Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: Bukowa to stadion z duszą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Spory niedosyt czuliśmy po jesiennym meczu w Lubinie, kiedy to GKS dyktował tempo pojedynku z Zagłębiem, stwarzał sytuacje, ale ostatecznie musiał przełknąć gorycz porażki. W niedzielę przyjdzie czas na rewanż, a Miedziowi zapiszą się w historii jako nasz ostatni ligowy rywal na wysłużonym stadionie przy Bukowej. Jakie nastroje panują w drużynie, która przegrała cztery z pięciu wiosennych meczów? Dlaczego naszym rywalom tak trudno zerwać łatkę ligowych średniaków? Czy w Lubinie realnie obawiają się spadku? Na te i kilka innych pytań przed meczem GKS – Zagłębie odpowiedział nam Filip Trokielewicz, dziennikarz Tygodnika Piłka Nożna i redaktor serwisu mkszaglebie.pl

Zagłębie Lubin jest jednym z najstabilniejszych klubów w Ekstraklasie, co częściej zamiast uznania wywołuje ostatnio drwiny, bo ta stabilizacja ugruntowała klub na poziomie ligowego średniaka. Uwiera ukute przez redakcję serwisu Weszło określanie was „ciepłowodnymi”?
Tego typu określenia na pewno uwierają, zwłaszcza w sytuacji, gdy Zagłębie Lubin nie ma żadnych problemów organizacyjnych i finansowych. Mamy świetną bazę, dobrze prosperującą akademię i niezłych piłkarzy. Gdybyśmy przeanalizowali kadrę Zagłębia i zestawili to z aktualną pozycją w tabeli, to jest to miejsce znacznie poniżej oczekiwań i możliwości. Bywały sezony, kiedy Zagłębie plasowało się w górnych rejonach tabeli, np. w sezonie 2018/2019 skończyło na szóstym miejscu, natomiast w latach 2020/2021 zabrakło niewiele do czwartej lokaty, która dawała prawo gry w europejskich pucharach. Niestety w ostatniej kolejce przegraliśmy 0:4 w Płocku i ostatecznie zabrakło dwóch punktów. To były ostatnie sezony, w których tliła się nadzieja, że drużyna jest w stanie zrobić krok naprzód.

Gdzie szukać przyczyn takiej sytuacji?
Największe problemy Zagłębia biorą się ze sposobu zarządzania klubem. Główną rolę, niespotykaną nigdzie indziej, odgrywa tu polityka. Klub jest własnością KGHM – spółki Skarbu Państwa, a każda zmiana polityczna pociąga za sobą zmiany zarówno w spółce, jak i w samym klubie. Częste roszady na stanowisku prezesa są tutaj normą, dlatego brakuje długofalowego myślenia o rozwoju klubu. Kolejni prezesi dbają o spokój tu i teraz, a odważniejsze ruchy wykonywane są dopiero wtedy, gdy pojawia się pożar taki jak obecnie i rozdzwaniają się telefony „z samej góry”. Mówi się, że ryba psuje się od głowy i to określenie moim zdaniem pasuje do Zagłębia. Brakuje osoby, która mogłaby wziąć na siebie odpowiedzialność za wieloletni projekt i jego rozwój, a dominuje poczucie tymczasowości.

Zagłębie przoduje we wszelakich rankingach dotyczących promowania młodych polskich piłkarzy. To na pewno powód do dumy, ale czy nie jest to jednocześnie zbyt duże ograniczenie w budowaniu silnej drużyny?
Fundamentem Zagłębia jest akademia, choć na dzień dzisiejszy wyobrażenia o funkcjonowaniu klubu czerpiącego z jej zasobów pod okiem trenera Marcina Włodarskiego rozjeżdżają się z rzeczywistością. Włodarski odnosił już sukcesy w pracy z młodzieżą – trenowana przez niego reprezentacja U-17 dotarła przecież do półfinału Mistrzostw Europy, a kilku zawodników tamtej kadry gra dziś w Zagłębiu. Sama akademia funkcjonuje bardzo dobrze, młodzi piłkarze mogą ogrywać się w II-ligowych rezerwach, a kilku z nich ma szansę zaistnieć w polskiej piłce: Igor Orlikowski, Marcel Reguła, Daniel Mikołajewski, a także starsi od nich Pieńko, Kolan czy Kłudka. Widać, że akademia dostarcza dobrych piłkarzy, natomiast potrzebny jest jeszcze trzon drużyny, w której będą mogli się rozwijać. Tymczasem najbardziej rozczarowują piłkarze doświadczeni, jak Damian Dąbrowski, Dominik Hładun i Mateusz Wdowiak, którzy zwyczajnie sprzeciętnieli w Zagłębiu. Marek Mróz też jak dotąd nie rozwinął skrzydeł, a kolejne przykłady można by mnożyć.

Przy tak potężnym właścicielu może się wydawać, że wydanie worka pieniędzy na wartościowe transfery nie powinno być problemem. Czemu tak się nie dzieje? Wystarczy jedna decyzja, aby KGHM mocniej zasilił budżet klubu.
Na pierwszy rzut oka może się tak wydawać, ale w rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej. Opisywał to w wywiadzie u Tomka Ćwiąkały Michał Żewłakow, który w przeszłości był dyrektorem sportowym Zagłębia. Pytany o główne problemy klubu zwrócił uwagę, jak bardzo złożony jest proces zarządzania Zagłębiem – każda decyzja wymaga wielu zgód i podpisów na rozmaitych szczeblach. Czasami udaje się przekonać decydentów w KGHM do dosypania pieniędzy do klubu. Przykładem jest ubiegły sezon – w obliczu nadchodzących wyborów zapadła decyzja o znacznym zwiększeniu nakładów na wynagrodzenia w klubie. Przeprowadzone w 2024 r. audyty wykazały blisko 100-procentowy wzrost kosztów wynagrodzeń w tamtym okresie. Nie przełożyło się to jednak na wynik sportowy i choć runda jesienna pozwalała mieć nadzieję na lepsze lokaty, to przeciętna wiosna je przekreśliła.

Trener Waldemar Fornalik słynął z osiągania wyników „ponad stan” w swoich klubach. Takie też było jego zadanie w Lubinie?
Waldemar Fornalik obejmował drużynę na dole tabeli i miał być „strażakiem”, który ugasi ten pożar. Ze swojej roli się wywiązał, dlatego postawiono przed nim kolejny cel, jakim było wyciągnięcie tej drużyny ponad przeciętność. W poprzednim sezonie okoliczności ku temu były sprzyjające, bo z problemami mierzyli się ligowi potentaci. Wykorzystały to Śląsk i Jagiellonia, ale kompletnie nie udało się to Zagłębiu. W związku z tym doszło do zmiany trenera i postawiono na specjalistę od pracy z młodzieżą. Tymczasem na dzień dzisiejszy nie widzę zawodnika, który rozwinąłby się pod batutą trenera Włodarskiego. To jak dotychczas największe rozczarowanie związane z jego pracą. Najbardziej jaskrawym przykładem jest tutaj Tomasz Pieńko, któremu za chwilę stuknie sto meczów w Ekstraklasie, ale wciąż trudno mu udźwignąć rolę lidera drużyny.

Dlaczego trenerowi Włodarskiemu tak trudno potwierdzić w Zagłębiu, że ma „rękę” do młodzieży?
Trener Włodarski jest w mojej opinii zbyt dużym futbolowym romantykiem. Dużo mówi o proaktywnym futbolu, który kładzie nacisk na atak, tymczasem w rzeczywistości Zagłębie zdobywa bardzo mało bramek. Trener dopiero uczy się piłki klubowej i często nieco naiwnie trzyma się swoich wyobrażeń o sposobie gry Zagłębia, podczas gdy nie ma piłkarzy o wystarczających umiejętnościach, aby taki model wdrażać. Przykładem jest system gry wahadłowymi, do czego moim zdaniem Zagłębie nie ma dziś odpowiednich wykonawców. Na lewej stronie gra Mateusz Wdowiak, który jest prawonożny i już chyba cała liga wie, że jego podstawowe zagranie na tej pozycji to złamanie akcji do środka na swoją lepszą nogę. Pion sportowy na czele z dyrektorem Tomaszewskim doskonale zdawał sobie sprawę, jaką piłkę chciałby grać trener. Mimo to w okienku transferowym nie zagwarantował mu odpowiednich wykonawców.

Pozycja zawodników pozyskanych w zimowym okienku nie jest w tej chwili zbyt mocna.
Zimowe transfery to dowód na rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami trenera, a działaniami dyrektora sportowego. W kuluarach dało się słyszeć wątpliwości, czy obaj panowie są w stanie znaleźć nić porozumienia. Uważam, że priorytety transferowe w tym okienku zostały źle zdefiniowane i ściągnięto piłkarzy, których trener niekoniecznie potrzebował. Na prawe wahadło przyszedł Josip Ćorluka, podczas gdy większy problem mamy po lewej stronie. Obaj sprowadzeni Szwedzi jak dotąd nie pokazali nic. Być może problemem w ich przypadku jest aklimatyzacja, bo do tej pory grali tylko w swojej ojczyźnie. Jedynym, który na tym etapie jest wartością dodaną dla drużyny, jest Damian Michalski.

Czy w obliczu realnego zagrożenia spadkiem pozycja trenera jest zagrożona?
Pozycja trenera Włodarskiego nie jest w tej chwili zbyt mocna. Po porażce z Piastem w klubie ścierały się dwa stronnictwa, a jedno z nich mocno nalegało, aby już wtedy zmienić trenera. Mówi się, że zarząd od kilku tygodni rozmawia z potencjalnymi następcami, co nie najlepiej o nim świadczy, bo runda niedawno się rozpoczęła, a już widać oznaki braku zaufania dla sztabu. Owszem, cztery porażki w pięciu meczach muszą niepokoić, dlatego jeśli Zagłębie nie zapunktuje w meczach z GieKSą i Koroną, to moim zdaniem widmo spadku z Ekstraklasy stanie się bardzo realne.

Jest kilku piłkarzy, którzy w swoim CV wpisali zarówno Zagłębie, jak i GKS. Jednym z nich jest Arkadiusz Woźniak, który walnie przyczynił się do naszego awansu z 2. do 1. ligi. Gdy wracał do Zagłębia, zakładaliśmy, że będzie pracował na rzecz rezerw i młodzieży. Tymczasem wciąż jest częścią pierwszej drużyny.
Miałem podobne przekonanie, że Arek po powrocie do Lubina będzie łącznikiem między pierwszą drużyną a piłkarzami akademii. Tym większe było moje zaskoczenie, ile minut uzbierał jako piłkarz pierwszego zespołu. Przy całej mojej sympatii do niego, Arek jest już „po drugiej stronie rzeki”. Dzisiaj wchodzi dlatego, że trener Włodarski nie ma właściwie żadnego pola manewru na pozycji napastnika. Gdyby były inne możliwości, to Woźniak częściej pomagałby drugiej drużynie.

Dlaczego Adrian Błąd nie zrobił większej kariery w Zagłębiu?
Adrian Błąd nie zdołał wywalczyć sobie miejsca w pierwszym składzie Zagłębia, dlatego szukał możliwości regularnej gry gdzie indziej. Najpierw był Zawisza, który był dobrym miejscem na ogranie się i zebranie doświadczenia. Potem Błąd wrócił do Lubina i w trudnym momencie pomógł Zagłębiu po spadku – strzelił 6 goli w 1. lidze i przyczynił się do awansu. W pewnym momencie doszło jednak do nieporozumień między nim a trenerem Piotrem Stokowcem i Adrian odszedł na wypożyczenie do Arki, które okazało się nieudane. Kolejnym przystankiem na jego drodze okazały się Katowice i do dziś odgrywa istotną rolę w waszej drużynie. Patrząc na całość kariery Adriana można stwierdzić, że nie widać po nim, że wiele lat spędził poza Ekstraklasą.

Czy dziś grałby u was w pierwszym składzie?
Na pewno byłby ważną postacią w szatni, bo takich dzisiaj brakuje w Zagłębiu.

W 2017 roku Katowice na Lubin zamienił Alan Czerwiński. Jak wspominasz tego zawodnika?
Osobiście liczyłem, że Alan będzie bohaterem zagranicznego transferu z Zagłębia. Mimo że przeniósł się do topowego polskiego klubu, jakim jest Lech, to w pewnym momencie wydawało się, że może mierzyć jeszcze wyżej. Na skalę możliwości Zagłębia Lubin Alan był wyróżniającym się ligowcem. Dlatego gdy jego pozycja w Lechu słabła, Zagłębie szukało możliwości ponownego sprowadzenia go do Lubina. Alan wybrał jednak GKS i dziś z powodzeniem gra w Katowicach.

W ostatnich latach nie graliśmy zbyt często, bo GKS zagrzebał się w 1. i 2. lidze, a jeśli Zagłębie trafiało na drugi szczebel, to tylko na chwilę. Jak wspominasz nasze starcia na zapleczu Ekstraklasy?
Pamiętam mecz w 1. lidze wiosną 2015 r. przy Bukowej, zakończony wynikiem 0:5. Pierwszą bramkę zdobył wtedy Arkadiusz Woźniak ładnym uderzeniem z dystansu. W drugiej połowie kolejne trafienie dołożył Adrian Błąd, a w końcówce worek z bramkami rozwiązał się na dobre. Jeśli chodzi o mecz w Lubinie, to najbardziej pamiętam przyjazd kibiców GieKSy. W tamtym czasie był to szlagierowy mecz jak na warunki 1. ligi.

W 7. kolejce obecnego sezonu GKS przyjechał do Lubina, nie zdołał jednak zdobyć choćby punktu.
GieKSa grała wtedy w piłkę, ale to Zagłębie strzeliło gola, z przebiegu boiskowych wydarzeń niekoniecznie zasłużonego. Zdobył go Hubert Adamczyk, który jest obecnie kontuzjowany, ale nawet gdyby był do dyspozycji trenera, to miałby spore problemy z przebiciem się do składu. Jego transfer jest dziś oceniany jako totalne nieporozumienie. W tamtym meczu debiutował w Zagłębiu i zdobył jedynego gola. Być może jako były piłkarz Arki był dodatkowo zmotywowany na mecz z wami. GKS natomiast prezentował się bardzo dobrze, swoje okazje mieli Adrian Błąd i Adam Zrel’ák. Po meczu było czuć ulgę w Lubinie, bo Zagłębie nie zasłużyło, aby tamten mecz wygrać.

Kibice Zagłębia mają w tym sezonie niewiele powodów do radości. Który mecz wskazałbyś jednak jako najlepszy w wykonaniu Miedziowych?
Najlepszy mecz to zdecydowanie derby ze Śląskiem. Zagłębie zaprezentowało się wtedy świetnie pod kątem taktycznym, a także pod względem intensywności gry i liczby okazji, jakie stworzyło pod bramką Śląska. Drugi był wyjazd do Zabrza. Zwycięstwo 1:0 miało być światełkiem w tunelu, a okazało się raczej nadjeżdżającym pociągiem. Wtedy miałem nadzieję, że pomysł z trenerem Włodarskim może wypalić, dziś mam co do tego coraz więcej wątpliwości.

Jakiego scenariusza meczu spodziewasz się w niedzielę?
GieKSa imponuje organizacją gry. Mówi się, że jest takim „mini Rakowem” i trzeba docenić pomysł Rafała Góraka na tę drużynę. Nie wiem za to, jaki jest dziś pomysł na Zagłębie Lubin. W tym aspekcie przewaga na pewno leży po stronie GKS-u.

Który zawodnik Zagłębia może nam sprawić najwięcej problemów?
W meczu z Piastem Tomasz Pieńko nie wykorzystał trzech dogodnych szans na bramkę. Gdyby był skuteczniejszy, to Zagłębie na pewno nie zakończyłoby tego spotkania z zerowym dorobkiem punktowym. Być może będzie tym podrażniony i w Katowicach zaprezentuje się lepiej. Mimo nie najlepszej ostatnio formy cenię tego zawodnika i wierzę w jego możliwości.

Jaki wynik padnie Twoim zdaniem przy Bukowej?
Typuję 2:0 dla GieKSy.

Władze GKS-u potwierdziły w tym tygodniu, że niedzielny mecz będzie naszym pożegnaniem z Bukową.
Cieszę się, że będę tego świadkiem. W opinii wielu wasz stary stadion to obiekt z duszą, który był świadkiem historycznych meczów. Z Lubina przyjedzie komplet kibiców, bo wiem, że bilety rozeszły się w sprzedaży zamkniętej, a zapotrzebowanie było znacznie większe niż nieco ponad 400 biletów. Fakt, że Zagłębie będzie ostatnią ekipą gości przy Bukowej, to dodatkowy smaczek.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Trudność w podejściu do średniawki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Aaaa qrwa jego mać…

To moja reakcja na gola Rakowa w doliczonym czasie gry w Gdańsku. Bo zaczynam pisać zaraz po. I tak, jak kolejka zaczęła się dobrze, bo Termalica wygrała w Lubinie, to potem pewnie lepszy byłby dla nas remis z Białymstoku, ale OCZYWIŚCIE Górnik musiał strzelić w doliczonym, lepszy byłby remis lub porażka Rakowa, ale OCZYWIŚCIE Raków musiał strzelić w doliczonym. I luj Bobcki strzelił, bo dwie drużyny się od nas oddaliły w tabeli.

Ktoś powie – trzeba było wygrać w Kielcach. No pewnie, że trzeba było, ale nie wygraliśmy. A nasze zdobywane punkty – zwłaszcza w tej fazie sezonu – mają taką samą wagę jak straty punktów przez przeciwników.

Przechodząc do naszego meczu. Nie wiem, jak to ugryźć szczerze mówiąc. Bo mam wrażenie, że Korona była do zdobytej bramki po prostu słaba. Potem się rozkręcili i w końcówce mogli strzelić zwycięskiego gola. Więc summa summarum remis jest sprawiedliwy. Bo gdy piszę, że Korona była słaba, to trzeba zaznaczyć, że my nie byliśmy jakoś specjalnie lepsi. Uważam, że do straconej bramki trochę lepsi byliśmy. Ale tylko trochę, to nie był jakiś wielce dobry mecz GKS Katowice. Był średni.

O ile defensywa tym razem dała radę i dopuściła do utraty tylko jednej bramki, to w ofensywie byliśmy bezbarwni. Niby kilka razy podeszliśmy pod bramkę przeciwnika, niby jakieś sytuacje się pojawiły, ale tym razem wykończenie czy ostatnie podanie były słabe. I tu mam pretensje do naszych zawodników, bo zalążki tych akcji były znowuż bardzo dobre. Naprawdę potrafimy pod to pole karne podchodzić i wszystko tkwi w tym, czy dobrze wykończymy akcję – najlepiej celnym strzałem. W poprzednich meczach wyglądało to kapitalnie. Tym razem – mizernie.

Znowu będę się czepiał. Bartka Nowaka. Znów nasz najlepszy zawodnik ligi, mając dobre sytuacje wyglądał, jakby chciał wykończyć czy zagrać ostatnie podanie „pięknie”. Czasem tej zabawy jest po prostu za dużo. Oczywiście te niekonwencjonalne zagrania dały kilka wspaniałych asyst. Ale jeśli chodzi o gole, to już tak nie było. Przecież z tej wyjątkowej techniki naprawdę idzie skorzystać, jednocześnie zachowując prostotę. Uderzyć po długim rogu temu Dziekońskiemu, gdy praktycznie cała bramka jest odsłonięta. Ewentualnie nawinąć przeciwnika i strzelić. Bartek wysoko zawiesił poprzeczkę, dlatego mam uwagi. Przecież on krawaty potrafi wiązać na tym boisku, ale w związku z tym zdarza mu się przedobrzyć.

Ale tak jak napisałem – cała ofensywa była jakaś niemrawa. Ilja znów zmarnował jedną kapitalną sytuację. I czasem sam już nie wiem, co sądzić o tym zawodniku. Bo mało strzela goli i sporo sytuacji marnuje. Znów doceniam jego pracę w środku boiska, przy rozegraniu. Z Koroną choćby kapitalnie wypuścił Nowaka. Z Motorem też miał wielki udział przy rozprowadzeniu akcji bramkowej. Ale tak jak mówię, nie mam uwag co do gry w środku boiska. Problem pojawiał się przed i w polu karnym.

Korona w tym czasie frustrowała raz po raz swoich kibiców. Psioczyli oni dość mocno na piłkarzy. Kielczanie raz po raz bowiem tracili piłki i nie potrafili rozegrać dobrej ofensywnej akcji zakończonej strzałem. Nie wyglądali jak swoja wersja z jesieni.

Cieszy kolejny gol Arkadiusza Jędrycha. Capitano – wzorem Radomiaka – asystował sam sobie od słupka. Chyba lubi halówkę i grę od bandy. Po raz kolejny trafił do siatki i myśleliśmy, że ten gol da nam zwycięstwo, a najlepiej gdybyśmy potem strzelili drugą bramkę.

Patrząc na to z drugiej strony, to znów trzeba powiedzieć, że stara GieKSa taki mecz by przegrała w końcówce. Można powiedzieć, że w Krakowie – z mega słabą Cracovią – nie ugraliśmy nawet punktów. Aż tak słaba jak Pasy Korona wczoraj nie była. Więc remis na wyjeździe z solidną drużyną z ekstraklasy oczywiście nie jest złym wynikiem. Oczywiście należy wziąć pod uwagę też nasze osłabienia kadrowe. Przecież nie było Strączka, Klemenza, Kowalczyka, Galana, Zrelaka. Trener musi odkrywać i dostosowywać szerszą kadrę. I znowuż jak na to, że mamy tyle osłabień – wyniki są bardzo w porządku.

Tylko ten niedosyt. Naprawdę można było w tym spotkaniu ugrać więcej i poprawić swoją sytuację w tabeli dopisując trzy punkty. Tak dopisujemy jeden. Co oczywiście też jest zdobyczą. Każdy punkt jest na wagę złota.

Po tej fatalnej porażce z Cracovią GieKSa rozegrała cztery mecze – dwukrotnie u siebie wygrywając i dwa razy remisując na wyjeździe. Ostatecznie jest to układ bardzo dobry. Grając w taki sposób przez cały sezon zdobywa się 68 punktów. W obecnych rozgrywkach wystarczyłoby do mistrzostwa. Ostatecznie więc ostatnia tzw. forma katowiczan jest bardzo dobra.

Każdy był po tym meczu niepocieszony. Jacek Zieliński – znany ze swojego marudzącego tonu – tak właśnie trochę pomarudził na konferencji prasowej. Rafał Górak też nie był przeszczęśliwy, ale też mówił, żeby nie utyskiwać aż tak bardzo na ten remis. No i te nastroje szkoleniowców chyba oddają, to co widzieliśmy w Kielcach. Każdy był trochę rozczarowany po tym remisie, a jednocześnie wiedział, że można było ten mecz przegrać. Więc nie narzekam aż tak bardzo, ale trochę narzekam.

Patrząc teraz na perspektywę gry w pucharach – myślę, że Raków i Górnik znajdą się w czwórce. Jeśli tak, to piąte miejsce da przepustkę do Europy, bo obie ekipy zagrają w finale Pucharu Polski w najbliższą sobotę. Wychodzi więc na to, że o to piąte miejsce w pucharach rywalizować będzie GieKSa, Wisła Płock i Zagłębie. Lubinianie dali ciała z ekipą z Niecieczy i wygląda jakby spuchli, choć lekceważyć ich nie można. Dzisiaj z zapartym tchem będziemy obserwować mecz Wisła – Radomiak i musimy kibicować gościom – od wyniku tego spotkania będzie zależeć bardzo, bardzo wiele. Natomiast żadna z wymienionych trzech drużyn kompletu punktów raczej nie zdobędzie, więc trzeba zminimalizować punktowe straty. Na plus jest to, że i z Zagłębiem, i z Płockiem mamy lepsze bilanse bezpośrednie.

Świat się nie zawali, jeśli GieKSa do pucharów nie wejdzie. Przecież jeszcze niedawno walczyliśmy o utrzymanie. Ale nie ma się co oszukiwać, matematyka mówi, że udział w Europie jest po prostu realny. Jeśli na przykład GieKSa zdobyłaby w ostatnich czterech kolejkach 7-8 punktów, to gra w eliminacjach Ligi Konferencji będzie bardzo możliwa. To jest bonus, szansa, która się nadarza. I grzechem byłoby nie powalczyć.

Jest jednak jeden warunek. Z Termalicą za tydzień trzeba bezwzględnie wygrać. Jakkolwiek nie jest to typowy outsider prezentujący się beznadziejnie, to jednak jest to ostatnia drużyna ligi, którą będziemy podejmować. W kolejnych trzech spotkaniach o punkty będzie dużo trudniej. Trzeba więc sobie ustawić sytuację tak, żeby z 47 punktami startować do trzech ostatnich kolejek.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Rafał Strączek 2029!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Rafał Strączek podpisał nowy kontrakt z klubem, a ogłoszenie tego miało miejsce przed piątkowym spotkaniem z Motorem Lublin. Tym samym ucięto medialne spekulacje o przeprowadzce do Poznania. 

Nowa umowa będzie obowiązywać do czerwca 2029 roku. Bramkarz, po wejściu do pierwszej jedenastki, świetnie się spisuje i ma wielki udział w wynikach GKS Katowice. W tym sezonie w 23 spotkaniach 8 razy zachował czyste konto.

Piłkarzowi życzymy zdrowia, dalszych dobrych występów i sukcesów z naszym klubem. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga