Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: od pół roku w kryzysie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Jesienią podejmowaliśmy w Katowicach Koronę, święcąc się na czerwono w tabeli Ekstraklasy, gdy tymczasem rywal nieśmiało spoglądał w górę. Dziś rolę się odwróciły i to GKS ma bliżej do czołówki, a Kielczanie muszą oglądać się za siebie. Jak do tego doszło? Zapytaliśmy kibica Korony, Igora z facebookowego fanpage’a „Złocisto-Krwiści”.

Byłoby chyba zbyt nudno w Kielcach, gdybyście na ostatniej prostej sezonu nie zaplątali się w walkę o utrzymanie… Poprzedni sezon był wyjątkiem potwierdzającym tę regułę.
W mojej opinii – bo trudno mówić za wszystkich kibiców Korony, skoro nawet wśród tworzących nasz fanpage zdania są mocno podzielone –  jesteśmy uwikłani w walkę o uniknięcie spadku i każdy zespół, który ma nie więcej niż 39 punktów, jest w tej samej sytuacji. Liczyłem, że ten sezon będzie spokojniejszy niż poprzednie – szybko „przyklepane” utrzymanie i nadzieje na coś więcej: może nie od razu puchary, ale górne rejony tabeli w pełni by mnie satysfakcjonowały. Tymczasem znowu musimy się bić o utrzymanie i mam pewne obawy co do zakończenia sezonu.

Różnice w dolnej części tabeli wciąż są niewielkie, a aż pięć drużyn, włącznie z wami, ma dziś 37 punktów. Obliczasz pozycję Korony w różnych małych tabelach czy jeszcze nie czas na takie analizy?
Przede wszystkim liczę, że Korona jak najszybciej zdobędzie brakujące do utrzymania punkty i z bilansem 41-42 „oczek” nie będziemy martwili się już o nic. Być może nie będzie potrzebne aż tyle, ale na dzisiaj właśnie to dałoby nam spokój w ligowym zestawieniu.

Na kim więc zdobyć te punkty?
Obowiązkiem jest zwycięstwo z Piastem za tydzień u siebie, bo moim zdaniem jest to zespół o niższym potencjale kadrowym i sportowym niż Korona. Ponadto dobrze byłoby wywalczyć remis z GieKSą lub Rakowem, jednak w tych pojedynkach nie będziemy faworytami. Najbardziej smakowałoby z kolei zwycięstwo z Widzewem, które mogłoby jednocześnie przypieczętować los zarówno nasz, jak i rywali z Łodzi. W takim scenariuszu mecz z Cracovią nie miałby już większego ciśnienia. Spełnieniem marzeń byłby jednak scenariusz, że już przed meczem z Widzewem jesteśmy pewni utrzymania.

Jesienią Korona przyjeżdżała do Katowic jako szósty zespół Ekstraklasy, tymczasem my plasowaliśmy się w strefie spadkowej. Jak ocenisz przebieg dalszej części sezonu, że przed rewanżem w Kielcach GieKSa ma znacznie bliżej do czołówki, z kolei wy musicie oglądać się za siebie?
Skok formy GieKSy nie podlega dyskusji i sam patrzę już na wasz zespół inaczej niż na początku sezonu. Jesienią oczekiwałem w Katowicach minimum remisu, licząc nawet na zwycięstwo. Uważałem wtedy, że Korona jest lepszym zespołem, dlatego ostateczny wynik był dla mnie dużym rozczarowaniem. Od tego czasu wiele się zmieniło i dziś GKS w mojej opinii jest jedną z najlepiej grających drużyn w Ekstraklasie. Udało się przezwyciężyć jesienny kryzys, trener Górak wyciągnął odpowiednie wnioski, ponadto wyklarowały się indywidualności w postaci Bartka Nowaka czy Emana Markovicia, który ostatnio gra na niesamowitym poziomie. Obrona również funkcjonuje bardzo fajnie, mimo że ostatnio tracicie więcej goli, do tego dynamiczne wahadła. Wszystko się u was zgadza. Z kolei Korona notuje zdecydowany spadek formy – moim zdaniem jesteśmy w kryzysie trwającym już ponad pół roku i nie ma tu grama przesady. W tabeli liczonej od października zdobywamy średnio punkt na mecz – jest to bilans na poziomie spadkowicza. Nie notujemy żadnych serii bez porażki i tylko dzięki dobrej postawie na początku sezonu nie jesteśmy dziś w strefie spadkowej.

Początek rundy nie zapowiadał takich ciężarów, bo przywieźliście przecież komplet punktów z Łazienkowskiej i z Radomia.
Warto jednak pamiętać, że w żadnym z tych meczów nie byliśmy stroną dominującą. W Warszawie zagraliśmy naprawdę nieźle, mimo że murawa nie pozwalała tam na zbyt wiele, poza tym Legia Papszuna to nie był jeszcze ten sam zespół co dzisiaj. Gospodarze mieli swoje sytuacje, włącznie  z niewykorzystanym rzutem karnym, ale błysk Mariusza Stępińskiego pozwolił nam wywieźć cenne punkty ze stolicy. Tydzień później przegraliśmy jednak z Zagłębiem w kuriozalnych okolicznościach – pełna dominacja i masa stworzonych sytuacji przyniosła tylko jednego gola, a w końcówce w absurdalnych okolicznościach straciliśmy dwie bramki. Z kolei w Radomiu nie mieliśmy zbyt wiele do powiedzenia, mimo to zdobyliśmy dwa gole, które dały nam zwycięstwo. W dalszej części sezonu mieliśmy problemy, aby w danym meczu zagrać dwie równe połowy, z wyjątkiem pojedynku z Arką, z którego w stu procentach mogliśmy być zadowoleni. Zwycięstwo z Termalicą nie przekonało nikogo, remis po niezłej grze z Jagiellonią mógł napawać optymizmem, ale zaraz potem przyszedł mecz w Zabrzu, grany pod dyktando gospodarzy i zakończony kolejną porażką. Wciąż czegoś nam brakuje.

Znakomite wejście do zespołu miał wspomniany Mariusz Stępiński, natomiast im dalej w rundę, tym mniej spektakularne były jego występy. Spodziewałeś się po nim więcej?
W dniu ogłoszenia jego transferu, bo wcześniej nie było nawet plotek o takim ruchu, zdziwiłem się, że taki zawodnik trafia do Kielc, a jednocześnie miałem wątpliwości, czego się po nim spodziewać. W Ekstraklasie nie grał dawno, po latach spędzonych we Włoszech i Francji ostatnio występował na Cyprze, gdzie nie imponował statystykami. Byłem jednak przekonany, że Stępiński będzie lepszym napastnikiem niż ci, których mieliśmy w kadrze. Mecz z Legią był powiewem optymizmu i rozbudził nasze apetyty co do jego dyspozycji. Ja zakładałem, że jeśli zdobędzie minimum pięć goli w rundzie, to będę zadowolony. Były mecze, w których był totalnie niewidoczny, wyłączony przez obrońców, zostawiony poniekąd sam sobie – tak było z Radomiakiem czy Zagłębiem. Z kolei z Motorem dochodził do ogromnej ilości strzałów, mimo to do siatki nie trafił. Nie jestem więc zawiedziony jego postawą – uważam, że czasem brakuje mu odpowiedniego serwisu ze strony pomocników.

Sporo mówiło się również o drugim zimowym transferze: Simon Gustafson miał być czołowym pomocnikiem w lidze, tymczasem noty zbiera nienajlepsze.
Nie wierzę, że ktoś, kto dziś wypowiada się pozytywnie o tym zawodniku, ogląda mecze Korony. Zimą liczyłem, że trafi do nas pomocnik z prawdziwego zdarzenia, bo całą rundę jesienną opieraliśmy się na Martinie Remacle i Tamarze Svetlinie – aż strach pomyśleć, co by było, gdyby jeden z nich wypadł. Wiele nazwisk przewijało się w plotkach transferowych, a spośród nich Gustafson robił największe wrażenie. Na papierze wyglądał bardzo dobrze – sporo spotkań w lidze szwedzkiej i walka o puchary, a wcześniej dobre noty w Holandii. W każdym zespole grał sporo i robił świetne liczby jak na pomocnika. Oczekiwania były więc spore, a jak dotąd w Kielcach Szwed okazuje się przeciętniakiem. Każdy jego występ można podsumować w ten sam sposób: jest za wolny, nieprzygotowany fizycznie, wiecznie spóźniony i zagubiony. Trudno dopatrzyć się jakichkolwiek pozytywów u tego gracza.

Jak sam wspomniałeś, ciężko sobie wyobrazić waszą drugą linię bez Remacle’a i Svetlina. W sobotę nie będzie trzeba sobie tego wyobrażać, bo Słoweniec pauzuje za kartki. Jak duża jest to strata?
Svetlin grał dotąd w każdym meczu Korony i nie widzę innej opcji niż zastąpienie go właśnie Gustafsonem. Ktokolwiek by go nie zastąpił, to strata będzie duża, bo jest to jeden z naszych najlepszych zawodników, obok Błanika, Sotiríou i Dziekońskiego.

W Katowicach pamiętamy bardzo dobrze Dawida Błanika, który był naszym katem w ubiegłym sezonie. Odnalazł znów tamtą formę, bo nie licząc początku sezonu już tak nie błyszczy?
Dawid wraca do swojej najlepszej dyspozycji, choć występ w Zabrzu nie był najlepszy w jego wykonaniu. Z Lechią trafił z karnego, z Arką zaliczył dwie asysty, co pozwala nam wierzyć, że wraca Błanik pamiętany z początku sezonu. Zjazd formy wynika przede wszystkim z kontuzji, która przytrafiła się jesienią. Próbowano go leczyć doraźnie, musiał jednak opuścić ostatnie mecze rundy. Z kolei zimą złamał palec u ręki i musiał grać z opatrunkiem, który być może wywoływał u niego dodatkową blokadę. Liczę jednak, że w końcówce sezonu znów będzie w pełnej dyspozycji.

Jak mocna jest dziś pozycja Jacka Zielińskiego? Przypominam sobie rozmowy z kibicami Cracovii, którzy zwracali uwagę, że drugi rok jego pracy w danym klubie jest zawsze gorszy. Podobnie jest w Kielcach?
Wydaje mi się, że w oczach zarządu pozycja trenera wciąż jest mocna, choć z drugiej strony Łukasz Maciejczyk – właściciel, ale jednocześnie kibic Korony – czasem daje się ponieść własnym emocjom lub presji opinii publicznej. Dlatego sytuacja trenera może się w każdej chwili zmienić. Wśród kibiców można się z kolei spotkać z opiniami skrajnie różnymi – część wierzy, że trener wyprowadzi nas z tego długotrwałego kryzysu, inni natomiast zwracają uwagę na prawidłowość, o której wspomniałeś. Ja mam wrażenie, że trener nie jest skory do poszukiwania nowych rozwiązań na grę zespołu, trzyma się raczej stałych założeń, które kiedyś funkcjonowały, a dzisiaj przestały. Nasza gra nie jest ani widowiskowa, ani skuteczna. Jedyne, do czego nie można mieć zastrzeżeń, to stałe fragmenty gry. Mimo że sama liczba punktów nie jest taka zła, to w mojej opinii ten kryzys trwa już zbyt długo.

Postawa GieKSy w ostatnich meczach mrozi krew nomen omen Złocisto-Krwistych przed sobotnim pojedynkiem?
Forma GKS-u może imponować w zasadzie od początku rundy. Szczególne wyróżnienie należy się Bartkowi Nowakowi, który zasługuje na miano MVP tej ligi – gra widowiskowo, wykręca niesamowite liczby i daje dużo jakości indywidualnej. Szalony mecz rozegraliście w Częstochowie w Pucharze Polski – sporo było walki, gonienie wyniku i finał w postaci przegranych rzutów karnych. Wydawałoby się, że po takim meczu morale może spaść, bo była to wielka szansa dla klubu – zagrać na Narodowym i być może nawet wygrać Puchar, bo w mojej opinii GieKSa gra obecnie lepszą piłkę niż Górnik. Tymczasem w Poznaniu, w pojedynku z zespołem, który w oczach wielu już jest mistrzem Polski, GKS znów grał świetnie i momentami dominował nad Lechem. Z Motorem znowu zgraliście dobrze, szczególnie jeśli chodzi o ofensywę. Da się jednak zauważyć, że we wszystkich tych spotkaniach defensywa prezentowała się już gorzej niż wcześniej. Warto wspomnieć, że oprócz Nowaka pojawiają się inni piłkarze w wysokiej formie. Wahadła już wcześniej funkcjonowały bardzo dobrze, pod nieobecność Kowalczyka wchodzi Rasak i nie widać spadku jakości, do tego Milewski, który w dobrze funkcjonującym systemie GieKSy wygląda rewelacyjnie. Natomiast to, co ostatnio robi Marković, to najwyższy poziom Ekstraklasy. Macie szansę powalczyć o miejsca gwarantujące puchary, dlatego nie spodziewam się, że odpuścicie Koronie. Z kolei my nie zwykliśmy dopuszczać rywala do zbyt wielu okazji bramkowych, mimo to GieKSa przyjeżdża do Kielc jako faworyt. Dlatego przed spotkaniem remis brałbym w ciemno.

Jakiego scenariusza spodziewasz się więc w sobotę?
Mimo przewagi własnego boiska zakładam pragmatyczne podejście do meczu, zważywszy na formę waszej ofensywy. Trener Zieliński może chcieć zaparkować autobus w naszym polu karnym – może nie do tego stopnia jak robi to zwykle Wisła Płock, ale koncentracja będzie przede wszystkim na obronie, z planami na kontry w wykonaniu Błanika czy Długosza. Obie drużyny będą też szukać przewagi w stałych fragmentach gry – zobaczymy, komu wyjdzie to lepiej.

Jaki wynik padnie w Kielcach?
Z uwagi, że sceptycznie podchodzę do naszej obecnej formy, a GieKSa jako drużyna ostatnio imponuje, szczerze mówiąc typuję 2:0 dla GKS-u. I nie chcę umniejszać Koronie, tylko staram się obiektywnie podchodzić do meczów moich drużyn. Bazując na liczbach nie widzę przesłanek wskazujących na przewagę Korony. Dla mnie faworyt jest jasny, logika Ekstraklasy bywa jednak przewrotna, więc jakaś część mnie zawsze będzie wierzyć w Koronę.

Jakiego z kolei masz nosa co do ostatecznych rozstrzygnięć w Ekstraklasie?
Mistrzem musi zostać Lech, bo jest to najlepiej poukładana drużyna, która jest w stanie powalczyć o coś więcej w pucharach. Jednego spadkowicza już znamy, drugim – niezależnie od kibicowskich animozji – zostanie Widzew, bo gra najgorszą piłkę w lidze, bez żadnego pomysłu, nie mówiąc już o środkach, jakie zostały zainwestowane. Nie widać tam zawodników, którzy chcieliby umierać za klub. Trzecim wydaje mi się zostanie Arka ze względu na ciężki terminarz i niski potencjał kadrowy. Do pucharów typuję za to Górnika, Jagiellonię, GKS i mimo wszystko Raków.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Jędrych: Stempel mocnej wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.

Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.

Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.

Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.

Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Marsz ku marzeniom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.

Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.

Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.

Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.

GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.

Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.

Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.

I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.

GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.

Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.

Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.

No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.

Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.

I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.

Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.

Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.

Niepojęte. Twierdza od samego startu.

Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.

W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.

Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.

Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.

Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.

Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.

Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.

A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga