GKS Katowice przegrał derbowy pojedynek z Tychami i tak szczerze mówiąc – trudno się z tym pogodzić. Analizując nadchodzący terminarz można było sobie myśleć, gdzie katowiczanie mogą potracić punkty. Może w Nowym Sączu, może w Bytowie, może w Suwałkach. Nawet jeśli ktoś myślał o tym, że w Tychach może zabraknąć zwycięstwa, to trudno było się spodziewać porażki. Tym bardziej, jeśli Tychy ostatni mecz przegrały aż 0:4.
To nie był mecz GieKSy. Coś w naszej dyspozycji się zepsuło… w przerwie meczu ze Stalą Mielec. Tym razem nie możemy wiele zarzucić trenerowi Brzęczkowi z zestawieniem na to spotkanie. Zagraliśmy w zasadzie w optymalnym składzie, bo zarówno Garbacik, jak i Mateusz Abramowicz nie obniżają na ten moment jakości zespołu. Przez cały mecz jednak nie stworzyliśmy sobie jakiejś naprawdę dobrej sytuacji. Nawet jeśli dochodziliśmy do sytuacji bramkowych (głównie Goncerz), to albo brakowało precyzji, albo techniki. Mnożyły się niedokładności w rozegraniu. Mając oczywiście świadomość, że boisko było fatalne, za dużo było też gry na poziomie pierwszego piętra, a wiadomo, że taką piłkę trudniej opanować. To był tak naprawdę typowy mecz na 0:0 i szczęściu gospodarze mogą zawdzięczać to, że te derby wygrali. W praktyce poza okazją bramkową nie zagrozili bramce Abramowicza.
Gdzieś uciekł nam ten polot, a pokazuje się trochę momentów, w których bijemy głową w mur. Taka była pierwsza połowa z Puławami, druga ze Stalą. W Legnicy w drugiej połowie dla odmiany GieKSa dominowała. Mamy na ten moment zmienną w kwestii jakości gry ekipę, ale lekkim niepokojem napawają trzy słabe połowy z rzędu, no i niemal 180 minut bez gola, bo przecież ze Stalą trafiliśmy już w 3. minucie.
Na szczęście większość kibiców nie rozdziera szat i nie robi wielkiego problemu z tej porażki. Każdy kto chodzi na GieKSę co najmniej od 9 lat, czyli od awansu na zaplecze ekstraklasy, dobrze widzi, że mamy fajną ekipę, drużynę, która śmiało może walczyć o awans do ekstraklasy, ale też zdaje sobie sprawę, że nie jest to jeszcze hegemon, zespół na tyle mocny, żeby wygrywać wszystko z każdym rywalem. Wiemy też doskonale, jaka jest specyfika pierwszej ligi. Na ten moment po 11 kolejkach mamy na koncie 2 porażki. Wiecie z kim w poprzednim sezonie przegrała Wisła Płock, ta wielka Wisła, tak chwalona, że w cuglach awansowała do ekstraklasy? Z Pogonią Siedlce, z Chrobrym (dwa razy!), z Chojniczanką czy nawet Rozwojem! Nie wspominając o dwóch przegranych z głównym rywalem – Arka Gdynia. Arkowcom zdarzyły się porażki z Wigrami czy Stomilem – u siebie! Więc naprawdę pamiętajmy o wspomnianej specyfice zaplecza ekstraklasy. Tu się nie wygra w cuglach wszystkich meczów. Nie ma na to szans.
Oczywiście nie jest tak, że nic się nie stało. Lekkie zacięcie nastąpiło i rolą trenera jest jak najszybsza diagnoza i próba rozwiązania problemu. Niestety musimy powiedzieć, że kilku zawodników ostatnio mocno zawodzi. Do defensywy i gry defensywnej całego zespołu jakoś specjalnie nie możemy się przyczepić – to jest w porządku. Szwankuje nam ofensywa, rozgrywanie, konstruowanie akcji, ostatnie podanie, wykończenie. Czyli wszystko co jest związane z tym, aby mieć co najmniej jeden z przodu. Zawodzą zawodnicy odpowiedzialni za ofensywę. Mamy wrażenie, że Tomasz Foszmańczyk marnuje nam się na skrzydle i brakuje sensownego rozegrania w środku. Bardzo słabo prezentuje się Andreja Prokić, z którego gry na lewej stronie niewiele wynika. Mikołaj Lebedyński po super kilkuminutowym debiucie w Bielsku, potem miał aktywa z Wisłą Puławy (asysta), z Miedzią (wywalczony karny), ale od meczu ze Stalą Mielec jest kompletnie bezproduktywny. Gonzo w tym meczu próbował, ale akurat tym razem mu nie wyszło – ważne, że przynajmniej dochodził do sytuacji. Paweł Mandrysz wchodzi ostatnio na ogony i nie jest w stanie kompletnie nic zrobić.
Brakuje nam trochę niuansów. Brakuje nam też ławki, przez co nawet jeśli według trenera słabo grał Mandrysz, to co prawda zasiadł na rezerwie, ale na tym możliwości zmian się kończą. Nie posadzimy na ławce i Mandrysza i Prokića, bo musiał by grać wtedy Wołek albo Maciej Bębenek, albo o zgrozo obaj. To jest kwestia na zimę, aby załatwić wartościowych zmienników, ale na ten moment trzeba radzić sobie z tym, co mamy. A że za bardzo nie ma możliwości roszad, po prostu niektórzy zawodnicy muszą się ogarnąć. Owszem przesunięcie do środka Fosy powoduje konieczność zrobienia „czegoś” z Lebedyńskim (no bo Gonzo na ławce nie usiądzie z ostatnią skutecznością). A tak naprawdę przydałoby się wzmocnienie na lewej flance, ale znowu kto miałby zagrać za Prokića? Przykłady można mnożyć. Jeśli Foszmańczyk nie może grać w środku, to musi po prostu więcej dać na skrzydle.
To było święto piłkarskie w Tychach – kibice gospodarzy, którzy do Jaworzna jeździli w kilkadziesiąt osób i pozwalali ponaddwustuosobowej grupie kibiców GieKSy wejść na swoje sektory i prowadzić „doping” tym razem stawili się na nowym obiekcie w sile ponad 10 tysięcy. To tylko pokazuje, jak z zerowego potencjału nowy stadion potrafi wyciągnąć taki efekt. Niestety w Katowicach chyba się tego nie doczekamy, bo mamieni jesteśmy obietnicami od 10 lat i chyba jeszcze sto lat minie, zanim taki obiekt w Katowicach powstanie.
GieKSa przegrała w Tychach i szkoda też trochę z tego względu, że w tych prestiżowych pojedynkach wyjazdowych – podobnie jak w Sosnowcu – znowu jesteśmy pokonani. Szkoda. Była też szansa na zrównanie się punktami z liderem, bo Zagłębie zaledwie zremisowało.
Historia lubi się powtarzać i to, o czym pisaliśmy przed meczem niestety znalazło swoje odzwierciedlenie. Świetna seria dziewięciu meczów bez porażki Kazimierza Moskala zakończyła się na wyjazdowym pojedynku z Tychami. Jedak pamiętając o słowach Georga Santayamy, mówiących o tym, że „ci, którzy nie pamiętają przeszłości, skazani są na jej powtarzanie” musimy też pamiętać, co działo się dalej w historii Kazimierza Moskala w GieKSie dlatego też trener Brzęczek, sztab szkoleniowy, zawodnicy, zarząd muszą potraktować tę okoliczność jako pewne ostrzeżenie i po prostu wyciągnąć wnioski, aby to co było trzy lata temu po meczu z Tychami – już się nie powtórzyło…
Kibol
2 października 2016 at 17:33
Wstyd panowie musicie wiedzieć na całe życie ze derby z Sosnowcem i Tychami nigdy nie można przegrywać bo kibice ze Śląska i zagłębia wiedzą że w tym rejonie rządzi ich klub A nie jakieś patalachy
Irishman
3 października 2016 at 11:09
Zgadzam się, powinniśmy podejść bardzo spokojnie do tej porażki i nawet niespecjalnie łączyć ją z dwoma poprzednimi, słabszymi meczami. No chyba, że w sferze mentalnej, bo może faktycznie poczuliśmy się już zbyt pewnie i zaczęło nam się wydawać, że punkty należą nam się po prostu jak psu buda i tyle? Natomiast stricte sportowo poprzednie dwa mecze graliśmy osłabieni, a ponieważ totalnie nie mamy zmienników to musiało to gorzej wyglądać. Sobotni mecz graliśmy już w pełnym składzie ale tu moim zdaniem zabiła nas murawa. Przecież nawet oglądając mecz w tv można było dostrzec, że piłka wyczynia jakieś dziwne harce. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy aby nowy stadion w Tychach nie wyposażono w jakąś fatalnej jakości sztuczną murawę. Ja wiem, że boisko jest takie samo dla obu druzyn. Tylko, że na takiej „murawie” znacznie łatwiej się bronić, a po drugie nasza gra opiera się w dużej mierze na krótkiej grze po ziemi, co w tych warunkach było wręcz niewykonalne. Co ciekawe, jak czytam to nawet kibice Tychów zaskoczeni byli stanem boiska więc… ale zostawmy spiskowe teorie i skupmy się na wyciągnięciu wniosków z tej lekcji. Bo tak jak dobrze Shellu zauważył – na poziomie „operacyjnym” nie wyciągnęliśmy wniosków z porażki trenera Moskala w Tychach sprzed 3 lat. Ale to jeszcze da się nadrobić, gorzej jeśli nie wyciągniemy także wniosków „taktycznych” i „strategicznych” z tego co się wtedy stało. A wniosek jest taki, że choć jesteśmy bardzo blisko to jeszcze nie mamy drużyny gotowej na awans bo:
– nie ma wypracowanej alternatywnych sposobów gry na takie sytuacje jak przedwczoraj
– personalnie, absolutnie nie ma zmienników, którzy byliby do grania w przypadku jakichś absencji podstawowych graczy, a przede wszystkim, którzy potrafiliby swoim wejściem w trakcie meczu dodać drużynie jakości.
Tak więc Panowie piłkarze, trenerzy, dyrektorzy i prezesi – nadal przed Wami szmat pracy, aby spełniły się nasze wspólne marzenia.
PS.
Może trener powinien powinien spróbować wpuścić na boisko takich piłkarzy jak Szołtys, Sawicki, czy Stanik skoro ich starsi koledzy nic nie wnoszą? Az sobie zerknąłem, czy oni jeszcze są w kadrze I drużyny i…
PS. PS.
…wypadałoby zmienić w końcu skład naszej kadry na gieksainfo.pl, bo tam ciągle jeszcze w Kuchta, Iwan, Burkhardt i inni… 🙂
tomek
3 października 2016 at 12:17
Zgadzam się z Irishman ale tylko w kwestii braku zmienników. Jak pisałem wcześniej cuda na tym świecie czasami mają miejsce ale niezbyt często. Oczywiście upragnionego awansu w tym roku nie będzie i to wiedziałem już po transferach. Owszem paru zawodników podniosło poziom ale tylko w porównaniu z dotychczasową miernotą. Nie są to wzmocnienia na miarę awansu i boisko to zweryfikuje. Klasowa drużyna w sobotę bez problemu pokonała by Tychy bo oni nic sobą nie prezentowali. Problem w tym że brak zawodników kreatywnych i pewnych siebie. Wszystko to jako tako wygląda gdy układa się po naszej myśli. Jak są problemy to brak rozwiązań. Jasne że jest lepiej niż było tylko Cygan chyba zapomniał że ma byc awans albo on mam nadzieje honorowo odejdzie. On już liczy na to że skoro kibice widzą postęp to wykonał zadanie. Awans może być możliwy tylko przy założeniu że do końca rundy strata nie będzie większa niż 6 pkt i że przyjdą sensowni zawodnicy. Czas też podziekować wołkom pielorzom dudom. Szkoda na nich czasu.Osobiscie posadziłbym na ławce Goncerza bo nic sobą nie prezentuje no i dzieki niemu tez pkt mniej. Generalnie on tylko noge potrafi przyłożyć i nic więcej. Jest surowy technicznie i mało kreatywny.Szukać drugiego do ataku ale o umiejętnościach większych niż sobków
Irishman
4 października 2016 at 09:24
@Tomek, podsumuje krótko, bo wszystko już napisałem:
Zgadzam się awansu w tym roku nie będzie 😉
Nie jestem jednak takim pesymistą, aby twierdzić, że nie będzie go w przyszłym roku na wiosnę.
Ale też nie jestem aż takim optymista, aby wierzyć, że będzie on w miarę realny jeśli będziemy mieć po jesieni aż 6 punktów straty do drugiego miejsca.