Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: ogromna siła rażenia

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Od kilku kolejek defensywa GieKSy wisiała na cienkim włosku, bo z bagażem trzech żółtych kartek grali wszyscy nasi stoperzy. Los zadecydował, że w najbliższej serii gier będą pauzować Arkadiusz Jędrych i Alan Czerwiński. Moment to niefortunny, bo do Katowic przyjeżdża ekipa strzelająca najwięcej bramek w całej Ekstraklasie. Czy Lechia Gdańsk zdoła wykorzystać nasze problemy kadrowe? Kogo powinniśmy obawiać się najbardziej? Zapytaliśmy Kamila Barchanowicza, kibica Lechii, na co dzień udzielającego się w serwisie lechia.gda.pl.

W sobotę po raz czwarty od momentu naszego awansu spotkamy się w Ekstraklasie, natomiast za każdym razem, gdy dotychczas się mierzyliśmy, Lechia mierzyła się jednocześnie z problemami natury pozasportowej. Czy dziś możemy wreszcie rozmawiać tylko o piłce?
Tak, dzisiaj możemy wreszcie rozmawiać o piłce, choć moim zdaniem jeszcze przez jakiś czas w Lechii nie będzie w stu procentach normalnie, jeśli chodzi o sprawy organizacyjne, a zwłaszcza finansowe. Jednak na dzisiaj – poza jednym krótkim opóźnieniem – od wiosny ubiegłego roku wszystkie zobowiązania w stosunku do piłkarzy i sztabu szkoleniowego są regulowane na bieżąco. Dlatego możemy się skupiać na aspektach piłkarskich, co wszystkich w Gdańsku cieszy. Do całkowitej stabilności jeszcze wprawdzie daleko i podejrzewam, że nieuniknionym krokiem do jej osiągnięcia będzie transfer Tomáša Bobčka już latem, aby zapewnić Lechii płynność finansową. Generalnie jednak uważam, że idziemy w dobrym kierunku.

Skoro działacze na czele z Paolo Urferem radzą sobie coraz lepiej, to jak im idzie walka o odzyskanie odjętych punktów? Jest na to szansa?
Temat jest na tapecie, natomiast sam oceniam go jako mało realny. Uważam, że gdyby miało się to wydarzyć, to już by się wydarzyło. Poza tym – nie oszukujmy się – zwrócenie punktów w takiej sytuacji byłoby pewnym precedensem, który spotkałby się z negatywnymi reakcjami całego piłkarskiego środowiska. Łagodne potraktowanie Lechii zachęcałoby inne kluby do nie do końca uczciwej gry, bo stałoby się jasne, że jest przyzwolenie na niepłacenie piłkarzom. Tak być nie może i musimy funkcjonować w taki sposób, aby wypłaty zawsze były na czas. Cieszyłbym się, gdybyśmy odzyskali te punkty, bo z miejsca stalibyśmy się kandydatem do gry o europejskie puchary, a nawet mistrzostwo Polski, jednak moim zdaniem do tego nie dojdzie. Odwołanie jest w Sądzie Najwyższym, który jest już ostatnią instancją. Paolo Urfer i jego prawnicy działają, wierząc w pomyślny finał tej sprawy, sam jednak szanse na to oceniam jako mało realne.

Niezależnie od sytuacji w tabeli, już jakiś czas temu Lechia przestała być wymieniana w ścisłym gronie drużyn walczących o utrzymanie, co jesienią w rozmowie ze mną zakładał nawet Szymon Wleklak z Lechia.net. Tymczasem rzeczywistość okazała się dla was bardziej łaskawa.
Rzeczywistość zaskoczyła pozytywnie, tym bardziej, że początek sezonu był bardzo trudny. W piątej kolejce przegraliśmy przecież z Zagłębiem aż 2:6, a „na zero” w tabeli wyszliśmy w szóstej kolejce, po tradycyjnym już zwycięstwie w derbach Trójmiasta. Dopiero wygrana z GieKSą w następnej serii gier pozwoliła nam wreszcie być na plusie. Forma poszła w górę, ale ja często apeluję o chłodne głowy, bo sezon jest wyjątkowy: jedno czy dwa zwycięstwa pozwalają podskoczyć o 7-8 miejsc, z kolei nawet krótka seria porażek spycha w niebezpieczne rejony w tabeli. Wystarczy, że np. Legia czy Arka zaczną wygrywać, to brak punktów w kolejnych meczach będzie dla nas oznaczał straty, które może być trudno odrobić.

Tymczasem w ostatniej kolejce to wy wyszliście zwycięsko z pojedynku z jednym z kandydatów do mistrzostwa, nie pozostawiając złudzeń Jagiellonii. Lechia jest tak mocna, czy Jadze, z którą gramy już we wtorek, zaczyna brakować paliwa?
Wszystko po trochu. Jaga zagrała w Gdańsku słabo, oddając zaledwie jeden celny strzał i widać było, że fizycznie nie prezentowała się najlepiej. Warto jednak zaznaczyć, że to my zagraliśmy świetnie, szczególnie w ofensywie. Camilo Mena i Rifet Kapić są teraz w niesamowitym gazie, także Tomáš Bobček, mimo że sam nie trafił do siatki, to zachował się świetnie przy trzecim golu, wystawiając piłkę Ćirkoviciowi do pustej bramki. Sam Ćirković, który moim zdaniem z Jagiellonią grał słabo, zamknął mi usta strzelając dwa gole. Atutem Lechii jest ogromna siła rażenia z przodu – nie bez powodu strzeliliśmy najwięcej bramek w lidze. I choć uważam, że naszym celem wciąż powinno być utrzymanie, to z drugiej strony moim zdaniem jesteśmy zbyt mocni sportowo, aby spaść. To samo zresztą sądzę o GKS-ie Katowice.

Ile jest dziś wart Tomáš Bobček?
Tomáš Bobček jest wart dokładnie tyle, ile ktoś będzie w stanie za niego zapłacić, natomiast mówiąc poważnie, klub odrzucał już oferty za niego opiewające na kwoty rzędu 7-8 milionów euro. Mówi się w Gdańsku, że Bobček odejdzie za co najmniej 10 milionów, natomiast ja uważam, że ta kwota będzie nieco niższa. Jeśli nasz napastnik utrzyma dobrą formę i nadal będzie trafiał do siatki, to spodziewam się jego transferu za około 9 milionów euro i należy zakładać, że dojdzie do tego już latem. Lechia potrzebuje zastrzyku gotówki, a sam Bobček, mimo że dobrze czuje się w Gdańsku i zżył się z Lechią, co widać na co dzień, gdy można spotkać go na mieście w klubowych barwach, być może sam będzie chciał zrobić kolejny krok naprzód i poszukać nowych wyzwań.

Co słychać u ulubionego w Katowicach piłkarza Lechii? Docierają do nas informacje o jego kłopotach zdrowotnych. Czy Camilo Mena zagra w sobotę przy Nowej Bukowej?
Na ostatniej konferencji prasowej trener Carver powiedział, że decyzję co do jego występu podejmie tuż przed meczem. W ubiegły piątek schodząc z boiska Camilo trzymał się za mięsień dwugłowy i było widać, że cierpi. Trwa wyścig z czasem, aby doprowadzić go do pełnej dyspozycji, jednak ja nie jestem optymistą i stawiam, że w sobotę nie zagra.

Jesienią Szymon Wleklak z Lechia.net wskazywał Aleksandara Ćirkovicia wśród transferowych ruchów, po których obiecuje sobie najwięcej. W ubiegłym tygodniu Serb dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i został wybrany do jedenastki kolejki. Jest już jednym z filarów Lechii?
Mimo że miał dość ciężkie wejście do Ekstraklasy i na początku grał „ogony”, które nie wyglądały obiecująco, to im dalej w las, tym Ćirković prezentował się lepiej. Im więcej minut łapał, tym więcej dawał konkretów. Przełomem był mecz z Legią w Warszawie, gdzie strzelił bramkę, która w wyniku błędów w defensywie dała tylko remis. Bardzo dobrze zagrał też z Górnikiem i z każdą kolejką łapał kolejne minuty, dostarczając konkretów w postaci bramek i asyst. Jest tylko wypożyczony z węgierskiego Ferencvárosu i liczę, że uda się go wykupić.

Natknąłem się ostatnio na ciekawostkę, że obrońca Lechii Bujar Pllana zmienił obywatelstwo z kosowskiego na albańskie. Powinien się go obawiać zarówno trener Górak, jak i selekcjoner Urban przez zbliżającymi się barażami o udział w Mistrzostwach Świata?
Mimo że bardzo lubię Bujara i uważam, że jest obiecującym środkowym obrońcą, to śmiem twierdzić, że ani jeden, ani drugi trener nie muszą się go specjalnie obawiać, bo w żadnym z tych meczów nie zagra. W przypadku kadry byłby to absolutny debiut, bo paszport otrzymał niedawno. Ze względów politycznych Albania chętnie rozdaje swoje paszporty obywatelom Kosowa, sportowo nie spodziewam się jednak, by był on gotowy wskoczyć do kadry narodowej. Z kolei w Lechii stracił miejsce w składzie na rzecz Maksyma Diaczuka, który z Jagiellonią zagrał swoje najlepsze spotkanie w biało-zielonych barwach. Na dzisiaj nie widzę więc Pllany w – nomen omen – planach Johna Carvera na sobotni mecz.

Na kogo więc liczysz najbardziej?
Najbardziej liczę na Rifeta Kapicia i Iwana Żelizkę, bo wygranie środka pola w starciu z GKS-em Katowice będzie kluczowe dla losów meczu. Doskonale wiemy, że siłą GieKSy jest druga linia na czele z Bartkiem Nowakiem, którego uważam za świetnego zawodnika. Mam też nadzieję, że błyśnie Kacper Sezonienko, który na początku naszej przygody z Ekstraklasą był mocno krytykowany. Potem jednak strzelił bramkę z Koroną, która de facto utrzymała nas w lidze i od tamtego momentu maszyna ruszyła. Bardzo w niego wierzę i traktuję go poniekąd jak wychowanka – jako młody zawodnik trafił do nas z Sokoła Ostróda, ale całą karierę rozwija w Lechii. Kacper – masz mój miecz, zrób w Katowicach show!

Rafał Górak przyłożył rękę do zwolnienia Igora Jovićevicia z Widzewa, pośrednio pozbył się też Gonçalo Feio z Radomiaka. Niepokojące wieści w sprawie Luki Elsnera dochodzą z Krakowa, który odwiedzimy za tydzień. Czy trener Lechii również powinien drżeć o posadę?
John Carver jest absolutnie bezpieczny, a moim zdaniem ma jedną z najmocniejszych pozycji w Ekstraklasie. Może być spokojny o swoją posadę nawet w przypadku porażki z GieKSą, której nie można wykluczać, bo w Katowicach rozegramy jeden z najciekawszych meczów tej kolejki i spotkają się zespoły, które wiosną błyszczą. John Carver – jak każdy – ma swoje wady. Sam zauważam jego niechęć do robienia zmian w trakcie meczów – zdarzały się spotkania, gdy przeprowadzał zaledwie jedną lub dwie, a nie uważam, by zawodnicy z ławki byli aż tak słabi, by nie dostawać swoich szans. Mimo to zamyka usta krytykom dobrymi wynikami, bo gramy świetnie i – mówiąc otwarcie – powyżej oczekiwań. Nikt z nas nie spodziewał się, że Lechia będzie tak dobrze naoliwioną maszyną i będziemy strzelać tyle bramek.

Sobotnie spotkanie z Lechią będzie pierwszą od dłuższego czasu pauzą dla naszego kapitana – Arkadiusza Jędrycha. Spróbujesz zgadnąć, kiedy po raz ostatni Arek nie dokończył meczu?
Skoro o to pytasz, to mógł to być pojedynek z Lechią w Gdańsku, jeszcze w 1. lidze, w którym obejrzał czerwoną kartkę. Imponujące osiągnięcie. Swoją drogą mecze z nami są dla Jędrycha jak sinusoida – z jednej strony czerwona kartka i przymusowa pauza w sobotę, a z drugiej zwycięski gol w ostatniej minucie meczu w Katowicach, bez którego nie byłoby bezpośredniego awansu GieKSy. Dla nas to dobra wiadomość, że w sobotę nie zagra nie tylko on, ale i Alan Czerwiński.

Eksperymentalnie zestawiona obrona GieKSy może być wodą na młyn najlepszej ofensywy w lidze. Spodziewasz się gradu goli?
Logika Ekstraklasy wskazuje na 1:0 dla GKS-u Katowice po golu Klemenza, któremu udało się uchronić od przymusowej pauzy za kartki. Sam Lukas pokazuje ostatnio, że ma ciąg na bramkę, a skuteczność całej defensywy GieKSy może imponować. Gdybym jednak miał stawiać pieniądze, typowałbym remis z dużą liczbą goli – 2:2 lub 3:3.

Zachwycamy się postawą Lechii z przodu, tymczasem z tyłu drużyna przecieka najbardziej w całej Ekstraklasie. Skąd tak mocno zachwiany balans pomiędzy formacjami?
Jeśli zespół gra na wskroś ofensywnie, to zazwyczaj odbywa się to kosztem szczelności z tyłu. Warto jednak zwrócić uwagę, że najwięcej złego w naszej obronie działo się do siódmej kolejki, po której do Lechii dołączył Matej Rodin. Blisko 40% straconych goli przypada właśnie na pierwsze siedem spotkań, a od jesiennego meczu z GKS-em gramy już zdecydowanie lepiej w defensywie. Mimo że wciąż tracimy gole, bo tylko trzy razy zagraliśmy na zero z tyłu, to z Rodinem w składzie nie wygląda to już tak fatalnie.

Który z naszych poprzednich meczów zapamiętałeś najlepiej?
Jednym z ciekawszych wyjazdów był 1-ligowy mecz na starej Bukowej, przegrany 0:1 po wspomnianym golu Jędrycha. W tamtym czasie dopiero zaczynałem swoją przygodę z meczami wyjazdowymi i mimo porażki wspominam tamto spotkanie ciepło. Ciepło to słowo nieprzypadkowe, bo mimo że był to początek kwietnia, to w Katowicach było niesamowicie gorąco – jeden gość obok mnie siedział nawet bez koszulki. Ponadto, mile wspominam ten mecz z powodu świetnej kiełbasy na starym stadionie i mam nadzieję, że na Nowej Bukowej catering trzyma równie wysoki poziom.

Jaki scenariusz sobotniego pojedynku przewidujesz?
Wychodzę z założenia, że spektakl ocenia się przez pryzmat jego aktorów, dlatego wiele sobie obiecuję po pojedynkach Kapić – Nowak w środku pola. To właśnie od postawy drugiej linii będzie zależeć, która z drużyn przechyli szalę zwycięstwa na swoją stronę. Oba zespoły są usposobione ofensywnie, dlatego trzeba być tego dnia na stadionie, bo czeka nas emocjonujące widowisko. Zarówno GieKSa, jak i Lechia są ostatnio w wysokiej formie i uważam, że pokażą to w sobotę.

Obok ligi GieKSa skupia swoją uwagę na Pucharze Polski, w którym gra także pogromca Lechii.
Swoją pucharową przygodę zakończyliśmy w grudniu, przegrywając w Gdańsku z Górnikiem. John Carver mocno przemeblował wtedy zespół i to zaważyło na naszej porażce. Na szczęście kilka dni później wzięliśmy srogi rewanż w lidze, pokonując Zabrzan 5:2. Piłkarze byli mocno zdeterminowani, by udowodnić rywalom z Zabrza, a w szczególności Maksymowi Chłaniowi, który zamienił Lechię na Górnika, że są klasową drużyną i potrafią grać w piłkę.

Komu kibicujesz w ostatecznych rozstrzygnięciach, które czekają nas w kwietniu i maju?
Ze względu na sympatie kibicowskie najlepiej życzę Rakowowi, ale patrząc chłodnym okiem stawiam, że to GKS Katowice może sięgnąć po ten puchar. Nie jest to z mojej strony żadna kurtuazja na potrzeby tej rozmowy, bo patrząc na obecną formę wszystkich czterech zespołów to właśnie GieKSa najlepiej gra w piłkę.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga