Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Ofiarność na piłkarskiej wojnie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Ależ do była piłkarska bitwa! Takie mecze na styku, takie na jeden zero, zdarzają się niezwykle rzadko. Przy czym choć piłkarsko nie było to może wybitne widowisko, to jednak nie można powiedzieć, że oglądaliśmy spotkanie nudne. W kwestii pojedynczych wydarzeń działo się naprawdę sporo.

Zastanawialiśmy się, jak wypadnie GieKSa po wysoko wygranym spotkaniu z Motorem. Choć tam mieliśmy naprawdę efektowną grę w ofensywie, trudno nie było nie mieć tej myśli związanej z czerwoną kartką. Motor rozpędzony, po szybkim wyrównaniu, ze wsparciem swoich trybun mógłby wyjść na drugą połowę i dalej zwiększać prędkość swojej jazdy. Łabojko spowodował, że przekaz trenera Stolarskiego był dla zespołu już zgoła odmienny, o czym szkoleniowiec powiedział na konferencji pomeczowej. I choć oczywiście grę w przewadze trzeba umieć wykorzystać, a GKS zrobił to świetnie, to gdyby nie gra rywali w osłabieniu, ten mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej.

Weryfikacja formy i gry katowiczan miała więc przyjść w spotkaniu z Koroną Kielce. W meczu odmiennym niż reszta w tym okienku międzyreprezentacyjnym. Bo o ile Motor, Piast i Termalica znajdowały się w dolnych rejonach tabeli, to rewelacyjna Korona Jacka Zielińskiego jest postrzegana jako drużyna czołówki. I mimo że z żadnym rywalem GKS nie może sobie przed meczem przypisywać trzech punktów, to tutaj zdobycie kompletu jawiło się jako bardzo trudne, choć nie-niemożliwe zadanie.

To inna Korona niż jesienią zeszłego roku. To co trener Zieliński zrobił z tą ekipą na tej przestrzeni czasu jest niebywałe. Wówczas Korona była po prostu słaba, bardzo słaba. Niewygranie przez GKS Katowice tego meczu na Bukowej było dość kuriozalne. Katowiczanie przecież prowadzili, potem podwójnego karnego wykorzystali rywale, ale przez prawie całą drugą połowę modlili się oni, aby spotkanie zakończyło się remisem. Klęczeli na tym boisku, żeby sędzia już w końcu zagwizdał. A w końcówce Błanik strzelił dla nich zwycięskiego gola. Trener gości mówił wówczas, że oczy krwawiły od oglądania tego spotkania.

Teraz to już kompletnie inny zespół. Piłkarski, dynamiczny, potrafiący zdominować rywala. Skuteczny. Metamorfoza jaką Złocisto-Krwiści przeszli w ciągu roku jest niebywała. Oczywiście ten proces trwa już od początku roku, bo kielczanie byli rewelacją wiosny i nasz mecz w Kielcach z maja już wyglądał inaczej niż ten jesienny. Natomiast jeśli weźmiemy pełny okres 12 miesięcy – bo z Koroną graliśmy w analogicznym czasie rok temu – to widać to jak na dłoni.

Wczorajszy mecz był piekielnie ciężki. Czasem trochę przewagę osiągali rywale, czasem trochę GKS. Czasem pojawiła się jakaś sytuacja dla jednej drużyny, czasem dla drugiej. Totalny styk. Nawet te jednobramkowe spotkania z wiosny, jak ze Stalą czy Zagłębiem, mimo że rywale też mieli swoje sytuacje, nie wyglądał aż tak na pograniczu. Najbardziej przypominał mi się mecz z Piastem, zakończony wynikiem 0:0, choć tam sytuacji było jak na lekarstwo, w porównaniu ze wczorajszą walką na noże.

No ale właśnie ten mecz z Piastem – wczoraj mam wrażenie, że został zwielokrotniony w kontekście wspomnianej piłkarskiej wojny. Zawodnicy nie szczędzili sobie razów, więcej było w tym fizyczności niż piłkarskiego piękna. Z obandażowanymi głowami po solidnym ich zderzeniu walczyli dalej Pau Resta i Borja Galan. W pewnym momencie zadrżeliśmy o zdrowie Bartka Nowaka, gdy był opatrywany. Po meczu lekki grymas bólu miał i trzymał się za przywodziciel Sebastian Milewski. Staw skokowy ucierpiał u Antonina, który został zmieniony. Trup ścielił się gęsto, ale nawet jak któryś z naszych zawodników leżał ranny na boisku, to za chwilę wstawał, otrzepywał się z kurzu i walczył dalej. Na konferencji prasowej Rafał Górak został zapytany w kontekście Wędrychowskiego o swoje niegdysiejsze słowa, że „trzeba z nim jako trenerem trochę pochodzić”, czyli trochę poprzebywać i dobrze się zaprezentować na treningach, na meczach, w kadrze, by wywalczyć sobie miejsce w składzie. Przypomniało mi się, jak trener Wojciech Łazarek zapytany kiedyś o kontuzję swojego zawodnika powiedział, że „ranny mężczyzna jest bardziej atrakcyjny”. Więc skoro jesteśmy przy takich porównaniach to można powiedzieć, że Borja piłkarsko był w tym meczu Misterem Areny Katowice. Pasuje – bo akurat gościliśmy Miss Polski.

W ramach wspomnianej ofiarności kilku naszych zawodników zasługuje na szczególne wyróżnienie, choć na pochwałę zasługuje oczywiście cała drużyna. Zacznę od Lukasa Klemenza, którego nieraz tu krytykowałem. Zawodnik ma swoje mankamenty, zwracałem uwagę na kwestie jego zwrotności. Nie da się jednak ukryć, że w ostatniej fazie bronienia, gdy przeciwnik już uderza na bramkę, Lukas popisuje się nie od dziś swoją determinacją. Sposób w jaki przewidział uderzenie głową Sotiriou był wybitny. Tu trzeba było zadziałać w punkt, w odpowiednim czasie, dobrze się ustawić. Ułamek sekundy reakcji później i to byłaby bramka. Brawo Lukas! Dodajmy też w tej samej sytuacji zachowanie Adama Zrelaka, który przecież przy pierwszym strzale Pau Resty w poprzeczkę już – na sucho – ale robił już wyskok z nogami do góry, żeby tę piłkę wybić.

Kolejnym wojownikiem tego meczu był oczywiście wspomniany Borja Galan. Pamiętamy tego zawodnika z meczu w Mielcu z poprzedniego sezonu z bandażem na głowie. Teraz również takie eleganckie „wdzianko” musiał założyć Hiszpan po wspomnianym starciu z Restą. Jeszcze w końcówce pierwszej połowy miałem wrażenie w jednej sytuacji, że Borja trochę się wystraszył główkowania i przyjmował piłkę na klatkę. Za to w drugiej – przyjął na głowę wysokie dośrodkowanie Wędrychowskiego i odegrał w ten sposób do Sebastiana Milewskiego, zaliczając kontuzjowaną częścią ciała asystę. A to przecież nie był koniec, bo w samej końcówce meczu zawodnik idealnie ustawił się na linii bramkowej – przyciągnął piłkę jak magnes po strzale Remacle’a i po słupku wybił piłkę na rzut rożny. I to był drugi słupek zawodnika, bo przecież w pierwszej połowie fantastycznie lobował Dziekońskiego i piłka trafiła w obramowanie bramki.

Nie sposób nie wspomnieć też o Sebastianie Milewskim (pozdrawiamy dumną mamę!), naszym super-rezerwowym z ostatnich meczów. W Lublinie zanotował kapitalny rajd i asystę do Szkurina, wczoraj już sam pięknym strzałem z pierwszej piłki pokonał bramkarza rywali. A przecież po chwili rozprowadził akcję, po której padł drugi gol – niestety był spalony.

GieKSa zagrała na zero z tyłu. Boże… w końcu! Naprawdę można było już się pogubić w tym liczeniu. Naprawdę te osiemnaście meczów bez czystego konta ciążyło. Tak jak pisałem w poprzednich felietonach – rachunek jest prosty – jeśli tracisz dwie bramki (a to się GieKSie zdarzało często), to gdy sam strzelisz dwie to masz co najwyżej remis. A dopiero trzy trafienia dają trzy punkty. I tak było choćby z Radomiakiem i Motorem, bo ofensywę GKS ma niezłą. Ale naprawdę w piłce nie musi chodzić o to, by dać sobie szansę na punkty strzelając nie wiadomo ile goli.

I z Koroną GieKSa rozegrała defensywnie naprawdę dobre spotkanie i mając odrobinę szczęścia – czyste konto zostało zachowane. I co w związku z tym? Ano to, że wystarczyła udana akcja zakończoną JEDNĄ bramką do zdobycia trzech punktów. Zapomnieliśmy już jak to jest, gdy jeden gol w meczu daje tyle radości. Dobra defensywa to absolutny klucz do sukcesu.

Katowiczanie wygrali drugi mecz z rzędu. Tego też mocno brakowało. Liczyliśmy na podtrzymanie dobrego wyniku po Arce i Radomiaku, ale kolejkę później przychodziły sromotne porażki. Teraz po Motorze nadeszło kolejne zwycięstwo. A jest szansa na to, by zacząć tworzyć serię, bo teraz czekają nas mecze z Niecieczą i Piastem. To są drużyny absolutnie do ogrania i jeśli GKS zagra ze swoją jakością, może i w tych meczach zgarnąć komplet. Czemu nie?

Z felietonowego obowiązku należy wspomnieć też, że GKS zatrzymał się w traceniu bramek w końcówce. Choć tu nadal są pewne defekty, bo gole z 34. i 38. minuty w Lublinie są blisko tej granicy, o której nieraz pisałem (ostatnie 5 minut), ale jej nie osiągają. Gola Fiabemy nie zaliczam tu w ogóle jako końcówkę, bo choć został strzelony w doliczonym czasie gry, to wynikał on z kilkunastominutowego zadymienia boiska.

W tabeli nastąpił pewien paradoks. GieKSa wygrała, a spadła o jedno miejsce. Jak to możliwe? Otóż Motor wygrał swoje spotkanie wyżej niż GKS i jako że obie drużyny mają równą liczbę punktów, to w bilansie bramkowym znów lublinianie są minimalnie lepsi. Natomiast jeszcze większy paradoks polega na tym, że mimo tego spadku o jedno miejsce, GKS znacząco swoją sytuację w tabeli poprawił. Na tym etapie sezonu nie możemy bowiem patrzeć na lokaty. Trzeba patrzeć na liczbę punktów naszą i wszystkich rywali do utrzymania. A tutaj nastąpiło wielkie spłaszczenie. Wiadomo, że nie wszystkie drużyny mają równą liczbę meczów. Natomiast nawet jeśli się tymi meczami zrównają, to niektórzy swoje zaległości wygrają, inne nie. Na ten moment fakt, że mamy – z równą liczbą spotkań – zaledwie dwa punkty do dziewiątego Widzewa i trzy do ósmej Pogoni – daje nam duży zastrzyk optymizmu, że jeśli będziemy dalej odpowiednio punktować, to możemy w końcu znacznie oddalić się od strefy spadkowej i zagościć w środku tabeli. Z obecną grą i potencjalnymi zdobyczami z Niecieczą i Piastem (nawet na przykład czterema punktami), w tym środku najprawdopodobniej się znajdziemy.

Oczywiście w meczu z Koroną było kilka mankamentów, ale w tym już głowa trenerów. Mimo wszystko nie można powiedzieć, że trener Górak nie reaguje w dłuższej perspektywie na lepszą czy gorszą postawę zawodników. Zdecydowanie więcej mógłby wnosić Eman Marković, który dostaje dużo szans, a póki co nie ma z jego gry większych efektów. Podobnie Jesse Bosch, który przecież przychodził jako dość spektakularne wzmocnienie z Zachodu. Ci zawodnicy też muszą udowodnić, że zasługują na miejsce w wyjściowej jedenastce. Tak jak walczący o nie Sebastian Milewski, który nie zdziwię się absolutnie, jeśli się w niej w najbliższych meczach znajdzie.

Nie ma czasu na odpoczynek. Już pojutrze GKS gra w Łodzi mecz z ŁKS. Jak do tego spotkania podjedzie trener – zarówno w kontekście poobijania naszych zawodników po Koronie, ale też w perspektywie piątkowego spotkania w Niecieczy? Tu będzie trzeba mocno strategicznie podziałać zarówno w kontekście czystego zdrowia, jak i zmęczenia zawodników. Mają te swoje markery, więc zapewne teraz – mimo niedzieli – głowy parują od analiz. Z drugiej strony przecież trener zapewnia, że Puchar Polski jest dla niego ważny, więc chyba nie pójdzie na ten mecz głębokimi rezerwami.

To naprawdę intensywny okres i to co mogła GieKSa dla siebie zrobić najlepszego, to podbudować swoje morale zwycięstwami. Jeśli dodamy jeszcze do tego wygraną w takich okolicznościach na boisku, ale także na trybunach – to smakuje to podwójnie. Pełny stadion, piłkarska pora i pogoda, półtora tysiąca kibiców z Kielc, którzy zaprezentowali się doskonale. I ten jeden gol na styku. Po prostu doskonale.

Nie pozostaje nic innego, jak złapać nam kibicom lekki oddech i czekać już na wtorek. A GieKSie należy dawać szansę, nawet jak czasem nie idzie i powinie się noga. Pisałem o tym w felietonie po meczu z Lechem. Ta drużyna już wielokrotnie pokazała, że jest w stanie się odbić po nieudanych czy nieszczęśliwych meczach. I teraz po raz kolejny to udowadnia.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa bawi się w Opalenicy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.

Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.

Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.

„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.

To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.

Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.

No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.

I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.

Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.

Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!

Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.

Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.

Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.

PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Gabriel Kobylak 2028

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GKS Katowice zdecydował się na transfer definitywny Gabriela Kobylaka z Legii Waszawa. 24-letni bramkarz podpisał z nami umowę do końca czerwca 2028 roku. Kontrakt zawiera opcję przedłużenia o kolejny sezon.

Kobylak występował w podkarpackich drużynach młodzieżowych (Zgoda Zarszyn, Orzeł Bażanówka, Ekoball Sanok i Karpaty Krosno). W 2018 roku trafił do Legii, gdzie najpierw grał w rezerwach a następnie został wypożyczony do Puszczy Niepołomice (2020-22) oraz Radomiaka Radom (2022/23 i wiosna 2024). Po sezonie 2023/24 wrócił do Legii Warszawa, ale nie przebił się na stałe do pierwszej jedenastki. Ze stołeczną drużyną zdobył Puchar i SuperPuchar Polski. 

W ostatnim sezonie wystąpił w 8 spotkaniach (6 w rezerwach Legii w III lidze, 1 w Lidze Konferencji i 1 w Pucharze Polski). Na poziomie Ekstraklasy ma rozegrane 47 spotkań, a na jej zapleczu – 50. Ma także skromne doświadczenie pucharowe – wystąpił w 6 meczach w Lidze Konferencji (w tym 1 w eliminacjach).

Życzymy powodzenia w naszych barwach!

Foto: GKSKatowice.eu

Kontynuuj czytanie

Hokej

Powrót, odejścia i plan sparingów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Ostatnie dni i minuty przyniosły garść nowych informacji z obozu hokejowej GieKSy.

Roczny kontrakt podpisał dobrze znany nam już Pontus Englund. Ofensywnie usposobiony obrońca grał w GKS-ie już w sezonie 2024/25. Rosły Szwed zanotował wówczas 21 oczek w 39 meczach sezonu zasadniczego za 9 goli i 12 asyst, a w 17 starciach fazy play-off dorzucił 9 punktów za 2 bramki i 7 asyst. Później przeniósł się do Grenoble występującego we francuskiej Ligue Magnus, a tam łącznie w 58 spotkaniach zdobył 8 goli i zanotował 21 asyst. Teraz jednak już po roku przerwy wraca do Katowic. Witamy ponownie!

Z drużyną pożegnali się natomiast Travis Verveda i Zack Hoffman. Pierwszy spędził w Katowicach 2 sezony, oba zakończone zdobyciem srebrnego medalu. O ile solidnie punktował w rozgrywkach zasadniczych, gdyż w pierwszym roku było to 14, a w drugim 16 oczek, tak nie potrafił tego przełożyć na faze play-off, gdzie najpierw zdobył 3 punkty, a w tym roku 4. Łącznie w barwach GieKSy wystąpił 122 razy. Hoffman natomiast dołączył do GKS-u przed minionym sezonem. W 60 meczach zdobył 3 gole i zanotował 14 asyst. Dziękujemy obu za grę w naszym klubie i życzymy powodzenia w dalszej karierze.

Poznaliśmy także plan przedsezonowych sparingów. 1 sierpnia drużyna spotka się w komplecie na testy, a 2 dni później pierwszy raz wyjdą wspólnie na lód. Tak natomiast prezentuje się lista naszych sparingów:

13 sierpnia: Unia Oświęcim (wyjazd)
15 sierpnia: Unia Oświęcim (Jantor)
18 sierpnia: HK Poprad (wyjazd)
20 sierpnia: HK Poprad (Jantor)
28 sierpnia: Lausitzer Fuchse (Weisswasser)
29 sierpnia: Rostock Piranhas (Weisswasser)
4 września: HC Presov (Liptovsky Mikulas)
5 września: HK 32 Liptovsky Mikulas lub Budapeszt (Liptovsky Mikulas)
10 września: HC RT Torax Poruba (wyjazd)

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga