Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: Arka jest na właściwym kursie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Nie ma drugiego klubu, z którym rywalizacja przywoływałaby wśród kibiców GieKSy wyłącznie pozytywne skojarzenie. W pamiętnym sezonie, za sprawą fenomenalnej ligowej pogoni za Arką mogliśmy zagrać pierwszoligowy finał w Gdyni, gdzie Adrian Błąd „przymierzył i trafił” na wagę awansu do Ekstraklasy. Nasi rywale na elitę musieli poczekać rok dłużej. Czy był to rok stracony? Jak długo rozpamiętywano tamte wydarzenia i czy rany w sercach kibiców z Pomorza zdążyły się zabliźnić? Przed sobotnim meczem przy Nowej Bukowej zapytaliśmy o to Marka Ziemiana, kibica Arki, organizatora żółto-niebieskich pokojów na portalu X, dawniej Twitter.

Gdybym był na waszym miejscu, pewnie do dzisiaj zastanawiałbym się, jak to się mogło nie udać. Upragniony awans zatarł bolesne wspomnienia sprzed roku?
Z perspektywy czasu można powiedzieć, że przekleństwo tamtego sezonu okazało się dla nas impulsem do rozwoju. Ten dodatkowy rok w 1. lidze był moim zdaniem potrzebny, aby uporządkować klub zarówno pod względem sportowym, jak i w aspekcie profesjonalizacji pozostałych obszarów. Nawet gdybyśmy wtedy awansowali, czy to po meczu z wami, czy po barażach, to do Ekstraklasy wchodzilibyśmy z trenerem Łobodzińskim na ławce, a bez dyrektora sportowego, z wieloma innymi problemami, jakie mieliśmy tamtego lata. To na pewno przełożyłoby się na postawę drużyny i bardzo ciężko byłoby się utrzymać. Być może dzięki dodatkowemu rokowi banicji w 1. lidze udało się poukładać zarówno zespół, jak i cały klub, który nie będzie odstawał poziomem od Ekstraklasy.

Z pewnością analizowaliście przyczyny roztrwonienia przewagi nad GieKSą. Do jakich doszliście wniosków?
Przede wszystkim to wy zaliczyliście fenomenalną serię. Dosłownie cholera mnie wzięła, gdy przepchnęliście mecz z Tychami. Mogliśmy wtedy świętować awans, gdyby nie gol Jakuba Araka, który jako były zawodnik Lechii jest teraz u mnie podwójnie na cenzurowanym. Wy byliście naszym największym problemem, bo Arka nie punktowała przecież źle. Zadecydował splot nieszczęśliwych okoliczności, bo najpierw nie potrafiliśmy wygrać z Podbeskidziem, a nie pomógł wtedy Sebastian Milewski, który osłabił zespół po czerwonej kartce. Szczególnie żywy pozostaje w naszej pamięci derbowy mecz z Lechią, w którym sędzia podjął wysoce kontrowersyjną decyzję o nieprzyznaniu Arce rzutu karnego po faulu na Stolcu w 90. minucie. Ta sytuacja miała podwójne konsekwencje, bo za rzekomą „symulkę” Stolc zarobił żółtą kartkę, która wyeliminowała go z meczu z wami. Ponadto, ze składu wypadł Dawid Gojny z powodu kontuzji ręki. Dlatego w ostatnim meczu na lewej obronie wystąpił Ołeksandr Azaćkyj, który nie jest nominalnym lewym obrońcą i ma pewne braki w mobilności. Jego zadaniem było powstrzymywanie Adriana Błąda i jak wszyscy dobrze pamiętamy, nie wywiązał się z niego najlepiej: Adrian zdobył przepięknego gola, a mimo dość krótkiego pobytu w Arce nie cieszył się z tego trafienia. Warto to podkreślić i docenić.

Gol Błąda przeszedł do legendy jako przesądzający o awansie, natomiast w toku sezonu były momenty, które mogły spowodować, że to trafienie nie miałoby znaczenia. Mam tu na myśli przede wszystkim nasz pierwszy mecz w Katowicach czy choćby pojedynek z waszym derbowym rywalem. Komu wtedy kibicowałeś?
Jeśli chodzi o wasz wiosenny mecz z Lechią, to pół żartem, pół serio można powiedzieć, że najlepsze dla Arki byłoby wtedy rozstrzygnięcie analogiczne do pewnego meczu Piasta z Górnikiem, w którym gliwiczanie zostali ukarani walkowerem, a dodatkowo trzy punkty odjęto Górnikowi. Niestety nic takiego nie mogło mieć miejsca. Nietrafiony karny Adamczyka w Katowicach był za to często wspominany bezpośrednio przed rewanżem w Gdyni, bo tamten gol stawiałby nas w zupełnie innej sytuacji. Mimo wszystko pamięć kibica jest krótka, więc tamte wydarzenia zatarły się kosztem tego, co stało się w samej końcówce sezonu. Podobnie było zresztą w przypadku Ruchu Chorzów, który w 2017 r. przegrał w Gdyni po bramce Rafała Siemaszki, zdobytej ręką. Nikt nie analizował, gdzie wcześniej niebiescy tracili punkty – winą za ich spadek obarczono właśnie Siemaszkę.

Brak awansu mógł w jakimś stopniu podciąć wam skrzydła. Dało się odczuć brak wiary w powodzenie całego projektu?
Porażka sprzed dwóch sezonów z pewnością odcisnęła swoje piętno, natomiast w moim odczuciu nie było zauważalnego odpływu „kibiców sukcesu”. Brak awansu był ciosem, jednak nie zatrzymał klubu w rozwoju. Pamiętajmy, że jeszcze pół roku wcześniej byliśmy w sporze z poprzednimi właścicielami i bojkotowaliśmy mecze w Gdyni. Od momentu, gdy za sterami jest nowa ekipa, Arka jest na właściwym kursie i nawet kolejny rok w 1. lidze nie spowodował, że z niego zboczyliśmy. W ostatnich meczach poprzedniego i pierwszych kolejkach nowego sezonu na stadion w Gdyni przychodziło kilkanaście tysięcy widzów. Pierwszym poważnym egzaminem dla kibiców w Ekstraklasie będzie mecz z Wisłą Płock, więcej pokaże też frekwencja w październiku i listopadzie. Osobiście zakładam, że średnia na poziomie 10 tysięcy widzów będzie regułą przy Olimpijskiej w Gdyni.

Po porażce z GKS-em Arka nie złapała koła ratunkowego w postaci barażu i na swoim stadionie wpuściła do Ekstraklasy Motor. Taki finał sezonu nie spowodował jednak, że z pracą w Gdyni pożegnał się trener Łobodziński. Jak dziś oceniasz ten ruch?
Trudno powiedzieć. Gdybym ja miał wtedy podejmować tę decyzję, to zaufałbym trenerowi, że wyciągnie odpowiednie wnioski i w kolejnym sezonie wykona lepiej swoją pracę. Z perspektywy czasu każdy jest mądry i dziś mówi się, że to był błąd. Trener Łobodziński w pierwszych kolejkach nie punktował dobrze, natomiast nie pomagał mu terminarz, bo na starcie mieliśmy samych trudnych rywali. Wykorzystał to później Tomasz Grzegorczyk, który w drugiej części rundy miał teoretycznie łatwiejsze mecze. Osobiście cenię trenera Łobodzińskiego i choć być może pozostawienie go na stanowisku było błędem, to jak się okazało, nie aż tak kosztownym, bo ostatecznie jesteśmy dziś w Ekstraklasie.

Rundę jesienną na ławce trenerskiej dokończył Tomasz Grzegorczyk, który uzbierał 10 zwycięstw w 12 meczach. Mimo to zdecydowano się postawić wiosną na Dawida Szwargę. Jak przyjęliście tę informację?
Decyzja o zatrudnieniu Dawida Szwargi wzbudziła sporo kontrowersji wśród kibiców Arki, którzy nie byli zgodni co do słuszności tego ruchu. Sam dobrze oceniam pracę dyrektora sportowego Veljko Nikitovica, dlatego uznałem, że skoro woli on pracować z Dawidem Szwargą, to trzeba mu zaufać. Czas pokazał, że była to dobra decyzja, ponadto zmianie uległ nasz styl gry. Podkreślali to m.in. Tetrycy w jednym ze swoich programów, że za trenera Grzegorczyka graliśmy jak grupa przyjaciół walczących z przeciwnościami losu, które spadały na Arkę. Z kolei trener Szwarga sprawił, że staliśmy się zespołem bardziej wyrachowanym, dobrze zorganizowanym i świetnie broniącym.

Dawid Szwarga jest znany z drobiazgowych analiz i pracy na wielu danych. Te pozyskuje na różne sposoby – mniej lub bardziej konwencjonalnie. Odzyskaliście już drona, którego wysłał na sparing Motoru?
Wydaje mi się, że drona zwrócono i nie roztrząsano już dłużej tej sprawy. Dobrze to podsumował prezes Pertkiewicz w jednym z wywiadów mówiąc, że my też mamy przechwycone drony innych zespołów, które wiedzą, gdzie je odebrać. Dziś jest to pewnego rodzaju szara strefa w przepisach, którą wykorzystuje większość sztabów. Coraz częściej trzeba patrzeć w niebo z obawą, czy rywal nie podgląda pracy na treningach.

Głośniej o Arce zrobiło się znowu przed tygodniem, za sprawą wspomnianego trenera Grzegorczyka, który przyjechał do Gdyni z Pogonią, a jeden z byłych podopiecznych postanowił mu o sobie przypomnieć…
Kamil Jakubczyk, który jest wychowankiem Pogoni, przed tygodniem zdobył bramkę na wagę zwycięstwa Arki w meczu ze swoim byłym klubem. Celebrował to trafienie w ten sposób, że podbiegł do ławki Pogoni i wykonał gest całusa w kierunku Tomasza Grzegorczyka, który dziś jest w sztabie Portowców. Część tamtejszych kibiców odebrała to jako gest przeciwko klubowi, co sam zawodnik szybko zdementował. Jak tłumaczył, będąc w Arce został odstawiony na boczny tor przez Grzegorczyka. Gest po golu miał więc być pewną złośliwością w kierunku byłego trenera, co wywołało aferę szeroko komentowaną we wszystkich mediach sportowych, które lubują się w takich niecodziennych historiach.

Emocje po awansie pewnie już opadły, a przyszedł czas na emocje związane z samymi występami w Ekstraklasie. Z jakimi nadziejami przystępujecie do tego sezonu?
Kibice Arki są świadomi miejsca w „łańcuchu pokarmowym” polskiej piłki. Zdajemy sobie sprawę, że bez odpowiedniego wsparcia, choćby z miejskich pieniędzy, będzie nam trudno rywalizować z kontrkandydatami do utrzymania. Taki też jest cel stawiany przed drużyną – utrzymanie w Ekstraklasie. Jeżeli uda się go szybko zrealizować, to rolą prezesa jest planowanie kolejnych wariantów tak, aby pobudzać dalszy rozwój klubu na każdym polu, począwszy od spraw tak prozaicznych jak remont szatni czy sauna, po aspekty sportowe związane z pierwszą drużyną, akademią czy infrastrukturą treningową. Mam nadzieję, że za wzrostem organizacyjnym klubu, który na co dzień obserwujemy, pójdzie też wzrost poziomu sportowego.

Zarówno Arka, jak i pozostali beniaminkowie, zaliczyli udane wejście w rozgrywki. Apetyt rośnie w miarę jedzenia?
Uważam, że Arka miała wymagający terminarz na start sezonu. Rozpoczęliśmy od trudnego wyjazdu do Lublina, następnie mierzyliśmy się z Radomiakiem, który do meczu z Koroną był rewelacją ligi. Później jechaliśmy do Warszawy, gdzie nikomu nie gra się łatwo i sami też się o tym przekonaliście. Z kolei przed tygodniem podejmowaliśmy Pogoń, która w ostatnim sezonie do samego końca liczyła się w walce o europejskie puchary. Rywale byli więc wymagający, mimo to udało się zdobyć pięć punktów. Jest to poziom gwarantujący 11-12 miejsce w lidze i jeżeli utrzymamy taką średnią do końca sezonu, to wszyscy będziemy zadowoleni. W najbliższych tygodniach przyjdzie czas na mecze z rywalami w walce o utrzymanie, a więc GieKSą, Lechią i Wisłą Płock, która nadspodziewanie dobrze rozpoczęła sezon. O niczym to jednak nie świadczy, bo Nafciarze mieli już taki sezon, gdy zaczęli bardzo dobrze, a skończyli w 1. lidze.

Trudno o miarodajne oceny na tym etapie sezonu, ale który z transferów oceniasz jako największe wzmocnienie, a które odejście jest dla was największą stratą?
Spośród zawodników sprowadzonych latem najmocniej odpalił Sebastian Kerk. Przyznam, że po meczu z Motorem oceniałem go bardzo źle, natomiast coraz lepiej odnajduje się w naszym zespole i dodaje dużo jakości. Z drugiej strony najbardziej żal odejścia piłkarza, który Gdynię opuścił pół roku temu – Karol Czubak uparł się wtedy na transfer zagraniczny i uważam to za duży błąd, bo moim zdaniem akurat on wiele by zyskał na pracy z trenerem Szwargą. Tymczasem stracił pół roku i dziś wraca do Polski pod skrzydła innego młodego, zdolnego trenera, za jakiego uchodzi Mateusz Stolarski z Motoru.

Był temat powrotu Czubaka do Gdyni?
Rozmowy były, ale nie było szans na szczęśliwy finał, bo za Czubaka trzeba było sporo zapłacić, a prezes Pertkiewicz pokazał już w Jagiellonii, że nie lubi płacić za transfery. Z drugiej strony prezes mawia, że z drogiego piłkarza można zrobić taniego, więc być może przed zamknięciem okienka do Gdyni trafi jakiś zawodnik, który jeszcze kilka tygodni wcześniej był poza naszym zasięgiem finansowym.

Kibice GieKSy nadal czekają na możliwość zakupu nowych koszulek. Mamy tego samego dostawcę strojów – jak wygląda ten temat w Gdyni?
O ile mnie pamięć nie myli, koszulki wciąż są dostępne w klubowym sklepie. Na starcie sezonu mieliśmy podobne problemy co w Katowicach, na szczęście producent zdążył z dostawą przed pierwszym meczem. Zastanawiałem się, czy wina leży po stronie producenta, czy też kluby zbyt późno dopełniły formalności związanych z zamówieniem. Faktem jest, że nie udało się zaprezentować nowych strojów podczas międzypokoleniowego spotkania na Górce, w ramach prezentacji drużyny. Szkoda, bo był to najlepszy moment na promocję nowych koszulek.

W Katowicach pamiętamy Dawida Szwargę z czasów współpracy z Rafałem Górakiem jako specjalistę od stałych fragmentów gry. Jest to element, na który kładzie szczególny nacisk jako samodzielny trener?
Zdecydowanie. Na konferencji po pierwszym meczu nawet nieco zirytowałem trenera pytaniem, czy Arka ma jakikolwiek inny pomysł na zdobywanie goli niż stałe fragmenty. Mamy na nie zarówno wiele pomysłów, jak i odpowiednich wykonawców: lewonożny Sebastian Kerk, prawonożny Marc Navarro czy słynący z dalekich wrzutów piłki z autu Dawid Abramowicz.

Jaki scenariusz sobotniego meczu przewidujesz w wykonaniu Arki?
Arka przyjedzie do Katowic z założeniem, by przede wszystkim nie stracić bramki. W drugiej kolejności będziemy szukać swoich szans z przodu, głównie po stałych fragmentach gry. W porównaniu do Arki GKS jest zespołem usposobionym bardziej ofensywnie, operującym więcej w wysokim pressingu. My również gramy intensywnie, ale „wajcha” jest ustawiona bardziej w kierunku defensywy. Nie spodziewam się więc wielkiego widowiska z dużą liczbą bramek, mimo to nie wyobrażam sobie Arki nie walczącej o zwycięstwo, bo kto nie gra o pełną pulę, na koniec zwykle przegrywa.

Jaki wynik typujesz?
Najbezpieczniejszym typem jest 0:0, ale serce kibica każe mi wierzyć w zwycięstwo Arki 1:0, po golu Juliena Célestine po stałym fragmencie gry.

Na koniec zapytam o sytuację w Trójmieście. Nowy prezydent to zadeklarowany kibic Lechii, premier również jest kojarzony z waszymi lokalnymi rywalami – z takimi „plecami” może wam być ciężko…
Na szczęście nie jest tak źle, bo posłem na sejm jest wspomniany już były piłkarz Arki – Rafał Siemaszko. A mówiąc całkiem serio, jednym ze sponsorów Arki jest lokalna spółka Skarbu Państwa, czyli Energa, która wcześniej sponsorowała Lechię. Zawirowania organizacyjno-właścicielskie naszych rywali spowodowały jednak, że Energa najpierw wycofała się z Gdańska, a następnie zdecydowała się dołączyć do Arki. Wydaje się więc, że nasi włodarze dobrze odnajdują się w lokalnym środowisku politycznym.

Kibice Lechii szczycą się, że jeszcze nigdy nie wygraliście z nimi w Ekstraklasie. Derbowy mecz już za tydzień – może tym razem się uda?
Oczywiście że się uda, a jeżeli nie, to pewnie znów winny będzie sędzia, jak to ostatnio w derbach bywało.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga