Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: Łódź chybocze się mocno
Wiele się ostatnio dzieje w klubie z Alei Piłsudskiego: decydują się losy właściciela, trenera i samej drużyny, która w tym roku nie zdołała jeszcze wygrać w lidze. Przed sobotnim meczem razem z Michałem Nibarskim z Radia Widzew wspominaliśmy dawne czasy rywalizacji GieKSy z Widzewem, rozmawialiśmy o zmianach w gabinetach i na trenerskiej ławce oraz zastanawialiśmy się, kto odpowiada za fatalną postawę łodzian w rundzie wiosennej.
Widzew Łódź jest ewenementem w skali kraju, a kto wie czy nie całego świata, bo jako jedyny znany mi klub obronił mistrzostwo drugiego poziomu rozgrywkowego.
Z tego co wiem, to nie ma drugiej takiej drużyny. Jest to historia z czasów rządów Sylwestra Cacka. Kiedy w 2009 roku cieszyliśmy się po decydującym o awansie meczu, w czasie trwającej fety dostałem smsa od brata ciotecznego, który jest kibicem Legii, że zapadła decyzja o cofnięciu nas z powrotem do 1. ligi. Na początku nie potraktowałem tego poważnie, ale jakiś czas później okazało się to prawdą. Kara była związana z zarzutami korupcyjnymi ciążącymi na Widzewie. Prezes Cacek wchodząc do klubu otrzymał zapewnienie, że klub jest czysty pod tym względem, okazało się jednak inaczej. Przez długi czas trwały batalie przed różnego rodzaju komisjami, trybunałami i sądami, zarówno sportowymi, jak i powszechnymi. Ostatecznie nic to nie dało i Widzew spędził kolejny sezon na zapleczu Ekstraklasy.
Przez ostatnie dwie dekady GKS okopał się w 1. lidze, natomiast nasze drogi dość często przecinały się z Widzewem, który to awansował, to spadał na niższe poziomy. Z czego wynikała ta niestabilność klubu?
Tamte lata to czas wielu zawirowań organizacyjnych. Rządy Sylwestra Cacka, który ostatecznie rok później awansował do Ekstraklasy, zakończyły się katastrofą – kolejnymi spadkami i odbudową klubu w 4. lidze jako Reaktywacja Tradycji Sportowych. W związku z budową nowego stadionu swoje domowe mecze rozgrywaliśmy wtedy w Byczynie – niewielkiej wsi w pobliżu Łodzi. Klubu nie było stać na wynajem lepszego obiektu, więc osiągnięto porozumienie z burmistrzem gminy Poddębice, który był kibicem Widzewa. Stadion bardziej przypominał orlik, a gdy któryś piłkarz za mocno wybił piłkę, to lądowała ona w pobliskim stawie. Po reaktywacji przenieśliśmy się na obiekt SMS-u Łódź. W klubie brakowało wtedy wszystkiego – od piłek po stroje. Zaczynaliśmy od zera. Jeśli szukać pozytywów, to tamte ciężkie czasy zbudowały na nowo społeczność wokół Widzewa, a klub budowano na zdrowych zasadach. Ostrożnie dobierano partnerów do współpracy, bo wokół klubu kręciły się różne podejrzane osoby.
Droga powrotna Widzewa do Ekstraklasy nie była usłana różami.
Nie było łatwo pokonywać kolejne szczeble i awans na poziom centralny zajął kilka lat. W 3. lidze rywalizowaliśmy z ŁKS-em, a liderem był Finishparkiet Drwęca Nowe Miasto Lubawskie. W samej końcówce, gdy nie mieliśmy już szans na awans, lider z Nowego Miasta przyjechał do Łodzi. W przypadku zwycięstwa Widzewa na pierwsze miejsce dające awans mógł wskoczyć ŁKS. W związku z tym część kibiców domagała się porażki, aby zaszkodzić ŁKS-owi. Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem gości 1:0, nic to jednak nie zmieniło, bo Finishparkiet wycofał się z rozgrywek, a jego miejsce w 2. lidze zajął Łódzki Klub Sportowy. My na 2. ligę musieliśmy poczekać o sezon dłużej.
Tam spotkaliśmy się po raz kolejny. Był to dziwny sezon, na którym cieniem położył się koronawirus.
Przez wiele lat przekleństwem Widzewa była postawa drużyny w rundach wiosennych. W sezonie 2019/2020 po rundzie jesiennej Widzew był liderem 2. ligi. W lutym wybuchła jednak pandemia i nie było wiadomo, czy uda się dokończyć rozgrywki. Po dłuższej przerwie zapadła decyzja, że gramy dalej, ale Widzew prezentował się wtedy fatalnie. Na pierwsze miejsce wskoczył Górnik Łęczna, a o drugie miejsce premiowane awansem bił się Widzew z GKS-em. W ostatniej kolejce przegraliśmy w Łodzi ze Zniczem, co otwierało drogę do awansu GKS-owi. Niezadowoleni kibice wbiegli na boisko z pretensjami o postawę drużyny. Tymczasem GKS nie zdołał wygrać u siebie z Resovią i mimo że w kiepskim stylu, to Widzew jednak awansował.
Nie poprawiło to jednak zbytnio nastrojów wśród kibiców?
Kibice byli rozgoryczeni stylem, w jakim osiągnięto awans i ogólną postawą drużyny. W klubie pojawiły się wtedy większe pieniądze, sprowadzano drogich, uznanych piłkarzy jak Mateusz Możdżeń czy Henrik Ojamaa, którzy mieli robić różnicę w tej lidze. Tymczasem byli jedynie obciążeniem budżetu, dlatego zdecydowano się na odwołanie odpowiedzialnej za to prezes Martyny Pajączek. Jej następcą został Mateusz Dróżdż, który przychodził opromieniony chwałą po awansie do 1. ligi z Górnikiem Polkowice (z drugiego miejsca awansował wtedy GKS – przyp. red.). Trenerem został Janusz Niedźwiedź, który zbierał dobre noty, ale awans do Ekstraklasy udało się zapewnić dopiero w ostatniej kolejce. Drżeliśmy o dobry wynik do ostatniej minuty meczu z Podbeskidziem.
Od tego momentu zadomowiliście się na dobre w Ekstraklasie. Były apetyty na coś więcej niż tylko ligowy byt?
Entuzjazm po awansie przełożył się na dobrą postawę w lidze, gdzie po rundzie jesiennej zajmowaliśmy trzecie miejsce. Zaczęto nawet po cichu mówić o europejskich pucharach, ale jak wspominałem wcześniej, wiosna w naszym wykonaniu wygląda zwykle znacznie gorzej. Tak było i tym razem, ostatecznie skończyliśmy na 12. miejscu. Narastała frustracja, a prezes z bohatera stał się wrogiem kibiców. Ponadto rozpoczął wojenkę z miastem, która była z góry skazana na porażkę. Atmosfera się psuła, było słychać o różnych konfliktach, a prezesa Dróżdża ostatecznie zwolniono. Kilka miesięcy później pożegnano też trenera Niedźwiedzia.
Obecnie dużo się mówi o Widzewie w kontekście potencjalnych zmian właścicielskich. O co chodzi w całym zamieszaniu pomiędzy Tomaszem Stamirowskim a Robertem Dobrzyckim?
Tomasz Stamirowski to lokalny biznesmen, który działa w Widzewie od kilku lat. W czasach, kiedy klubem zarządzało stowarzyszenie, Stamirowski był jego członkiem. W pewnym momencie zdecydował się na przejęcie samodzielnej władzy, zobowiązał się przelać określoną kwotę na konto Widzewa, a w jednym z wywiadów zadeklarował nawet, że połowę swojego majątku przeznaczy na klub. Pod jego rządami Widzew ma stabilną sytuację finansową, przynosi dochody i wypracował kilkumilionową nadwyżkę w budżecie. Mocno zabiega też o budowę nowego ośrodka treningowego. Coraz głośniej mówi się jednak, że zaniedbywany jest najważniejszy aspekt działalności, a więc poziom sportowy. Klub szczyci się sprzedażą Imada Rondića za 1,5 mln Euro, co jest moim zdaniem majstersztykiem. Nie idą jednak za tym żadne wartościowe transfery przychodzące.
Lekarstwem na sportowy marazm ma być Dobrzycki?
Robert Dobrzycki jest właścicielem firmy Panattoni, lidera rynku nieruchomości przemysłowych w Europie. Od kilku lat wspiera finansowo Widzew jako główny sponsor. W grudniu pojawiła się pierwsza informacja, że Robert Dobrzycki lub jego firma chcą kupić Widzew. Mówi się, że Dobrzycki jest kibicem Widzewa i jeszcze na starym stadionie był widywany na trybunie prostej. Pogłoski o zmianach właścicielskich w Widzewie spotkały się z entuzjazmem kibiców. Tymczasem Tomasz Stamirowski, mimo iż zawsze deklarował gotowość do rozmów z potencjalnymi poważnymi inwestorami, obecnie nie podziela tego entuzjazmu. Kibice naciskają na niego coraz mocniej, na ostatnim meczu z Jagiellonią wywiesili nawet odpowiednie transparenty. Właściciel jednak odwleka decyzję i stara się kupić sobie więcej czasu. Obie strony zapewniają, że chcą rozmawiać, ale piłka jest po stronie Tomasza Stamirowskiego.
Losy właściciela właśnie się decydują, tymczasem nie wiadomo kto będzie trenerem Widzewa. Czym Daniel Myśliwiec zasłużył sobie na zwolnienie?
Saga ze zwolnieniem trenera Myśliwca ma swoje podłoże w złym zarządzaniu pionem sportowym klubu. Zarząd jest młody i niedoświadczony, a cały kryzys wywołał prezes Michał Rydz. Możliwe, że w momencie publikacji naszej rozmowy będzie już byłym prezesem. Pod koniec ubiegłego roku prezes zadeklarował, że do końca stycznia podejmie decyzję co do przyszłości trenera. Tymczasem sprawa przeciągała się, zarząd miał coraz bardziej dość trenera i jego agenta, ale na zwolnienie Myśliwca nie zgadzał się właściciel. Sam trener jest postacią o tyle ciekawą, co kontrowersyjną. Sam dzisiaj nie wiem, czy jest dobrym szkoleniowcem. Miał niezłą rundę, ale im dłużej był w klubie, tym było gorzej. Do tego dochodziły wspomniane sprzeczki z zarządem. Skończyło się odwołaniem trenera po porażce 0:4 z Pogonią, nie było natomiast wytypowanego następcy. Nie dogadano się z Jackiem Magierą i postawiono na Patryka Czubaka z Akademii Widzewa. Dziś pojawiła się informacja, że do Warszawy przyleciał nowy trener, Željko Sopić z Chorwacji. Nic jednak nie jest jeszcze rozstrzygnięte. W Widzewie panuje olbrzymi bałagan, łódź nomen omen chybocze się mocno, a dyskusje, kto ma chwycić za ster, trwają w najlepsze.
Kto ponosi winę za fatalną postawę Widzewa w rundzie wiosennej?
Widzew broni się obecnie przed spadkiem, a pięć punktów nad kreską to żadna przewaga. Gdyby dół tabeli punktował lepiej, to być może już dziś bylibyśmy w strefie spadkowej. Już pod koniec ubiegłego roku drużyna wyglądała słabo, natomiast dwa punkty zdobyte wiosną, a szczególnie porażka ze Śląskiem, to kompromitacja. Moim zdaniem zmiana szkoleniowca była konieczna, natomiast są w Widzewie obrońcy trenera, którzy winę za obecną sytuację zrzucają na barki dyrektora sportowego Tomasza Wichniarka. Zarzuca się mu, że nie przeprowadził odpowiednich transferów, ale z drugiej strony mówi się, że trener odrzucił wiele nazwisk zaproponowanych przez dyrektora. Mimo fatalnych wyników pewna grupa kibiców wciąż jest oczarowana trenerem Myśliwcem i do końca go broniła, co jest dla mnie ewenementem.
Na czyich barkach spoczywa dziś boiskowa odpowiedzialność za wyjście z tego kryzysu?
Na to pytanie chyba nikt nie zna odpowiedzi. Widzew ma problem z liderem, bo na początku na takiego był kreowany Bartek Pawłowski. W ubiegłym roku doznał jednak ciężkiej kontuzji, od dłuższego czasu był poza składem, a obecnie powoli wraca na boisko. Wydawało się, że takim liderem może być Rafał Gikiewicz, jednak ostatnio mocno spuścił z tonu i tracimy bramki również po jego błędach. Duże nadzieje pokładamy we Franie Álvarezie i Sebastianie Kerku, ale obaj mają ostatnio tylko przebłyski dobrej formy. W drużynie brakuje piłkarza z charyzmą, zarówno na boisku, jak i w szatni. Zadaniem nowego trenera i dyrektora sportowego będzie znalezienie takich graczy.
Najlepszy strzelec Widzewa odszedł do Niemiec, przez co mocno cierpi ofensywa. Nie lepiej jest z tyłu, bo Widzew traci najwięcej bramek po Lechii Gdańsk. Co jest większym problemem zespołu?
Moim zdaniem największym kłopotem Widzewa jest dziś defensywa. Wystarczy nieco szybciej zagrać piłkę, a nasi obrońcy się gubią. Z drugiej strony również z przodu mamy dużo problemów, dlatego wiosna będzie dla nas bardzo ciężka. Trudno to będzie poukładać, natomiast coś drgnęło pod okiem trenera Czubaka, więc można mieć nadzieję. Może się jednak zdarzyć, że mecz z GKS-em będzie jego ostatnim w roli trenera. Powoli zaczynamy dopuszczać do siebie myśl, że do końca sezonu możemy być zamieszani w walkę o utrzymanie.
Pierwszym krokiem do utrzymania będzie zwycięstwo w sobotę, ale czy drużynę na to stać?
Zdajemy sobie sprawę, że GKS spisuje się w tym sezonie powyżej oczekiwań i w sobotę czeka nas trudne zadanie. Mimo to nie dopuszczamy innego scenariusza niż zwycięstwo Widzewa. Trudno ocenić, czy obecna drużyna jest mocniejsza od tej, która jesienią zremisowała w Katowicach, ale w sobotę liczymy na przełamanie, bo za długo czekamy na ligowe zwycięstwo. Pamiętam, że po jesiennym meczu było u nas lekkie rozczarowanie, ale też nikt nie załamywał rąk, bo GKS był wtedy w dobrej dyspozycji.
Jaki pomysł na rozmontowanie GieKSy Widzew zaprezentuje w sobotę?
Na to pytanie chyba nikt nie zna odpowiedzi oprócz samego trenera, bo dopiero poznajemy jego metody i pomysł na zespół. Każdy jego mecz jest właściwie eksperymentem. Widzew na pewno zagra odważnie i od pierwszych minut zaatakuje, aby szybko zdobyć bramkę i wypracować przewagę. Nikt nie będzie odstawiał nogi, co w poprzednich meczach nie było tak oczywiste. Widzew ma problem, gdy pierwszy traci bramkę – drużyna wtedy na jakiś czas się zacina. Im dłużej będziemy się utrzymywać przy piłce i nie stracimy gola, tym łatwiej będzie nam pokazać się z najlepszej strony. Decydujący będzie brak błędów w defensywie i postawa środkowego pomocnika Frana Álvareza. Wierzę też, że we znaki GKS-owi da się Saïd Hamulic, który wraca po kontuzji.
Jaki wynik obstawiasz?
Serce podpowiada zwycięstwo Widzewa, ale gdybym miał postawić pieniądze, to typowałbym 1:1.
Komplet widzów jest w zasadzie codziennością na meczach Widzewa. Obiekt przy Piłsudskiego jest dla Was za mały?
Przed laty budowę stadionów w Łodzi poprzedziły zlecone przez Miasto badania potencjału kibicowskiego Widzewa i ŁKS-u. Wniosek z badań był taki, że Widzew potrzebuje stadionu na ok. 30 tysięcy widzów, dwa razy więcej niż ŁKS. Mimo to wybudowano dwa stadiony o zbliżonej pojemności ok. 18 tysięcy. Dlatego od początku uważamy, że ten stadion jest dla nas za mały. Już od 3. ligi kibice regularnie wykupują ponad 15 tysięcy karnetów i trudno zdobyć bilet na mecz Widzewa – można jedynie liczyć na miejsca zwolnione przez nieobecnych karnetowiczów. Na każdym meczu jest właściwie komplet widzów. Tego samego życzę GKS-owi, bo to fajne uczucie, gdy stadion się regularnie zapełnia.
Od czasu do czasu słyszy się propozycje rozbudowy stadionu. Ile w tym prawdy?
Wielu kibiców nie chce tego przyjąć do wiadomości, ale nie widać realnych szans na istotną rozbudowę stadionu. Dyskusja na ten temat trwa od lat, pojawiają się pomysły dołożenia kilku rzędów siedzisk, co dałoby około 2 tysiące dodatkowych miejsc. Nie ma jednak konkretów co do finansowania takiego przedsięwzięcia, bo stadion jest miejski, a relacje na linii klub-miasto nie są najlepsze. Jeśli natomiast chodzi o poważną ingerencję w obiekt, to niezbędne są analizy architektoniczne, a pytany o to projektant stadionu był sceptyczny co do takiej możliwości. Barierą są również koszty, jakie pochłonęłaby taka inwestycja.
Jakie masz wspomnienia z pojedynków Widzewa z GieKSą?
Moje pierwsze spotkanie z GKS-em miało miejsce w 1985 roku, na finale Pucharu Polski w Warszawie. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem, a w serii rzutów karnych bohaterem został nasz bramkarz, Henryk Bolesta. Jako że pochodzę z Warszawy, jako dzieciak siedziałem wtedy na trybunie Legii, bo nie wiedziałem, jak dostać się na sektor Widzewa. Na tym meczu obecna była grupa kibiców z Katowic, znacznie mniejsza od fanów Widzewa. Pamiętajmy jednak, że GKS stawiał wtedy pierwsze kroki zarówno w świecie kibicowskim, jak i sportowym, dodając nowej świeżości polskiej piłce. Pamiętam wasze charakterystyczne, żółto-czarne stroje, pamiętam też wasze zwycięstwo rok później w finale Pucharu Polski na Stadionie Śląskim. Wydaje mi się, że był to wasz mecz „założycielski”, fundament kolejnych sukcesów. Z tamtych lat kojarzę GKS jako drużynę eksportową, która nie miała wprawdzie wielkich sukcesów w europejskich pucharach, ale też się specjalnie nie kompromitowała. Franciszek Sput, Piotr Piekarczyk, Mirosław Kubisztal czy łączący nasze kluby Marek Koniarek byli wtedy ważnymi postaciami. Przede wszystkim zaś Jan Furtok, największa legenda Katowic, którego kojarzę jako uosobienie śląskiego charakteru. Co ciekawe, do szkoły w Warszawie chodził ze mną kolega Adam, który na bazie tych sukcesów zafascynował się GKS-em i stał się jego kibicem, nawet na jednym z ligowych meczów GieKSy w Warszawie dołączył do niewielkiej grupki kibiców z Katowic. Nie mam już z nim kontaktu, ale podejrzewam, że do dziś sympatyzuje z GieKSą. Największe sukcesy GKS-u to czasy mojego dzieciństwa i młodości, dlatego mam pewien sentyment do tego klubu. Cieszyłem się, gdy GKS wrócił do Ekstraklasy i podejrzewam, że wielu kibiców, nawet tych nieprzychylnych Katowicom, myśli podobnie. Takich klubów potrzeba w Ekstraklasie.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.
Felietony Piłka nożna
Brzmi jak marzenie
Jutro przyjdzie nam się zmierzyć w jednym z najważniejszych pojedynków w nowej historii GieKSy. Równać się może z tym chyba tylko pojedynek z Arką w Gdyni, który choć co prawda był zwykłym pojedynkiem ligowym – to fakt grania w ostatniej kolejce i zależności pomiędzy wynikiem, a awansem jednej z tych drużyn sprawiał, że był to po prostu istny finał sezonu. Arka była wówczas jak Brazylia w 1950, kiedy to w finale na Maracanie wystarczał Kanarkom remis. GieKSa wcieliła się w rolę Urugwaju, który musiał wygrać. I wygrał.
Od tamtego czasu GieKSa gra z dobrym skutkiem w ekstraklasie. I mimo, że jest to „nasza Liga Mistrzów”, to jednak rozgrywamy w niej powszednie mecze ligowe. Fakt, że wiele z nich to są piłkarskie i kibicowskie święta, ale pod względem ważności – są one zwykłymi meczami w najbliższej lidze. Jutro czeka nas mecz niezwykły. Mecz decydujący o czymś, o czym jeszcze niedawno jedynie mogliśmy marzyć w jakichś iluzorycznych majakach. Teraz Katowiczanie stają przed realną szansą. Szansą gry na Stadionie Narodowym o jedno z dwóch najważniejszych trofeów w polskiej piłce.
Zadanie jawi się z jednej strony jako bardzo trudne. Zagramy w końcu z jedną z najlepszych drużyn w ekstraklasie, z ekipą, która świetnie sobie radziła w europejskich pucharach. Stworzony przez Marka Papszuna Raków, pokonując podobne szczeble co GKS, stał się niespodziewanie klubem i drużyną na regularne podium. Byli mistrzem i zdobywcą pucharu.
Z drugiej strony jednak patrząc na ostatnią formę Rakowa, nie jest to drużyna nie do pokonania. Dalej ma bardzo dobrych zawodników, ale coś w tym zespole na wiosnę nie gra. Drużyna nie punktuje należycie, gra jest niemrawa. Na ten moment trener Tomczyk nie wniósł do tego zespołu czegoś mocnego i widocznego. Zadanie po Marku Papszunie miał trudne, ale mimo wszystko – Raków gra przeciętnie.
Dlatego jakbym miał zakwalifikować ten mecz, to powiedziałbym, że Raków jest faworytem, ale nie murowanym. Dałbym w szansach takie 65-35. Pamiętajmy też, że może być remis, a o wszystkim mogą decydować rzuty karne.
Od czasu awansu do ekstraklasy z Rakowem rozegraliśmy cztery mecze, z czego trzy przegraliśmy po 0:1. Nie był to jednak jakieś bardzo słabe spotkania w wykonaniu GieKSy. Najsłabszy był chyba mecz z 1. kolejki obecnego sezonu na Nowej Bukowej. Ale już w poprzednim sezonie u siebie i w grudniu w bieżącym na wyjeździe – to był już spotkania, które porażkami wcale się zakończyć nie musiały.
No dali nam przykład Katowiczanie, jak w Częstochowie zwyciężać mamy, w poprzednim sezonie. Po bardzo dobrym meczu GieKSa wygrała wówczas przy Limanowskiego 2:1. A Raków przecież wtedy był w dużo lepszej formie.
Mamy nadzieję, że zespół już się oswoił z meczami na wyjeździe z wielkimi. Dotychczas wyjąwszy wspomniany mecz z Rakowem, przegrywaliśmy. Na Legii, Lechu czy Jadze. Czas ten trend odwrócić, a szansa ku temu jest bardzo dobra, bo oprócz Rakowa, za chwilę gramy przecież przy Bułgarskiej.
Półfinał Pucharu Polski… Brzmi jak marzenie. Na razie nie ma co myśleć, co dalej. Trzeba się mocno skupić na czwartkowym meczu i po prostu realizować swój plan jak najlepiej. GieKSa to potrafi – pokazała to z Wisłą Płock. Niezależnie czy jest to oddanie piłki czy gra z nią. Ważne, żeby taktyka była dobrze dobrana i realizowana.
Ostatnim raz na tym szczeblu graliśmy 22 lata temu. Ponad dwie dekady. Tyle czasu nie znaczyliśmy nic w Pucharze Polski. Teraz GieKSa jest w najlepszej czwórce. Z nadzieją na więcej.


Łukasz
14 marca 2025 at 23:28
Chyba najciekwsza rozmowa z tej serii rozmów, z kibicami innych drużyn
MarekD
15 marca 2025 at 00:26
Dziękuję za miłe słowo. Duża w tym zasługa rozmówcy.