Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Ofiarność na piłkarskiej wojnie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Ależ do była piłkarska bitwa! Takie mecze na styku, takie na jeden zero, zdarzają się niezwykle rzadko. Przy czym choć piłkarsko nie było to może wybitne widowisko, to jednak nie można powiedzieć, że oglądaliśmy spotkanie nudne. W kwestii pojedynczych wydarzeń działo się naprawdę sporo.

Zastanawialiśmy się, jak wypadnie GieKSa po wysoko wygranym spotkaniu z Motorem. Choć tam mieliśmy naprawdę efektowną grę w ofensywie, trudno nie było nie mieć tej myśli związanej z czerwoną kartką. Motor rozpędzony, po szybkim wyrównaniu, ze wsparciem swoich trybun mógłby wyjść na drugą połowę i dalej zwiększać prędkość swojej jazdy. Łabojko spowodował, że przekaz trenera Stolarskiego był dla zespołu już zgoła odmienny, o czym szkoleniowiec powiedział na konferencji pomeczowej. I choć oczywiście grę w przewadze trzeba umieć wykorzystać, a GKS zrobił to świetnie, to gdyby nie gra rywali w osłabieniu, ten mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej.

Weryfikacja formy i gry katowiczan miała więc przyjść w spotkaniu z Koroną Kielce. W meczu odmiennym niż reszta w tym okienku międzyreprezentacyjnym. Bo o ile Motor, Piast i Termalica znajdowały się w dolnych rejonach tabeli, to rewelacyjna Korona Jacka Zielińskiego jest postrzegana jako drużyna czołówki. I mimo że z żadnym rywalem GKS nie może sobie przed meczem przypisywać trzech punktów, to tutaj zdobycie kompletu jawiło się jako bardzo trudne, choć nie-niemożliwe zadanie.

To inna Korona niż jesienią zeszłego roku. To co trener Zieliński zrobił z tą ekipą na tej przestrzeni czasu jest niebywałe. Wówczas Korona była po prostu słaba, bardzo słaba. Niewygranie przez GKS Katowice tego meczu na Bukowej było dość kuriozalne. Katowiczanie przecież prowadzili, potem podwójnego karnego wykorzystali rywale, ale przez prawie całą drugą połowę modlili się oni, aby spotkanie zakończyło się remisem. Klęczeli na tym boisku, żeby sędzia już w końcu zagwizdał. A w końcówce Błanik strzelił dla nich zwycięskiego gola. Trener gości mówił wówczas, że oczy krwawiły od oglądania tego spotkania.

Teraz to już kompletnie inny zespół. Piłkarski, dynamiczny, potrafiący zdominować rywala. Skuteczny. Metamorfoza jaką Złocisto-Krwiści przeszli w ciągu roku jest niebywała. Oczywiście ten proces trwa już od początku roku, bo kielczanie byli rewelacją wiosny i nasz mecz w Kielcach z maja już wyglądał inaczej niż ten jesienny. Natomiast jeśli weźmiemy pełny okres 12 miesięcy – bo z Koroną graliśmy w analogicznym czasie rok temu – to widać to jak na dłoni.

Wczorajszy mecz był piekielnie ciężki. Czasem trochę przewagę osiągali rywale, czasem trochę GKS. Czasem pojawiła się jakaś sytuacja dla jednej drużyny, czasem dla drugiej. Totalny styk. Nawet te jednobramkowe spotkania z wiosny, jak ze Stalą czy Zagłębiem, mimo że rywale też mieli swoje sytuacje, nie wyglądał aż tak na pograniczu. Najbardziej przypominał mi się mecz z Piastem, zakończony wynikiem 0:0, choć tam sytuacji było jak na lekarstwo, w porównaniu ze wczorajszą walką na noże.

No ale właśnie ten mecz z Piastem – wczoraj mam wrażenie, że został zwielokrotniony w kontekście wspomnianej piłkarskiej wojny. Zawodnicy nie szczędzili sobie razów, więcej było w tym fizyczności niż piłkarskiego piękna. Z obandażowanymi głowami po solidnym ich zderzeniu walczyli dalej Pau Resta i Borja Galan. W pewnym momencie zadrżeliśmy o zdrowie Bartka Nowaka, gdy był opatrywany. Po meczu lekki grymas bólu miał i trzymał się za przywodziciel Sebastian Milewski. Staw skokowy ucierpiał u Antonina, który został zmieniony. Trup ścielił się gęsto, ale nawet jak któryś z naszych zawodników leżał ranny na boisku, to za chwilę wstawał, otrzepywał się z kurzu i walczył dalej. Na konferencji prasowej Rafał Górak został zapytany w kontekście Wędrychowskiego o swoje niegdysiejsze słowa, że „trzeba z nim jako trenerem trochę pochodzić”, czyli trochę poprzebywać i dobrze się zaprezentować na treningach, na meczach, w kadrze, by wywalczyć sobie miejsce w składzie. Przypomniało mi się, jak trener Wojciech Łazarek zapytany kiedyś o kontuzję swojego zawodnika powiedział, że „ranny mężczyzna jest bardziej atrakcyjny”. Więc skoro jesteśmy przy takich porównaniach to można powiedzieć, że Borja piłkarsko był w tym meczu Misterem Areny Katowice. Pasuje – bo akurat gościliśmy Miss Polski.

W ramach wspomnianej ofiarności kilku naszych zawodników zasługuje na szczególne wyróżnienie, choć na pochwałę zasługuje oczywiście cała drużyna. Zacznę od Lukasa Klemenza, którego nieraz tu krytykowałem. Zawodnik ma swoje mankamenty, zwracałem uwagę na kwestie jego zwrotności. Nie da się jednak ukryć, że w ostatniej fazie bronienia, gdy przeciwnik już uderza na bramkę, Lukas popisuje się nie od dziś swoją determinacją. Sposób w jaki przewidział uderzenie głową Sotiriou był wybitny. Tu trzeba było zadziałać w punkt, w odpowiednim czasie, dobrze się ustawić. Ułamek sekundy reakcji później i to byłaby bramka. Brawo Lukas! Dodajmy też w tej samej sytuacji zachowanie Adama Zrelaka, który przecież przy pierwszym strzale Pau Resty w poprzeczkę już – na sucho – ale robił już wyskok z nogami do góry, żeby tę piłkę wybić.

Kolejnym wojownikiem tego meczu był oczywiście wspomniany Borja Galan. Pamiętamy tego zawodnika z meczu w Mielcu z poprzedniego sezonu z bandażem na głowie. Teraz również takie eleganckie „wdzianko” musiał założyć Hiszpan po wspomnianym starciu z Restą. Jeszcze w końcówce pierwszej połowy miałem wrażenie w jednej sytuacji, że Borja trochę się wystraszył główkowania i przyjmował piłkę na klatkę. Za to w drugiej – przyjął na głowę wysokie dośrodkowanie Wędrychowskiego i odegrał w ten sposób do Sebastiana Milewskiego, zaliczając kontuzjowaną częścią ciała asystę. A to przecież nie był koniec, bo w samej końcówce meczu zawodnik idealnie ustawił się na linii bramkowej – przyciągnął piłkę jak magnes po strzale Remacle’a i po słupku wybił piłkę na rzut rożny. I to był drugi słupek zawodnika, bo przecież w pierwszej połowie fantastycznie lobował Dziekońskiego i piłka trafiła w obramowanie bramki.

Nie sposób nie wspomnieć też o Sebastianie Milewskim (pozdrawiamy dumną mamę!), naszym super-rezerwowym z ostatnich meczów. W Lublinie zanotował kapitalny rajd i asystę do Szkurina, wczoraj już sam pięknym strzałem z pierwszej piłki pokonał bramkarza rywali. A przecież po chwili rozprowadził akcję, po której padł drugi gol – niestety był spalony.

GieKSa zagrała na zero z tyłu. Boże… w końcu! Naprawdę można było już się pogubić w tym liczeniu. Naprawdę te osiemnaście meczów bez czystego konta ciążyło. Tak jak pisałem w poprzednich felietonach – rachunek jest prosty – jeśli tracisz dwie bramki (a to się GieKSie zdarzało często), to gdy sam strzelisz dwie to masz co najwyżej remis. A dopiero trzy trafienia dają trzy punkty. I tak było choćby z Radomiakiem i Motorem, bo ofensywę GKS ma niezłą. Ale naprawdę w piłce nie musi chodzić o to, by dać sobie szansę na punkty strzelając nie wiadomo ile goli.

I z Koroną GieKSa rozegrała defensywnie naprawdę dobre spotkanie i mając odrobinę szczęścia – czyste konto zostało zachowane. I co w związku z tym? Ano to, że wystarczyła udana akcja zakończoną JEDNĄ bramką do zdobycia trzech punktów. Zapomnieliśmy już jak to jest, gdy jeden gol w meczu daje tyle radości. Dobra defensywa to absolutny klucz do sukcesu.

Katowiczanie wygrali drugi mecz z rzędu. Tego też mocno brakowało. Liczyliśmy na podtrzymanie dobrego wyniku po Arce i Radomiaku, ale kolejkę później przychodziły sromotne porażki. Teraz po Motorze nadeszło kolejne zwycięstwo. A jest szansa na to, by zacząć tworzyć serię, bo teraz czekają nas mecze z Niecieczą i Piastem. To są drużyny absolutnie do ogrania i jeśli GKS zagra ze swoją jakością, może i w tych meczach zgarnąć komplet. Czemu nie?

Z felietonowego obowiązku należy wspomnieć też, że GKS zatrzymał się w traceniu bramek w końcówce. Choć tu nadal są pewne defekty, bo gole z 34. i 38. minuty w Lublinie są blisko tej granicy, o której nieraz pisałem (ostatnie 5 minut), ale jej nie osiągają. Gola Fiabemy nie zaliczam tu w ogóle jako końcówkę, bo choć został strzelony w doliczonym czasie gry, to wynikał on z kilkunastominutowego zadymienia boiska.

W tabeli nastąpił pewien paradoks. GieKSa wygrała, a spadła o jedno miejsce. Jak to możliwe? Otóż Motor wygrał swoje spotkanie wyżej niż GKS i jako że obie drużyny mają równą liczbę punktów, to w bilansie bramkowym znów lublinianie są minimalnie lepsi. Natomiast jeszcze większy paradoks polega na tym, że mimo tego spadku o jedno miejsce, GKS znacząco swoją sytuację w tabeli poprawił. Na tym etapie sezonu nie możemy bowiem patrzeć na lokaty. Trzeba patrzeć na liczbę punktów naszą i wszystkich rywali do utrzymania. A tutaj nastąpiło wielkie spłaszczenie. Wiadomo, że nie wszystkie drużyny mają równą liczbę meczów. Natomiast nawet jeśli się tymi meczami zrównają, to niektórzy swoje zaległości wygrają, inne nie. Na ten moment fakt, że mamy – z równą liczbą spotkań – zaledwie dwa punkty do dziewiątego Widzewa i trzy do ósmej Pogoni – daje nam duży zastrzyk optymizmu, że jeśli będziemy dalej odpowiednio punktować, to możemy w końcu znacznie oddalić się od strefy spadkowej i zagościć w środku tabeli. Z obecną grą i potencjalnymi zdobyczami z Niecieczą i Piastem (nawet na przykład czterema punktami), w tym środku najprawdopodobniej się znajdziemy.

Oczywiście w meczu z Koroną było kilka mankamentów, ale w tym już głowa trenerów. Mimo wszystko nie można powiedzieć, że trener Górak nie reaguje w dłuższej perspektywie na lepszą czy gorszą postawę zawodników. Zdecydowanie więcej mógłby wnosić Eman Marković, który dostaje dużo szans, a póki co nie ma z jego gry większych efektów. Podobnie Jesse Bosch, który przecież przychodził jako dość spektakularne wzmocnienie z Zachodu. Ci zawodnicy też muszą udowodnić, że zasługują na miejsce w wyjściowej jedenastce. Tak jak walczący o nie Sebastian Milewski, który nie zdziwię się absolutnie, jeśli się w niej w najbliższych meczach znajdzie.

Nie ma czasu na odpoczynek. Już pojutrze GKS gra w Łodzi mecz z ŁKS. Jak do tego spotkania podjedzie trener – zarówno w kontekście poobijania naszych zawodników po Koronie, ale też w perspektywie piątkowego spotkania w Niecieczy? Tu będzie trzeba mocno strategicznie podziałać zarówno w kontekście czystego zdrowia, jak i zmęczenia zawodników. Mają te swoje markery, więc zapewne teraz – mimo niedzieli – głowy parują od analiz. Z drugiej strony przecież trener zapewnia, że Puchar Polski jest dla niego ważny, więc chyba nie pójdzie na ten mecz głębokimi rezerwami.

To naprawdę intensywny okres i to co mogła GieKSa dla siebie zrobić najlepszego, to podbudować swoje morale zwycięstwami. Jeśli dodamy jeszcze do tego wygraną w takich okolicznościach na boisku, ale także na trybunach – to smakuje to podwójnie. Pełny stadion, piłkarska pora i pogoda, półtora tysiąca kibiców z Kielc, którzy zaprezentowali się doskonale. I ten jeden gol na styku. Po prostu doskonale.

Nie pozostaje nic innego, jak złapać nam kibicom lekki oddech i czekać już na wtorek. A GieKSie należy dawać szansę, nawet jak czasem nie idzie i powinie się noga. Pisałem o tym w felietonie po meczu z Lechem. Ta drużyna już wielokrotnie pokazała, że jest w stanie się odbić po nieudanych czy nieszczęśliwych meczach. I teraz po raz kolejny to udowadnia.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Betonowy Urban

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.

Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.

Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?

Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?

Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.

Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.

Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.

I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.

W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.

Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.

Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.

Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.

Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.

Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.

Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.

Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.

Grosika powołał kuźwa jego mać…

Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.

A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.

A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:

„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Plusy i minusy po Lechii

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa pokonała Lechię Gdańsk 2:0 i dopisała kolejne zwycięstwo w lidze. Zapraszam na plusy i minusy.

Plusy:

+ Bartosz Nowak

Dobre wyjście z piłką już w pierwszej minucie, wywalczony rzut wolny, z którego zaczęła się akcja bramkowa, świetne wyprowadzenie przy golu Wdowiaka i podanie do Szkurina przy drugim trafieniu. Do tego dośrodkowania po stałych fragmentach i ciągła aktywność przez cały mecz.

+ Rafał Strączek

Kluczowa interwencja w 20. minucie po strzale z wolnego Zhelizko, który był zupełnie niepilnowany. Gdyby ta piłka wpadła, mecz mógłby potoczyć się inaczej. Do tego pewne wyjście w 69. minucie i spokojne łapanie w końcówce pierwszej połowy.

+ Skuteczność przy niskim posiadaniu

38% posiadania piłki i prowadzenie 1:0 po pierwszej połowie mówi samo za siebie. Lechia więcej kreowała, ale to my byliśmy konkretniejsi. Warto zauważyć też to, że znowu strzeliliśmy bramkę prawie, że do szatni.

Minusy:

– Zmarnowane okazje

Nowak nie wykorzystał błędu bramkarza Lechii, który zagrał mu piłkę dosłownie w nogi. Do tego zmarnowana szybka kontra w 32. minucie. Przy lepszym wykończeniu wynik mógł być wyższy dużo wcześniej.

Podsumowanie:

2:0 z Lechią i trzy punkty w lidze. Pierwsza połowa wyrównana, Lechia miała więcej z gry, ale to my byliśmy konkretniejsi. Druga połowa to sprawniejsze zarządzanie wynikiem, choć nie bez nerwowych momentów.

GieKSiarz

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Jestem pełen optymizmu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Jagiellonia – GKS wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Adrian Siemieniec i Rafał Górak. Poniżej główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Mecz jest przegrany i nikt z nas nie jest szczęśliwy. Wydaje mi się jednak, że warto o paru rzeczach opowiedzieć. Zdecydowanie wiedzieliśmy, że przyjeżdżamy do bardzo rozdrażnionej, bo ostatnie wyniki nie były najlepsze i brakowało zwycięstw, Jagiellonii, wiec spodziewaliśmy się bardzo zdeterminowanego i pozytywnie nakręconego przeciwnika i tak też było. Samej jakości piłkarskiej jest masę w Jagiellonii, więc jeśli oni są dobrze zregenerowani, mają dobre flow, to przeciwnik ma dużo problemów.

Straciliśmy dwie bramki w pierwszej połowie i kluczowa była przerwa, bo można było się rozlecieć i przegrać wyższym wynikiem, a to nie buduje i zawsze w głowie zostaje, jeśli przegrasz wyżej. Jestem zbudowany całą drugą płową, tą energią, z jaką wyszliśmy na drugą połowie, bo wydaje mi się, że naprawdę można było z przyjemnością patrzeć na odrabiający GKS Katowice, na dążący najpierw do zdobycia pierwszej bramki, która byłaby momentem zwarcia wyniku i szukalibyśmy tej drugiej. Za późno padła ta bramka i  zabrakło nam trochę czasu. Nie chodzi o to, że chcę powiedzieć, że wynik remisowy byłby sprawiedliwy. Chodzi mi o to, że jestem zbudowany postawą zespołu w drugiej połowie. Bardzo dobrze przepracowaliśmy przerwę i drużyna zagrała tak, jakbym sobie tego życzył w momencie, kiedy na boisku utytułowanego, ogranego w pucharach bardzo mocnego rywala moglibyśmy nie dać rady. Drużyna bardzo dobrze wyciągnęła wnioski, bardzo dobrze weszła w drugą połowę, szukaliśmy sytuacji do zdobycia bramki kontaktowej. Tak się stało, ale zabrakło czasu. Gratuluję zwycięstwa gospodarzom, zasłużone, natomiast ja jestem pełen optymizmu po tym meczu i mogę swojej drużynie pogratulować. Wiadomo, że każdy chce punktować i wygrywać, to by było najlepsze. Dzisiaj nam zabrakło. Będziemy się dalej starać i pracować, przed nami kolejne spotkanie.

Adrian Siemieniec (trener Jagiellonii Białystok):
Rozpocznę od podziękowań i gratulacji dla zespołu za zwycięstwo bardzo ważne, w bardzo ważnym momencie. Również podziękowania dla naszych kibiców i całego stadionu, bo miałem wrażenie, że dzisiaj byliśmy skonsolidowani i stadion niósł drużynę. Potrzebowaliśmy tego i to było czuć, że wszyscy pragniemy tego zwycięstwa. Cieszę się, że możemy się z tego cieszyć. Na pewno miałem pierwsze odczucie, w pierwszej i po pierwszej połowie, że wróciliśmy jako drużyna i mam nadzieję, że ten mecz będzie początkiem tego, że będziemy dalej się tak prezentować, szczególnie jak w pierwszej połowie. Choć z perspektywy poświęcenia, pracowitości i determinacji cały mecz był na wysokim poziomie. W pierwszej połowie graliśmy bardzo dobrze, bramka na 2:0 była kluczowa, mimo to, że wcześniej mieliśmy sytuacje, bo Jesus uderzał czy Bartek Mazurek. Bo w drugiej połowie po zmianach GKS miał więcej inicjatywy z piłką, ten mecz wyglądał z naszej strony inaczej, więc staraliśmy się kontrolować grę bez piłki, więcej się wybronić, do tego potrzebowaliśmy poświęcenia. Wygraliśmy z bardzo dobrą drużyną, która jest w świetnej dyspozycji – do tej pory przegrała tylko jedno spotkanie, a wygrała trzy z rzędu. Czuć było ich pewność siebie i że są w dobrej dyspozycji. Tym bardziej cieszę się, że wygraliśmy to niełatwe z perspektywy ostatnich wyników spotkania. Tym bardziej ważne jest, żebyśmy trzymali konsekwentnie poziom i podnosili go, bo w sobotę kolejny mecz u siebie i chcemy zakończyć ten mecz przed przerwą na kadrę w dobry sposób.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga