Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Radomiakiem
Mecz w Radomiu to już historia. GieKSa wygrała, zapisała kolejne trzy punkty i wróciła do Katowic z pełnymi rękoma. Czas jednak na kolejne wyzwania, bo teraz będziemy grać co trzy dni. Wracamy więc jeszcze raz do niedzieli, a potem – misja Lechia.
1. Do słonecznego Radomia wyruszyliśmy około godziny 10:00. Jechaliśmy w czwórkę w składzie: Filip, Misiek, Kazik i moja skromna osoba, a na miejscu czekały na nas posiłki w postaci Marcina.
2. Droga przebiegła bardzo spokojnie. Jako że mieliśmy nieco czasu, to zastołowaliśmy się w Karczmie u Antoniego, nieopodal Radomia. Przedziwne to było miejsce. Jakaś mega duża sala, muzyki brak, ludzi mnóstwo. Taka dziwna cisza – nie całkowita, bo ludzie gadali, ale taki pogłos ciszy.
3. Na jedzenie nie czekaliśmy długo. Kelnerka – pani rodem z PRL, ale sympatyczna – przyniosła żur Kazikowi szybko. Kazik zarzekał się, że nie chce wuszta na stadionie, ale w żurze chętnie przyjął.
4. Flifen wziął placki, ja z Miśkiem kotlet Antoniego. Myślałem, że to będzie coś innego, a to był kurczak pod serem i brokułem. I kalafiorem, żeby nie było.
5. Szybko się uwinęliśmy. Pogoda była miła, wiosenna, robi się coraz cieplej. Ruszyliśmy do Radomia.
6. Niedługo byliśmy pod stadionem. Policjantów udało się przekonać, że skoro jesteśmy z prasy, to powinniśmy przejechać tędy, a nie tamtędy.
7. Trochę poszukaliśmy miejsca do zaparkowania, ale udało się. Nic nie stało na przeszkodzie, aby udać się po odbiór akredytacji.
8. To co jest plusem stadionu w Radomiu, to fakt, że wszystko jest blisko siebie. Akredytacje, przejście na trybunę prasową, sala konferencyjna i pomieszczenie dla mediów tuż obok. To dużo ułatwia, bo na niektórych stadionach przejście z trybuny do Sali konferencyjnej to jest wyprawa – w praktycznego punktu widzenia bezsensowna np. w przerwie. W Katowicach też kawałek trzeba przejść.
9. Weszliśmy na trybunę. Bardzo ładnie wygląda ten obiekt w słońcu, w tej atmosferze wiosny. Aż nasuwało się na usta stwierdzenie: „nic, tylko grać w piłkę”. Naprawdę było bardzo sympatycznie.
10. Nam z Flifenem było jednak mało jedzenia, więc ruszyliśmy na poszukiwania kiełbasy. Miejsca VIP i prasowe były jednak całościowo bardzo oddzielone od reszty trybun. Na niektórych stadionach tak jest. Próbowaliśmy znaleźć drogę, ale nie znaleźliśmy. Ostatecznie przeszliśmy przez murawę i nikt nam problemów nie robił.
11. Swoją drogą Radomiak to jednak uniwersum. Po wydarzeniach z meczu z Koroną chyba sobie mocno wzięli do serca wszelkie głosy krytyki i audyt, bo spiker wielokrotnie potem mówił, żeby nie stać w przejściach itd. A kilkadziesiąt minut przed meczem ochrona przegoniła wszystkich z miejsc prasowych, nie wiedzieć czemu. Potem dziennikarze mogli wrócić.
12. Wróćmy do kiełbasy, bo jej nie było. Na stanowisku cateringowym można było tylko kupić hot doga ze zwykłą parówką lub zapiekankę. Pani powiedziała, że na całym stadionie nie ma kiełby. Więc wzięliśmy hot-doga, niby dobre i to, ale jak może nie być wuszta przy meczu piłkarskim?
13. Pod trybunami nie wygląda ciekawie. Te przejścia takie surowe, betonowe. Niby w Katowicach mamy tak samo, ale jednak bardziej estetycznie. Tu jakieś rury, ciągi i takie plamy na betonie. Do tego masa ptasich kup w jednym miejscu. Czy to chodzi o Gołębnik? Nie wiadomo.
14. Wróciliśmy na prasówkę. Ja jeszcze poszedłem do salki dla dziennikarzy po herbatę i były tam jakieś przekąski – koreczki czy takie babeczki z ciasta filo, Feio czy jakoś tak. Nie tykałem natomiast kanapek ze śledziem. Śmiem twierdzić, że zostały jeszcze z czwartku, z meczu z Arką.
15. Miejsca prasowe na Radomiaku są fatalne. Jednak przy budowie lub rozbudowie stadionu można by o to zadbać. Tak jak pisałem – na Arce kiedyś były studenckie krzesełka, a teraz jak byłem, normalne prasowe miejsca z solidnymi stołami i umiarkowaną przestrzenią.
16. Tutaj jest ciasnota straszna. Krzesełka studenckie z tym małym rozkładanym stolikiem. Do tego bardzo, bardzo ciasno – nie da się przejść. No i w dolnym rzędzie widać szybę i barierkę. To wszystko powoduje, że komfort relacjonowania meczu jest bardzo słaby. Już nie mówię o położeniu herbaty – musiała wylądować pod krzesełkiem. Ale o zwykłym, wygodnym siedzeniu.
17. Dziennikarz obok mnie się wycwanił i jechał na dwa krzesełka i dwa stoliki. I tak – tak można pracować. Ale na jednym jest trudno.
18. „Zawsze tam, gdzie Radomiak gra” – na melodię i słowa piosenki Lady Pank, robi wrażenie. Fajnie, że poszczególne kluby mają takie swoje rytuały, przyśpiewki. To powoduje, że w erze nowych stadionów, z których każdy jest dość podobny, czuć klimat danego miasta i konkretnego klubu. Tak jak choćby Arka, która ma swoje „Chodź pomaluj mój świat”. Zawsze lubiłem tę różnorodność.
19. Mecz jaki był, każdy widział. Dość wyrównany, a w 45. minucie Arkadiusz Jędrych zdobył bramkę do szatni. Znów asystę zaliczył Bartosz Nowak. Na trudnym terenie prowadziliśmy 1:0.
20. Niestety kapitan dostał czwartą żółtą kartkę i będzie pauzować w meczu z Lechią Gdańsk. Historia zatacza pewne koło, bo w pierwszej lidze właśnie z Lechistami Arkadiuszo dostał czerwoną kartkę, w wyniku której pauzował potem z Termaliką. Od 12. kolejki sezonu 2023/24 zaczął się niesamowity maraton tego zawodnika, który rozegrał z rzędu 80 kolejnych spotkań ligowych, wszystkie w pełnym wymiarze. Wyczyn absolutnie niebywały – w tym czasie strzelił 19 bramek.
21. Kibice obu drużyn bardzo dobrze się bawili – młynek szalikami na dwie trybuny Radomiaka był bardzo fajny, a w tym samym czasie GieKSa śpiewała swoje sztandarowe przyśpiewki.
22. Potem Radomiak cisnął niemiłosiernie, ale bez wielu klarownych sytuacji. Nie był efektywny w swojej grze i ostatecznie GieKSa to spotkanie wygrała. Było to drugie zwycięstwo z rzędu w lidze plus wygrana w Pucharze. Bardzo dobry czas.
23. Dla mnie była to trzecia wizyta w Radomiu. Po porażce w Pucharze Polski w 2016 roku i remisie w zeszłym sezonie, w końcu przyszedł czas na triumf.
24. A GieKSa systematycznie odczarowywała Radomiak. W końcu na inaugurację ekstraklasy po 19 latach, właśnie z tym rywalem przegraliśmy u siebie. Potem był wspomniany remis w Radomiu, w końcu w obecnych rozgrywkach – dwa zwycięstwa. To pierwszy rywal, z którym ustrzeliliśmy dublet w tym sezonie. W poprzednim sezonie mieliśmy cztery takie sytuacje (Cracovia, Lechia, Stal, Puszcza).
25. Obejrzeliśmy radość piłkarzy z sektorem gości, nagrałem nagrywkę i udaliśmy się do dalszej pracy – fotografowie obrabiać zdjęcia, Flifen szukać wywiadu, ja na konferencję prasową.
26. Jakiś ciekawy i dziwny podział się zrobił na salce, bo na jednej połowie sali stłoczyli się dziennikarze w bardzo dużej liczbie, a po drugiej stronie kamery (lewa-prawa) – my. Czułem się jakoś dziwnie wyizolowany, ale było to spoko.
27. Jeden z dziennikarzy zaczął zadawać pytanie naszemu trenerowi, ale ja podnosiłem rękę, więc oddał mi mikrofon, bo chciał być ostatni. Zbudował napięcie, a potem zapytał o kroki. Ja natomiast z tego wszystkiego zapomniałem się przedstawić, a to taki standard na konferencjach.
28. Drugi trener Radomiaka, obecny na konferencji, kojarzył mi się z byłym lekarzem GKS Katowice, takim panem starszym w okularach. Pamięć już nie ta, wydawało mi się, że się nazywał Bahr, ale to chyba jednak nie on, bo trener inaczej wygląda. W każdym razie tak śmiesznie ostentacyjnie w Ząbkach mówił kilka razy do sędziego: „Czas doliczony minął. Czas doliczony minął”.
29. Po konferencji zaczepił mnie (a wcześniej trenera Góraka) taki starszy dziennikarz. Bardzo sympatyczny, powiedział, że fajne pytania zadawałem, chwalił piłkarzy GieKSy i kibiców. Pamiętam go już z poprzedniej wizyty w Radomiu. Taki bardzo serdeczny człowiek, starej daty, ale to właśnie taka charakterystyczna uprzejmość dla osób, które niejedno w życiu widziały, a mają pogodę ducha.
30. Ja sam porozmawiałem z Szymonem Janczykiem z Weszło. Naprawdę fajnie, że można spotkać różnych dziennikarzy w tej ekstraklasie, pogadać sobie na luzie czy zrobić wywiad. W pierwszej lidze byli de facto tylko lokalsi, tutaj zahaczamy o ogólnopolskość.
31. Posiedzieliśmy jeszcze trochę na salce, nikt nas nie wyganiał i nie popędzał. Obrobiliśmy więc swoje materiały i powoli zaczęliśmy się zbierać do wyjścia.
32. Powrót się jakoś dłużył, a na domiar – na A4 na wysokości Chrzanowa był spory korek, który opóźnił nas o dobre 40 minut. W tym czasie obejrzeliśmy sobie mecz Legii z Cracovią. Nikt nie chce z tej ligi spaść.
33. Był oczywiście jeszcze fastowy postój w KFC. Trzeba było uzupełnić kalorię po piłkarskich emocjach.
34. W Katowicach byliśmy później niż zakładaliśmy, bo około 22. Ale szczęśliwi i radośni, że znów z delegacji udało się przywieźć trzy punkty.
35. Wszyscy na Lechię!
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.
Felietony Piłka nożna
Trudność w podejściu do średniawki
Aaaa qrwa jego mać…
To moja reakcja na gola Rakowa w doliczonym czasie gry w Gdańsku. Bo zaczynam pisać zaraz po. I tak, jak kolejka zaczęła się dobrze, bo Termalica wygrała w Lubinie, to potem pewnie lepszy byłby dla nas remis z Białymstoku, ale OCZYWIŚCIE Górnik musiał strzelić w doliczonym, lepszy byłby remis lub porażka Rakowa, ale OCZYWIŚCIE Raków musiał strzelić w doliczonym. I luj Bobcki strzelił, bo dwie drużyny się od nas oddaliły w tabeli.
Ktoś powie – trzeba było wygrać w Kielcach. No pewnie, że trzeba było, ale nie wygraliśmy. A nasze zdobywane punkty – zwłaszcza w tej fazie sezonu – mają taką samą wagę jak straty punktów przez przeciwników.
Przechodząc do naszego meczu. Nie wiem, jak to ugryźć szczerze mówiąc. Bo mam wrażenie, że Korona była do zdobytej bramki po prostu słaba. Potem się rozkręcili i w końcówce mogli strzelić zwycięskiego gola. Więc summa summarum remis jest sprawiedliwy. Bo gdy piszę, że Korona była słaba, to trzeba zaznaczyć, że my nie byliśmy jakoś specjalnie lepsi. Uważam, że do straconej bramki trochę lepsi byliśmy. Ale tylko trochę, to nie był jakiś wielce dobry mecz GKS Katowice. Był średni.
O ile defensywa tym razem dała radę i dopuściła do utraty tylko jednej bramki, to w ofensywie byliśmy bezbarwni. Niby kilka razy podeszliśmy pod bramkę przeciwnika, niby jakieś sytuacje się pojawiły, ale tym razem wykończenie czy ostatnie podanie były słabe. I tu mam pretensje do naszych zawodników, bo zalążki tych akcji były znowuż bardzo dobre. Naprawdę potrafimy pod to pole karne podchodzić i wszystko tkwi w tym, czy dobrze wykończymy akcję – najlepiej celnym strzałem. W poprzednich meczach wyglądało to kapitalnie. Tym razem – mizernie.
Znowu będę się czepiał. Bartka Nowaka. Znów nasz najlepszy zawodnik ligi, mając dobre sytuacje wyglądał, jakby chciał wykończyć czy zagrać ostatnie podanie „pięknie”. Czasem tej zabawy jest po prostu za dużo. Oczywiście te niekonwencjonalne zagrania dały kilka wspaniałych asyst. Ale jeśli chodzi o gole, to już tak nie było. Przecież z tej wyjątkowej techniki naprawdę idzie skorzystać, jednocześnie zachowując prostotę. Uderzyć po długim rogu temu Dziekońskiemu, gdy praktycznie cała bramka jest odsłonięta. Ewentualnie nawinąć przeciwnika i strzelić. Bartek wysoko zawiesił poprzeczkę, dlatego mam uwagi. Przecież on krawaty potrafi wiązać na tym boisku, ale w związku z tym zdarza mu się przedobrzyć.
Ale tak jak napisałem – cała ofensywa była jakaś niemrawa. Ilja znów zmarnował jedną kapitalną sytuację. I czasem sam już nie wiem, co sądzić o tym zawodniku. Bo mało strzela goli i sporo sytuacji marnuje. Znów doceniam jego pracę w środku boiska, przy rozegraniu. Z Koroną choćby kapitalnie wypuścił Nowaka. Z Motorem też miał wielki udział przy rozprowadzeniu akcji bramkowej. Ale tak jak mówię, nie mam uwag co do gry w środku boiska. Problem pojawiał się przed i w polu karnym.
Korona w tym czasie frustrowała raz po raz swoich kibiców. Psioczyli oni dość mocno na piłkarzy. Kielczanie raz po raz bowiem tracili piłki i nie potrafili rozegrać dobrej ofensywnej akcji zakończonej strzałem. Nie wyglądali jak swoja wersja z jesieni.
Cieszy kolejny gol Arkadiusza Jędrycha. Capitano – wzorem Radomiaka – asystował sam sobie od słupka. Chyba lubi halówkę i grę od bandy. Po raz kolejny trafił do siatki i myśleliśmy, że ten gol da nam zwycięstwo, a najlepiej gdybyśmy potem strzelili drugą bramkę.
Patrząc na to z drugiej strony, to znów trzeba powiedzieć, że stara GieKSa taki mecz by przegrała w końcówce. Można powiedzieć, że w Krakowie – z mega słabą Cracovią – nie ugraliśmy nawet punktów. Aż tak słaba jak Pasy Korona wczoraj nie była. Więc remis na wyjeździe z solidną drużyną z ekstraklasy oczywiście nie jest złym wynikiem. Oczywiście należy wziąć pod uwagę też nasze osłabienia kadrowe. Przecież nie było Strączka, Klemenza, Kowalczyka, Galana, Zrelaka. Trener musi odkrywać i dostosowywać szerszą kadrę. I znowuż jak na to, że mamy tyle osłabień – wyniki są bardzo w porządku.
Tylko ten niedosyt. Naprawdę można było w tym spotkaniu ugrać więcej i poprawić swoją sytuację w tabeli dopisując trzy punkty. Tak dopisujemy jeden. Co oczywiście też jest zdobyczą. Każdy punkt jest na wagę złota.
Po tej fatalnej porażce z Cracovią GieKSa rozegrała cztery mecze – dwukrotnie u siebie wygrywając i dwa razy remisując na wyjeździe. Ostatecznie jest to układ bardzo dobry. Grając w taki sposób przez cały sezon zdobywa się 68 punktów. W obecnych rozgrywkach wystarczyłoby do mistrzostwa. Ostatecznie więc ostatnia tzw. forma katowiczan jest bardzo dobra.
Każdy był po tym meczu niepocieszony. Jacek Zieliński – znany ze swojego marudzącego tonu – tak właśnie trochę pomarudził na konferencji prasowej. Rafał Górak też nie był przeszczęśliwy, ale też mówił, żeby nie utyskiwać aż tak bardzo na ten remis. No i te nastroje szkoleniowców chyba oddają, to co widzieliśmy w Kielcach. Każdy był trochę rozczarowany po tym remisie, a jednocześnie wiedział, że można było ten mecz przegrać. Więc nie narzekam aż tak bardzo, ale trochę narzekam.
Patrząc teraz na perspektywę gry w pucharach – myślę, że Raków i Górnik znajdą się w czwórce. Jeśli tak, to piąte miejsce da przepustkę do Europy, bo obie ekipy zagrają w finale Pucharu Polski w najbliższą sobotę. Wychodzi więc na to, że o to piąte miejsce w pucharach rywalizować będzie GieKSa, Wisła Płock i Zagłębie. Lubinianie dali ciała z ekipą z Niecieczy i wygląda jakby spuchli, choć lekceważyć ich nie można. Dzisiaj z zapartym tchem będziemy obserwować mecz Wisła – Radomiak i musimy kibicować gościom – od wyniku tego spotkania będzie zależeć bardzo, bardzo wiele. Natomiast żadna z wymienionych trzech drużyn kompletu punktów raczej nie zdobędzie, więc trzeba zminimalizować punktowe straty. Na plus jest to, że i z Zagłębiem, i z Płockiem mamy lepsze bilanse bezpośrednie.
Świat się nie zawali, jeśli GieKSa do pucharów nie wejdzie. Przecież jeszcze niedawno walczyliśmy o utrzymanie. Ale nie ma się co oszukiwać, matematyka mówi, że udział w Europie jest po prostu realny. Jeśli na przykład GieKSa zdobyłaby w ostatnich czterech kolejkach 7-8 punktów, to gra w eliminacjach Ligi Konferencji będzie bardzo możliwa. To jest bonus, szansa, która się nadarza. I grzechem byłoby nie powalczyć.
Jest jednak jeden warunek. Z Termalicą za tydzień trzeba bezwzględnie wygrać. Jakkolwiek nie jest to typowy outsider prezentujący się beznadziejnie, to jednak jest to ostatnia drużyna ligi, którą będziemy podejmować. W kolejnych trzech spotkaniach o punkty będzie dużo trudniej. Trzeba więc sobie ustawić sytuację tak, żeby z 47 punktami startować do trzech ostatnich kolejek.





























Najnowsze komentarze