Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: coraz więcej „futbolu na tak”
Puszcza Niepołomice zajmuje ostatnie bezpieczne miejsce w tabeli Ekstraklasy i zanosi się na to, że do końca sezonu będzie drżała o ligowy byt. W sobotę przy Nowej Bukowej będzie chciała zmazać plamę po kompromitującej jesiennej porażce z GieKSą, a przy okazji oddalić się od strefy spadkowej. Zapytaliśmy Jacka Żukowskiego z redakcji Gazety Krakowskiej i Dziennika Polskiego, czy Puszcza pasuje do Ekstraklasy, jak ocenia jej szanse na utrzymanie i z jakim nastawieniem wyjdą w sobotę na boisko w Katowicach.
Co było większym zaskoczeniem dla małopolskiego środowiska piłkarskiego? To, że dwa lata temu Puszcza wygrała baraże z Wisłą i Termalicą czy to, że do dziś gra w Ekstraklasie i wciąż ma realne szanse na utrzymanie?
Wygrane baraże były większym zaskoczeniem, bo pierwszy mecz rozgrywano na stadionie Wisły, którą wspierało blisko 24 tysiące kibiców. Puszcza nie była w tamtym sezonie specjalnie mocna na wyjazdach, mimo to wygrała dosyć gładko, bo aż 4:1. Była to spora niespodzianka, na pewno większa niż finał w Niecieczy, gdzie zwycięzcę wyłoniła dogrywka. W żadnym z tych meczów Puszcza nie była faworytem. Z kolei postawa tej drużyny w Ekstraklasie od początku była niewiadomą, a w pierwszym sezonie zaskoczeniem mógł być fakt, że Puszcza zakończyła rozgrywki „oczko” wyżej od Cracovii. Drużyna zapracowała na utrzymanie solidną, choć dość specyficzną grą. Dużo biegania i dobrze opracowane stałe fragmenty gry wystarczyły, aby na koniec sezonu być nad kreską.
Wielu zarzuca Puszczy, że nie pasuje do Ekstraklasy.
Nie zgadzam się z tą opinią i uważam takie głosy za krzywdzące. W historii Ekstraklasy mieliśmy już mniejsze ośrodki niż Niepołomice, jak na przykład Grodzisk Wielkopolski czy Wronki, a jeszcze wcześniej Radzionków. Po drugie, wiele klubów funkcjonuje w oparciu o pieniądze publiczne. Puszcza żyje w symbiozie z Miastem, ale jest to wsparcie nieporównywalnie mniejsze niż w innych klubach. Udaje się pozyskiwać zewnętrznych sponsorów, jak ostatnio firmę MAN Trucks, a klub ciężko pracuje, aby dotrzymać kroku reszcie stawki. Nie dostali miejsca w Ekstraklasie za darmo, długo musieli grać poza Niepołomicami, a mimo to osiągają dobre wyniki i funkcjonują na zdrowszych zasadach niż niejeden klub z czołówki.
Gdybyś miał wskazać jeden element po stronie Puszczy, który jest wartością dodaną dla rozgrywek?
Warto zwrócić uwagę na zaangażowanie lokalnej społeczności Niepołomic. Fani Puszczy budują wizerunek kibica przyjaznego, nie nastawionego wrogo do kogokolwiek. Mają świadomość, że ich klub jest mały, a każde zwycięstwo w Ekstraklasie traktują jak wielki sukces. W niewielkiej grupie jeżdżą na wyjazdy i choć wygląda to trochę piknikowo, to ma swój urok.
Trener Tułacz ma określony pomysł na drużynę: konsekwentna defensywa, twarda gra na pograniczu faulu i stałe fragmenty gry jako najgroźniejsza broń. Zgadzasz się z moją oceną?
Do pewnego stopnia tak, ale było to bardziej charakterystyczne dla Puszczy w poprzednim sezonie. Obecnie więcej bramek ze stałych fragmentów zdobywa Cracovia. Z czego to wynika? Być może rywale zdążyli już rozczytać pomysły trenera Tułacza, a może brakuje wykonawców na poziomie Kamila Zapolnika. W tym sezonie Puszcza trochę zmieniła styl i dołożyła jakości piłkarskiej dzięki transferom, takim jak Jakov Blagaić czy Gieorgij Żukow. Egzekutorem jest Grek Michális Kossídis, który też ma spore umiejętności techniczne. Dużą stratą jest z kolei odejście Koreańczyka Lee Jin-hyun, który dawał ofensywną jakość. Charakter drużyny pozostaje więc podobny, jednak w tym sezonie dostrzegam w Niepołomicach więcej „futbolu na tak”.
Pamiętamy Dawida Abramowicza z występów przy Bukowej w sezonie 2016/17. Już wtedy wyróżniał się mocą wrzutów z autu. Czy to własnie ten walor zadecydował o jego transferze do Niepołomic?
Mógł to być jeden z elementów, ale na pewno nie decydujący. Abramowicz dobrze radzi sobie na skrzydle – choć jest nominalnym obrońcą, to często występuje jako pomocnik. Miał wypełnić lukę po odejściu Lee, co częściowo się udało. Jest zawodnikiem bardziej ofensywnym niż defensywnym i dalekie wrzuty z autu to tylko jeden z jego atutów.
W Niepołomicach czuć atmosferę gorączkowej walki o utrzymanie czy raczej spokojnie podchodzi się do sytuacji w tabeli, mając na uwadze nienajgorszy terminarz?
Każdy zdaje sobie sprawę, że trzeba jeszcze wygrać kilka meczów, aby się utrzymać. Optymistyczny jest fakt, że rywali z dołu tabeli Puszcza będzie podejmować u siebie, bo pojedynki ze Stalą i Śląskiem będą kluczowe. Jest jeszcze Radomiak, który może być w zasięgu Puszczy. Wyjazdy zapowiadają się gorzej, bo o punkty w Katowicach czy Łodzi będzie trudno. Droga do utrzymania jest więc daleka, ale wszystko jest w rękach piłkarzy i na nikogo nie muszą się oglądać. Statystyki przemawiają na korzyść Puszczy, bo zarówno w Krakowie, jak i w Niepołomicach prezentowali się dobrze jako gospodarz. Poza meczem z GKS-em.
Urwanie punktu w ostatniej kolejce kandydatowi do mistrzostwa może być sygnałem zwyżki formy w kluczowym momencie sezonu?
Umówmy się – Puszcza miała dużo szczęścia, bo wyrównujący gol padł w ostatniej minucie, a Raków powinien był zamknąć ten mecz znacznie wcześniej. Remis wywalczony w takich okolicznościach może być mentalnym bodźcem na resztę sezonu, bo nikt raczej nie zakładał zdobyczy punktowej w tym spotkaniu. Puszcza grała ambitnie, ale trudno mówić na tej podstawie o super formie.
Co jeśli operacja utrzymanie się nie powiedzie? Klub będzie zdolny do walki o ponowny awans czy czeka go raczej los Warty Poznań?
Niezależnie od końcowych rozstrzygnięć w lidze Puszczę czeka kilka odejść ważnych piłkarzy. Na pewno odejdzie Kossídis, który jest wypożyczony, a Puszczy nie stać, aby wyłożyć za niego milion euro. Podchody pod Artura Crăciuna są od dawna, więc należy się liczyć z jego transferem. Trzeba będzie łatać te personalne dziury, co będzie znacznie trudniejsze po spadku. Myśle jednak, że nawet w takiej sytuacji w Niepołomicach zachowają zdrowy rozsądek i będą postępować rozważnie względem transferów i finansów. Nie spodziewam się, że będą się bronić przed spadkiem jak Warta, ale nie ma też takiego potencjału, by w przypadku strat personalnych od razu włączyć się do walki o awans. Puszcza stałaby się pierwszoligowym średniakiem.
Puszcza miała szansę pojechać w maju na Narodowy, ale Pogoń szybko i skutecznie wybiła jej ten pomysł z głowy. Podobne lanie sprawiła z resztą GieKSie w ostatniej ligowej kolejce. Była szansa na korzystny dla gospodarzy rezultat pucharowego starcia?
Z uwagi na fakt, że mecz rozgrywano w Niepołomicach, po cichu liczono na sprawienie niespodzianki. Dodatkowo pewne podrażnienie wywołały medialne wypowiedzi nowego właściciela Pogoni o chęci przeniesienia meczu do Szczecina. Niekwestionowanym faworytem była jednak Pogoń i wszystkie atuty piłkarskie były po jej stronie. Nie pomógł zmarnowany karny Crăciuna, który potem fatalnie dobijał swój strzał. Co ciekawe, dotychczas był on niezawodny w tym aspekcie i w całej swojej karierze z jedenastki pomylił się tylko raz, w reprezentacji Mołdawii. Gdyby udało się wykorzystać swoje szanse, to mecz nie byłby aż tak jednostronny, a Pogoń musiałaby się bardziej napracować, aby ten finał wywalczyć. Szansa dla Puszczy była historyczna, bo zagrać finał na Narodowym jest wartością samą w sobie. Jednak gdyby w Niepołomicach mogli wybrać, który mecz z Pogonią wygrać, to z pewnością wskazaliby kwietniowy pojedynek w lidze.
Trochę to trwało, ale w marcu Puszcza wróciła na swój stadion. Dużo się zmieniło? Zwykły kibic poczuł poprawę komfortu oglądania meczów w porównaniu z 1. ligą?
Najważniejsze, że klub wreszcie wrócił do siebie i może grać w Niepołomicach. Patrząc obiektywnie stadion wciąż nie spełnia w stu procentach wymogów Ekstraklasy, ale mieści się w minimalnych ramach. Dla kibica niewiele się zmieniło, bo wymieniono zaledwie część siedzisk, a grupa dopingująca przeniosła się spod dachu za bramkę. Formalnie Puszcza nie przyjmuje kibiców gości, ale dotyczas udawało się porozumieć z rywalami i przyjezdni mogli oglądać mecze w Niepołomicach. Są plany budowy nowej trybuny za drugą z bramek i powiększenia tej już istniejącej, aby spełnić wymogi Ekstraklasy co do pojemności stadionu, jest to jednak melodia przyszłości. Obecnie stadion bardziej przypomina obiekt drugo- czy nawet trzecioligowy, ale w porównaniu do stadionu Rakowa, który pretenduje do mistrzostwa Polski, przepaść nie jest już aż tak duża.
Ostatni mecz zagraliśmy jeszcze w Krakowie. Takiego lania nie spodziewał sie chyba nikt. Co wtedy nie zagrało?
To zdecydowanie najgorszy mecz Puszczy w Ekstraklasie, nie tylko z uwagi na wynik, ale przede wszystkim na bezradność zawodników. Po tym meczu trener Tułacz zastanawiał się, czy jego drużyna rozumie, na czym polega gra w Ekstraklasie. Obraz meczu był taki, jakby ekipa z Ligi Mistrzów spotkała się z totalnymi debiutantami. Tymczasem to GKS jest beniaminkiem, a Puszcza miała już przecież bagaż blisko półtorarocznego doświadczenia w Ekstraklasie. Jesienią zabrakło wszystkiego, z czego niepołomiczanie słyną, a więc waleczności, utrzymywania się przy piłce i skutecznych stałych fragmentów. Puszcza zupełnie nie podjęła walki w tamtym spotkaniu. Do przerwy było 2:0 dla GieKSy, a po zmianie stron pozostało już tylko liczyć kolejne gole dla gości. Porażka 0:6 to kompromitacja Puszczy, bo GKS zagrał dobrze i ambitnie, ale nie ma aż takiej różnicy w potencjale obu drużyn, aby usprawiedliwić ten wynik.
Jak się ustrzec podobnego scenariusza w sobotę? Czego spodziewasz się po tym meczu?
Spodziewam się, że GKS będzie podrażniony po przegranej w Szczecinie. Ponadto, po raz drugi wystąpi na nowym stadionie i będzie chciał powtórzyć zwycięstwo z inauguracji z Górnikiem, które nawiasem mówiąc było dość szczęśliwe. Będzie chęć rehabilitacji po ostatniej porażce, ale z drugiej strony GKS jest już bezpieczny w tabeli. Puszcza natomiast jest pod presją gry o utrzymanie i determinacja po ich stronie może być większa. Na pewno nie będzie grała na remis, ale z takiego wyniku byłaby raczej zadowolona. Mimo wszystko spodziewam się dominacji GKS-u i ostrożnej, wyważonej gry Puszczy, która z pewnością ma w pamięci jesienne starcie.
Puszcza będzie próbowała czymś zaskoczyć GieKSę?
Wydaje mi się, że trener Tułacz niczym już chyba nie zaskoczy. Ma określony pomysł na grę Puszczy, dopasowanych do niego wykonawców i na pewno nie zmieni nagle ani ustawienia, ani taktyki. W sobotnim meczu element zaskoczenia nie będzie decydujący. Kluczowa będzie jakość i konsekwencja w realizacji założeń, a może nawet łut szczęścia.
Twój typ na wynik?
Więcej szans przyznałbym GKS-owi, ale z sentymentu do Puszczy postawię na 1:1. Piłkarze z Niepołomic poprawili w ostatnim czasie grę na wyjazdach, więc nie stoją na straconej pozycji.
Felietony Piłka nożna
#SzacunekDlaArbitra
Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.
Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.
– Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.
– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.
Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.
Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.
Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.
W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.
Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.
Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…
Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.
No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.
Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.
Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.
Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.
Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.
Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.
I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.
Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.
Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.
No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.
A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.
Felietony
Duma i wściekłość
Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.
Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.
Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.
Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.
Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.
GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.
Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.
No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.
W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.
Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.
Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.
W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.
Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.
Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.
Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.
O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.
Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.
Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.
Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.
Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.
Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.
Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.
Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.
Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.
Piłka nożna Wywiady
Czerwiński: To my graliśmy lepiej
Po zremisowanym meczu z Legią porozmawialiśmy z Alanem Czerwińskim o atmosferze w klubie i na murawie, kontrowersjach sędziowskich, a także jego roli w szatni. Nie zabrakło również pytania o ulubionego krepla, a po odpowiedzi zapraszamy do lektury.
Ostatnie dwa mecze to twoje dwa udane strzały. Do trzech razy sztuka?
Alan Czerwiński: Mam taką nadzieję, dobrze się z przodu odnajduję. Szkoda, że obydwa strzały były na lewej nodze i nie mogłem pokazać mojej prawej, która jest dużo dokładniejsza. Naprawdę szkoda, że dzisiaj ta bramka nie wpadła, bo byłaby takim stemplem. To był idealny mecz na takiego gola, bo to byłoby po prostu piękne trafienie i szkoda, że nie wpadło.
Grałeś kilka meczów z dolegliwościami. Już wszystko w porządku?
Tak, dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. W mojej głowie tak naprawdę nie ma tego urazu. Gdybym wychodził na mecz zastanawiając się, czy wszystko jest okej, miałbym spory problem. Dużo pracuję mentalnie nad przygotowaniami do meczu. W myślach nie mam żadnego urazu, nie kalkuluję nic, gram na 100% i to jest dla mnie najważniejsze w przygotowaniach. Gdy gram na 100%, mogę pokazać wszystkie umiejętności i to, co mam najlepsze.
Za twojego poprzedniego pobytu w Katowicach Legia walczyła w Lidze Mistrzów, a teraz drży o utrzymanie. To zmieniło podejście do tych spotkań?
Mecz z Legią zawsze wzbudza większe emocje wśród zawodników i kibiców. Atmosfera dzisiaj była… no fantastyczna. Nie ma co ukrywać, u nas kibice są tym dwunastym zawodnikiem. W poprzednim meczu żyli tym meczem, tak samo dzisiaj. Bardzo fajnie grać dla nich i zostawiać zdrowie dla kibiców, bardzo za to dziękujemy i to doceniamy. Co do Legii, są w fazie przebudowy, ale dalej mają dobrych zawodników i trochę jakości.
Ale tylko trochę?
Myślę, że to my dzisiaj graliśmy lepiej. Zasłużyliśmy na trzy punkty, taka jest moja opinia. Szanujemy ten remis i jeden punkt, ale staraliśmy się, a kibice też to myślę widzieli – nie grać na remis i powalczyć o trzy punkty. Walczyliśmy do końca, stworzyliśmy kilka sytuacji i zabrakło jedynie centymetrów.
Lukas Klemenz ostatnio powiedział piękne słowa, że zaangażowania i takiej zgranej ekipy nie da się po prostu kupić.
Charakterologicznie jest to świetnie dobrane. Trener sobie to układa i to się dobrze zazębia. Mam nadzieję, że będziemy to trzymać, bo przed nami trudne mecze. Będziemy potrzebować wsparcia kibiców jak dzisiaj, czy tydzień temu z Widzewem. To nas niesie i razem możemy walczyć w każdym meczu o punkty.
Kogo nie spytać, wyróżni Alana Czerwińskiego jako tego, który coś potrafi powiedzieć w szatni.
Generalnie staram się nie mówić za dużo, rozluźniać atmosferę. Nie jestem spiętym zawodnikiem, ale nie boję się wygłaszać swojego zdania. Zawsze chcę pomóc młodym chłopakom, ze starszymi zawodnikami mam dobre relacje. Po prostu nie boję się powiedzieć swojego zdania, w piłce przeżyłem już bardzo dużo. Zagrałem wiele poważnych meczów o sporym ciśnieniu, w Lidze Europy czy Konferencji. Jeden błąd waży tam bardzo dużo. Nie boję się wypowiadać, oczywiście słucham też innych chłopaków – wymieniamy się poglądami i to jest fajne. Nie zamykam się na ich zdanie, a oni na moje. Doskonale to wszystko funkcjonuje. Jeżeli chodzi o odzywanie się w szatni, bardzo to lubię. Rozluźniam atmosferę, żartem czy też dobrym słowem do naszej kochanej młodzieży.
Masz jakieś sposoby na kontrowersyjne decyzje sędziego, czy już się po prostu tym nie przejmujesz?
Totalnie nie, na mnie to już nie wpływa. Dostałem żółtą kartkę i musiałem grać ostrożnie, bo czasem to przypadek decyduje o tym, czy obejrzysz drugi kartonik. Kontrowersje sędziowskie? Pewnie jakieś były, tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że nawet mogliśmy dostać rzut karny?
Można było dopatrzeć się nawet trzech potencjalnych jedenastek.
No to naprawdę szkoda, taki karny by nam dzisiaj bardzo pomógł. W tej szesnastce się kotłowało, a to z kolei świadczy o tym, że dochodziliśmy do sytuacji. Legia miała dzisiaj z nami problem.
Było widać przy jednej z ostatnich akcji, że instynktownie chciałeś odpychać rywala, a później cofnąłeś ręce.
Tak, tak. Wyszedłem bardzo wysoko, on sobie dzióbnął tę piłkę. W pierwszym odruchu normalnie bym akcję od razu kasował, bo wolę dostać żółtą kartkę. W ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, zaświeciła mi się lampka i odsunąłem ręce. Przybiłem sobie brawo za tę decyzję, bo czerwona kartka mogłaby zupełnie zmienić oblicze meczu w samej końcówce.
Końcówki na Arenie Katowice faktycznie należą do was, łapiecie flow z kibicami. Mocniejszy doping to lepsza akcja i odwrotnie.
Dokładnie tak, w meczu z Widzewem to bardzo mocno odczułem. Jeden z nas zrobił wślizg, trybuny się jeszcze bardziej ożywiły i to nas dalej napędzało. Dawno nie miałem tak, by kibice żyli z drużyną, a drużyna z kibicami. Mega mi się to podoba, to naprawdę pomaga.
Jak radzą sobie nowi zawodnicy?
System nie jest najłatwiejszy, ale mamy taką drużynę, że od razu czują się bardzo dobrze. Jesteśmy otwarci. Kiedyś nie widziałem takich rzeczy, gdy przychodził nowy zawodnik, jak mu pomóc czy doradzić. Teraz staramy się, ja się staram, być bardzo dobrym kolegą. Służyć żartem, pomocą, żeby jak najszybciej się odnaleźli i dobrze czuli. Całej drużynie to wychodzi na dobre, że szybko się wkomponowują. Warunek jest jeden: będziesz się czuł dobrze, jeśli dasz z siebie 100%. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, będziesz się tu czuł źle i tyle.
Tłusty czwartek za nami, jaki twój ulubiony pączek? Lukier czy cukier puder?
Zdecydowanie lukier. Ulubiony z czekoladą, jadłem z moją córką. Ja sobie takiego sprawiłem i jej też takiego przywiozłem, bardzo takie lubi. Polany czekoladą i z czekoladą w środku, nie odmówiłem sobie (śmiech).


Najnowsze komentarze