Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: Łódź chybocze się mocno
Wiele się ostatnio dzieje w klubie z Alei Piłsudskiego: decydują się losy właściciela, trenera i samej drużyny, która w tym roku nie zdołała jeszcze wygrać w lidze. Przed sobotnim meczem razem z Michałem Nibarskim z Radia Widzew wspominaliśmy dawne czasy rywalizacji GieKSy z Widzewem, rozmawialiśmy o zmianach w gabinetach i na trenerskiej ławce oraz zastanawialiśmy się, kto odpowiada za fatalną postawę łodzian w rundzie wiosennej.
Widzew Łódź jest ewenementem w skali kraju, a kto wie czy nie całego świata, bo jako jedyny znany mi klub obronił mistrzostwo drugiego poziomu rozgrywkowego.
Z tego co wiem, to nie ma drugiej takiej drużyny. Jest to historia z czasów rządów Sylwestra Cacka. Kiedy w 2009 roku cieszyliśmy się po decydującym o awansie meczu, w czasie trwającej fety dostałem smsa od brata ciotecznego, który jest kibicem Legii, że zapadła decyzja o cofnięciu nas z powrotem do 1. ligi. Na początku nie potraktowałem tego poważnie, ale jakiś czas później okazało się to prawdą. Kara była związana z zarzutami korupcyjnymi ciążącymi na Widzewie. Prezes Cacek wchodząc do klubu otrzymał zapewnienie, że klub jest czysty pod tym względem, okazało się jednak inaczej. Przez długi czas trwały batalie przed różnego rodzaju komisjami, trybunałami i sądami, zarówno sportowymi, jak i powszechnymi. Ostatecznie nic to nie dało i Widzew spędził kolejny sezon na zapleczu Ekstraklasy.
Przez ostatnie dwie dekady GKS okopał się w 1. lidze, natomiast nasze drogi dość często przecinały się z Widzewem, który to awansował, to spadał na niższe poziomy. Z czego wynikała ta niestabilność klubu?
Tamte lata to czas wielu zawirowań organizacyjnych. Rządy Sylwestra Cacka, który ostatecznie rok później awansował do Ekstraklasy, zakończyły się katastrofą – kolejnymi spadkami i odbudową klubu w 4. lidze jako Reaktywacja Tradycji Sportowych. W związku z budową nowego stadionu swoje domowe mecze rozgrywaliśmy wtedy w Byczynie – niewielkiej wsi w pobliżu Łodzi. Klubu nie było stać na wynajem lepszego obiektu, więc osiągnięto porozumienie z burmistrzem gminy Poddębice, który był kibicem Widzewa. Stadion bardziej przypominał orlik, a gdy któryś piłkarz za mocno wybił piłkę, to lądowała ona w pobliskim stawie. Po reaktywacji przenieśliśmy się na obiekt SMS-u Łódź. W klubie brakowało wtedy wszystkiego – od piłek po stroje. Zaczynaliśmy od zera. Jeśli szukać pozytywów, to tamte ciężkie czasy zbudowały na nowo społeczność wokół Widzewa, a klub budowano na zdrowych zasadach. Ostrożnie dobierano partnerów do współpracy, bo wokół klubu kręciły się różne podejrzane osoby.
Droga powrotna Widzewa do Ekstraklasy nie była usłana różami.
Nie było łatwo pokonywać kolejne szczeble i awans na poziom centralny zajął kilka lat. W 3. lidze rywalizowaliśmy z ŁKS-em, a liderem był Finishparkiet Drwęca Nowe Miasto Lubawskie. W samej końcówce, gdy nie mieliśmy już szans na awans, lider z Nowego Miasta przyjechał do Łodzi. W przypadku zwycięstwa Widzewa na pierwsze miejsce dające awans mógł wskoczyć ŁKS. W związku z tym część kibiców domagała się porażki, aby zaszkodzić ŁKS-owi. Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem gości 1:0, nic to jednak nie zmieniło, bo Finishparkiet wycofał się z rozgrywek, a jego miejsce w 2. lidze zajął Łódzki Klub Sportowy. My na 2. ligę musieliśmy poczekać o sezon dłużej.
Tam spotkaliśmy się po raz kolejny. Był to dziwny sezon, na którym cieniem położył się koronawirus.
Przez wiele lat przekleństwem Widzewa była postawa drużyny w rundach wiosennych. W sezonie 2019/2020 po rundzie jesiennej Widzew był liderem 2. ligi. W lutym wybuchła jednak pandemia i nie było wiadomo, czy uda się dokończyć rozgrywki. Po dłuższej przerwie zapadła decyzja, że gramy dalej, ale Widzew prezentował się wtedy fatalnie. Na pierwsze miejsce wskoczył Górnik Łęczna, a o drugie miejsce premiowane awansem bił się Widzew z GKS-em. W ostatniej kolejce przegraliśmy w Łodzi ze Zniczem, co otwierało drogę do awansu GKS-owi. Niezadowoleni kibice wbiegli na boisko z pretensjami o postawę drużyny. Tymczasem GKS nie zdołał wygrać u siebie z Resovią i mimo że w kiepskim stylu, to Widzew jednak awansował.
Nie poprawiło to jednak zbytnio nastrojów wśród kibiców?
Kibice byli rozgoryczeni stylem, w jakim osiągnięto awans i ogólną postawą drużyny. W klubie pojawiły się wtedy większe pieniądze, sprowadzano drogich, uznanych piłkarzy jak Mateusz Możdżeń czy Henrik Ojamaa, którzy mieli robić różnicę w tej lidze. Tymczasem byli jedynie obciążeniem budżetu, dlatego zdecydowano się na odwołanie odpowiedzialnej za to prezes Martyny Pajączek. Jej następcą został Mateusz Dróżdż, który przychodził opromieniony chwałą po awansie do 1. ligi z Górnikiem Polkowice (z drugiego miejsca awansował wtedy GKS – przyp. red.). Trenerem został Janusz Niedźwiedź, który zbierał dobre noty, ale awans do Ekstraklasy udało się zapewnić dopiero w ostatniej kolejce. Drżeliśmy o dobry wynik do ostatniej minuty meczu z Podbeskidziem.
Od tego momentu zadomowiliście się na dobre w Ekstraklasie. Były apetyty na coś więcej niż tylko ligowy byt?
Entuzjazm po awansie przełożył się na dobrą postawę w lidze, gdzie po rundzie jesiennej zajmowaliśmy trzecie miejsce. Zaczęto nawet po cichu mówić o europejskich pucharach, ale jak wspominałem wcześniej, wiosna w naszym wykonaniu wygląda zwykle znacznie gorzej. Tak było i tym razem, ostatecznie skończyliśmy na 12. miejscu. Narastała frustracja, a prezes z bohatera stał się wrogiem kibiców. Ponadto rozpoczął wojenkę z miastem, która była z góry skazana na porażkę. Atmosfera się psuła, było słychać o różnych konfliktach, a prezesa Dróżdża ostatecznie zwolniono. Kilka miesięcy później pożegnano też trenera Niedźwiedzia.
Obecnie dużo się mówi o Widzewie w kontekście potencjalnych zmian właścicielskich. O co chodzi w całym zamieszaniu pomiędzy Tomaszem Stamirowskim a Robertem Dobrzyckim?
Tomasz Stamirowski to lokalny biznesmen, który działa w Widzewie od kilku lat. W czasach, kiedy klubem zarządzało stowarzyszenie, Stamirowski był jego członkiem. W pewnym momencie zdecydował się na przejęcie samodzielnej władzy, zobowiązał się przelać określoną kwotę na konto Widzewa, a w jednym z wywiadów zadeklarował nawet, że połowę swojego majątku przeznaczy na klub. Pod jego rządami Widzew ma stabilną sytuację finansową, przynosi dochody i wypracował kilkumilionową nadwyżkę w budżecie. Mocno zabiega też o budowę nowego ośrodka treningowego. Coraz głośniej mówi się jednak, że zaniedbywany jest najważniejszy aspekt działalności, a więc poziom sportowy. Klub szczyci się sprzedażą Imada Rondića za 1,5 mln Euro, co jest moim zdaniem majstersztykiem. Nie idą jednak za tym żadne wartościowe transfery przychodzące.
Lekarstwem na sportowy marazm ma być Dobrzycki?
Robert Dobrzycki jest właścicielem firmy Panattoni, lidera rynku nieruchomości przemysłowych w Europie. Od kilku lat wspiera finansowo Widzew jako główny sponsor. W grudniu pojawiła się pierwsza informacja, że Robert Dobrzycki lub jego firma chcą kupić Widzew. Mówi się, że Dobrzycki jest kibicem Widzewa i jeszcze na starym stadionie był widywany na trybunie prostej. Pogłoski o zmianach właścicielskich w Widzewie spotkały się z entuzjazmem kibiców. Tymczasem Tomasz Stamirowski, mimo iż zawsze deklarował gotowość do rozmów z potencjalnymi poważnymi inwestorami, obecnie nie podziela tego entuzjazmu. Kibice naciskają na niego coraz mocniej, na ostatnim meczu z Jagiellonią wywiesili nawet odpowiednie transparenty. Właściciel jednak odwleka decyzję i stara się kupić sobie więcej czasu. Obie strony zapewniają, że chcą rozmawiać, ale piłka jest po stronie Tomasza Stamirowskiego.
Losy właściciela właśnie się decydują, tymczasem nie wiadomo kto będzie trenerem Widzewa. Czym Daniel Myśliwiec zasłużył sobie na zwolnienie?
Saga ze zwolnieniem trenera Myśliwca ma swoje podłoże w złym zarządzaniu pionem sportowym klubu. Zarząd jest młody i niedoświadczony, a cały kryzys wywołał prezes Michał Rydz. Możliwe, że w momencie publikacji naszej rozmowy będzie już byłym prezesem. Pod koniec ubiegłego roku prezes zadeklarował, że do końca stycznia podejmie decyzję co do przyszłości trenera. Tymczasem sprawa przeciągała się, zarząd miał coraz bardziej dość trenera i jego agenta, ale na zwolnienie Myśliwca nie zgadzał się właściciel. Sam trener jest postacią o tyle ciekawą, co kontrowersyjną. Sam dzisiaj nie wiem, czy jest dobrym szkoleniowcem. Miał niezłą rundę, ale im dłużej był w klubie, tym było gorzej. Do tego dochodziły wspomniane sprzeczki z zarządem. Skończyło się odwołaniem trenera po porażce 0:4 z Pogonią, nie było natomiast wytypowanego następcy. Nie dogadano się z Jackiem Magierą i postawiono na Patryka Czubaka z Akademii Widzewa. Dziś pojawiła się informacja, że do Warszawy przyleciał nowy trener, Željko Sopić z Chorwacji. Nic jednak nie jest jeszcze rozstrzygnięte. W Widzewie panuje olbrzymi bałagan, łódź nomen omen chybocze się mocno, a dyskusje, kto ma chwycić za ster, trwają w najlepsze.
Kto ponosi winę za fatalną postawę Widzewa w rundzie wiosennej?
Widzew broni się obecnie przed spadkiem, a pięć punktów nad kreską to żadna przewaga. Gdyby dół tabeli punktował lepiej, to być może już dziś bylibyśmy w strefie spadkowej. Już pod koniec ubiegłego roku drużyna wyglądała słabo, natomiast dwa punkty zdobyte wiosną, a szczególnie porażka ze Śląskiem, to kompromitacja. Moim zdaniem zmiana szkoleniowca była konieczna, natomiast są w Widzewie obrońcy trenera, którzy winę za obecną sytuację zrzucają na barki dyrektora sportowego Tomasza Wichniarka. Zarzuca się mu, że nie przeprowadził odpowiednich transferów, ale z drugiej strony mówi się, że trener odrzucił wiele nazwisk zaproponowanych przez dyrektora. Mimo fatalnych wyników pewna grupa kibiców wciąż jest oczarowana trenerem Myśliwcem i do końca go broniła, co jest dla mnie ewenementem.
Na czyich barkach spoczywa dziś boiskowa odpowiedzialność za wyjście z tego kryzysu?
Na to pytanie chyba nikt nie zna odpowiedzi. Widzew ma problem z liderem, bo na początku na takiego był kreowany Bartek Pawłowski. W ubiegłym roku doznał jednak ciężkiej kontuzji, od dłuższego czasu był poza składem, a obecnie powoli wraca na boisko. Wydawało się, że takim liderem może być Rafał Gikiewicz, jednak ostatnio mocno spuścił z tonu i tracimy bramki również po jego błędach. Duże nadzieje pokładamy we Franie Álvarezie i Sebastianie Kerku, ale obaj mają ostatnio tylko przebłyski dobrej formy. W drużynie brakuje piłkarza z charyzmą, zarówno na boisku, jak i w szatni. Zadaniem nowego trenera i dyrektora sportowego będzie znalezienie takich graczy.
Najlepszy strzelec Widzewa odszedł do Niemiec, przez co mocno cierpi ofensywa. Nie lepiej jest z tyłu, bo Widzew traci najwięcej bramek po Lechii Gdańsk. Co jest większym problemem zespołu?
Moim zdaniem największym kłopotem Widzewa jest dziś defensywa. Wystarczy nieco szybciej zagrać piłkę, a nasi obrońcy się gubią. Z drugiej strony również z przodu mamy dużo problemów, dlatego wiosna będzie dla nas bardzo ciężka. Trudno to będzie poukładać, natomiast coś drgnęło pod okiem trenera Czubaka, więc można mieć nadzieję. Może się jednak zdarzyć, że mecz z GKS-em będzie jego ostatnim w roli trenera. Powoli zaczynamy dopuszczać do siebie myśl, że do końca sezonu możemy być zamieszani w walkę o utrzymanie.
Pierwszym krokiem do utrzymania będzie zwycięstwo w sobotę, ale czy drużynę na to stać?
Zdajemy sobie sprawę, że GKS spisuje się w tym sezonie powyżej oczekiwań i w sobotę czeka nas trudne zadanie. Mimo to nie dopuszczamy innego scenariusza niż zwycięstwo Widzewa. Trudno ocenić, czy obecna drużyna jest mocniejsza od tej, która jesienią zremisowała w Katowicach, ale w sobotę liczymy na przełamanie, bo za długo czekamy na ligowe zwycięstwo. Pamiętam, że po jesiennym meczu było u nas lekkie rozczarowanie, ale też nikt nie załamywał rąk, bo GKS był wtedy w dobrej dyspozycji.
Jaki pomysł na rozmontowanie GieKSy Widzew zaprezentuje w sobotę?
Na to pytanie chyba nikt nie zna odpowiedzi oprócz samego trenera, bo dopiero poznajemy jego metody i pomysł na zespół. Każdy jego mecz jest właściwie eksperymentem. Widzew na pewno zagra odważnie i od pierwszych minut zaatakuje, aby szybko zdobyć bramkę i wypracować przewagę. Nikt nie będzie odstawiał nogi, co w poprzednich meczach nie było tak oczywiste. Widzew ma problem, gdy pierwszy traci bramkę – drużyna wtedy na jakiś czas się zacina. Im dłużej będziemy się utrzymywać przy piłce i nie stracimy gola, tym łatwiej będzie nam pokazać się z najlepszej strony. Decydujący będzie brak błędów w defensywie i postawa środkowego pomocnika Frana Álvareza. Wierzę też, że we znaki GKS-owi da się Saïd Hamulic, który wraca po kontuzji.
Jaki wynik obstawiasz?
Serce podpowiada zwycięstwo Widzewa, ale gdybym miał postawić pieniądze, to typowałbym 1:1.
Komplet widzów jest w zasadzie codziennością na meczach Widzewa. Obiekt przy Piłsudskiego jest dla Was za mały?
Przed laty budowę stadionów w Łodzi poprzedziły zlecone przez Miasto badania potencjału kibicowskiego Widzewa i ŁKS-u. Wniosek z badań był taki, że Widzew potrzebuje stadionu na ok. 30 tysięcy widzów, dwa razy więcej niż ŁKS. Mimo to wybudowano dwa stadiony o zbliżonej pojemności ok. 18 tysięcy. Dlatego od początku uważamy, że ten stadion jest dla nas za mały. Już od 3. ligi kibice regularnie wykupują ponad 15 tysięcy karnetów i trudno zdobyć bilet na mecz Widzewa – można jedynie liczyć na miejsca zwolnione przez nieobecnych karnetowiczów. Na każdym meczu jest właściwie komplet widzów. Tego samego życzę GKS-owi, bo to fajne uczucie, gdy stadion się regularnie zapełnia.
Od czasu do czasu słyszy się propozycje rozbudowy stadionu. Ile w tym prawdy?
Wielu kibiców nie chce tego przyjąć do wiadomości, ale nie widać realnych szans na istotną rozbudowę stadionu. Dyskusja na ten temat trwa od lat, pojawiają się pomysły dołożenia kilku rzędów siedzisk, co dałoby około 2 tysiące dodatkowych miejsc. Nie ma jednak konkretów co do finansowania takiego przedsięwzięcia, bo stadion jest miejski, a relacje na linii klub-miasto nie są najlepsze. Jeśli natomiast chodzi o poważną ingerencję w obiekt, to niezbędne są analizy architektoniczne, a pytany o to projektant stadionu był sceptyczny co do takiej możliwości. Barierą są również koszty, jakie pochłonęłaby taka inwestycja.
Jakie masz wspomnienia z pojedynków Widzewa z GieKSą?
Moje pierwsze spotkanie z GKS-em miało miejsce w 1985 roku, na finale Pucharu Polski w Warszawie. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem, a w serii rzutów karnych bohaterem został nasz bramkarz, Henryk Bolesta. Jako że pochodzę z Warszawy, jako dzieciak siedziałem wtedy na trybunie Legii, bo nie wiedziałem, jak dostać się na sektor Widzewa. Na tym meczu obecna była grupa kibiców z Katowic, znacznie mniejsza od fanów Widzewa. Pamiętajmy jednak, że GKS stawiał wtedy pierwsze kroki zarówno w świecie kibicowskim, jak i sportowym, dodając nowej świeżości polskiej piłce. Pamiętam wasze charakterystyczne, żółto-czarne stroje, pamiętam też wasze zwycięstwo rok później w finale Pucharu Polski na Stadionie Śląskim. Wydaje mi się, że był to wasz mecz „założycielski”, fundament kolejnych sukcesów. Z tamtych lat kojarzę GKS jako drużynę eksportową, która nie miała wprawdzie wielkich sukcesów w europejskich pucharach, ale też się specjalnie nie kompromitowała. Franciszek Sput, Piotr Piekarczyk, Mirosław Kubisztal czy łączący nasze kluby Marek Koniarek byli wtedy ważnymi postaciami. Przede wszystkim zaś Jan Furtok, największa legenda Katowic, którego kojarzę jako uosobienie śląskiego charakteru. Co ciekawe, do szkoły w Warszawie chodził ze mną kolega Adam, który na bazie tych sukcesów zafascynował się GKS-em i stał się jego kibicem, nawet na jednym z ligowych meczów GieKSy w Warszawie dołączył do niewielkiej grupki kibiców z Katowic. Nie mam już z nim kontaktu, ale podejrzewam, że do dziś sympatyzuje z GieKSą. Największe sukcesy GKS-u to czasy mojego dzieciństwa i młodości, dlatego mam pewien sentyment do tego klubu. Cieszyłem się, gdy GKS wrócił do Ekstraklasy i podejrzewam, że wielu kibiców, nawet tych nieprzychylnych Katowicom, myśli podobnie. Takich klubów potrzeba w Ekstraklasie.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.
GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Jagi i Cracovii
Miniony tydzień był dla naszej redakcji bardzo pracowity. Dwa wyjazdowe mecze w ciągu kilku dni to operacja logistyczna i organizacyjna. Myślę jednak, że podołaliśmy. Wszystko w imię GieKSy. Zapraszamy do zobaczenia wyjazdów do Białegostoku i Krakowa okiem redakcji. A teraz mamy dwa tygodnie przerwy od piłki i czekamy na Wisłę Płock. Niech teraz koledzy z sekcji hokejowej przejmują pałeczkę, bo przed GieKSą bardzo ważne wyzwanie.
1. Białystok przekładany był dwa razy. Za trzecim w końcu mecz doszedł do skutku, ale wiadomo – że był to środek tygodnia, wtorek godzina dziewiętnasta. W związku z tym z redakcji pojechaliśmy we dwójkę: ja i Misiek, ale w samochodzie jechało nas pięciu.
2. Wyjazd z Katowic był gdzieś po dziesiątej. Ładna pogoda, to i droga mijała szybko. Na ten jeden z najdalszych wyjazdów w sezonie.
3. Po kilku godzinach byliśmy na Podlasiu. Czas mieliśmy tak dobry, jak chyba nigdy wcześniej, bo było nieco po piętnastej. Postanowiliśmy więc skierować swoje kroki do Gospody Podlaskiej, znanej nam z poprzedniego sezonu, a mi jeszcze dodatkowo z wyjazdu na ten niedoszły mecz w listopadzie.
4. Miejscówka godna polecenia – na samym Rynku. Zaparkowaliśmy jakimś cudem praktycznie tuż pod tym lokalem. Wówczas byliśmy w niedzielę, więc były tłumy. Teraz – w środku tygodnia o piętnastej – niemal pustki.
5. No to wzięliśmy się za solidne jedzenie. Ja zamówiłem rosół z pielmieni, mielone na patyku i kartacza, Patryk mega xxl schaboszczaka, a reszta ekipy placki. Było to solidne jadło przed meczem.
6. W samej knajpie sporo było ciekawych elementów, jak ta stara przymocowywana maszynka do mielenia czy… czerwona gitara. Czy obrazek z Samych Swoich. W sympatycznej atmosferze oczekiwaliśmy spotkania.
7. Nadal mając jeszcze dużo czasu zrobiliśmy spacer po rynku. Weszliśmy do wielkiego kościoła – w zasadzie Bazyliki Mniejszej WNP. Imponujący obiekt. Można było się na chwilę wyciszyć przed nadchodzącym zgiełkiem.
8. Napis Białystok na kółkach, przesuwany jest. Pamiętam, że w listopadzie był w innym miejscu, teraz bliżej stricte Rynku. Rekwizyt popularny do robienia sobie przy nim zdjęć. O ile to można nazwać rekwizytem.
9. Wróciliśmy do samochodu i czas było zbierać się na stadion. Oczywiście – jak często to ostatnio bywa – na drodze widzieliśmy autobus z drużyną. Śmiesznie wyszło, bo robiłem zdjęcie jakiegoś grafa i coś zielonego mi przed nosem przejechało i przeszkodziło.
10. Wkrótce byliśmy pod stadionem. Przejechaliśmy skręt, więc musieliśmy go objechać, ale zaprowadziło nas to prosto do bramy wjazdowej, którą dobrze pamiętaliśmy w lutego i listopada poprzedniego roku. Samochód zostawiliśmy na parkingu i poszliśmy odebrać akredytacje.
11. Udaliśmy się na stadion, gdzie na wejściu przeszukuje się także dziennikarzy (rzadkość). I można było pobuszować po stadionie. Poszliśmy do stanowiska z klubowymi gadżetami, jednego, a później drugiego na VIP-ach. Do meczu pozostawało jeszcze sporo czasu, więc trybuny świeciły pustkami. A cały dzień był słoneczny, więc i temperatura była przystępna.
12. Potem przyszedł czas na herbatkę w sali konferencyjnej. Komentatorzy Canal Plus – Gabriel Rogaczewski i Tomasz Wieszczycki dywagowali, jak będzie wyglądać to spotkanie i wietrzyli – zgodnie z logiką ekstraklasy – przełamanie Jagiellonii.
13. Udaliśmy się na prasówkę, na dobrze nam znane miejsca. Stanowisko prasowe przyjemne, bez rewelacji, ale wystarczające. Jest dziurka na kable, solidny blat i… niepotrzebna szybka między blatami konkretnych stanowisk. W zamierzeniu służy oddzieleniu dziennikarzy, żeby mieli większy komfort. W praktyce – jest to utrudnienie w obserwacji meczu, bo głowa odruchowo tę szybę chce ominąć, patrząc na boisko. A widoczność? Bez zarzutu.
14. Przed meczem odbyła się uroczystość wręczenia trenerowi Siemieńcowi tablicy upamiętniającej jego 100 meczów w Jagiellonii. Kibice w Białymstoku go kochają. Skandują jego nazwisko często, skandowali i teraz. Trudno się dziwić.
15. Wkrótce rozpoczął się mecz. Gospodarze szybko objęli prowadzenie w sytuacji, w której nikt się tego nie spodziewał. Piłkarze o nazwisku Pozo mieli swój moment, dzień wcześniej Jose z Pogoni trafił dwa razy, teraz Alex tak odbił piłkę głową, że ta ku zaskoczeniu wszystkich wpadła do siatki.
16. Drugi raz pokonała nas legenda Jagi Taras Romanczuk. Piłkarz wiosną zeszłego roku strzelił zwycięskiego gola, teraz trafił do szatni, dając swojej drużynie prowadzenie 2:0.
17. Kibice Jagi bardzo głośno dopingowali, Katowiczanie na sektorze gości też odgryzali się, mimo, że byli w liczbie niemal czterokrotnie niższej niż w listopadzie na niedoszłym meczu.
18. Humor w przerwie był kiepski. Na szczęście można go było sobie poprawić na VIP-ach, gdzie było pyszne jedzonko. W sumie to można było tam zostać, ale zaraz była druga połowa. Co ciekawe, miejsce to miało klimat, jak dyskoteka, taka była gra świateł. Ciekawa opcja.
19. W drugiej połowie GKS dążył do zdobycia bramki. Gra wyglądała dużo lepiej. W końcu Erik Jirka trafił do siatki notując swoje pierwsze trafienie w barwach GieKSy. Na wyrównanie niestety nie starczyło czasu.
20. GieKSa przegrała drugi mecz w Białymstoku i na razie to się układa tak, że u siebie GieKSa wygrywa – dwa razy, a na Podlasiu triumfuje Jaga. W tym sezonie czeka nas jeszcze mecz ligowy na Nowej Bukowej. Chcielibyśmy, by ta passa była podtrzymana.
21. Po meczu tradycyjna nagrywka i trzeba się było zbierać na konferencje prasową. Dziennikarze Jagiellonii wniebowzięci, cieszyli się. A my ze skwaszonymi minami robiliśmy swoje materiały, galerie itp.
22. Trener Górak starał się wyciągnąć pozytywy i była nimi dla niego ta druga połowa. Fakt, Katowiczanie nie załamali się dwubramkową stratą, tylko grali swoje i częściowo udało im się je odrobić.
23. Za to Adrian Siemieniec na moje pytanie o Puchar Polski zażartował, że teraz to oni są drudzy, skoro z nami przegrali. Nie tak szybko – Jaga będzie druga, jak GieKSa zdobędzie Puchar Polski. O tym wszyscy marzymy, a finalista pucharu przecież kiedyś w Europie występował, później zmieniono ten przepis.
24. Zostaliśmy jeszcze chwilę na sali i trzeba się było zbierać w długą podróż do Katowic. My tego wieczoru byliśmy niepocieszeni, ale co mieli powiedzieć kibice Bodo Glimt, którzy zaszli tak niesamowicie daleko w Lidze Mistrzów i w rewanżu ze Sportingiem roztrwonili trzybramkową przewagę z pierwszego meczu przegrywając 0:5.
25. Droga powrotna zajęła nam około pięć godzin. Myślałem, że będzie się dłużyć, tymczasem jakoś to przeleciało. W Katowicach byliśmy gdzieś przed czwartą. Trzeba było szybko iść spać, bo wkrótce miał nastać nowy dzień. A już w sobotę czekał nas mecz z Cracovią.
—-
26. Do Krakowa wybraliśmy się już w mocniejszym składzie, bo aż 5-osobowym. To znaczy 4 osoby z Katowic plus Marcin, który dotarł na własną rękę. Dzięki temu mogliście obejrzeć aż trzy fotogalerie z tego spotkania.
27. Dobrze, że po Białymstoku kolejny wyjazd był tak niedaleki. Można było i się wyspać, i potem w miarę wcześnie wrócić. Wyjeżdżaliśmy więc 11-12 zbierając osoby po drodze i ruszyliśmy do Małopolski. Oprócz wspomnianego Marcina pojechaliśmy w składzie: Werka, Flifen, Misiek i moja skromna osoba.
28. Pogoda była piękna, wiosenna. W samochodzie było co prawda nagrzane, natomiast na zewnątrz trochę chłodek był. Dawał się on potem we znaki – głównie w postaci wiatru – zarówno osobom na murawie, jak i nam – na koronie stadionu.
29. Droga przebiegła szybko i sprawnie. Godzinka i byliśmy w Krakowie. Zastanawialiśmy się, jak to będzie z tą całą „strefą czystego transportu”. Ale załatwiliśmy niezbędne pozwolenia i mogliśmy do centrum Krakowa wjechać.
30. Natrudziliśmy się, jeżeli chodzi o wjazd na obiekt. Nie wpuszczono nas na parking, mimo że w poprzednim sezonie zarówno na mecz z Cracovią, jak i Puszczą to miejsce parkingowe było dostępne. No nic, zaparkowaliśmy pod stadionem.
31. Potem zaczęła się jednak trochę farsa. Pierwsza rzecz – akredytacje. W poprzednim sezonie odbierało się je w jednej z budek/kas od strony ulicy Kałuży. I rzeczywiście, był napis akredytacje. Tyle, że pani powiedziała, że to są jakieś inne akredytacje. Cokolwiek to znaczy. A my mamy się kierować na drugą stronę stadionu – od ulicy Kraszewskiego.
32. Zaczęliśmy więc obchodzić stadion, przy czym rozdzieliliśmy się – Misiek i Werka poszli, a mnie z Flifenem zatrzymała kiełbasa. Mieliśmy ją w planie, ale skoro już przechodziliśmy obok grilla, stwierdziliśmy, że skonsumujemy ją teraz, żeby potem nie tracić czasu.
33. Kiełbaska solidna. Mogłaby być nieco bardziej przypieczona, ale była smaczna. Więc godnie. W atmosferze wiosennej, ładnej pogody i zbliżającego się meczu wuszcik zawsze na propsie.
34. Wracając do wspomnianej farsy. Zaczęliśmy ten stadion faktycznie obchodzić. To co się działo na ulicy Focha, czyli tej najgłówniejszej przy stadionie, wołało o pomstę do nieba. Najpierw przejeżdżały autokary, ale chyba opróżnione już z kibiców GieKSy. I policjant nie pozwolił przejść WZDŁUŻ stadionu. Tu był kordon. Potem drugi nie pozwalał przejść na drugą stronę ulicy. Musieliśmy czekać. Najlepsze jest to, że między jednym, a drugim kordonem na dwóch końcach tej krawędzi stadionu, normalnie chodzili sobie kibice.
35. W końcu przeszliśmy na drugą stronę, ale chcieliśmy też zahaczyć o sklep klubowy. Policjant znów nie pozwalał przejść, ale nagle ludzie zaczęli przechodzić i tyle.
36. Absurdalne jest to, że blokowali całościowo to miejsce, podczas gdy kompletnie nic się tam nie działo i nie było zagrożenia. Co oni wymyślili – nie wiem.
37. W sklepiku klubowym zakupiłem proporzec, to taka tradycja powoli. Warto mieć swoje prywatne muzeum. Jakiś gościu długo stał przy kasie, bo wysyłał kartkę do kogoś na świecie. Ciekawa i miła opcja.
38. W końcu dotarliśmy za siódme góry i siódme rzeki na ten drugi koniec stadionu. Była tam budka i akredytacje odebraliśmy. Skierowaliśmy się do bramy technicznej stadionu i weszliśmy na obiekt. Ufff.
39. Ostatecznie znów byliśmy bardzo długo przed meczem, więc te wszystkie perypetie nie spowodowały jakiegoś uszczerbku na naszym czasie i standardowych przygotowaniach do spotkania. Tyle dobrze.
40. Nieoczekiwanie weszliśmy bezpośrednio na salę konferencyjną. Przyznam, że jedną z lepszych. A już znakomite wrażenie robi ściana z proporczykami rywali Cracovii. Wygląda to po prostu przepięknie. To, jak udekorowane są niektóre sale konferencyjne, to mistrzostwo. Ogólnie – dużo stolików i siedzeń. Czysto, Schludnie. Bardzo przyjemnie.
41. Miejsce z powiedzmy cateringiem już nie przystaje do tej sali… To znowu jest jakieś brzydkie i miałkie. Dodatkowo herbata jest już gotowa w tych warnikach, a nie po prostu gorąca woda i że samemu można sobie zrobić herbkę. Dodam, że w przerwie podobno były jakieś kanapki, ale dziennikarze jak hieny rzucają się na nie zazwyczaj tak szybko, że jak ja przychodzę, to już nic nie ma.
42. Z naszej winy nie umieliśmy dostać się do miejsca, gdzie wchodzi się na media. Wchodziliśmy wszędzie, na jakieś vipy, do mixed zony. Próbowaliśmy bowiem przejść wnętrzem stadionu, a to było zgubne.
43. W końcu dotarliśmy do drzwi wejściowych i windą wjechaliśmy na górę. Później pokonywałem ten trakt kilkukrotnie, m.in. wybierając się znów poza stadion po nachosy, bo tej kiełby było nam za mało.
44. W końcu znaleźliśmy się na prasówce. Byłem tu w tym 2013 roku, kiedy GieKSa w przenikliwym zimnie (podobno) grała i przegrała. Rok temu nie dane mi było być świadkiem spektakularnej wygranej 4:3, jak i 6:0 z Puszczą. Miałem okazję natomiast oglądać poczynania Cracovii i Lecha.
45. I co mogę powiedzieć… Prasówka ta jest doskonała. Widok – fenomenalny. Blaty, kapitalne. Jest prąd, jest internet. Wszystko, co potrzeba, by w komforcie relacjonować mecz. Nie ma co gadać, być może jest to najlepsza prasówka w Polsce. Jak i cały stadion – trzeba przyznać – jest doskonały.
46. Jeszcze przed meczem przeszedłem się górą, żeby obadać, czy czegoś ciekawego tam nie ma. Przyznam, że jak spojrzałem jak ultrałatwo jest dostać się na dach, to nie dziwię się, że kibice Widzewa to wykorzystali. Oczywiście oni mieli nieco trudniejszy dostęp, bo trybuna z sektorem gości jest wyższa. Ale wyszło bardzo ciekawie. Jakkolwiek sam nie jestem zwolennikiem akcji chuligańskich, to cała ta sytuacja była naprawdę oryginalna i zabawna.
47. Nie pozostawało nic, jak czekać na mecz. Kibice gości powoli zapełniali sektor, wkrótce zaczęli się też schodzić gospodarze. Czekało nas – mieliśmy nadzieję – ciekawe piłkarskie widowisko.
48. GieKSa dominowała w pierwszej połowie, ale nie umiała tego udokumentować bramką. Cracovia natomiast kompletnie nie zagroziła bramce Strączka.
49. Dodam tylko, że sporo się mówiło o podyktowanym karnym dla krakowian, w wyniku ręki Klemenza. Ogólnie jednak nie było to podnoszone jako jakiś wielki skandal. Lukas tę rękę wystawił i sędzia miał argumenty.
50. Brak czerwonej kartki dla Klicha na początku meczu to jednak duża pomyłka sędziego. Alfa i omega polskiego sędziowania, czyli Adam Lyczmański, orzekł, że powinna być czerwień.
51. Kibice obu drużyn głośno dopingowali. Ze strony kibiców Cracovii padały stwierdzenia, że GieKSa była jedną z najgłośniejszych ekip, jakie w ostatnich latach zawitały na Kałuży.
52. Mecz był ostatecznie totalnym paździerzem, ale GieKSa powinna go wygrać. Niestety nie była zbyt zdecydowana w ofensywie, a Cracovia wykorzystała jeden błąd i strzeliła bramkę.
53. Wierzyliśmy do końca, że wynik meczu ulegnie zmianie, ale niestety. Przegraliśmy to spotkanie i jak niepyszni opuszczaliśmy prasówkę udając się na konferencję.
54. Pamiętam czasy z pierwszej czy drugiej ligi, kiedy trener Górak był po niektórych meczach mocno zdenerwowany. W ekstraklasie sobie takiej sytuacji nie przypominam. Widać po mowie ciała i postawie szkoleniowca, kiedy jest wybitnie wk..iony, a jednocześnie stara się to opanować. W trakcie konferencji gdy był zobowiązany odpowiadać na pytania, musiał robić dobrą minę do złej gry i włączać trochę dyplomacji, więc ten odczuwalny w atmosferze poziom napięcia nieco spadł.
55. Luka Elsner coraz lepiej mówi po polsku. Po konferencji zażartował sobie do dziennikarzy Cracovii: „To może na piwko?”. Ogólnie sympatyczny człowiek, choć ostatnio też mu nerwy puściły, gdy chciał odchodzić z Cracovii.
56. Oczywiście dziennikarze Cracovii szczęśliwi i z ulgą. Były śmiechy i śpiewki pod nosem. Ale też dało się wyczuć trochę sarkazmu w zdaniach, że teraz idą na puchary. Tutaj nie było widać typowo widzewskiej napinki.
57. Wszystkim się spieszyło, więc mieliśmy plan zaraz po konfie zbierać się do domu i w aucie robić materiały. Stracił się jednak gdzieś Flifen, więc udało nam się je dokończyć na sali.
58. Wynikła z tego przedziwna sytuacja, bo Flifen niby czekał na wywiad, a my mieliśmy informację, że autokar z piłkarzami już wyjeżdża nie tylko ze stadionu, ale i z Krakowa. Zastanawialiśmy się, czy Filip podczas wywiadu po prostu nie zauważył, że wszedł z piłkarzami do środka i odjechał w siną dal. Dodatkowo nie było z nim kontaktu.
59. Postanowiliśmy się zebrać i ruszyć do auta. Okazało się, że wywiad jest w toku. Jak to możliwe? Ano Mateusz Wdowiak został w Krakowie i to jego złapał nasz reporter. Dlatego tak śmiesznie wyszło.
60. Ruszyliśmy niepocieszeni do Katowic. Tyle dobrze, że po takim meczu nie czekała nas długa podróż powrotna. W Katowicach byliśmy około 19:30.
61. Teraz przerwa reprezentacyjna. Trzymamy kciuki za awans reprezentacji Polski do Mistrzostw Świata. Wygrać z Albanią, pokonać Shehu, a potem finał. Do boju Polska!
62. A za dwa tygodnie gramy z Wisłą Płock. I jak teraz mieliśmy trochę oddechu, to pojedynek z piłkarzami Mariusza Misiury będzie znów mega ważnym starciem.





































































Łukasz
14 marca 2025 at 23:28
Chyba najciekwsza rozmowa z tej serii rozmów, z kibicami innych drużyn
MarekD
15 marca 2025 at 00:26
Dziękuję za miłe słowo. Duża w tym zasługa rozmówcy.