Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: ogromna siła rażenia
Od kilku kolejek defensywa GieKSy wisiała na cienkim włosku, bo z bagażem trzech żółtych kartek grali wszyscy nasi stoperzy. Los zadecydował, że w najbliższej serii gier będą pauzować Arkadiusz Jędrych i Alan Czerwiński. Moment to niefortunny, bo do Katowic przyjeżdża ekipa strzelająca najwięcej bramek w całej Ekstraklasie. Czy Lechia Gdańsk zdoła wykorzystać nasze problemy kadrowe? Kogo powinniśmy obawiać się najbardziej? Zapytaliśmy Kamila Barchanowicza, kibica Lechii, na co dzień udzielającego się w serwisie lechia.gda.pl.
W sobotę po raz czwarty od momentu naszego awansu spotkamy się w Ekstraklasie, natomiast za każdym razem, gdy dotychczas się mierzyliśmy, Lechia mierzyła się jednocześnie z problemami natury pozasportowej. Czy dziś możemy wreszcie rozmawiać tylko o piłce?
Tak, dzisiaj możemy wreszcie rozmawiać o piłce, choć moim zdaniem jeszcze przez jakiś czas w Lechii nie będzie w stu procentach normalnie, jeśli chodzi o sprawy organizacyjne, a zwłaszcza finansowe. Jednak na dzisiaj – poza jednym krótkim opóźnieniem – od wiosny ubiegłego roku wszystkie zobowiązania w stosunku do piłkarzy i sztabu szkoleniowego są regulowane na bieżąco. Dlatego możemy się skupiać na aspektach piłkarskich, co wszystkich w Gdańsku cieszy. Do całkowitej stabilności jeszcze wprawdzie daleko i podejrzewam, że nieuniknionym krokiem do jej osiągnięcia będzie transfer Tomáša Bobčka już latem, aby zapewnić Lechii płynność finansową. Generalnie jednak uważam, że idziemy w dobrym kierunku.
Skoro działacze na czele z Paolo Urferem radzą sobie coraz lepiej, to jak im idzie walka o odzyskanie odjętych punktów? Jest na to szansa?
Temat jest na tapecie, natomiast sam oceniam go jako mało realny. Uważam, że gdyby miało się to wydarzyć, to już by się wydarzyło. Poza tym – nie oszukujmy się – zwrócenie punktów w takiej sytuacji byłoby pewnym precedensem, który spotkałby się z negatywnymi reakcjami całego piłkarskiego środowiska. Łagodne potraktowanie Lechii zachęcałoby inne kluby do nie do końca uczciwej gry, bo stałoby się jasne, że jest przyzwolenie na niepłacenie piłkarzom. Tak być nie może i musimy funkcjonować w taki sposób, aby wypłaty zawsze były na czas. Cieszyłbym się, gdybyśmy odzyskali te punkty, bo z miejsca stalibyśmy się kandydatem do gry o europejskie puchary, a nawet mistrzostwo Polski, jednak moim zdaniem do tego nie dojdzie. Odwołanie jest w Sądzie Najwyższym, który jest już ostatnią instancją. Paolo Urfer i jego prawnicy działają, wierząc w pomyślny finał tej sprawy, sam jednak szanse na to oceniam jako mało realne.
Niezależnie od sytuacji w tabeli, już jakiś czas temu Lechia przestała być wymieniana w ścisłym gronie drużyn walczących o utrzymanie, co jesienią w rozmowie ze mną zakładał nawet Szymon Wleklak z Lechia.net. Tymczasem rzeczywistość okazała się dla was bardziej łaskawa.
Rzeczywistość zaskoczyła pozytywnie, tym bardziej, że początek sezonu był bardzo trudny. W piątej kolejce przegraliśmy przecież z Zagłębiem aż 2:6, a „na zero” w tabeli wyszliśmy w szóstej kolejce, po tradycyjnym już zwycięstwie w derbach Trójmiasta. Dopiero wygrana z GieKSą w następnej serii gier pozwoliła nam wreszcie być na plusie. Forma poszła w górę, ale ja często apeluję o chłodne głowy, bo sezon jest wyjątkowy: jedno czy dwa zwycięstwa pozwalają podskoczyć o 7-8 miejsc, z kolei nawet krótka seria porażek spycha w niebezpieczne rejony w tabeli. Wystarczy, że np. Legia czy Arka zaczną wygrywać, to brak punktów w kolejnych meczach będzie dla nas oznaczał straty, które może być trudno odrobić.
Tymczasem w ostatniej kolejce to wy wyszliście zwycięsko z pojedynku z jednym z kandydatów do mistrzostwa, nie pozostawiając złudzeń Jagiellonii. Lechia jest tak mocna, czy Jadze, z którą gramy już we wtorek, zaczyna brakować paliwa?
Wszystko po trochu. Jaga zagrała w Gdańsku słabo, oddając zaledwie jeden celny strzał i widać było, że fizycznie nie prezentowała się najlepiej. Warto jednak zaznaczyć, że to my zagraliśmy świetnie, szczególnie w ofensywie. Camilo Mena i Rifet Kapić są teraz w niesamowitym gazie, także Tomáš Bobček, mimo że sam nie trafił do siatki, to zachował się świetnie przy trzecim golu, wystawiając piłkę Ćirkoviciowi do pustej bramki. Sam Ćirković, który moim zdaniem z Jagiellonią grał słabo, zamknął mi usta strzelając dwa gole. Atutem Lechii jest ogromna siła rażenia z przodu – nie bez powodu strzeliliśmy najwięcej bramek w lidze. I choć uważam, że naszym celem wciąż powinno być utrzymanie, to z drugiej strony moim zdaniem jesteśmy zbyt mocni sportowo, aby spaść. To samo zresztą sądzę o GKS-ie Katowice.
Ile jest dziś wart Tomáš Bobček?
Tomáš Bobček jest wart dokładnie tyle, ile ktoś będzie w stanie za niego zapłacić, natomiast mówiąc poważnie, klub odrzucał już oferty za niego opiewające na kwoty rzędu 7-8 milionów euro. Mówi się w Gdańsku, że Bobček odejdzie za co najmniej 10 milionów, natomiast ja uważam, że ta kwota będzie nieco niższa. Jeśli nasz napastnik utrzyma dobrą formę i nadal będzie trafiał do siatki, to spodziewam się jego transferu za około 9 milionów euro i należy zakładać, że dojdzie do tego już latem. Lechia potrzebuje zastrzyku gotówki, a sam Bobček, mimo że dobrze czuje się w Gdańsku i zżył się z Lechią, co widać na co dzień, gdy można spotkać go na mieście w klubowych barwach, być może sam będzie chciał zrobić kolejny krok naprzód i poszukać nowych wyzwań.
Co słychać u ulubionego w Katowicach piłkarza Lechii? Docierają do nas informacje o jego kłopotach zdrowotnych. Czy Camilo Mena zagra w sobotę przy Nowej Bukowej?
Na ostatniej konferencji prasowej trener Carver powiedział, że decyzję co do jego występu podejmie tuż przed meczem. W ubiegły piątek schodząc z boiska Camilo trzymał się za mięsień dwugłowy i było widać, że cierpi. Trwa wyścig z czasem, aby doprowadzić go do pełnej dyspozycji, jednak ja nie jestem optymistą i stawiam, że w sobotę nie zagra.
Jesienią Szymon Wleklak z Lechia.net wskazywał Aleksandara Ćirkovicia wśród transferowych ruchów, po których obiecuje sobie najwięcej. W ubiegłym tygodniu Serb dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i został wybrany do jedenastki kolejki. Jest już jednym z filarów Lechii?
Mimo że miał dość ciężkie wejście do Ekstraklasy i na początku grał „ogony”, które nie wyglądały obiecująco, to im dalej w las, tym Ćirković prezentował się lepiej. Im więcej minut łapał, tym więcej dawał konkretów. Przełomem był mecz z Legią w Warszawie, gdzie strzelił bramkę, która w wyniku błędów w defensywie dała tylko remis. Bardzo dobrze zagrał też z Górnikiem i z każdą kolejką łapał kolejne minuty, dostarczając konkretów w postaci bramek i asyst. Jest tylko wypożyczony z węgierskiego Ferencvárosu i liczę, że uda się go wykupić.
Natknąłem się ostatnio na ciekawostkę, że obrońca Lechii Bujar Pllana zmienił obywatelstwo z kosowskiego na albańskie. Powinien się go obawiać zarówno trener Górak, jak i selekcjoner Urban przez zbliżającymi się barażami o udział w Mistrzostwach Świata?
Mimo że bardzo lubię Bujara i uważam, że jest obiecującym środkowym obrońcą, to śmiem twierdzić, że ani jeden, ani drugi trener nie muszą się go specjalnie obawiać, bo w żadnym z tych meczów nie zagra. W przypadku kadry byłby to absolutny debiut, bo paszport otrzymał niedawno. Ze względów politycznych Albania chętnie rozdaje swoje paszporty obywatelom Kosowa, sportowo nie spodziewam się jednak, by był on gotowy wskoczyć do kadry narodowej. Z kolei w Lechii stracił miejsce w składzie na rzecz Maksyma Diaczuka, który z Jagiellonią zagrał swoje najlepsze spotkanie w biało-zielonych barwach. Na dzisiaj nie widzę więc Pllany w – nomen omen – planach Johna Carvera na sobotni mecz.
Na kogo więc liczysz najbardziej?
Najbardziej liczę na Rifeta Kapicia i Iwana Żelizkę, bo wygranie środka pola w starciu z GKS-em Katowice będzie kluczowe dla losów meczu. Doskonale wiemy, że siłą GieKSy jest druga linia na czele z Bartkiem Nowakiem, którego uważam za świetnego zawodnika. Mam też nadzieję, że błyśnie Kacper Sezonienko, który na początku naszej przygody z Ekstraklasą był mocno krytykowany. Potem jednak strzelił bramkę z Koroną, która de facto utrzymała nas w lidze i od tamtego momentu maszyna ruszyła. Bardzo w niego wierzę i traktuję go poniekąd jak wychowanka – jako młody zawodnik trafił do nas z Sokoła Ostróda, ale całą karierę rozwija w Lechii. Kacper – masz mój miecz, zrób w Katowicach show!
Rafał Górak przyłożył rękę do zwolnienia Igora Jovićevicia z Widzewa, pośrednio pozbył się też Gonçalo Feio z Radomiaka. Niepokojące wieści w sprawie Luki Elsnera dochodzą z Krakowa, który odwiedzimy za tydzień. Czy trener Lechii również powinien drżeć o posadę?
John Carver jest absolutnie bezpieczny, a moim zdaniem ma jedną z najmocniejszych pozycji w Ekstraklasie. Może być spokojny o swoją posadę nawet w przypadku porażki z GieKSą, której nie można wykluczać, bo w Katowicach rozegramy jeden z najciekawszych meczów tej kolejki i spotkają się zespoły, które wiosną błyszczą. John Carver – jak każdy – ma swoje wady. Sam zauważam jego niechęć do robienia zmian w trakcie meczów – zdarzały się spotkania, gdy przeprowadzał zaledwie jedną lub dwie, a nie uważam, by zawodnicy z ławki byli aż tak słabi, by nie dostawać swoich szans. Mimo to zamyka usta krytykom dobrymi wynikami, bo gramy świetnie i – mówiąc otwarcie – powyżej oczekiwań. Nikt z nas nie spodziewał się, że Lechia będzie tak dobrze naoliwioną maszyną i będziemy strzelać tyle bramek.
Sobotnie spotkanie z Lechią będzie pierwszą od dłuższego czasu pauzą dla naszego kapitana – Arkadiusza Jędrycha. Spróbujesz zgadnąć, kiedy po raz ostatni Arek nie dokończył meczu?
Skoro o to pytasz, to mógł to być pojedynek z Lechią w Gdańsku, jeszcze w 1. lidze, w którym obejrzał czerwoną kartkę. Imponujące osiągnięcie. Swoją drogą mecze z nami są dla Jędrycha jak sinusoida – z jednej strony czerwona kartka i przymusowa pauza w sobotę, a z drugiej zwycięski gol w ostatniej minucie meczu w Katowicach, bez którego nie byłoby bezpośredniego awansu GieKSy. Dla nas to dobra wiadomość, że w sobotę nie zagra nie tylko on, ale i Alan Czerwiński.
Eksperymentalnie zestawiona obrona GieKSy może być wodą na młyn najlepszej ofensywy w lidze. Spodziewasz się gradu goli?
Logika Ekstraklasy wskazuje na 1:0 dla GKS-u Katowice po golu Klemenza, któremu udało się uchronić od przymusowej pauzy za kartki. Sam Lukas pokazuje ostatnio, że ma ciąg na bramkę, a skuteczność całej defensywy GieKSy może imponować. Gdybym jednak miał stawiać pieniądze, typowałbym remis z dużą liczbą goli – 2:2 lub 3:3.
Zachwycamy się postawą Lechii z przodu, tymczasem z tyłu drużyna przecieka najbardziej w całej Ekstraklasie. Skąd tak mocno zachwiany balans pomiędzy formacjami?
Jeśli zespół gra na wskroś ofensywnie, to zazwyczaj odbywa się to kosztem szczelności z tyłu. Warto jednak zwrócić uwagę, że najwięcej złego w naszej obronie działo się do siódmej kolejki, po której do Lechii dołączył Matej Rodin. Blisko 40% straconych goli przypada właśnie na pierwsze siedem spotkań, a od jesiennego meczu z GKS-em gramy już zdecydowanie lepiej w defensywie. Mimo że wciąż tracimy gole, bo tylko trzy razy zagraliśmy na zero z tyłu, to z Rodinem w składzie nie wygląda to już tak fatalnie.
Który z naszych poprzednich meczów zapamiętałeś najlepiej?
Jednym z ciekawszych wyjazdów był 1-ligowy mecz na starej Bukowej, przegrany 0:1 po wspomnianym golu Jędrycha. W tamtym czasie dopiero zaczynałem swoją przygodę z meczami wyjazdowymi i mimo porażki wspominam tamto spotkanie ciepło. Ciepło to słowo nieprzypadkowe, bo mimo że był to początek kwietnia, to w Katowicach było niesamowicie gorąco – jeden gość obok mnie siedział nawet bez koszulki. Ponadto, mile wspominam ten mecz z powodu świetnej kiełbasy na starym stadionie i mam nadzieję, że na Nowej Bukowej catering trzyma równie wysoki poziom.
Jaki scenariusz sobotniego pojedynku przewidujesz?
Wychodzę z założenia, że spektakl ocenia się przez pryzmat jego aktorów, dlatego wiele sobie obiecuję po pojedynkach Kapić – Nowak w środku pola. To właśnie od postawy drugiej linii będzie zależeć, która z drużyn przechyli szalę zwycięstwa na swoją stronę. Oba zespoły są usposobione ofensywnie, dlatego trzeba być tego dnia na stadionie, bo czeka nas emocjonujące widowisko. Zarówno GieKSa, jak i Lechia są ostatnio w wysokiej formie i uważam, że pokażą to w sobotę.
Obok ligi GieKSa skupia swoją uwagę na Pucharze Polski, w którym gra także pogromca Lechii.
Swoją pucharową przygodę zakończyliśmy w grudniu, przegrywając w Gdańsku z Górnikiem. John Carver mocno przemeblował wtedy zespół i to zaważyło na naszej porażce. Na szczęście kilka dni później wzięliśmy srogi rewanż w lidze, pokonując Zabrzan 5:2. Piłkarze byli mocno zdeterminowani, by udowodnić rywalom z Zabrza, a w szczególności Maksymowi Chłaniowi, który zamienił Lechię na Górnika, że są klasową drużyną i potrafią grać w piłkę.
Komu kibicujesz w ostatecznych rozstrzygnięciach, które czekają nas w kwietniu i maju?
Ze względu na sympatie kibicowskie najlepiej życzę Rakowowi, ale patrząc chłodnym okiem stawiam, że to GKS Katowice może sięgnąć po ten puchar. Nie jest to z mojej strony żadna kurtuazja na potrzeby tej rozmowy, bo patrząc na obecną formę wszystkich czterech zespołów to właśnie GieKSa najlepiej gra w piłkę.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?


Najnowsze komentarze