Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Ofiarność na piłkarskiej wojnie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Ależ do była piłkarska bitwa! Takie mecze na styku, takie na jeden zero, zdarzają się niezwykle rzadko. Przy czym choć piłkarsko nie było to może wybitne widowisko, to jednak nie można powiedzieć, że oglądaliśmy spotkanie nudne. W kwestii pojedynczych wydarzeń działo się naprawdę sporo.

Zastanawialiśmy się, jak wypadnie GieKSa po wysoko wygranym spotkaniu z Motorem. Choć tam mieliśmy naprawdę efektowną grę w ofensywie, trudno nie było nie mieć tej myśli związanej z czerwoną kartką. Motor rozpędzony, po szybkim wyrównaniu, ze wsparciem swoich trybun mógłby wyjść na drugą połowę i dalej zwiększać prędkość swojej jazdy. Łabojko spowodował, że przekaz trenera Stolarskiego był dla zespołu już zgoła odmienny, o czym szkoleniowiec powiedział na konferencji pomeczowej. I choć oczywiście grę w przewadze trzeba umieć wykorzystać, a GKS zrobił to świetnie, to gdyby nie gra rywali w osłabieniu, ten mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej.

Weryfikacja formy i gry katowiczan miała więc przyjść w spotkaniu z Koroną Kielce. W meczu odmiennym niż reszta w tym okienku międzyreprezentacyjnym. Bo o ile Motor, Piast i Termalica znajdowały się w dolnych rejonach tabeli, to rewelacyjna Korona Jacka Zielińskiego jest postrzegana jako drużyna czołówki. I mimo że z żadnym rywalem GKS nie może sobie przed meczem przypisywać trzech punktów, to tutaj zdobycie kompletu jawiło się jako bardzo trudne, choć nie-niemożliwe zadanie.

To inna Korona niż jesienią zeszłego roku. To co trener Zieliński zrobił z tą ekipą na tej przestrzeni czasu jest niebywałe. Wówczas Korona była po prostu słaba, bardzo słaba. Niewygranie przez GKS Katowice tego meczu na Bukowej było dość kuriozalne. Katowiczanie przecież prowadzili, potem podwójnego karnego wykorzystali rywale, ale przez prawie całą drugą połowę modlili się oni, aby spotkanie zakończyło się remisem. Klęczeli na tym boisku, żeby sędzia już w końcu zagwizdał. A w końcówce Błanik strzelił dla nich zwycięskiego gola. Trener gości mówił wówczas, że oczy krwawiły od oglądania tego spotkania.

Teraz to już kompletnie inny zespół. Piłkarski, dynamiczny, potrafiący zdominować rywala. Skuteczny. Metamorfoza jaką Złocisto-Krwiści przeszli w ciągu roku jest niebywała. Oczywiście ten proces trwa już od początku roku, bo kielczanie byli rewelacją wiosny i nasz mecz w Kielcach z maja już wyglądał inaczej niż ten jesienny. Natomiast jeśli weźmiemy pełny okres 12 miesięcy – bo z Koroną graliśmy w analogicznym czasie rok temu – to widać to jak na dłoni.

Wczorajszy mecz był piekielnie ciężki. Czasem trochę przewagę osiągali rywale, czasem trochę GKS. Czasem pojawiła się jakaś sytuacja dla jednej drużyny, czasem dla drugiej. Totalny styk. Nawet te jednobramkowe spotkania z wiosny, jak ze Stalą czy Zagłębiem, mimo że rywale też mieli swoje sytuacje, nie wyglądał aż tak na pograniczu. Najbardziej przypominał mi się mecz z Piastem, zakończony wynikiem 0:0, choć tam sytuacji było jak na lekarstwo, w porównaniu ze wczorajszą walką na noże.

No ale właśnie ten mecz z Piastem – wczoraj mam wrażenie, że został zwielokrotniony w kontekście wspomnianej piłkarskiej wojny. Zawodnicy nie szczędzili sobie razów, więcej było w tym fizyczności niż piłkarskiego piękna. Z obandażowanymi głowami po solidnym ich zderzeniu walczyli dalej Pau Resta i Borja Galan. W pewnym momencie zadrżeliśmy o zdrowie Bartka Nowaka, gdy był opatrywany. Po meczu lekki grymas bólu miał i trzymał się za przywodziciel Sebastian Milewski. Staw skokowy ucierpiał u Antonina, który został zmieniony. Trup ścielił się gęsto, ale nawet jak któryś z naszych zawodników leżał ranny na boisku, to za chwilę wstawał, otrzepywał się z kurzu i walczył dalej. Na konferencji prasowej Rafał Górak został zapytany w kontekście Wędrychowskiego o swoje niegdysiejsze słowa, że „trzeba z nim jako trenerem trochę pochodzić”, czyli trochę poprzebywać i dobrze się zaprezentować na treningach, na meczach, w kadrze, by wywalczyć sobie miejsce w składzie. Przypomniało mi się, jak trener Wojciech Łazarek zapytany kiedyś o kontuzję swojego zawodnika powiedział, że „ranny mężczyzna jest bardziej atrakcyjny”. Więc skoro jesteśmy przy takich porównaniach to można powiedzieć, że Borja piłkarsko był w tym meczu Misterem Areny Katowice. Pasuje – bo akurat gościliśmy Miss Polski.

W ramach wspomnianej ofiarności kilku naszych zawodników zasługuje na szczególne wyróżnienie, choć na pochwałę zasługuje oczywiście cała drużyna. Zacznę od Lukasa Klemenza, którego nieraz tu krytykowałem. Zawodnik ma swoje mankamenty, zwracałem uwagę na kwestie jego zwrotności. Nie da się jednak ukryć, że w ostatniej fazie bronienia, gdy przeciwnik już uderza na bramkę, Lukas popisuje się nie od dziś swoją determinacją. Sposób w jaki przewidział uderzenie głową Sotiriou był wybitny. Tu trzeba było zadziałać w punkt, w odpowiednim czasie, dobrze się ustawić. Ułamek sekundy reakcji później i to byłaby bramka. Brawo Lukas! Dodajmy też w tej samej sytuacji zachowanie Adama Zrelaka, który przecież przy pierwszym strzale Pau Resty w poprzeczkę już – na sucho – ale robił już wyskok z nogami do góry, żeby tę piłkę wybić.

Kolejnym wojownikiem tego meczu był oczywiście wspomniany Borja Galan. Pamiętamy tego zawodnika z meczu w Mielcu z poprzedniego sezonu z bandażem na głowie. Teraz również takie eleganckie „wdzianko” musiał założyć Hiszpan po wspomnianym starciu z Restą. Jeszcze w końcówce pierwszej połowy miałem wrażenie w jednej sytuacji, że Borja trochę się wystraszył główkowania i przyjmował piłkę na klatkę. Za to w drugiej – przyjął na głowę wysokie dośrodkowanie Wędrychowskiego i odegrał w ten sposób do Sebastiana Milewskiego, zaliczając kontuzjowaną częścią ciała asystę. A to przecież nie był koniec, bo w samej końcówce meczu zawodnik idealnie ustawił się na linii bramkowej – przyciągnął piłkę jak magnes po strzale Remacle’a i po słupku wybił piłkę na rzut rożny. I to był drugi słupek zawodnika, bo przecież w pierwszej połowie fantastycznie lobował Dziekońskiego i piłka trafiła w obramowanie bramki.

Nie sposób nie wspomnieć też o Sebastianie Milewskim (pozdrawiamy dumną mamę!), naszym super-rezerwowym z ostatnich meczów. W Lublinie zanotował kapitalny rajd i asystę do Szkurina, wczoraj już sam pięknym strzałem z pierwszej piłki pokonał bramkarza rywali. A przecież po chwili rozprowadził akcję, po której padł drugi gol – niestety był spalony.

GieKSa zagrała na zero z tyłu. Boże… w końcu! Naprawdę można było już się pogubić w tym liczeniu. Naprawdę te osiemnaście meczów bez czystego konta ciążyło. Tak jak pisałem w poprzednich felietonach – rachunek jest prosty – jeśli tracisz dwie bramki (a to się GieKSie zdarzało często), to gdy sam strzelisz dwie to masz co najwyżej remis. A dopiero trzy trafienia dają trzy punkty. I tak było choćby z Radomiakiem i Motorem, bo ofensywę GKS ma niezłą. Ale naprawdę w piłce nie musi chodzić o to, by dać sobie szansę na punkty strzelając nie wiadomo ile goli.

I z Koroną GieKSa rozegrała defensywnie naprawdę dobre spotkanie i mając odrobinę szczęścia – czyste konto zostało zachowane. I co w związku z tym? Ano to, że wystarczyła udana akcja zakończoną JEDNĄ bramką do zdobycia trzech punktów. Zapomnieliśmy już jak to jest, gdy jeden gol w meczu daje tyle radości. Dobra defensywa to absolutny klucz do sukcesu.

Katowiczanie wygrali drugi mecz z rzędu. Tego też mocno brakowało. Liczyliśmy na podtrzymanie dobrego wyniku po Arce i Radomiaku, ale kolejkę później przychodziły sromotne porażki. Teraz po Motorze nadeszło kolejne zwycięstwo. A jest szansa na to, by zacząć tworzyć serię, bo teraz czekają nas mecze z Niecieczą i Piastem. To są drużyny absolutnie do ogrania i jeśli GKS zagra ze swoją jakością, może i w tych meczach zgarnąć komplet. Czemu nie?

Z felietonowego obowiązku należy wspomnieć też, że GKS zatrzymał się w traceniu bramek w końcówce. Choć tu nadal są pewne defekty, bo gole z 34. i 38. minuty w Lublinie są blisko tej granicy, o której nieraz pisałem (ostatnie 5 minut), ale jej nie osiągają. Gola Fiabemy nie zaliczam tu w ogóle jako końcówkę, bo choć został strzelony w doliczonym czasie gry, to wynikał on z kilkunastominutowego zadymienia boiska.

W tabeli nastąpił pewien paradoks. GieKSa wygrała, a spadła o jedno miejsce. Jak to możliwe? Otóż Motor wygrał swoje spotkanie wyżej niż GKS i jako że obie drużyny mają równą liczbę punktów, to w bilansie bramkowym znów lublinianie są minimalnie lepsi. Natomiast jeszcze większy paradoks polega na tym, że mimo tego spadku o jedno miejsce, GKS znacząco swoją sytuację w tabeli poprawił. Na tym etapie sezonu nie możemy bowiem patrzeć na lokaty. Trzeba patrzeć na liczbę punktów naszą i wszystkich rywali do utrzymania. A tutaj nastąpiło wielkie spłaszczenie. Wiadomo, że nie wszystkie drużyny mają równą liczbę meczów. Natomiast nawet jeśli się tymi meczami zrównają, to niektórzy swoje zaległości wygrają, inne nie. Na ten moment fakt, że mamy – z równą liczbą spotkań – zaledwie dwa punkty do dziewiątego Widzewa i trzy do ósmej Pogoni – daje nam duży zastrzyk optymizmu, że jeśli będziemy dalej odpowiednio punktować, to możemy w końcu znacznie oddalić się od strefy spadkowej i zagościć w środku tabeli. Z obecną grą i potencjalnymi zdobyczami z Niecieczą i Piastem (nawet na przykład czterema punktami), w tym środku najprawdopodobniej się znajdziemy.

Oczywiście w meczu z Koroną było kilka mankamentów, ale w tym już głowa trenerów. Mimo wszystko nie można powiedzieć, że trener Górak nie reaguje w dłuższej perspektywie na lepszą czy gorszą postawę zawodników. Zdecydowanie więcej mógłby wnosić Eman Marković, który dostaje dużo szans, a póki co nie ma z jego gry większych efektów. Podobnie Jesse Bosch, który przecież przychodził jako dość spektakularne wzmocnienie z Zachodu. Ci zawodnicy też muszą udowodnić, że zasługują na miejsce w wyjściowej jedenastce. Tak jak walczący o nie Sebastian Milewski, który nie zdziwię się absolutnie, jeśli się w niej w najbliższych meczach znajdzie.

Nie ma czasu na odpoczynek. Już pojutrze GKS gra w Łodzi mecz z ŁKS. Jak do tego spotkania podjedzie trener – zarówno w kontekście poobijania naszych zawodników po Koronie, ale też w perspektywie piątkowego spotkania w Niecieczy? Tu będzie trzeba mocno strategicznie podziałać zarówno w kontekście czystego zdrowia, jak i zmęczenia zawodników. Mają te swoje markery, więc zapewne teraz – mimo niedzieli – głowy parują od analiz. Z drugiej strony przecież trener zapewnia, że Puchar Polski jest dla niego ważny, więc chyba nie pójdzie na ten mecz głębokimi rezerwami.

To naprawdę intensywny okres i to co mogła GieKSa dla siebie zrobić najlepszego, to podbudować swoje morale zwycięstwami. Jeśli dodamy jeszcze do tego wygraną w takich okolicznościach na boisku, ale także na trybunach – to smakuje to podwójnie. Pełny stadion, piłkarska pora i pogoda, półtora tysiąca kibiców z Kielc, którzy zaprezentowali się doskonale. I ten jeden gol na styku. Po prostu doskonale.

Nie pozostaje nic innego, jak złapać nam kibicom lekki oddech i czekać już na wtorek. A GieKSie należy dawać szansę, nawet jak czasem nie idzie i powinie się noga. Pisałem o tym w felietonie po meczu z Lechem. Ta drużyna już wielokrotnie pokazała, że jest w stanie się odbić po nieudanych czy nieszczęśliwych meczach. I teraz po raz kolejny to udowadnia.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Betonowy Urban

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.

Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.

Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?

Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?

Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.

Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.

Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.

I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.

W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.

Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.

Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.

Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.

Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.

Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.

Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.

Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.

Grosika powołał kuźwa jego mać…

Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.

A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.

A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:

„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Plusy i minusy po Lechii

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa pokonała Lechię Gdańsk 2:0 i dopisała kolejne zwycięstwo w lidze. Zapraszam na plusy i minusy.

Plusy:

+ Bartosz Nowak

Dobre wyjście z piłką już w pierwszej minucie, wywalczony rzut wolny, z którego zaczęła się akcja bramkowa, świetne wyprowadzenie przy golu Wdowiaka i podanie do Szkurina przy drugim trafieniu. Do tego dośrodkowania po stałych fragmentach i ciągła aktywność przez cały mecz.

+ Rafał Strączek

Kluczowa interwencja w 20. minucie po strzale z wolnego Zhelizko, który był zupełnie niepilnowany. Gdyby ta piłka wpadła, mecz mógłby potoczyć się inaczej. Do tego pewne wyjście w 69. minucie i spokojne łapanie w końcówce pierwszej połowy.

+ Skuteczność przy niskim posiadaniu

38% posiadania piłki i prowadzenie 1:0 po pierwszej połowie mówi samo za siebie. Lechia więcej kreowała, ale to my byliśmy konkretniejsi. Warto zauważyć też to, że znowu strzeliliśmy bramkę prawie, że do szatni.

Minusy:

– Zmarnowane okazje

Nowak nie wykorzystał błędu bramkarza Lechii, który zagrał mu piłkę dosłownie w nogi. Do tego zmarnowana szybka kontra w 32. minucie. Przy lepszym wykończeniu wynik mógł być wyższy dużo wcześniej.

Podsumowanie:

2:0 z Lechią i trzy punkty w lidze. Pierwsza połowa wyrównana, Lechia miała więcej z gry, ale to my byliśmy konkretniejsi. Druga połowa to sprawniejsze zarządzanie wynikiem, choć nie bez nerwowych momentów.

GieKSiarz

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Oczko po oczku utkana sieć

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za chwilę to wygrywanie stanie się nudne… Moglibyśmy powiedzieć. Ale, no nie. To się chyba nie ma prawa znudzić. Faktem jest, że rok 2026 przynosi nam tyle radości, że naprawdę nie bylibyśmy sobie tego w najśmielszych marzeniach na Gwiazdkę wyobrazić. Przecież wchodziliśmy w niego będąc w strefie spadkowej, mając w perspektywie bardzo trudne mecze. Tymczasem minęło kilka kolejek, GieKSa wygrywa seryjnie i już niemal podwoiła swój dorobek z jesieni!

Sam staram się za bardzo nie marzyć. Tego mnie GieKSa nauczyła przez wiele lat, choć na różne sposoby. Przez większość z ostatnich dwóch dekad realizm pokazywał, że marzyć nie ma za bardzo sensu, bo i tak nici będą z tych pięknych wizji. Teraz jest inaczej. Nie wychylam się za bardzo z myślami do przodu, bo po prostu w ten zespół wierzę – wierzę w ten projekt, który ma w sobie tak niezliczone pokłady dobrych rzeczy, ale który przecież nie jest jeszcze doskonały. Ufając więc ludziom w zespole – zarówno piłkarzom, jak i sztabowi – cieszę się po prostu z każdego kolejnego progresu. Z każdego dobrego meczu, punktu, zwycięstwa. Szczerze mówiąc nie zaprzątam sobie głowy tym, gdzie nas to zaprowadzi. Jeśli do spokojnego utrzymania, to fajnie. Jeśli do górnej połówki tabeli – jeszcze lepiej. A może do pucharów? A może do Mistrzostwa Polski? Po meczu z Lechią i patrząc na układ tabeli, żaden z tych scenariuszy nie jest nierealny. Ale to czyste teoretyzowanie. Bo i tak na koniec wszystko zależy od utrzymania dobrej formy, realizowania ciągle i konsekwentnie tego samego, co mecz. Na ekstraklasę wystarcza. GieKSa nie wygrywa meczów nie wiadomo jakimi cudami. GieKSa wygrywa stałością i powtarzalnością. Jak Francja w 2018, kiedy to nie grała jakiegoś wybitnie efektownego futbolu (no, może poza meczem z Argentyną), ale grała najrówniej z wszystkich drużyn i to dało jej tytuł. Nie sztuką jest mieć jeden czy dwa efektowne wyskoki i kogoś rozgromić. Prawdziwa siła tkwi w konsekwencji.

No dobra, z tym brakiem cudów trochę przesadziłem. Bartek Nowak. Powiedziałbym, że nie mam słów na to, co wyczynia ten zawodnik. Ale przecież już to pisałem. Gdy wydaje się, że nie jest możliwe, by znów – w kolejnym meczu z rzędu – coś wyczarował, on i tak to robi. Przy obu golach znów zachował się jak piłkarski artysta. Odegranie w punkt do Sebastiana Milewskiego, który wypuścił Mateusza Wdowiaka. A potem Bartek zagrał taką piłę, niczym precyzyjnym uderzeniem kijem bilardowym – po ziemi, mocno, ale precyzyjnie, że Ilja Szkurin mógł dać golkiperowi rywali piękną podcinkę. Wiem, że się powtarzam, ale obawiam się tych powołań na najbliższe zgrupowanie kadry. Przyznam, że sprawa ta wywołuje u mnie bardzo dużo emocji i po prostu nie wyobrażam sobie, żeby Bartek tego powołania nie dostał. A wiemy, że selekcjoner ma jakieś swoje poglądy, choćby odnośnie Pietuszewskiego…

Trener GKS nieraz wspomina o korygowaniu w przerwie. Naprawdę należy cenić nasz sztab za to, że taktycznie – może nie zjada tę ligę, bo to by było przesadą – ale tak dostosowują sposób gry w każdym kolejnym meczu, że wyciskają z potencjału drużyny naprawdę bardzo dużo. A właśnie przerwa jest tym czasem, gdzie coś można pozmieniać, widząc pewne błędy i niuanse w pierwszej połowie. I zazwyczaj odnosi to skutek, bo choćby z Legią, w lidze z Widzewem czy wczoraj, po przerwie zdecydowanie spokojniej i lepiej wyglądały poczynania drużyny.

Druga połowa otarła się o perfekcję. Przed przerwą jeszcze to trochę wyglądało cios za cios, na taką piłkarską (nie fizyczną) wojnę, a nawet z pewną przewagą Lechii. Przy czym nic z tej przewagi nie wynikało, bo gdańszczanie oddali tylko jeden celny strzał – po fenomenalnym uderzeniu Żelizki z dystansu. I na tym jednym uderzeniu w światło bramki zakończyli cały mecz. Zbliżali się po pole karne, mieli posiadanie piłki, ale konkretów z tego większych nie było. Czyli coś, co dobrze znamy z innych meczów. Za to w drugiej połowie z gry Lechia nie miała już w ogóle nic. GieKSa pewnie i spokojnie wybraniała – czy to w polu karnym czy już dużo wcześniej tłumiąc w zarodku akcje przeciwnika. To nie był „mecz obronny”, tak jak w Radomiu. To był absolutnie bardzo dobry mecz w destrukcji, a i konstrukcja była niczego sobie – choć tu już tak doskonale nie było. Ale summa summarum – nie wiem, czy ta druga połowa taktycznie i realizacyjnie nie była najlepsza w tym sezonie. Jak zawsze – gdybym znał się na taktyce, zostałbym taktykiem, a na analizie – analitykiem. Opieram się jednak na swojej intuicji i poczuciu stresu/spokoju – a tutaj nie miałem poczucia zagrożenia, że cokolwiek złego GieKSie może się wydarzyć. I nie mówię tu o tym, że czasem coś przeciwnikowi w takiej sytuacji jednak wpadnie, bo to jest piłka. Mówię o swoim intuicyjnym przeżyciu tej pewności drużyny, braku strachu, dobrych pewnych ruchach i decyzjach. To wszystko było na bardzo wysokim poziomie.

Wiadomo, że we wspomnianej konstrukcji w końcówce meczu mogło być lepiej. Marcel Wędrychowski musi ciągle pracować nad głową, bo jego żwawość i dynamika jest nam potrzebna, ale mając kapitalne możliwości do odegrania piłki i lepszego rozwiązania sytuacji – kilka akcji zepsuł. Ale też nie jest tak, że wszystkie – bo w kilku zachował się bardzo dobrze. Piłkarz ma potencjał, kibicuję mu bardzo mocno, więc niech się chłopak rozwija – jeśli opanuje głowę, będziemy mieli z niego duży pożytek.

Mateusz Kowalczyk staje się coraz lepszy. Chłopak młody, a momentami wygląda na bardzo doświadczonego. Tu zastawienie, obrót, balans ciała, dziubnięcie – i piłka ciągle jest pod jego nogami. Przychodził do GKS jako zawodnik dość anonimowy (choć dla nas nie do końca, bo przecież w ŁKS strzelił nam bramkę), a teraz jest jednym z najlepszych zawodników na tej pozycji w lidze. Sebastian Milewski w zaskakujący sposób wywalczył sobie miejsce w składzie i go nie oddaje. Raz na jakiś czas jeszcze zdarzy mu się strata, gdy pójdzie z piłką „na raz”, ale w zdecydowanej większości jest bardzo skuteczny. A to podanie zewnętrzną częścią stopy z pierwszej piłki – no, Panie Sebastianie, mama znowu może być dumna. Asysta była pierwszej klasy.

Zastanawialiśmy się, jak wprowadzi się do GieKSy Mateusz Wdowiak. Wiele osób powątpiewało, ja też przyznam, że nie byłem pewien. Niepotrzebnie. Zawodnik wygląda na skrojonego pod GieKSę idealnie – z marszu wszedł do pierwszego składu, miejsca nie oddaje i jest po prostu dobry. Charakterologicznie – pasuje jak ulał. Druga bramka strzelona, wchodzi momentami praktycznie na „dziewiątkę”, zresztą w dogrywce z Widzewem tak był ustawiony.

No i doczekał się debiutu młody Kokosiński, pograł swoje minuty i najlepsze jest to, że nie była to zła zmiana. U takiego debiutującego zawodnika sukcesem jest, jeśli udźwignie ciężar. Jakub zaprezentował się dobrze, kilka razy celnie odegrał, praktycznie nic nie zepsuł. Fajnie.

Oczywiście to co nam zaprzątało głowę i napawało niepokojem przed meczem to zestawienie obrony, które jak stwierdził trener Górak było „wywrócone do góry nogami”. Oglądaliśmy więc w środku Martena Kuuska i Wasyla, a Borja i Erik musieli się podzielić wahadłami. Efektem był wspomniany jeden celny strzał rywali i bardzo dobra neutralizacja poczynań najlepszej ofensywy w lidze. Reprezentant Estonii spisał się bardzo dobrze i pewnie, a Wasyl… cóż, Wasyla można dać wszędzie i wszędzie sobie poradzi. Jestem przekonany, że gdyby Marcin grał w ataku, to również parę bramek by strzelił. Taki to zawodnik, wszechstronny, który może zagrać na różnych pozycjach. Ale nie jako „zapchajdziura”, czyli takie niezbyt fajne określenie, którego ongiś się używało na jakiegoś przeciętnego zawodnika, którego rzucało się po całym boisku w zależności od potrzeb. Wasyl po prostu ma taką jakość. No i ostatecznie przez tę pauzę Arka i Alana przeszliśmy suchą stopą.

Jeszcze jedno słowo o tej bramce na 1:0, bo to przecież była przepiękna kontra. Zaczęło się od Wasyla, jeszcze podbił piłkę głową Wodwiak, powalczył Ilja, ale tam jeszcze przeciwnik zdołał zagłówkować. No ale potem to już była perfekcja, Milewski zgarnął piłkę sprzed nosa Kapićowi i pognał do przodu, Nowak z gracją przyjął na klatkę i z pierwszej odegrał do Milusiego, a ten wspomnianym zagraniem z pierwszej piłki wypuścił Wdowiaka. Mateusz też pokazał inteligencję, bo przecież jakby szedł na prawą nogę, to nici by z tego były. Przepiękna akcja.

Oj Lechia nie znosi przyjeżdżać do Katowic. W pierwszej lidze – w pamiętnym meczu – Katowiczanie wygrali 1:0 po golu w doliczonym czasie Arkadiusza Jędrycha. A poprzedni sezon i obecny to wygrane GieKSy 2:0. Tak jak pisałem przed meczem – o ile w Gdańsku wiedzie nam się średnio (ale nie tak beznadziejnie), to na starej i nowej Bukowej bardzo lubimy grać z tym rywalem.

Od początku tego roku GKS szedł łeb w łeb z poprzednim sezonem. Ale na teraz – po 24 meczach – Katowiczanie mają już 3 punkty więcej niż rok temu. Trzy wygrane z rzędu mają swój wydźwięk, a wiemy, że rok temu nasz zespół też sporo meczów rozstrzygał na swoją korzyść.

Zabawa w utrzymanie? Czemu nie. Trzymając się naszej granicy 38 punktów, do utrzymania wystarczą już bilanse: 0-2-8 lub 1-0-9. Jak się okazuje w tym chorym sezonie ta granica może się nieco przesunąć, ale nie sądzę, by powyżej 40 oczek. Faktem jest, że statystycznie GieKSa jest już bardzo, bardzo blisko tego utrzymania. Potem będziemy liczyć matematykę.

Teraz jesteśmy bliżej samej czołówki tabeli. Na ten moment, do drugiej Jagiellonii mamy 2 punkty straty. Wiadomo, że Lech i Raków, które są nad nami, dzisiaj jeszcze grają. Do liderującego Zagłębia na ten moment tracimy 5 punktów. Absolutny kosmos.

I zobaczcie sobie teraz – trochę nie patrząc na obecną formę różnych drużyn – co GieKSa zrobiła już w tym roku. Dwa razy odprawiliśmy z kwitkiem Widzew, wygraliśmy Śląski Klasyk, nie daliśmy sobie strzelić gola ekipie mającej na koncie pół setki strzelonych bramek, pokonaliśmy na wyjeździe obecnego lidera ekstraklasy, nie przegraliśmy z zawsze „wielką” Legią, a do tego awansowaliśmy do półfinału Pucharu Polski. Piękna ta wiosna. A jeszcze nawet się nie zaczęła.

Przed nami kolejne wyzwania. Już pojutrze Katowiczanie podejmą trzecią próbę rozegrania meczu w Białymstoku. Na papierze Jaga jest faworytem, ale patrząc na obecne dyspozycje obu drużyn, nasz zespół nie musi być na straconej pozycji. Drużyna Rafała Góraka jest rozpędzona piłkarsko i mentalnie, więc nie ma co się Jagi bać – co zresztą pokazał Piast Gliwice. Po prostu grajmy swoją grę, nie zapominajmy o zadaniach, miejmy tak mocny mental – jak z Lechią – a powinno być dobrze.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga