Siatkówka
Porażka GieKSy w siatkarskich Derbach Śląska
Jastrzębianie przystąpili do tego spotkania bez zmian w wyjściowej szóstce w porównaniu do ostatniego meczu. Trener Piotr Gruszka tym razem zaskoczył i dokonał aż trzech zmian w składzie. Na rozegraniu zamiast Marcina Komendy zagrał Maciej Fijałek, na środku Bartłomiej Krulicki zastąpił Pawła Pietraszko, a na przyjęciu Serhija Kapelusa zluzował Rafał Sobański.
Mecz zaczął się mało ciekawie dla naszego zespołu, bo od podwójnego odbicia Fijałka (potem co prawda mieliśmy dobry atak Quirogi po bloku), autowego serwisu Kohuta, autowego ataku Quirogi po złym przyjęciu i na dodatek Muzaj zablokował atak Butryna, po kolejnym złym przyjęciu (4:1) i już na samym początku można było mieć obawy o dalszy przebieg meczu. Po przerwie na żądanie Butryn dwa razy zagrał skutecznie po prostej, szkoda było nie wykorzystanej kontry Quirogi, piłka na aucie (5:3). Następnie nasza gra zaczęła wyglądać znacznie lepiej. Mieliśmy atak Kohuta ze środka w środek parkietu, mocne zbicie Sobańskiego po skosie, udaną kontrę Butryna z drugiej linii po prostej i jeszcze jeden atak Kohuta na siatce. Gospodarze odpowiedzieli uderzeniem De Rocco po bloku w aut, zbiciem Kosoka ze środka tuż przy linii bocznej parkietu oraz atakiem Olivy z lewego skrzydła (10:8). Po mocnym uderzeniu Sobańskiego z drugiej linii, mieliśmy dwa z rzędu asy serwisowe Fijałka, co pozwoliło nam na pierwsze prowadzenie w meczu (10:11). Po dwóch błędach własnych z obu stron, Butryn uderzył lekko po bloku, potem Karol przepchnął piłkę po rękach rywali, a Sobański wykorzystał kontrę bardzo mocnym atakiem z lewego skrzydła (13:16), co zmusiło trenera jastrzębian do wzięcia czasu. Następnie był fragment spotkania „punkt za punkt”. Ze strony Jastrzębskiego punkty zdobywali De Rocco po bloku w aut, dwa razy Muzaj mocno po skosie oraz Oliva po rękach naszych graczy. Natomiast w naszym zespole dwa razy skutecznie zagrał Butryn ze skrzydła oraz Fijałek skończył z przechodzącej piłki (17:19). Dwa błędy Muzaja, na zagrywce oraz w ataku dały nam już wysokie prowadzenie 17:21 i drugi time out dla trenera Lebedewa. A nam wychodziło praktycznie wszystko. Świetne bloki Butryna na Olivie, potem Krulickiego na Sobali i as serwisowy Quirogi, dały nam już pierwszą piłkę setową (17:24). Tę wybronił Muzaj mocnym atakiem po prostej, drugą wybronił challenge dla… sędziego po autowym ataku gospodarzy, nastąpiła zmiana decyzji i uznano zbicie Olivy po bloku. I dopiero trzecią skończył Butryn atakiem ze skrzydła po ciasnym skosie (19:25). Uff… wreszcie małe przełamanie i po dłuższej przerwie wygraliśmy seta w lidze!
Drugi set zaczął się od wyrównanej gry z obu stron. Dobry atak ze środka Sobali, potem Muzaj zaserwował w siatkę, by następnie zostać zablokowanym przez Krulickiego, na co odpowiedział Oliva zbiciem po skosie oraz asem (3:2). Dobre ataki dwa z rzędu Quirogi po bloku w aut plus uderzenie Krulickiego ze środka, przeplatamy niestety zepsutymi zagrywkami (5:5). Następnie Muzaj uderzył po prostej ze skrzydła, a Quiroga trafił w środek boiska atakiem z drugiej linii i as serwisowy Butryna (6:7). Kolejne akcje jednak dla gospodarzy, wpierw Oliva wypchnął piłkę po rękach w antenkę, a potem Muzaj kiwnął oraz wykorzystał kontrę mocnym zbiciem (9:7) i czas dla GKS-u. Słabszy okres naszej gry (błąd w ataku Butryna oraz dwie zepsute zagrywki) przy jednym tylko skutecznym ataku Karola, to zbyt mało aby „trzymać” wynik. Gracze Jastrzębskiego za sprawą Olivy – skończył piłkę po bardzo długiej wymianie z efektownymi obronami oraz jego asie i kiwce Kampy z drugiej piłki (15:9) szybko wykorzystali ten przestój w naszym zespole. W końcu Butryn trafił piłką w sam narożnik boiska, a potem Quiroga zablokował atak Olivy z drugiej linii (15:11). Po mocnym ataku Muzaja po prostej i błędzie w rozegraniu Fijałka (17:11) znów wynik wrócił do „normy”. GieKSa próbuje walczyć i po ataku Quirogi po skosie, bloku Sobańskiego na Muzaju oraz zbiciu Butryna po bloku w aut (gospodarze odpowiedzieli tylko atakiem Olivy z drugiej linii) niwelujemy wynik do stanu 18:15. Niestety kolejny przestój w grze kosztował nas (jak się potem okazało) przegraną tego seta. Kanadyjczyk De Rocco był skuteczny ze skrzydła zahaczając o nasz blok, a Kubańczyk Oliva również uderzył po rękach, a potem z przechodzącej piłki i szybko zrobiło się 22:16. W międzyczasie przy stanie 19:16 trener gospodarzy wpuścił na parkiet Rodrigo Quirogę, więc derby braci Quirogów można był w pełni odnotować. Dobry atak Witczaka po bloku rywali oraz udana kontra Gonzalo Quirogi (22:18) dały jeszcze małą nadzieję na zniwelowanie strat. Następnie Muzaj ponownie skuteczny po naszych rękach, a Quiroga zablokował atak Strzeżka i Krulicki zbicie Sobali (23:20). Jeszcze jeden atak Olivy po bloku w aut dał gospodarzom pierwszą piłkę setową, którą wykorzystał na kontrze De Rocco, a jakże… atakiem po rękach katowiczan (25:20) i był remis.
Trzecią partię otworzył as Kosoka, wyrównał Butryn atakiem po prostej, na co odpowiedział Muzaj tym samym i wyrównał Quiroga zbiciem po skosie (2:2). Podwójne odbicie u Kampy dało nam oczko przewagi, potem Oliva był skuteczny ze skrzydła, by po chwili zepsuć serwis, następnie Muzaj zrobił swoje, a Sobański utrzymał nas na prowadzeniu (4:5). Dwa ataki De Rocco, po ciasnym skosie oraz na kontrze gdzie przepchnął piłkę na naszą stronę plus atak Kosoka ze środka i błąd Fijałka przełożenia ręki nad siatką na drugą stronę, dały już wynik 9:6 dla Jastrzębskiego. Następnie mieliśmy dobry fragment gry w naszym wykonaniu. Sobański uderzył mocno po bloku, Kohut zablokował atak Olivy, Butryn skończył po skosie, a Kohut dołożył asa (jastrzębianie odpowiedzieli tylko zbiciem Muzaja) i był remis po 10. Niestety szybko odbudował przewagę Oliva tym razem lekkim wrzuceniem piłki w nasze boisko oraz wykorzystując kontrę (12:10). Potem gospodarze dwa dobre ataki Muzaja, przeplatali zepsutymi serwisami, a Sobański uderzeniem po rękach rywali dał wynik 14:13. Na as serwisowy Kampy odpowiadamy efektownym atakiem z drugiej linii Quirogi oraz również asem Butryna (16:15). Potem nastąpił decydujący moment tego seta, gdy Karol nie wykorzystał prostej piłki na kontrze trafiając w aut i zamiast remisu zaczął się nasz… zjazd. Znów wkroczył do akcji Oliva, kończąc dłuższą wymianę zbiciem po bloku, potem zablokował atak Butryna (19:15) i był time out dla Piotra Gruszki. Po przerwie graliśmy przez chwilę „punkt za punkt”. Sobański uderzył po prostej, Muzaj kiwnął w środek boiska, a Kohut udanie zagrał na środku, następnie znów Muzaj był skuteczny na skrzydle, potem Gonzalo Quiroga mocnym atakiem po skosie trafił piłką w… swojego brata, Oliva znów był skuteczny zbiciem po bloku i Krulicki zablokował atak De Rocco. Tak wyrównana gra dała wynik 22:19. Niestety Quiroga zaserwował w siatkę, Oliva skończył z trudnej piłki w swej ulubionej akcji z drugiej linii, a seta zakończył asem Sobala, gdy zaserwował w Sobańskiego i Rafał fatalnie przyjął piłkę (25:19).
Czwarty set zaczął się źle dla nas, bo od dwóch ataków Olivy, jeden po prostej, a drugi po długiej wymianie znów z pipe’a, a Kosok zablokował atak Butryna (3:0). Szybko odrabiamy straty za sprawą ataku Butryna po prostej, autowemu zbiciu Muzaja oraz bloku Sobańskiego na atakującym jastrzębian (3:3). Po kolejnym ataku Muzaja po bloku w aut, asie Olivy oraz bloku Kampy na Butrynie (7:4), za Karola wchodzi na parkiet Witczak, ale niewiele to zmienia. Sobański z trudnej piłki posłał piłkę daleko w aut, po time oucie Oliva znów wykończył kontrę z pipe’a, potem Kampa przepchnął piłkę na siatce, a De Rocco mocno uderzył na kolejnej kontrze po skosie (11:4) i sprawa tego seta wydawała się rozstrzygnięta. Naszą niemoc w ataku w końcu przełamał Witczak atakując mocno po rękach rywali, na co odpowiedział Kosok atakiem ze środka, a nasz kapitan jeszcze raz uderzył po bloku w aut (12:6). Po ataku ze środka Krulickiego, był as Quirogi i mocny atak Olivy ze skrzydła (15:9). Seria błędów własnych z obu stron (cztery Jastrzębskiego i dwa GKS-u) została przepleciona asem serwisowym Witczaka oraz atakiem Muzaja ze skrzydła (gdzie Kapelus nie wykorzystał już drugiej kontry) i zbiciem De Rocco po bloku w aut, zakończyła ten okres gry wynikiem (19:14). Na atak ze środka Pietraszki odpowiedział tym samym Boruch, a kolejne trzy błędy własne gospodarzy (przy jednym w naszej drużynie) plus as Quirogi dały rezultat 21:19. Niemoc gospodarzy przełamał mocnym atakiem ze skrzydła Muzaj, na co odpowiedział Quiroga akcją z drugiej linii, następnie znów atakujący Jastrzębskiego zapunktował atakiem po ciasnym skosie, a Pietraszko skończył z przechodzącej piłki (23:21). W kluczowej akcji tego seta, po dłuższej wymianie Komenda miał piłkę przechodzącą nad siatką i skończył ją, ale niestety równocześnie dotknął ręką taśmę, a wcześniej Kapelus nie wykorzystał trzeciej kontry nie punktując w tym meczu ani razu! (24:21). Pierwszą piłkę meczową wybronił… Oliva posyłając piłkę z zagrywki daleko w aut, a drugą skończył De Rocco uderzając po naszym bloku w aut (25:22). I tym sposobem GieKSa przegrywa czwarte spotkanie z rzędu, choć po lepszej grze niż w ostatnich dwóch meczach.
2 grudnia sobota) – HWS Jastrzębie Zdrój – Widzów 1610
Jastrzębski Węgiel – GKS Katowice 3:1 (19:25, 25:20, 25:19, 25:22)
Jastrzębski: Kampa (4), Muzaj (20), Kosok (5), Sobala (2), De Rocco (9), Oliva (24), Popiwczak (libero) oraz Lushtaku, Strzeżek, Boruch (1), Turski, R. Quiroga, Ernastowicz, Gdowski (libero). Trener: Mark Lebedew. MVP: Salvador Hidalgo Oliva.
GKS: Fijałek (3), Butryn (17), Krulicki (6), Kohut (5), Sobański (9), G. Quiroga (15), Mariański (libero) oraz Komenda, Witczak (4), Pietraszko (2), Kapelus, Stańczak (libero). Trener: Piotr Gruszka.
Przebieg meczu:
I: 5:2, 10:8, 13:15, 17:20, 19:25.
II: 5:4, 10:7, 15:9, 20:16, 25:20.
III: 4:5, 10:8, 15:13, 20:16, 25:19.
IV: 5:4, 10:4, 15:9, 20:15, 25:22.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.




Najnowsze komentarze