Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: wyniki na miarę potencjału
Do pojedynku Korony z GKS-em oba zespoły będą przystępować bez obaw o ligowy byt, ale też bez szans na czołowe lokaty w lidze. Czy przełoży się to na typowy poniedziałkowy mecz „o pietruszkę” czy też piłkarze pozbawieni presji dadzą się ponieść fantazji i zafundują kibicom ciekawe widowisko? O przewidywania na ten mecz i ogólne nastroje w Kielcach na finiszu sezonu zapytaliśmy Michała Gajosa z Radia eM Kielce.
Sytuacja, w której po 30 kolejkach Ekstraklasy zarówno GKS, jak i Korona są pewne utrzymania, jest dla obu klubów wymarzonym scenariuszem. Mając w pamięci walkę o ligowy byt do ostatniej kolejki poprzedniego sezonu, spodziewałeś się, że tym razem będzie inaczej?
Wierzyłem, że może to być sezon, w którym wreszcie będzie trochę spokojniej, natomiast pierwsza część rozgrywek na to nie wskazywała. Co prawda w miarę upływu czasu drużyna Jacka Zielińskiego wyglądała coraz lepiej, ale w dużej mierze przypominało to Koronę Kamila Kuzery, głównie ze względu na sytuację w tabeli. Korona zimowała w strefie spadkowej, więc obawy były. Natomiast patrząc, jak prezentuje się ta drużyna, jak rośnie z każdym kolejnym meczem, jak wygrywa na wyjazdach, co było naszą piętą achillesową w poprzednich sezonach, wierzyłem w pozytywne zakończenie sezonu. Z drugiej strony podobnie myślałem rok temu, gdy udanie rozpoczynaliśmy rundę zwycięstwem z ŁKS-em, tymczasem musieliśmy się bić o utrzymanie do ostatniego meczu z Lechem. W Kielcach nigdy niczego nie można być pewnym.
Kto bardziej zaskoczył, GKS czy Korona?
Mimo wszystko postawa GKS-u jest bardziej zaskakująca. Od co najmniej dwóch lat mówi się w Kielcach o Koronie jako o drużynie z potencjałem minimum na spokojne utrzymanie i ja podzielam tę opinię. Jest tutaj wielu zawodników, którzy powinni gwarantować tak spokojny sezon jak obecny, natomiast forma GKS-u była sporą niewiadomą. W ostatnich latach beniaminkowie zwykle byli zamieszani w walkę o utrzymanie i regularnie spadali z ligi, nawet w liczbie większej niż jeden. W opinii wielu GKS miał napisać podobny scenariusz, natomiast patrząc na wasz skład, który jest mieszanką młodości i doświadczenia, widać pomysł na zbudowanie solidnej drużyny. Bartosz Nowak jest postacią znaną w Ekstraklasie, doświadczenie na tym poziomie mają też między innymi Dawid Kudła, Marcin Wasielewski czy Lukas Klemenz, który swego czasu grał w Koronie. W połączeniu z kilkoma młodszymi zawodnikami okazuje się, że dajecie radę. W tym sezonie beniaminkowie – zarówno GKS, jak i Motor – dodali Ekstraklasie jakości i kolorytu.
Wiele dobrego mówi się o trenerach młodego pokolenia, którzy podbijają ostatnio Ekstraklasę. W Kielcach postawiono natomiast na doświadczenie. Dziś można powiedzieć, że była to dobra decyzja.
Pozycja Korony w tabeli jest w dużej mierze zasługą Jacka Zielińskiego, który dał drużynie stabilizację, zwłaszcza w defensywie. Gdy przychodził do Kielc, pisałem na Twitterze, że być może nie zapewni Koronie wielkiego rozwoju, ale drużyna będzie grać na miarę swojego potencjału, zajmując miejsce w środku tabeli. Dziś znalazło to potwierdzenie, natomiast jest w tym coś więcej, bo pod okiem trenera Zielińskiego rozwijają się kolejni młodzi zawodnicy. Korona najszybciej w lidze wypełniła limit występów młodzieżowców i nadal na nich stawia. Jacek Zieliński zbudował kilku niezłych zawodników na kolejne sezony: Zwoźny, Strzeboński, Konstantyn, Matuszewski czy Smolarczyk mają dłuższe kontrakty w Kielcach i w przyszłości będą stanowić o sile Korony.
W czym tkwi tajemnica sukcesu Zielińskiego w Kielcach?
Jacek Zieliński zaczął od uporządkowania obrony, bo jeśli nie tracisz bramek, to nie przegrywasz meczów. Kluczem był zimowy okres przygotowawczy, kiedy Korona szlifowała system gry z piątką obrońców, w tym dwoma wahadłowymi. W każdej konfiguracji personalnej Korona zazwyczaj wygląda w tym systemie bardzo dobrze. Nawet Kóstas Sotiríou, który trafił do Kielc zimą, szybko wskoczył do składu i dopasował się do linii obrony. Wiosną tracimy mało bramek, ale też strzelamy coraz więcej. Wszystko zaczęło działać, jak należy. Dobrym przykładem jest tu Martin Remacle, który wcześniej zakulisowo narzekał zarówno na ustawienie, jak i na swoją rolę w zespole. Teraz gra niżej niż za Kamila Kuzery i dobrze przystosował się do nowego systemu. Nie strzela już wprawdzie tylu goli co w poprzednim sezonie, ale jest ważną postacią drugiej linii.
Które mecze szczególnie podnoszą ciśnienie kibicom Korony?
Mówiąc pół żartem, pół serio, najwięcej emocji budzą te mecze, które ostatecznie udaje się wygrać. Ostatnio coraz częściej słyszy się w Kielcach, że „święta wojna” z Radomiakiem to już nie to, co dawniej i kibice Korony bagatelizują rangę tych meczów. Wpływ na takie podejście mają na pewno ostatnie wyniki, bo Radomiak ma powody, by dogryzać Koronie: w Radomiu było 0:4, a w Kielcach 1:3, więc jest to bolesny bilans dla Korony. W kolejnym sezonie będzie więc chęć rewanżu z naszej strony i dodatkowe emocje wśród kibiców. Z kolei z Widzewem Korona wygrała w tym sezonie wszystko – dwukrotnie w lidze i raz w Pucharze Polski. Obaj rywale są ważni dla Korony, bo na każdym z meczów kielecka Exbud Arena wyprzedała się do ostatniego miejsca. Podobnie było z resztą na ostatnim meczu z Jagiellonią.
Szerokim echem odbił się w mediach mecz Puszczy z Pogonią, w którym Portowcy zaliczyli spektakularną nomen omen pogoń za rywalem i wygrali 5:4. Który mecz Korony wywołał u was podobne emocje?
Nie będę szukał daleko i wskażę mecz z Jagiellonią z ostatniej kolejki. Nie był on może tak spektakularny jak zwycięstwo Pogoni w Niepołomicach, ale zachowując wszelkie proporcje dostrzegłem pewne odniesienia do rozgrywanego dzień wcześniej finału Pucharu Króla. Zarówno Korona, jak i Real fatalnie rozpoczęły i dopiero w drugiej połowie odrodziły się, podejmując walkę. Ostatecznie Puchar wygrała Barcelona, natomiast Korona skutecznie goniła wynik w meczu z Mistrzem Polski. Po 30 minutach, kiedy Jagiellonia dominowała na boisku i prowadziła po bramce Pululu, nic nie zapowiadało zwrotu akcji. Tymczasem Korona wygrała przekonująco i zasłużenie. Ponadto, szczególnie pamięta się mecze wygrane po golach w końcówce, więc warto tu przywołać nasz ostatni pojedynek w Katowicach.
Na największą gwiazdę Korony wyrósł ostatnio Mariusz Fornalczyk. Jego dobre występy nie przechodzą bez echa i zainteresowanie lepszych klubów z każdym tygodniem rośnie.
Kolejka chętnych na Fornalczyka jest na pewno długa. Jeśli chodzi o polskie kluby, to mówi się, że wielomilionowym budżetem na transfery będzie dysponował Widzew, poza tym cała ligowa czołówka ma możliwości finansowe zdecydowanie większe niż Korona. Obserwuję jednak Mariusza i moim zdaniem jest to typ piłkarza, który nie zawaha się wskoczyć na głęboką wodę i może chcieć spróbować swoich sił od razu za granicą. Pytanie, jakich ma doradców i co planują jego menedżerowie. Fornalczyk generuje olbrzymie zainteresowanie, które wykracza nawet poza ocean, bo pojawiają się informacje o zainteresowaniu ze strony klubów MLS. Sam jestem ciekaw, jak potoczą się jego losy, bo jest to piłkarz z ogromnym potencjałem.
Lotem błyskawicy rozchodzą się w Internecie filmiki z popisami Fornalczyka zarówno w Koronie, jak i młodzieżowej Reprezentacji Polski. Kiedy doczekamy się takich obrazków w seniorskiej kadrze?
Fornalczyk zdobył pięknego gola w meczu z Jagiellonią, a gdy schodził z boiska, machał do kogoś z sektora VIP. Zażartowałem wtedy w transmisji radiowej, że pozdrawia siedzącego tam selekcjonera. Nawet jeśli Michał Probierz przyjechał do Kielc obserwować graczy Jagiellonii, to w drugiej połowie patrzył zapewne wyłącznie na skrzydłowego Korony, który skupił na sobie uwagę wszystkich na trybunach. Patrząc, jak słabo obsadzone są ostatnio skrzydła reprezentacji Polski, jestem przekonany, że znalazłoby się tam miejsce dla Fornalczyka. Jedyną przeszkodą mogą być młodzieżowe Mistrzostwa Europy, bo Mariusz jest bardzo ważną częścią tej drużyny. Trener Majewski nie będzie skłonny oddać Fornalczyka przed tak ważnym turniejem, natomiast wiadomo, że ostatnie słowo należy do Michała Probierza.
Nasz ostatni mecz przy Bukowej był dla kibiców GieKSy sporym rozczarowaniem. Jak wspominasz tamten pojedynek?
Zaczęło się od dość szybko strzelonej bramki przez byłego piłkarza Korony – Lukasa Klemenza i wszystko wskazywało na to, że będzie to kolejny mecz na wyjeździe, którego nie uda nam się wygrać. Obraz meczu odmienił rajd Wiktora Długosza, po którym sędzia podyktował rzut karny. Ta decyzja mogła wzbudzać kontrowersje, ale koniec końców pozwoliła Koronie wrócić do meczu. Mimo to uważam, że w przekroju całego spotkania to GKS był zespołem lepszym, przeważał i wydawało się, że kontrolował przebieg wydarzeń na boisku. Mocno dał się nam we znaki Borja Galan, który szczególnie w drugiej połowie bardzo się uaktywnił i pokazał piłkarską jakość. Długo wydawało się, że to GKS jest bliżej zwycięstwa, tymczasem w samej końcówce do siatki trafił Dawid Błanik i trzy punkty pojechały do Kielc.
Jesienią Michał Janus doskonale wytypował strzelca bramki dla GieKSy. Jakie są twoje przewidywania przed poniedziałkowym meczem?
Spróbuję pójść podobnym tropem i postawię na gola Filipa Szymczaka, który zanim trafił do GKS-u, był łączony z Koroną Kielce. Ostatecznie wybrał Katowice i być może będzie chciał udowodnić, że wybrał lepszy zespół. Spodziewam się, że oba zespoły trafią do siatki i obejrzymy dobre, ofensywne starcie, nie jak typowy, nudny poniedziałkowy mecz w Ekstraklasie na dogranie kolejki. Wierzę w zwycięstwo Korony i liczę, że za ciosem pójdzie Jewgienij Szykawka, strzelając kolejnego gola. Być może na boisko wybiegną zawodnicy z drugiego szeregu i mam nadzieję, że wykorzystają swoją szansę.
Jaki wynik przewidujesz?
W głowie mam 2:1 dla Korony, ale ostatecznie postawię na remis 2:2.
Nasz poniedziałkowy mecz cieszy się dużym zainteresowaniem fanów Korony?
Dla kibiców nie jest to raczej spotkanie z kategorii tych o najwyższej temperaturze, ale bilety sprzedają się dobrze i spodziewam się co najmniej 10 tysięcy widzów. Moim zdaniem taki poziom frekwencji to absolutne minimum dla Korony i w ostatnich meczach tak się dzieje. Podobnie będzie w poniedziałek, tym bardziej że do Kielc przyjadą kibice GieKSy, więc jestem spokojny o atmosferę na trybunach.
Możemy już spokojnie śledzić ligowe rozstrzygnięcia. Jak na tym etapie oceniasz sezon, kto twoim zdaniem sięgnie po mistrzostwo, a kto pożegna się z Ekstraklasą?
Największym rozczarowaniem jest niewątpliwie Śląsk Wrocław, który przed rokiem walczył jak równy z równym z Sankt Gallen w kwalifikacjach Ligi Konferencji. Dziś natomiast jedną nogą jest już w 1. lidze. Pochwalić za to należy beniaminków, wyłączając Lechię Gdańsk, ale największe brawa należą się Jagiellonii, która wprawdzie oddaliła się od obrony mistrzowskiego tytułu, ale biorąc pod uwagę, że rozegrała już w tym sezonie 53 mecze, zajmuje miejsce na podium Ekstraklasy i świetnie zaprezentowała się w europejskich pucharach, to musi zaliczyć ten sezon do udanych i na dobre wpisała się do krajowej czołówki. Mistrzostwa życzę Lechowi Poznań, który ma moim zdaniem najmocniejszą kadrę, a z ligi spadną Śląsk, Lechia i Stal Mielec.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze