Grychtolika, bo o nim mowa, powoli rośnie. Wiemy, że mimo młodego wieku znajduje się w radzie drużyny, co przełożyło się na to, że raz otrzymał nawet opaskę kapitańską. Czasami jednak zdarzają się nieco ,,juniorskie” zagrania jak chociażby w Bytowie, ale ciężko, żeby po przejściu z juniorów do seniorów takie błędy się nie zdarzały. Umiał jednak także pomóc w ułożeniu gry w środku pola w trudnym momencie meczu z Pogonią Siedlce. Zawodnik dostaje szanse, stara się wykorzystać każdą z nich i to cieszy. Szkoda, że jego strzał na Garbarni był minimalnie niecelny, a w Stargardzie był na spalonym.

Przejdziemy teraz do skrzydeł. Zaczniemy od Szymona Kiebzaka. Chyba nikt nie spodziewał się tego, jak ważną postacią dla GieKSy będzie ten zawodnik. Pierwszym sygnałem była asysta przy golu Urynowicza z Bytovią. Skończyło się na trzech bramkach i sześciu asystach. Ciekawy przypadek, bo jego asysty są bardziej efektowne niż gole. Pisaliśmy już o Bytovii, a mamy jeszcze w pamięci rajd w meczu z rezerwami Lecha i kapitalne dogranie ,,zewniakiem” do Patryka Szwedzika w meczu z Gryfem. Pozostałe trzy asysty to dośrodkowania ze stałych fragmentów gry, co także trzeba docenić. Brakowało mu czasami chłodnej głowy jak na przykład w meczu ze Skrą po minięciu kilku zawodników.

Po drugiej stronie najczęściej biegał Arkadiusz Woźniak. Jak już wielokrotnie było pisane – zawodnik, który chyba najwięcej miał do udowodnienia. Jak mu wyszło? 5 bramek przez 1515 minut jest jak najbardziej zadowalające. Znów zaczął sezon jako napastnik, ale na szczęście bardzo szybko został przesunięty na bok pomocy. Cieszy również to, że zaczął strzelać w końcu nie tylko głową, ale również nogami. Lubi strzelać w ważnych momentach – z Olimpią dał nam remis, z Legionovią trzy punkty w samej końcówce, z Lechem nieco wcześniej, ale w osłabieniu, z Elaną otworzył wynik i z Bytovią ponownie gol dający zwycięstwo. Właśnie tego oczekuje się od doświadczonych zawodników. Jego pracę w defensywie chyba również każdy widzi. Ale żeby nie było tak słodko – nie może tak często oddawać bezsensownych strzałów. Oddał aż 28 uderzeń, a uzyskał tylko 3,68xG. Aż 13 strzałów dawało szansę na gola poniżej 10%.

Póki co miło pisało się o naszych skrzydłowych… ale trzeba przejść do Łukasza Wrońskiego. To nie jest oczywiście jeszcze czas, by go skreślać, ale wymagana jest znacząca poprawa. Zaczął sezon w wyjściowej jedenastce, od pierwszych minut ze Zniczem było widać, że chce grać i brać na siebie odpowiedzialność, były strzały, ale skuteczność zerowa. Przyszła kontuzja, a zarazem okres dobrej gry GieKSy i część zapomniała, że jest u nas taki zawodnik. Można powiedzieć, że wrócił w dokładnie takiej samej formie, ale ciężko to traktować jako komplement. Nie można powiedzieć, że mu się nie chce, ale wygląda to tak, jakby tak niechlujny był po prostu z natury. Łącznie 11 strzałów i 1,58xG. Gdyby w którymś meczu z Gryfem trafił do bramki zamiast w obramowanie, to już wyglądałoby to nieco lepiej. A tak – czekamy.

Z przedsezonowych zapowiedzi wynikało, że Kacper Tabiś przewidywany jest do rywalizacji na prawej obronie, ale ostatecznie występował tylko na skrzydle. Po jednym sezonie w 1. lidze wrócił na trzeci poziom rozgrywkowy, ale w jego grze nie zmieniło się absolutnie nic, co w jego wieku jest sporym minusem. Jako plusy można zapisać wywalczony karny w meczu ze Skrą, choć faul rywala był zwyczajnie głupi i asystę w Krakowie przy golu Urynowicza. Mógł mieć gola, ale świetnie interweniował bramkarz Gryfa Wejherowo. Niby coś tam się pojawiło w punktacji kanadyjskiej, bo w zeszłym sezonie były same zera, ale nie można mówić, że to była dobra runda, skoro na boisku spędził tylko 334 minuty, a w zeszłym sezonie ligę wyżej było ich ponad 1000 więcej.

Wydaje się, że dopiero piątym wyborem na skrzydło był Mateusz Kompanicki. Przyszedł jako czołowy zawodnik trzeciej ligi, ale w drugiej wydawał się zagubiony, choć ma na koncie bramkę. Nawet ciężko go skojarzyć z jakiejkolwiek akcji poza niewykorzystanymi sytuacjami z Pucharu Polski i z Pruszkowa. Gol w Stargardzie ładny, ale to w sumie tyle. Występował także jako napastnik i trzeba się zastanowić, gdzie ostatecznie powinno być jego miejsce na boisku.

Na dziś został nam Adrian Błąd. Dwie nowe role – jedna kapitana, druga jako ,,dziesiątka” na boisku. Za mało wiemy, by oceniać, jak spełnia się w tej pierwszej, ale do oceny tej drugiej wystarczy oglądać mecze. Sam nie wierzyłem, że ten pomysł się może udać, ale jak się okazało – na szczęście to nie ja jestem trenerem. Oczywiście było sporo niezbyt rozsądnych strat, a liczba 3 goli nie powala, ale spójrzmy, jaki jeszcze miał udział w ofensywie – asysta w Stargardzie, asysta drugiego stopia w Krakowie, asysta drugiego stopnia przeciwko Legionovii, asysta w Polkowicach, asysta przeciwko Pogoni Siedlce, asysta z rzutu rożnego przeciwko Resovii. Pokazał, że potrafi rozprowadzać piłkę. Do najmłodszych już nie należy, ale skoro tyle się przez te pół roku nauczył, to trzeba wierzyć, że może być jeszcze lepiej. Minus podobny jak u Woźniaka – liczba niepotrzebnych strzałów. Nie licząc rzutu karnego w Stargardzie to oddał ich 21, a wynik expected goals słabiutki – zaledwie 2,14. Ponad połowa strzałów została oddana z nieprzygotowanych pozycji.

Na boisku ani razu nie pojawili się Miłosz Poloczek i Dominik Bronisławski (kontuzja).

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga