Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: zaufanie i współpraca przynosi owoce
fot. K. Timoszuk – Jagiellonia.net
W jesiennym meczu w Katowicach piłkarze GieKSy dość niespodziewanie wykorzystali moment zadyszki Mistrza Polski z Białegostoku i dzięki temu zwycięstwu chyba ostatecznie uwierzyli, że mogą jak równy z równym rywalizować z każdym na boiskach Ekstraklasy. Tymczasem Jagiellonia szybko się pozbierała i dziś znowu liczy się w walce o mistrzowski tytuł. Przed niedzielnym meczem porozmawialiśmy z Andrzejem Jakubowskim, redaktorem naczelnym serwisu Jagiellonia.net o ambicjach i marzeniach, zimowych transferach i naszym poprzednim meczu, a na deser wymieniliśmy się wrażeniami co do poziomu sędziowania w polskich rozgrywkach, na przykładzie pucharowego meczu Jagi na Łazienkowskiej.
Dla wielu polskich drużyn występy w europejskich pucharach okazywały się „pocałunkiem śmierci”. Tymczasem Jagiellonia skutecznie łączy w tym sezonie grę na trzech frontach, na przekór tej obiegowej opinii.
Postawą w lidze, Pucharze Polski (rozmawiamy przed ćwierćfinałowym meczem Jagiellonii z Legią – przyp. red.) i Lidze Konferencji udowadniamy, że da się to połączyć, a w błędzie są ci, którzy mówią, że to niewykonalne. Trener i dyrektor sportowy zbudowali drużynę z piłkarzy, którzy albo zostali pozyskani po długich negocjacjach, albo, jak Pululu czy Hansen, odbudowali formę w Białymstoku. Jednocześnie sztab nauczył się w odpowiedni sposób gospodarować siłami zawodników, co pozwala na pogodzenie występów we wszystkich rozgrywkach, chyba po raz pierwszy w Ekstraklasie. Nawet Lech Poznań grając kilka lat temu z sukcesami w Lidze Konferencji, w lidze prezentował się znacznie poniżej oczekiwań. Nam się to udaje. Duża w tym zasługa sztabu odpowiadającego za regenerację i kwestie medyczne, mając na względzie zwłaszcza wymagające mecze wyjazdowe. Każdy w klubie jest świadomy wyzwań, przed którymi stoimy i swoją pracą przyczynia się do tego, aby w każdym meczu drużyna pokazywała się z jak najlepszej strony.
Nie byłoby sukcesów Jagiellonii, gdyby nie mądre zarządzanie, ale i odrobina ryzyka, bo postawienie na młodego trenera „na dorobku” w sytuacji realnego zagrożenia spadkiem było odważnym posunięciem prezesa.
Poprzedni prezes, Wojciech Pertkiewicz, zapisał się złotymi literami w historii naszego klubu. Obserwowałem z bliska, jak musiał się mierzyć z wieloma wyzwaniami, zwłaszcza natury finansowej. Dość powiedzieć, że na początku jego pracy na kontraktach w Jagiellonii było 95 zawodników, w niektórych przypadkach zarabiających niemałe pieniądze. Wiele pracy kosztowało uporządkowanie tych tematów, aby doprowadzić klub do ładu. Dopiero wtedy można było zacząć budować. Przez lata w Białymstoku pracowało wielu trenerów, jak na przykład Piotr Nowak, Bogdan Zając czy Maciej Stolarczyk, którzy nie pozostawili po sobie dobrego wrażenia. Za kadencji trenera Ireneusza Mamrota Jagiellonia grała dobrze, zdobywając wicemistrzostwo i dochodząc do finału Pucharu Polski, a istotną rolę w sztabie pełnił wtedy bardzo młody Adrian Siemieniec, zbierając pierwsze szlify. Potem zaczął samodzielną pracę z młodzieżą i w drużynie rezerw. Wykorzystał daną mu szansę: rezerwy za jego kadencji prezentowały się bardzo dobrze. W styczniu 2023 r. przeprowadziliśmy z nim wywiad na naszym kanale Youtube. Wiele rzeczy, o których wtedy mówił, dziś znajduje odzwierciedlenie w funkcjonowaniu pierwszej drużyny. Swój udział ma w tym także dyrektor sportowy Łukasz Masłowski. Kluczem do sukcesu Jagiellonii jest fakt, że określona grupa ludzi nadających na tych samych falach zebrała się w odpowiednim miejscu i czasie i to zagrało.
Na początku poprzedniego sezonu pewnie nikt nie wskazywał was jako głównych faworytów do mistrzostwa. Jak sami ocenialiście możliwości drużyny na tamtym etapie?
Zanim jeszcze przyszły dobre wyniki, dużo rozmawialiśmy w gronie redakcyjnym na temat metod pracy i postępów, jakie robi drużyna pod okiem Adriana Siemieńca. Były podstawy przypuszczać, że jego praca zarówno z zespołem, jak i indywidualnie z poszczególnymi zawodnikami, wsparta odpowiednimi transferami może przynieść owoce. Szybko się to potwierdziło i zdobyliśmy wymarzone Mistrzostwo Polski. Już w poprzednich latach byliśmy blisko, ale ani Michałowi Probierzowi, ani Ireneuszowi Mamrotowi ta sztuka się nie udała. W mojej ocenie zbyt zachowawczo podchodzono wtedy do walki o tytuł, w decydujących momentach zdejmując nogę z gazu. Uważam, że przegrywaliśmy wtedy mistrzostwo na własne życzenie. Zrobił to dopiero trener Siemieniec stawiając na odpowiednich zawodników, którzy uwierzyli w jego filozofię i to przyniosło rezultaty.
Jakie są dziś oczekiwania kibiców co do sportowych celów drużyny?
Głównym celem jest obrona mistrzowskiego tytułu, a gdyby udało się dołożyć do tego zdobycie Pucharu Polski, byłoby to spełnienie marzeń i dowód na to, że klub podąża właściwą drogą i praca wykonywana w Jagiellonii przynosi oczekiwane owoce. Łatwo nie będzie, bo drużyny, które próbują zdetronizować Jagiellonię, czyli przede wszystkim Lech i Raków, mają równie duże ambicje i możliwości, aby sięgać po tytuły. Może się zdarzyć, że Jagiellonia będzie grała i punktowała lepiej niż w ubiegłym sezonie, a mistrza nie zdobędzie. Trzeba się z tym liczyć. Podstawą dalszego rozwoju klubu jest natomiast awans do europejskich pucharów i zbieranie doświadczenia na arenie międzynarodowej. Ponadto, w kolejnym sezonie drużyna na pewno się zmieni pod względem personalnym, bo dobre występy poszczególnych zawodników nie zostaną niezauważone w Europie i trudno będzie zatrzymać tych najlepszych w Białymstoku.
Czy klub jest przygotowany na taką sytuację i szuka odpowiednich zmienników? Co na tym etapie można powiedzieć o zimowych transferach?
Norbert Wojtuszek trafił zimą do Białegostoku z Górnika Zabrze jako potencjalny zastępca Michala Sáčka, moim zdaniem jednego z najlepszych prawych obrońców w lidze. Dyrektor Masłowski wspominał, że już wcześniej planowano transfer Wojtuszka do Jagiellonii. Ten w zasadzie z miejsca wskoczył do pierwszego składu. Mimo że jest młody, to ma już doświadczenie na boiskach ekstraklasowych i gwarantuje odpowiednią jakość. W meczu LKE z FK Bačka Topola dwukrotnie uchronił zespół przed stratą bramki. Drugi transfer, który zasługuje na wyróżnienie to Amerykanin Leon Flach, który robi kapitalną robotę w środku pola. Takie uzupełnienia kadry pozwalają pozytywnie patrzeć na dalszą część sezonu. Jest szansa powalczyć na każdym froncie.
A może uda się załatać ewentualne dziury w składzie wychowankami na miarę Oskara Pietuszewskiego? Jak w Białymstoku wygląda praca z młodzieżą?
Trudno zakładać, że akademia będzie regularnie dostarczać wychowanków na najwyższym poziomie. Często jest to loteria. W Jagiellonii od dawna szkolimy młodzież na dobrym poziomie, regularnie zajmujemy wysokie miejsca w rozgrywkach juniorskich, natomiast jest bardzo niewielu zawodników, którzy mocniej zaznaczyliby swoją obecność na poziomie seniorskim. Oskar Pietuszewski dał się poznać z dobrej strony już w wieku 14 lat. Występował wtedy w roczniku o dwa lata starszym i pomagał drużynie odnosić sukcesy. Stopniowo był przygotowywany do debiutu w drużynie seniorów, a my często pytaliśmy o to trenera apelując, aby dał mu szansę. Trener wprowadził go do zespołu na swoich zasadach i dziś jest to piłkarz, który „nie pęknie” na Łazienkowskiej czy w europejskich pucharach. Debiutował przecież w wieku 16 lat na Johan Cruijff Arena w meczu z Ajaksem i był jednym z najlepszych zawodników Jagiellonii. W ten sposób zapracował sobie na kolejne szanse w tym sezonie. Ale nie on jeden może odegrać większą rolę w zespole. Bartosz Mazurek zbiera dobre noty w drużynie rezerw i wyróżniał się w okresie przygotowawczym. Jest silny, dobrze czuje się w ofensywie i jest w stanie przełożyć to na liczby. Natomiast u trenera Siemieńca hierarchia jest jasna i obaj muszą ciężko pracować na swoje szanse.
Czy w GieKSie jest piłkarz, którego chętnie widziałbyś w Jagiellonii?
Nawet gdyby Adrian Błąd miał tylko jedną zdrową nogę to wolałbym, żeby zagrał u nas, bo za każdym razem, gdy gra przeciwko nam, to napsuje nam sporo krwi.
W ćwierćfinale LKE trafiliście na zespół z Belgii, choć były duże szanse na wylosowanie Legii. Z kim wolałbyś grać na tym etapie europiejskich pucharów?
Osobiście bardzo dobrze oceniam samo losowanie, bo chciałem trafić na Cercle Brugge. Z Legią gramy często, a puchary to okazja do sprawdzenia się na tle przeciwników z Europy. Ponadto uważam, że stać na awans zarówno nas, jak i Legię, więc dlaczego nie mielibyśmy mieć dwóch drużyn z Polski w kolejnej fazie LKE? Jagiellonia pokonała Molde w Białymstoku, więc równie dobrze może to zrobić Legia w dwumeczu.
Tydzień temu graliście ligowy mecz w Krakowie i choć do przerwy mieliście wszystko pod kontrolą, to druga połowa przybrała nieoczekiwany scenariusz i Cracovia doprowadziła do remisu. Która twarz Jagiellonii jest prawdziwa?
Trudno to oceniać przez pryzmat jednego spotkania. Duże znaczenie ma tutaj podejście mentalne do samego meczu i reagowanie na poszczególne jego fazy. W Krakowie wyglądało to trochę tak, jakby drużyna nie wyszła z szatni na drugą połowę. Straciła dość przypadkową bramkę, bo wątpię, czy młody Fabian Bzdyl zdobędzie kiedykolwiek gola podobnej urody. Sami biliśmy mu brawo, bo chciałoby się częściej oglądać takie akcje młodych Polaków, wychowanków swoich klubów. Im bliżej było końca meczu, tym bardziej „śmierdziało” wyrównującym golem, który padł na pięć minut przed końcem. Gdybym miał oceniać, to powiedziałbym, że bardziej „prawdziwa” jest ta Jagiellonia z pierwszej połowy. Cały czas zbieramy doświadczenie związane z grą o najwyższe cele, mamy młodą drużynę i trenera. Podobnie jest zresztą u was, bo trener Górak ma krótki staż w Ekstraklasie, a macie podobną do naszej wizję futbolu. Cieszę się, że przebija się coraz więcej szkoleniowców z nowoczesnym podejściem do pracy, a odchodzą czasy trenerów „strażaków”. Generalnie w lidze nie został już nikt poza Janem Urbanem i Jackiem Zielińskim, ale oni zawsze wyróżniali się fachowością i otwartością na zmiany.
Mniej więcej na tym samym etapie poprzedniej rundy dopadł was mały kryzys i przegraliście trzy z czterech meczów, między innymi w Katowicach. Było nerwowo?
Na tamtym etapie sezonu nawet przez moment nie było zagrożenia, że trener straci zaufanie dyrektora sportowego czy zarządu. Dyrektor Masłowski bardzo często jest w szatni, na bieżąco informowany przez trenera o sytuacji drużyny. Jak powiedział nam w jednym z wywiadów, częściej rozmawia telefonicznie z trenerem Siemieńcem niż z własną żoną. Dlatego jest między nimi zaufanie i współpraca w diagnozowaniu problemów zespołu i metod ich przezwyciężania. Moim zdaniem na tamtym etapie drużynie po prostu brakowało pary. Nikt tego oficjalnie nie powiedział, ale w pewnym momencie przygotowanie fizyczne zaczynało szwankować. Graliśmy dużo, letnia przerwa była stosunkowo krótka i znalazło to odbicie na formie piłkarzy.
O ile porażkę z Lechem, nawet tak wysoką, można było przełknąć, to zero punktów w starciu mistrza z beniaminkiem musiało być rozczarowaniem.
Nasza porażka w Katowicach była niespodzianką, ale nie ulega wątpliwości, że przegraliśmy zasłużenie. W związku z występami w europejskich pucharach Jagiellonia miała prawo przełożyć ten mecz, jednak ostatecznie się na to nie zdecydowała. Z obecnych wypowiedzi trenera wynika, że zespół nauczył się już w odpowiedni sposób gospodarować siłami, co można też rozumieć w ten sposób, że wtedy nie funkcjonowało to jak należy. Dopiero z czasem wypracowano odpowiednią formę przygotowania do meczów i regulowania obciążeń.
Jagiellonia od dawna próbuje zyskiwać przewagę na boisku cierpliwym rozgrywaniem piłki od tyłu. Przeważnie wychodzi wam to doskonale, ale zdarzają się też wpadki, jak choćby w Katowicach.
Aby grać w takim stylu, potrzebne jest duże zaufanie pomiędzy bramkarzem a obrońcami. Trzeba dobrać graczy o odpowiednim profilu, którzy potrafią utrzymać nerwy na wodzy przy rozegraniu piłki. Jeśli nie ma do tego wykonawców, to kończy się jak w spotkaniu Widzewa z Pogonią, który próbował tak grać i dostał cztery „klapsy”, za co posadą zapłacił trener Myśliwiec. Mimo to uważam, że lepiej stracić trzy bramki, strzelając przy tym pięć. Doceniam ofensywne podejście do futbolu, a ciężko ogląda się mecze rozgrywane w stylu Rakowa. Zdecydowanie ciekawsze są takie mecze jak wasz w Lublinie, gdzie obie drużyny stawiają na grę do przodu, dając kibicom dobre widowisko, bo w piłce chodzi przede wszystkim o rozrywkę. Zapytano mnie niedawno, czy chciałbym, żeby Jagiellonia grała w Lidze Mistrzów jak Slovan Bratysława, przegrywając wszystkie mecze, ale zarabiając znacznie więcej pieniędzy. Ja uważam, że niekoniecznie byłoby to dla nas dobre. Takie wyniki jak zwycięstwo w Kopenhadze po golu w ostatniej minucie czy totalna dominacja nad Molde u siebie, pozostawiają lepsze wrażenie w odbiorze kibiców niż porażka z renomowanym rywalem w Lidze Mistrzów.
Przy okazji ostatniego meczu w Białymstoku z FK Bačka Topola wiele mówiło się o frekwencji na stadionie przy Słonecznej 1. Jest problem z zainteresowaniem kibiców?
Zainteresowanie Jagiellonią jest duże, choć czasem mam wrażenie, że niektórzy niedzielni kibice kręcą nosem i trochę wybrzydzają jeśli chodzi o konkretne mecze. Tak nie powinno być, bo kibice powinni licznie stawiać się na trybunach, niezależnie od terminu czy rangi przeciwnika. W rzeczywistości bywa z tym różnie, choć z drugiej strony trudno oczekiwać, że w lutowy wieczór na stadionie będzie dużo dzieci, które szybko zmarzną i nie będą mieć frajdy z oglądania meczu. Na szczęście w niedzielę pogoda będzie lepsza, więc o frekwencję nie trzeba się martwić. Swoją drogą, wielu narzekało na frekwencję przed meczem z FK Bačka Topola, a tymczasem przyszło ponad 10 tysięcy widzów.
W niedzielę do Białegostoku wróci Lukas Klemenz, który kilka lat temu reprezentował wasze barwy, a przed laty ważną rolę w Jagiellonii odgrywał Dawid Plizga, mocno związany z Katowicami. Pamiętacie jeszcze tych piłkarzy?
Pamiętamy Dawida bardzo dobrze, bo przez trzy lata zagrał u nas sporo meczów i strzelił kilka ważnych bramek. Z kolei Lukas Klemenz trafił do Białegostoku właśnie z Katowic i wiązano z nim duże nadzieje. Nie wszystko zagrało jednak jak trzeba, może nie był to dla niego odpowiedni moment. Bardzo pracowity piłkarz i pozytywny człowiek. Cieszę się, że daje radę i wciąż utrzymuje się na poziomie Ekstraklasy.
Jak twoim zdaniem będzie wyglądał nasz niedzielny pojedynek?
Spodziewam się, że GKS od początku ruszy do ataku i jeśli Jagiellonii uda się wybronić i przejąć inicjatywę, to możecie mieć problemy. Jeśli natomiast strzelicie bramkę jako pierwsi, to może być różnie.
Pokusisz się o wytypowanie wyniku?
Obstawiam wygraną Jagiellonii 2:1.
Po pucharowym meczu z Legią nie mogłem nie skontaktować się z tobą raz jeszcze, aby wymienić się wrażeniami. Jednak trudno oczekiwać analizy meczu pod kątem sportowym, gdy to nie piłkarze grali główne role na boisku.
Po takim meczu trudno się skupić na pracy, a w rozmowach dominuje jeden temat. Jestem zniesmaczony tym, co wydarzyło się w Warszawie. Generalnie w tym sezonie poziom sędziowania w Polsce woła o pomstę do nieba. Jeśli polska piłka ma iść do przodu, to takie sytuacje nie mogą mieć miejsca. Mam poczucie, że ukradziono nam ten awans, a sędziowie pomagają Legii uratować sezon i wepchnąć ich do europejskich pucharów. Nie podyktowano karnego po zagraniu ręką Szkurina, chociaż w analogicznej sytuacji w meczu Ruchu z Koroną karny był. Sędzia Marciniak tłumaczy dziś w mediach, że nie było dostatecznie dobrego ujęcia, które potwierdziłoby zagranie ręką. Tymczasem nawet w powtórkach telewizyjnych było to doskonale widoczne. Z kolei w sytuacji z rzutem karnym po faulu na Oskarze Pietruszewskim VAR w ogóle nie powinien był interweniować. Błędy sędziów były ewidentne i nie zdziwiłbym się, gdyby w niedzielę próbowano to jakoś „zrekompensować” Jagiellonii w meczu z GKS. Swoją drogą, skoro po meczu przed kamerami stają piłkarze i trenerzy, to dlaczego nie pyta się sędziów o konkretne decyzje, które niejednokrotnie mają większy wpływ na przebieg meczu? Ze stricte sportowego punktu widzenia powinniśmy byli rozstrzygnąć ten mecz na swoją korzyść, bo mogliśmy strzelić co najmniej trzy gole. Wtedy być może nie przeszkodziłyby nam w awansie nawet takie błędy sędziów. Od momentu, kiedy z powodu kontuzji z boiska zszedł Wojtuszek, nie mieliśmy już alternatywy i graliśmy głównie przez Dušana Stojinovića, który też zmaga się z kontuzją. Tamtą stroną Legia wyprowadziła dwie akcje bramkowe Morishity i było po zawodach. Szczególnie ten drugi gol, gdy piłka wypadła z bramki przez dziurę w siatce, jest ciekawą puentą tego, jak sędziowie wywiązywali się tego dnia ze swoich obowiązków. Życzę Ruchowi Chorzów, aby w półfinale trafił na Legię i pokonał ich na Stadionie Śląskim.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze