Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Wisłą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Mecz (dwumecz) z Wisłą to już historia. Po krótkim maratonie mamy ponad tydzień przerwy do kolejnego spotkania. Tradycyjnym post scriptum zamykamy więc temat piątkowego pojedynku, bo przed nami nie lada wyzwanie. Na Nową Bukową przyjeżdża Mistrz Polski – Lech Poznań.

1. Wyjazd do Płocka choć odległy, to jednak z możliwością „machnięcia” w trzy godziny z hakiem, więc nie trzeba było wyjeżdżać skoro świt. Dodatkowo pora meczu pozwalała się wyspać i przygotować do tej drogi, jak i wieczornych, emocjonujących wydarzeń.

2. Tym razem pojechaliśmy w 4-osobowym składzie, z debiutantami w tym sezonie: Grzesiem i Filipem oraz żelaznym składem czyli Patrykiem i moją skromną osobą. Choć w przeszłości cztery czy nawet pięć osób były normą, to ostatnio przeżywamy pewne problemy kadrowe. Ale dajemy radę.

3. Dla mnie była to druga podróż do Płocka w dwa tygodnie. Otóż po naszym meczu z Lechią nie wracałem do Katowic, tylko zostałem w Gdańsku, by nazajutrz pociągiem przejechać do stolicy polskiego przemysłu paliwowo-energetycznego.

4. Wtedy to miałem w zamiarze obserwowanie naszych najbliższych dwóch rywali w trzech meczach, czyli Wisły i Cracovii. Niestety z powodu oberwania chmury mecz został jednak odwołany i zanotowałem pusty przelot.

5. Jednak w korespondencji z rzecznikiem prasowym Wisły widać było sympatię i życzliwość, więc nie miałem wątpliwości, że na nasz mecz z akredytacjami nie będzie problemu.

6. Po odebraniu samochodu, z Katowic wyjechaliśmy około godziny 14:00. Mieliśmy mnóstwo zapasu, co ostatnio zdarza nam się regularnie. Przede wszystkim ważne jest, aby przed meczem dobrze zjeść, żeby nie być zbyt nerwowym na samym spotkaniu.

7. Droga przebiegała szybko i sprawnie, z jednym małym wyjątkiem, gdy na jednym z MOP-ów nie było całkowicie wody, ani na stacji, ani w Maku, przez co nie mogliśmy sobie kupić ciepłego napoju. Awaria dotknęła całe to miejsce. Ale to był drobiazg.

8. W dobrej pogodzie i nieco po siedemnastej byliśmy w Płocku. Skierowaliśmy się więc na poszukiwanie pożywienia, a celem była pizzeria Patchwork, w której stołowałem się właśnie podczas wspomnianego pobytu w Płocku.

9. Po znalezieniu miejsca parkingowego i udaniu się do knajpy, zasiedliśmy do stołu na konsumpcje. Ja, Filip i Misiek wzięliśmy po pizzy, wyłamał się Grzesiu, który wybrał makaron.

10. Było to jedzenie fantastyczne i sycące, więc po spożyciu zarówno tejże strawy i napojów mogliśmy w dobrych humorach udać się po pierwsze punkty w delegacji w obecnym sezonie.

11 Do stadionu było niewiele, bo zaledwie około trzy kilometry. Próbowałem wypatrzeć te ogniki spalające gaz nad kominami rafinerii, które tak dobrze widziałem dwa tygodnie wcześniej. Teraz gdzieś tam dojrzałem zaledwie jeden w oddali. Ogólnie to bardzo efektowny i niespotykany widok.

12. Stadion – umiejscowiony na przeciw Orlen Areny – prezentuje się ładnie i estetycznie. Taki obiekt szyty na miarę. Ładna, niepstrokata elewacja, skromie, a jednak schludnie. W punkt.

13. Dla mnie była to pierwsza wizyta na nowym obiekcie, choć GKS grał tam już po raz drugi. Pamiętam za to doskonale stary stadion Wisły Płock, który – wedle moich rachunków – odwiedziłem pięć razy. Pamiętam choćby zwycięstwo 2:0 po golach Mateusza Zachary i Adriana Napierały, czy taki dość szalony remis 3:3. Stadion miał specyficzne te swoje dość płaskie trybuny. I ten budynek klubowy za bramką, charakterystyczny dla kilku stadionów w Polsce (np. w Opolu).

14. Przez to, że byłem tu dwa tygodnie wcześniej, pamiętałem, co i jak. Co prawda za drugim podejściem – ale wpuścili nas przez bramę wjazdową. Potem skierowaliśmy się do wejścia dla mediów.

15. Przed Cracovią (ale Wisły, nie GKS), sympatyczna pani wydająca akredytacje powiedziała „o, ale fajne nazwisko”. Pożartowaliśmy sobie, ile to Murzynów w Polsce jest, ja zaznaczyłem, że ich największe zagęszczenie jest w Beskidzie Wyspowym – rejonach Wiśniowej, Tymbarku czy Szczyrzyca. I zapowiedziałem, że wrócę tu za dwa tygodnie.

16. Tak więc przy wydawaniu akredytacji teraz, pani spojrzała na mnie i powiedziała „o, to pan!”. Więc odpowiedziałem: „Mówiłem, że tu wrócę”. Śmiechom nie było końca.

17. Z racji tego, że byliśmy na stadionie dwie godziny przed meczem, nie mogliśmy jeszcze wejść na salę konferencyjną, bo trwała tam odprawa – chyba ochrony. Dobrze, że mieliśmy pełne brzuchy, bo jednym z celów pojawienia się na sali była stadionowa gastronomia.

18 Skierowaliśmy się więc do Media Roomu, gdzie na spokojnie oczekiwaliśmy dalszych kroków. W niebywale cichym pomieszczeniu każdy w skupieniu przygotowywał się do meczu – była ekipa z Canal Plus, m.in. komentujący Krzysztof Marciniak czy prowadzący Super Piątek Cezary Olbrycht.

19. Co jakiś czas sprawdzaliśmy, czy sala konferencyjna jest otwarta, aż w końcu poszliśmy na sektor prasowy, żeby trochę popatrzeć, co i jak. I wybrać sobie dobre miejsce do obserwacji meczu.

20. Widok z sektora prasowego jest bardzo dobry. Odpowiednia wysokość, a jednocześnie bliskość. Do tego i od środka ładny, estetyczny obiekt. Przez meczem o 20:30 już było ciemno, więc jupitery były rozświetlone. Nic, tylko pozostawało czekać na rozpoczęcie tego widowiska.

21. Z racji dużej ilości czasu do meczu, gdy dostałem od Filipa informację, że salka jest otwarta, udałem się tam. Były już składy, więc nie wracałem na trybunę, tylko z salki wyjątkowo nagrałem nagrywkę przedmeczową.

22. Pojawiły się dwa rodzaje kanapek, z czego jedna taka jakaś dziwna, z czymś trudnym do zidentyfikowania. Czy to była jakaś masa czekoladowa z powidłami? Coś na słodko w każdym razie. Rozmawialiśmy o dżemie ze świni, ale to chyba nie było to. Drugie kanapki były już na wytrawno.

23. Wkrótce doniesiono do kociołka także zupę, coś a la bogracz. No i tutaj już włączyło się łakomstwo, bo mimo, że byliśmy najedzeni w Patchworku, to trzeba było skosztować lokalnych stadionowych specjałów. Wzięliśmy więc po miseczce. i tu już brzuchy mogły pęknąć. Jak mawiał klasyk – złote, a skromne.

24. Na około 45 minut przed meczem ponownie udaliśmy się z Filipem na trybuny, a Misiek i Grzesiu na murawę na foto. Kibice Wisły dość powoli zbierali się na spotkanie, sympatycy GKS na sektorze gości pojawili się natomiast niemal na ostatnią chwilę.

25. Warunki na prasówce – bardzo dobre. Szeroki blat, kontakty, dobra widoczność. Ogólnie komfort. Tylko zimno. Ale też nie mroźno. Na to przyjdzie czas, którego apogeum będzie pewnie w grudniu w Częstochowie.

26. To był drugi mecz z Wisłą Płock w ciągu czterech dni. Trener Górak dokonał tylko dwóch zmian w składzie, więc ciekawi byliśmy, jak to będzie wyglądać. I nie wyglądało to źle.

27. Niestety znów straciliśmy bramkę do szatni. Była to już trzynasta bramka stracona od 40. minuty pierwszej lub drugiej połowy w tym sezonie. Absolutny koszmar tracenia bramek do szatni. Nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek GKS takiego gola nie straci.

28. Był to również szesnasty z rzędu mecz (piętnasty ligowy) ze stratą bramki. To już prawie cała jedna runda. Również bilans fatalny.

29. Stadion ma na tyle specyficzną akustykę, że jak się robiło odrobinę ciszej, bo akurat był mały przestój w dopingu jednych czy drugich kibiców, było dość dobrze słychać odgłosy boiska. Zazwyczaj są one mocno wytłumione przez gwar.

30 W drugiej połowie GKS wyrównał, gdy Marcin „Dzik” Wasielewski pognał na bramkarza rywali i odebrał mu piłkę. Od razu przypomniał mi się gol z ówcześnie nazywającą się Petrochemią Płock, w 1997 roku, kiedy to Mariusz Luncik podał na Bukowej piłkę do Pawła Sobczaka, a ten strzelił bramkę. Po 28 latach GKS zrewanżował się dość podobną sytuacją. A swoją drogą Paweł Sobczak później grał w GKS, ale nie był mocnym punktem naszej drużyny.

31. Była jeszcze nieuznana bramka Adama Zrelaka, który na mikrometry znalazł się na spalonym. Kamery Canal+ uwieczniły klubowego fotografa Tomka Błaszczyka, który siarczyście dopytywał „co się stało?”. Każdy z nas w tej chwili zapewne miał taką reakcję.

32. Mecz zakończył się remisem 1:1, który ostatecznie był sprawiedliwy. Z dwumeczu to GieKSa wyszła zwycięsko – awans w Pucharze Polski i punkt na wyjeździe to bardzo dobry rezultat.

33. Po meczu oczywiście nagrałem nagrywkę pomeczową i jak się później okazało… wykorzystano jej fragment w przebitce w Lidze Plus Extra w segmencie „Trzecia Połowa”. To mój debiut w tej stacji. Późno, choć trudno, żeby było inaczej, skoro GKS przez 19 lat był poza ekstraklasą.

34. Zeszliśmy na konferencję prasową. W końcu ciepełko. Oczekiwaliśmy na trenerów, pijąc herbatę, która co prawda się kończyła, ale jeszcze gdzieś tam na dnie była.

35. Rafał Górak potraktował ten punkt jako zdobycz, Mariusz Misiura zwrócił się do osób, które mówią o kryzysie Wisły. Trener płocczan poprosił też o przekazanie życzeń urodzinowych pani trener Karolinie Koch. Dołączamy się oczywiście.

36. Tradycyjnie zostaliśmy na salce, by obrabiać materiały. Dlatego do północy na stronie była już relacja, konferencja, pierwsza galeria i wywiad z Lukasem Klemenzem.

37. Ogólnie to był dla nas dość ciężki czas, bo trzeba było odrobić trzy mecze w ciągu ośmiu dni. Spotkania z Cracovią i obie potyczki z Wisłą opakowaliśmy 70 newsami! Liczba niebywała, ale właśnie o to chodzi, żeby najszerzej i najlepiej jak się da opracować mecze GieKSy.

38. Wszystkie materiały to nasza autorska praca, nie stosujemy przedruków itd. To my relacjonujemy mecze, zadajemy pytania na konferencji, przeprowadzamy wywiady, mamy swoją publicystykę. Samo rozumie przez się, że cytaty z prasy mamy w prasówce, ale tu też pracą jest selekcja. Możemy być dumni, jak to hula w tej ekstraklasie – trzymamy ten ekstraklasowy poziom cały czas.

39. Ze stadionu wyjechaliśmy punkt północ. Bo już nas wyganiał ktoś z obsługi stadionu. Jeszcze Misiek poszedł na płytę boiska, bo czegoś zapomniał, więc ja też skorzystałem z tej możliwości i pojawiłem się na murawie przy tym przyciemnionym kolorowym wnętrzu.

40. Na parkingu jeszcze stał samochód oznaczony nazwiskiem płockiej gwiazdy – Daniego Pacheco. Ciekawe czy odnawiał się biologicznie jeszcze o tej porze w klubie 😉

41. Droga powrotna była spokojna, upłynęła m.in. na dywagacjach o czasie przeszłym określenia „trup ściele się gęsto”. Choć nie doszliśmy do jednej pewnej wersji, a internet jest pełen sprzeczności – postawiłem jednak w tekście na „ścielił się”, a nie „słał się”.

42. Jedno z wytłumaczeń było takie, że „słał” dotyczyłoby kogoś, kto tę czynność wykonywał, a „ścielił się” czyli czasownik zwrotny dotyczy pewnego samoistnego zjawiska. Jeśli jest wśród nas jakiś językoznawca, który z całą pewnością poda poprawną formę – prosimy o info!

43. Jeszcze po drodze zawitaliśmy na jeden z – olaboga – Orlenów, by przy herbatce oraz żurku (ja), bigosie (Misiek) i zapiekance (Flifen) uraczyć się o godzinie 1.30 czymś na ząb. Grzegorz wybrał innego rodzaju zupę 😉 Po drodze minęliśmy jeszcze autokar z piłkarzami GieKSy – to częsty motyw na powrotach z wyjazdów.

44. W Katowicach byliśmy około wpół do czwartej. Z dobrym wynikiem wróciliśmy z Płocka, a cały dwumecz okazał się dla nas bardzo udany.

45. Teraz jednak czas zacząć wygrywać, bo same remisy to za mało, by się utrzymać. Tak więc cenimy punkt, ale musimy częściej zacząć punktować za trzy.

46. W niedzielę mecz z Kolejorzem. Obowiązuje hasło – bij mistrza!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Trudność w podejściu do średniawki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Aaaa qrwa jego mać…

To moja reakcja na gola Rakowa w doliczonym czasie gry w Gdańsku. Bo zaczynam pisać zaraz po. I tak, jak kolejka zaczęła się dobrze, bo Termalica wygrała w Lubinie, to potem pewnie lepszy byłby dla nas remis z Białymstoku, ale OCZYWIŚCIE Górnik musiał strzelić w doliczonym, lepszy byłby remis lub porażka Rakowa, ale OCZYWIŚCIE Raków musiał strzelić w doliczonym. I luj Bobcki strzelił, bo dwie drużyny się od nas oddaliły w tabeli.

Ktoś powie – trzeba było wygrać w Kielcach. No pewnie, że trzeba było, ale nie wygraliśmy. A nasze zdobywane punkty – zwłaszcza w tej fazie sezonu – mają taką samą wagę jak straty punktów przez przeciwników.

Przechodząc do naszego meczu. Nie wiem, jak to ugryźć szczerze mówiąc. Bo mam wrażenie, że Korona była do zdobytej bramki po prostu słaba. Potem się rozkręcili i w końcówce mogli strzelić zwycięskiego gola. Więc summa summarum remis jest sprawiedliwy. Bo gdy piszę, że Korona była słaba, to trzeba zaznaczyć, że my nie byliśmy jakoś specjalnie lepsi. Uważam, że do straconej bramki trochę lepsi byliśmy. Ale tylko trochę, to nie był jakiś wielce dobry mecz GKS Katowice. Był średni.

O ile defensywa tym razem dała radę i dopuściła do utraty tylko jednej bramki, to w ofensywie byliśmy bezbarwni. Niby kilka razy podeszliśmy pod bramkę przeciwnika, niby jakieś sytuacje się pojawiły, ale tym razem wykończenie czy ostatnie podanie były słabe. I tu mam pretensje do naszych zawodników, bo zalążki tych akcji były znowuż bardzo dobre. Naprawdę potrafimy pod to pole karne podchodzić i wszystko tkwi w tym, czy dobrze wykończymy akcję – najlepiej celnym strzałem. W poprzednich meczach wyglądało to kapitalnie. Tym razem – mizernie.

Znowu będę się czepiał. Bartka Nowaka. Znów nasz najlepszy zawodnik ligi, mając dobre sytuacje wyglądał, jakby chciał wykończyć czy zagrać ostatnie podanie „pięknie”. Czasem tej zabawy jest po prostu za dużo. Oczywiście te niekonwencjonalne zagrania dały kilka wspaniałych asyst. Ale jeśli chodzi o gole, to już tak nie było. Przecież z tej wyjątkowej techniki naprawdę idzie skorzystać, jednocześnie zachowując prostotę. Uderzyć po długim rogu temu Dziekońskiemu, gdy praktycznie cała bramka jest odsłonięta. Ewentualnie nawinąć przeciwnika i strzelić. Bartek wysoko zawiesił poprzeczkę, dlatego mam uwagi. Przecież on krawaty potrafi wiązać na tym boisku, ale w związku z tym zdarza mu się przedobrzyć.

Ale tak jak napisałem – cała ofensywa była jakaś niemrawa. Ilja znów zmarnował jedną kapitalną sytuację. I czasem sam już nie wiem, co sądzić o tym zawodniku. Bo mało strzela goli i sporo sytuacji marnuje. Znów doceniam jego pracę w środku boiska, przy rozegraniu. Z Koroną choćby kapitalnie wypuścił Nowaka. Z Motorem też miał wielki udział przy rozprowadzeniu akcji bramkowej. Ale tak jak mówię, nie mam uwag co do gry w środku boiska. Problem pojawiał się przed i w polu karnym.

Korona w tym czasie frustrowała raz po raz swoich kibiców. Psioczyli oni dość mocno na piłkarzy. Kielczanie raz po raz bowiem tracili piłki i nie potrafili rozegrać dobrej ofensywnej akcji zakończonej strzałem. Nie wyglądali jak swoja wersja z jesieni.

Cieszy kolejny gol Arkadiusza Jędrycha. Capitano – wzorem Radomiaka – asystował sam sobie od słupka. Chyba lubi halówkę i grę od bandy. Po raz kolejny trafił do siatki i myśleliśmy, że ten gol da nam zwycięstwo, a najlepiej gdybyśmy potem strzelili drugą bramkę.

Patrząc na to z drugiej strony, to znów trzeba powiedzieć, że stara GieKSa taki mecz by przegrała w końcówce. Można powiedzieć, że w Krakowie – z mega słabą Cracovią – nie ugraliśmy nawet punktów. Aż tak słaba jak Pasy Korona wczoraj nie była. Więc remis na wyjeździe z solidną drużyną z ekstraklasy oczywiście nie jest złym wynikiem. Oczywiście należy wziąć pod uwagę też nasze osłabienia kadrowe. Przecież nie było Strączka, Klemenza, Kowalczyka, Galana, Zrelaka. Trener musi odkrywać i dostosowywać szerszą kadrę. I znowuż jak na to, że mamy tyle osłabień – wyniki są bardzo w porządku.

Tylko ten niedosyt. Naprawdę można było w tym spotkaniu ugrać więcej i poprawić swoją sytuację w tabeli dopisując trzy punkty. Tak dopisujemy jeden. Co oczywiście też jest zdobyczą. Każdy punkt jest na wagę złota.

Po tej fatalnej porażce z Cracovią GieKSa rozegrała cztery mecze – dwukrotnie u siebie wygrywając i dwa razy remisując na wyjeździe. Ostatecznie jest to układ bardzo dobry. Grając w taki sposób przez cały sezon zdobywa się 68 punktów. W obecnych rozgrywkach wystarczyłoby do mistrzostwa. Ostatecznie więc ostatnia tzw. forma katowiczan jest bardzo dobra.

Każdy był po tym meczu niepocieszony. Jacek Zieliński – znany ze swojego marudzącego tonu – tak właśnie trochę pomarudził na konferencji prasowej. Rafał Górak też nie był przeszczęśliwy, ale też mówił, żeby nie utyskiwać aż tak bardzo na ten remis. No i te nastroje szkoleniowców chyba oddają, to co widzieliśmy w Kielcach. Każdy był trochę rozczarowany po tym remisie, a jednocześnie wiedział, że można było ten mecz przegrać. Więc nie narzekam aż tak bardzo, ale trochę narzekam.

Patrząc teraz na perspektywę gry w pucharach – myślę, że Raków i Górnik znajdą się w czwórce. Jeśli tak, to piąte miejsce da przepustkę do Europy, bo obie ekipy zagrają w finale Pucharu Polski w najbliższą sobotę. Wychodzi więc na to, że o to piąte miejsce w pucharach rywalizować będzie GieKSa, Wisła Płock i Zagłębie. Lubinianie dali ciała z ekipą z Niecieczy i wygląda jakby spuchli, choć lekceważyć ich nie można. Dzisiaj z zapartym tchem będziemy obserwować mecz Wisła – Radomiak i musimy kibicować gościom – od wyniku tego spotkania będzie zależeć bardzo, bardzo wiele. Natomiast żadna z wymienionych trzech drużyn kompletu punktów raczej nie zdobędzie, więc trzeba zminimalizować punktowe straty. Na plus jest to, że i z Zagłębiem, i z Płockiem mamy lepsze bilanse bezpośrednie.

Świat się nie zawali, jeśli GieKSa do pucharów nie wejdzie. Przecież jeszcze niedawno walczyliśmy o utrzymanie. Ale nie ma się co oszukiwać, matematyka mówi, że udział w Europie jest po prostu realny. Jeśli na przykład GieKSa zdobyłaby w ostatnich czterech kolejkach 7-8 punktów, to gra w eliminacjach Ligi Konferencji będzie bardzo możliwa. To jest bonus, szansa, która się nadarza. I grzechem byłoby nie powalczyć.

Jest jednak jeden warunek. Z Termalicą za tydzień trzeba bezwzględnie wygrać. Jakkolwiek nie jest to typowy outsider prezentujący się beznadziejnie, to jednak jest to ostatnia drużyna ligi, którą będziemy podejmować. W kolejnych trzech spotkaniach o punkty będzie dużo trudniej. Trzeba więc sobie ustawić sytuację tak, żeby z 47 punktami startować do trzech ostatnich kolejek.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga