Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Radomiakiem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Mecz w Radomiu to już historia. GieKSa wygrała, zapisała kolejne trzy punkty i wróciła do Katowic z pełnymi rękoma. Czas jednak na kolejne wyzwania, bo teraz będziemy grać co trzy dni. Wracamy więc jeszcze raz do niedzieli, a potem – misja Lechia.

1. Do słonecznego Radomia wyruszyliśmy około godziny 10:00. Jechaliśmy w czwórkę w składzie: Filip, Misiek, Kazik i moja skromna osoba, a na miejscu czekały na nas posiłki w postaci Marcina.

2. Droga przebiegła bardzo spokojnie. Jako że mieliśmy nieco czasu, to zastołowaliśmy się w Karczmie u Antoniego, nieopodal Radomia. Przedziwne to było miejsce. Jakaś mega duża sala, muzyki brak, ludzi mnóstwo. Taka dziwna cisza – nie całkowita, bo ludzie gadali, ale taki pogłos ciszy.

3. Na jedzenie nie czekaliśmy długo. Kelnerka – pani rodem z PRL, ale sympatyczna – przyniosła żur Kazikowi szybko. Kazik zarzekał się, że nie chce wuszta na stadionie, ale w żurze chętnie przyjął.

4. Flifen wziął placki, ja z Miśkiem kotlet Antoniego. Myślałem, że to będzie coś innego, a to był kurczak pod serem i brokułem. I kalafiorem, żeby nie było.

5. Szybko się uwinęliśmy. Pogoda była miła, wiosenna, robi się coraz cieplej. Ruszyliśmy do Radomia.

6. Niedługo byliśmy pod stadionem. Policjantów udało się przekonać, że skoro jesteśmy z prasy, to powinniśmy przejechać tędy, a nie tamtędy.

7. Trochę poszukaliśmy miejsca do zaparkowania, ale udało się. Nic nie stało na przeszkodzie, aby udać się po odbiór akredytacji.

8. To co jest plusem stadionu w Radomiu, to fakt, że wszystko jest blisko siebie. Akredytacje, przejście na trybunę prasową, sala konferencyjna i pomieszczenie dla mediów tuż obok. To dużo ułatwia, bo na niektórych stadionach przejście z trybuny do Sali konferencyjnej to jest wyprawa – w praktycznego punktu widzenia bezsensowna np. w przerwie. W Katowicach też kawałek trzeba przejść.

9. Weszliśmy na trybunę. Bardzo ładnie wygląda ten obiekt w słońcu, w tej atmosferze wiosny. Aż nasuwało się na usta stwierdzenie: „nic, tylko grać w piłkę”. Naprawdę było bardzo sympatycznie.

10. Nam z Flifenem było jednak mało jedzenia, więc ruszyliśmy na poszukiwania kiełbasy. Miejsca VIP i prasowe były jednak całościowo bardzo oddzielone od reszty trybun. Na niektórych stadionach tak jest. Próbowaliśmy znaleźć drogę, ale nie znaleźliśmy. Ostatecznie przeszliśmy przez murawę i nikt nam problemów nie robił.

11. Swoją drogą Radomiak to jednak uniwersum. Po wydarzeniach z meczu z Koroną chyba sobie mocno wzięli do serca wszelkie głosy krytyki i audyt, bo spiker wielokrotnie potem mówił, żeby nie stać w przejściach itd. A kilkadziesiąt minut przed meczem ochrona przegoniła wszystkich z miejsc prasowych, nie wiedzieć czemu. Potem dziennikarze mogli wrócić.

12. Wróćmy do kiełbasy, bo jej nie było. Na stanowisku cateringowym można było tylko kupić hot doga ze zwykłą parówką lub zapiekankę. Pani powiedziała, że na całym stadionie nie ma kiełby. Więc wzięliśmy hot-doga, niby dobre i to, ale jak może nie być wuszta przy meczu piłkarskim?

13. Pod trybunami nie wygląda ciekawie. Te przejścia takie surowe, betonowe. Niby w Katowicach mamy tak samo, ale jednak bardziej estetycznie. Tu jakieś rury, ciągi i takie plamy na betonie. Do tego masa ptasich kup w jednym miejscu. Czy to chodzi o Gołębnik? Nie wiadomo.

14. Wróciliśmy na prasówkę. Ja jeszcze poszedłem do salki dla dziennikarzy po herbatę i były tam jakieś przekąski – koreczki czy takie babeczki z ciasta filo, Feio czy jakoś tak. Nie tykałem natomiast kanapek ze śledziem. Śmiem twierdzić, że zostały jeszcze z czwartku, z meczu z Arką.

15. Miejsca prasowe na Radomiaku są fatalne. Jednak przy budowie lub rozbudowie stadionu można by o to zadbać. Tak jak pisałem – na Arce kiedyś były studenckie krzesełka, a teraz jak byłem, normalne prasowe miejsca z solidnymi stołami i umiarkowaną przestrzenią.

16. Tutaj jest ciasnota straszna. Krzesełka studenckie z tym małym rozkładanym stolikiem. Do tego bardzo, bardzo ciasno – nie da się przejść. No i w dolnym rzędzie widać szybę i barierkę. To wszystko powoduje, że komfort relacjonowania meczu jest bardzo słaby. Już nie mówię o położeniu herbaty – musiała wylądować pod krzesełkiem. Ale o zwykłym, wygodnym siedzeniu.

17. Dziennikarz obok mnie się wycwanił i jechał na dwa krzesełka i dwa stoliki. I tak – tak można pracować. Ale na jednym jest trudno.

18. „Zawsze tam, gdzie Radomiak gra” – na melodię i słowa piosenki Lady Pank, robi wrażenie. Fajnie, że poszczególne kluby mają takie swoje rytuały, przyśpiewki. To powoduje, że w erze nowych stadionów, z których każdy jest dość podobny, czuć klimat danego miasta i konkretnego klubu. Tak jak choćby Arka, która ma swoje „Chodź pomaluj mój świat”. Zawsze lubiłem tę różnorodność.

19. Mecz jaki był, każdy widział. Dość wyrównany, a w 45. minucie Arkadiusz Jędrych zdobył bramkę do szatni. Znów asystę zaliczył Bartosz Nowak. Na trudnym terenie prowadziliśmy 1:0.

20. Niestety kapitan dostał czwartą żółtą kartkę i będzie pauzować w meczu z Lechią Gdańsk. Historia zatacza pewne koło, bo w pierwszej lidze właśnie z Lechistami Arkadiuszo dostał czerwoną kartkę, w wyniku której pauzował potem z Termaliką. Od 12. kolejki sezonu 2023/24 zaczął się niesamowity maraton tego zawodnika, który rozegrał z rzędu 80 kolejnych spotkań ligowych, wszystkie w pełnym wymiarze. Wyczyn absolutnie niebywały – w tym czasie strzelił 19 bramek.

21. Kibice obu drużyn bardzo dobrze się bawili – młynek szalikami na dwie trybuny Radomiaka był bardzo fajny, a w tym samym czasie GieKSa śpiewała swoje sztandarowe przyśpiewki.

22. Potem Radomiak cisnął niemiłosiernie, ale bez wielu klarownych sytuacji. Nie był efektywny w swojej grze i ostatecznie GieKSa to spotkanie wygrała. Było to drugie zwycięstwo z rzędu w lidze plus wygrana w Pucharze. Bardzo dobry czas.

23. Dla mnie była to trzecia wizyta w Radomiu. Po porażce w Pucharze Polski w 2016 roku i remisie w zeszłym sezonie, w końcu przyszedł czas na triumf.

24. A GieKSa systematycznie odczarowywała Radomiak. W końcu na inaugurację ekstraklasy po 19 latach, właśnie z tym rywalem przegraliśmy u siebie. Potem był wspomniany remis w Radomiu, w końcu w obecnych rozgrywkach – dwa zwycięstwa. To pierwszy rywal, z którym ustrzeliliśmy dublet w tym sezonie. W poprzednim sezonie mieliśmy cztery takie sytuacje (Cracovia, Lechia, Stal, Puszcza).

25. Obejrzeliśmy radość piłkarzy z sektorem gości, nagrałem nagrywkę i udaliśmy się do dalszej pracy – fotografowie obrabiać zdjęcia, Flifen szukać wywiadu, ja na konferencję prasową.

26. Jakiś ciekawy i dziwny podział się zrobił na salce, bo na jednej połowie sali stłoczyli się dziennikarze w bardzo dużej liczbie, a po drugiej stronie kamery (lewa-prawa) – my. Czułem się jakoś dziwnie wyizolowany, ale było to spoko.

27. Jeden z dziennikarzy zaczął zadawać pytanie naszemu trenerowi, ale ja podnosiłem rękę, więc oddał mi mikrofon, bo chciał być ostatni. Zbudował napięcie, a potem zapytał o kroki. Ja natomiast z tego wszystkiego zapomniałem się przedstawić, a to taki standard na konferencjach.

28. Drugi trener Radomiaka, obecny na konferencji, kojarzył mi się z byłym lekarzem GKS Katowice, takim panem starszym w okularach. Pamięć już nie ta, wydawało mi się, że się nazywał Bahr, ale to chyba jednak nie on, bo trener inaczej wygląda. W każdym razie tak śmiesznie ostentacyjnie w Ząbkach mówił kilka razy do sędziego: „Czas doliczony minął. Czas doliczony minął”.

29. Po konferencji zaczepił mnie (a wcześniej trenera Góraka) taki starszy dziennikarz. Bardzo sympatyczny, powiedział, że fajne pytania zadawałem, chwalił piłkarzy GieKSy i kibiców. Pamiętam go już z poprzedniej wizyty w Radomiu. Taki bardzo serdeczny człowiek, starej daty, ale to właśnie taka charakterystyczna uprzejmość dla osób, które niejedno w życiu widziały, a mają pogodę ducha.

30. Ja sam porozmawiałem z Szymonem Janczykiem z Weszło. Naprawdę fajnie, że można spotkać różnych dziennikarzy w tej ekstraklasie, pogadać sobie na luzie czy zrobić wywiad. W pierwszej lidze byli de facto tylko lokalsi, tutaj zahaczamy o ogólnopolskość.

31. Posiedzieliśmy jeszcze trochę na salce, nikt nas nie wyganiał i nie popędzał. Obrobiliśmy więc swoje materiały i powoli zaczęliśmy się zbierać do wyjścia.

32. Powrót się jakoś dłużył, a na domiar – na A4 na wysokości Chrzanowa był spory korek, który opóźnił nas o dobre 40 minut. W tym czasie obejrzeliśmy sobie mecz Legii z Cracovią. Nikt nie chce z tej ligi spaść.

33. Był oczywiście jeszcze fastowy postój w KFC. Trzeba było uzupełnić kalorię po piłkarskich emocjach.

34. W Katowicach byliśmy później niż zakładaliśmy, bo około 22. Ale szczęśliwi i radośni, że znów z delegacji udało się przywieźć trzy punkty.

35. Wszyscy na Lechię!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga